Zapomnianym – Koniorowie z Kalnej

Rocznica zakończenia II wojny światowej powinna przywodzić na pamięć te ofiary wojny, o których nikt nie mówi, które wspomina tylko krąg bardzo bliskich im osób z rodziny jeśli jeszcze ostał się przy życiu. Daje się zauważyć zjawisko zapadania w otchłań społecznej niepamięci wobec ludzi, których wojenne młyny dokładnie przemieliły, których mogił nie ma na żadnym cmentarzu. Nie mają nawet symbolicznego ale godnego miejsca im poświęconego, przy którym można przystanąć, przypomnieć sobie ich podobizny, wyszeptać słowa tylko dla nich przeznaczone z życzeniem, by dotarły do nich, gdziekolwiek po śmierci się znajdują. Te chwile skupienia i wspomnienia poległych mają w sobie coś z misterium niezależnie od tego, czy jest ono wzbogacone o wątek religijny, czy też jest od niego wolne.
Chcę przypomnieć, choć tylko w zarysie, losy jednej z rodzin w Kalnej, która podobnie, jak rodzina Gluzów z ulicy Zielonej w Buczkowicach przeszła w czasie niemieckiej okupacji serię prześladowań zakończonych śmiercią wielu jej członków. To rodzina Józefa i Karoliny Koniorów z Kalnej. Dziś z jej grona żyje tylko Matylda Konior-Opiłka, historyk sztuki, przez wiele lat pełniąca funkcję Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Katowicach. Jej też zawdzięczam dostęp do materiałów, które dokumentują losy tej rodziny, choć osoby związane z nią pojawiały się w niektórych opowieściach buczkowian, którzy opowiadali mi przed laty o działalności lewicowego ruchu oporu antyhitlerowskiego w Buczkowicach i w miejscowościach okolicznych. Tak się bowiem złożyło, że rodzina Koniorów z tym właśnie nurtem działalności antyniemieckiej była związana w czasie okupacji.
Czas najwyższy, by poległym z tej rodziny oddać należną im cześć i sprawić, by prawda o ich działalności została upowszechniona. Być może nadejdzie czas, że pamięć o nich i innych poległych z Godziszki i Kalnej zostanie zapisana imiennie na obelisku pamięci, że nikt nie będzie szczędził niewielkich pieniędzy, na wykucie na nim imion i nazwisk tych, którzy ojczyźnie złożyli ofiarę najwyższą. W czasie, gdy było to o wiele łatwiejsze, bo pamięć o wojennych przejściach była żywa cena wykucia jednej litery z ich nazwisk i imion okazała się być ceną zbyt wysoką do poniesienia. Poskąpiono wtedy symbolicznej kwoty pieniędzy, by upamiętnić ofiary wojny z obu tych wsi. A mówimy w chwilach podniosłych, że życie nie ma ceny. Życie tych, którym zostało ono odebrane nie miało i nie ma ceny po wielokroć, bo było poświęcone w imię wolności ojczyzny. Zdecydowanie prościej było zamieścić na skromnym symbolicznym pomniku tablicę mówiącą o anonimowych poległych i pomordowanych. A gdy nadszedł czas modernizacji budynku szkoły przy którym ów pomnik został wybudowany tablicę z pomnika(?) umieszczono w miejscu niewidocznym, prawie niedostępnym za gęstą ścianą smreków na ścianie sali gimnastycznej szkoły w Godziszce. Trzeba było czasu, by tablica odnowiona znalazła się w bardziej eksponowanym miejscu. Wisi nad ofiarami wojny z Godziszki i Kalnej owo fatum ceny za wykucie liter, które sprowadził rodowity godziszczanin, zresztą duchowny. Wśród tych których nazwiska, zwłaszcza dla współczesnych, pozostają anonimowe i coraz bardziej zapomniane są członkowie rodziny Koniorów z Kalnej. Tej rodzinie wspomnienie to poświęcam.
Rodzina mieszkała w Kalnej w budynku nr 333 wzniesionym w roku 1930.

Józef Konior

Józef Konior

Jej głową był Józef Konior rdzenny kalnianin urodzony 18. stycznia w roku 1894. Był synem Jana i Julii z d. Wantoła. Jak mówią dokumenty obozowe, wykonywał zawód stolarza. Z tak określonym zawodem Józef Konior przed osadzeniem w obozie nie miał wiele wspólnego. To raczej określenie czynności, które wykonywał jako więzień. W młodości, a także w po zawarciu małżeństwa zatrudniony był w majątku Habsburgów w Lipowej, które nosiła nazwę „Gwizdałówka”. Tam zajmował się końmi, a także był tzw. polowym, do obowiązków którego należało doglądanie, nadzorowanie prac polowych. Współorganizował również polowania. W czasie pracy w ajątku poznał swoją żonę Karolinę.-Teresę urodzoną w roku 1915,
Karolina Konior urodziła się 31. grudnia 1890 r. w Lipowej w rodzinie Wojciecha Pasierbka i Anny z domu Sowa. Małżonkowie po ślubie (prawdopodobnie w 1914 r.) zamieszkali w Lipowej z dala od centrum wsi, niemal na pustkowiu.

Goscie weselni

Goscie weselni

Drewniany dom zbudowany był w stylu dworku. Oryginalność budowli sprawiła, że dom Koniorów nazywany był nowym dworem. Dworek prawdopodobnie był kryty gontem co przydawało mu szyku i utrwalało dostojne określenie domostwa. Dworek stał, jak wspomniano, na pustkowiu, obok polnego traktu, po którym poruszały się tylko wozy konne obsługujące prace polowe. Nieopodal płynęła Kalonka, dzieląca od wieków Kalną i Lipową a wcześniej państwo żywieckie od łodygowickiego. Pod koniec lat dwudziestych XX wieku nowy dwór uległ zniszczeniu na skutek pożaru. Rodzina została bez dachu nad głową. Za pieniądze uzyskane z ubezpieczenia nazywanego wówczas asekuracją zapobiegliwy Józef Konior zakupił drewno pochodzące z rozbiórki jakiegoś domu ( co też w tamtym czasie było dość często spotykane),

Józef Konior w młodości

Józef Konior w młodości

wybudował dom w Kalnej, któremu został nadany numer 333. Do tego domu wprowadziła się dość liczna już wtedy rodzina, bo Józef i Karolina Koniorowie wraz z czwórką dzieci: Teresą, Franciszkiem, Józefą i Tadeuszem. Małżeństwo wydało na świat pięcioro dzieci:
-Franciszka urodzonego w roku 1917
-Józefę urodzoną 7. kwietnia 1919 r. oraz -Tadeusza urodzonego w roku 1921

Józefa Konior w r. 1941

Józefa Konior w r. 1941

Franciszek Konior

Franciszek Konior

Tę gromadkę dopełniła w nowym budynku Matylda, urodzona 10. października 1934 r. Cała piątka dzieci mieszkała w Kalnej przez wszystkie lata od 1930 do czasu wojny z Niemcami. Klimat panujący w rodzinie sprzyjał kształtowaniu patriotycznych postaw dzieci. Niewątpliwe znamię na postawie i działalności Józefa Koniora pozostawił strajk robotników rolnych

Matylda w 1941 r.

Matylda w 1941 r.

jaki miał miejsce w gospodarstwie w Lipowej, a podjęty z jego inicjatywy. Było to doświadczenie utwierdzające wolę walki o robotniczą godność i sens robotniczego buntu w przedwrześniowej Polsce.

Czas okupacji w naturalny sposób umacniał postawy patriotyczne. Dla tej rodziny było oczywiste, że utrata niepodległości i hitlerowskie porządki sprawiły, że oczywiste się stało iż na pierwszy plan wysunęła się sprawa odzyskania wolności. Wszystko co ją przybliżało stało się najważniejsze. Józef Konior-jako głowa rodziny był w tym czasie robotnikiem kolejowym zatrudnionym w Żywcu. Nie był już polowym w majątku, zarządcą ale robotnikiem. Nie był to fakt obojętny dla poglądów politycznych, które wytyczały jego sposób postępowania i członków rodziny.
Takie były faktyczne przesłanki zaangażowania się rodziny w działalność konspiracyjną zrazu ograniczoną, lecz coraz bardziej się nasilającą. Jednocześnie wchodzące w dorosłe życie dzieci –Teresa i Franciszek założyli własne rodziny. Franciszek zamieszkał najpierw w Żywcu, a po przesiedleniu do Makowa znalazł się poza rodzinnym klimatem aż do końca wojny

TadeuszKonior

Tadeusz Konior

Podobnie Teresa, która po wyjściu za mąż wyprowadziła się pod koniec wojny do

Teresa Konior

Teresa Konior

samodzielnego mieszkania w Kalnej pozostawała nieco z boku losów reszty rodziny. W taki to sposób Józef i Karolina Koniorowie pozostali z trójką swoich dzieci. Wśród nich była Matylda, która w chwili wybuchu wojny liczyła sobie zaledwie 5 lat. To jedyna żyjąca dziś osoba, która jest świadkiem losów rodziny. Zdawać by się mogło, że dziecko w takim wieku nie jest w stanie objąć ogromu zdarzeń, jakie w jej rodzinie się nawarstwiały. Prawdziwe jest jednak stwierdzenie, że w obliczu nieszczęścia i w trudnych sytuacjach dzieci dorastają szybciej, że wnikliwością obserwacji nie tylko dorównują dorosłym, ale ich często przerastają. Pani Matylda, dziś już kobieta w wieku senioralnym z fotograficzną pamięcią odtwarza wydarzenia sprzed dziesiątków lat, wydarzenia, które ciągle powracają i powracają…
Tej pamięci zawdzięczamy możliwość zarysowania rodzinnej tragedii, a zarazem historii nieustępliwej walki o spełnienie stawianych sobie celu którym była czynna walka z okupantem każdym

W Reńskiej Wsi w roku 1941 001

W Reńskiej Wsi w roku 1941 001

dostępnym sposobem i pod każdym sztandarem, który cel ten pozwalał osiągnąć. Z nastaniem okupacji, dla rodziny nastał trudny czas, który był nie tylko następstwem znanych w środowisku poglądów politycznych, jakimi cechowała się rodzina, ale był wyznaczany restrykcyjnymi dla Polaków przepisami prawa okupacyjnego. Powszechny przymus pracy w tym także co do miejsca jej wykonywania dotknął przede wszystkim najstarszą w domu córkę Józefę oraz młodszego od niej Tadeusza. Z rodzinnych przekazów wynika, że począwszy od 1941 r. Józefa przez pewien czas zmuszona była okresowo pracować w Suchej, a także w innych miejscowościach.W roku 1941 matka Karolina wraz z córkami Józefa i Matyldą zostały wywiezione na tzw. „roboty” w rejon Kędzierzyna Koźla, do miejscowości Reńska Wieś ( niem. Reinschdorf). Wspólnie z nimi  do tej samem miejscowości zostały wywiezione dziewczęta z rodziny Cadrów –krewne Koniorów. Trzeba dodać że rejon Dolnego Śląska w tym Opolszczyzna  były rejonami, do których na roboty wywieziono wielu mieszkańców z naszego regionu. Tu przebywali np. robotnicy przymusowi z Buczkowic tacy jak Stanisław Moczek (w miejscowości Krajanów (Kreinsdorf), czy Władysław Schöngut we wsi Tłustomosty (niem. Stolzmütz), którzy w czasie trwania przymusowych robót zostali uwięzieni w KL Auschwitz i tam zgładzeni. Przebywająca w Reńskiej Wsi Józefa Konior tam poznała swego przyszłego męża Józefa Golasika z Radziechów k. Żywca również przebywał tam jako robotnik przymusowy. Pobyt w Reńskiej Wsi był stosunkowo krótki. Po powrocie do Kalnej Józef Golasik i Józefa Konior 4. lipca 1942 r. zostali małżeństwem. Ślub zawarli w kościele parafialnym w Godziszce. Tadeusz Konior i Józef Golasik zostali skierowani do pracy w Oświęcimiu przy budowie zakładów chemicznych I.G. Farbenindustrie A.G. Werk Auschwitz.

Józef Golasik

Józef Golasik

Ausweis 50170 J.Golasika

Ausweis 50170 J.Golasika

Tadeusz Konior-Ausweis

Tadeusz Konior-Ausweis

Ausweis 19954 T. Koniora

Ausweis 19954 T. Koniora

Zatrudnienie to jest dokumentowane Ausweisami –dowodami osobistymi wydanymi w roku 1943r.Na dowodzie. Golasika znajduje się odręczny dopisek „Gdy ja nie wrócę papiery oddajcie żonie”. Zatrudnienie w IG Farben potwierdza także relacja Anny Marek, zamieszkałej do dziś w Buczkowicach, pracownicą przymusową zatrudnioną tam w tym samym okresie. Pani Anna 10. października 2010 r. wspominała tych mieszkańców Buczkowic i miejscowości sąsiednich, z którymi zetknęła się w czasie pracy w Auschwitz. A byli to m.in.: Adolf Jakubiec, Franciszek Gacek, Stefan Hańderek, Józef Marek-cieśla, Michał Sidzina spod Godziszki (ożeniony w Wilkowicach), a także Jagosz- zięć Wincentego Wandzla spod Godziszki, Tadeusz Konior z Kalnej, szwagier Tadeusza Koniora, Józef Golasik. Spośród starszych od p. Anny pracowali też: Jan Jakubiec, Stanisław Jura, Jan Chmielowski późniejszy listonosz w Buczkowicach, Antoni Gluza od Hulanka. Wspominając Tadeusza Koniora Anna Marek wspominała, że Tadeusz, w okresie pracy w Auschwitz często korzystał z lekarskich zwolnień, które przekazywał za jej pośrednictwem do firmy, w której w Oświęcimiu pracował. Do kontaktu dochodziło z reguły na stacji kolejowej w Bielsku. Zwolnienia były częste i wykazywały dość długie okresy niezdolności do pracy. Wreszcie któregoś dnia Tadeusz Konior wręczając Annie blankiet zwolnienia oświadczył. „To jest ostatnie moje zwolnienie. Więcej już do Auschwitz nie jadę.” To oznaczało, że postanowił całkowicie poświęcić się służbie w oddziale partyzancki, o którego istnieniu Anna Marek wiedziała. Tadeusz Konior słowa dotrzymał i w Auschwitz nikt go już od tamtego czasu nie widział. Anna Marek wspominała również, że dochodziły do niej informacje o represjach, które spotkały rodzinę Koniorów, które wedle jej

Józef Konior ps. Krępy-

Józef Konior ps. Krępy-

wiedzy dotknęły całą rodzinę. Trzeba dodać, że przyczyną zwolnień lekarskich nie była wyłącznie niechęć do pracy z dala od domu, czy zaangażowanie w działalności partyzanckiej, ale stan zdrowia Tadeusza. W dzieciństwie, gdy był w wieku około 13 lat, uległ wypadkowi podczas jazdy na nartach. W następstwie doznanego urazu usunięto mu nerkę. To powodowało, ze miał na tym tle kłopoty zdrowotne, nie był w pełni wydolny fizycznie. Trudne warunki pracy w Auschwitz kłopoty te potęgowały. Nie było tajemnicą, że Tadeusz powracając z Oświęcimia do domu przywoził do prania skrwawione po biciu koszule. To było dowodem znęcania się nad nim w miejscu pracy. Zapewne dlatego, że tempo jego pracy nie dorównywało  sprawności innych robotników. Pracę w Auschwitz porzucił nie tylko Tadeusz Konior, ale też Józef Golasik- szwagier Koniora. Łączyła ich walka z okupantem w szeregach oddziału partyzanckiego Józefa Habdasa. Porzucenie pracy było konsekwencją aktywizacji działań tego oddziału, który w czerwcu roku 1943 stał się oficjalnie Oddziałem Górskim Gwardii Ludowej. W tym czasie bowiem oddział złożył przysięgę przed komendantem okręgowym Gwardii Ludowej Leonem Laskiem. W materiałach dotyczących tego okresu działania oddziału Habdasa znajdujemy informację, że grupa ta liczyła wtedy sześć osób. Nie znamy jednak personaliów partyzantów. Nie możemy jednak wykluczyć, że byli wśród nich m.in. Tadeusz Konior i Józef Golasik. Nie możemy też wykluczyć, że w niedługim czasie w skład oddziału wszedł ojciec Tadeusza Koniora –Józef, który obrał pseudonim „Krępy” oraz siostra Tadeusza, a żona Józefa Golasika Józefa, o pseudonimie „Józa”. Z materiałów zgromadzonych w czasie prac nad losami ofiar niemieckich wywodzących się z Buczkowic wynika, że istniały bardzo ścisłe związki Koniorów m.in. z Janem Sikorą i Alojzym Sikorą z Mesznej, przedwojennym działaczem lewicowych branżowych związków zawodowych i założycielem lokalnej komórki PPR. Partyzanci Józefa Habdasa współpracowali z Józefem Wroną, Wojciechem Moczkiem, z Buczkowic, z rodziną Niklów z Wilkowic i Sromków z Bystrej. Dane te wynikają z relacji Anny Kempys z Buczkowic- siostry Józefa Wrony, powieszonego w marcu 1944 r. w Gilowicach.
O ścisłych kontaktach Wojciecha Moczka z Habdasem i poprzez niego z niewymienionymi z nazwiska mieszkańcami Kalnej wspominała w swojej relacji o losach Wojciecha Moczka p. Józefa Adamus z Buczkowic a także Elżbieta Kosarz z Buczkowic, krewne Wojciecha Moczka zakatowanego przez Gestapo w Bielsku w okresie od października 1944 r. do I dekady lutego 1945 r.( dokładna data śmierci nie została ustalona). W tych relacjach pojawiają się imiona Edwarda i Bronisława- dwóch braci Józefa Habdasa, którzy wielokrotnie przebywali w domu rodzinnym Wojciecha Moczka jeszcze przed wybuchem wojny. Cała zaś grupa ( bez Edwarda Habdasa, który zmarł przed wojną), w charakterze wesołych młodzieńców brała udział w tanecznych spotkaniach w Lipowej na tzw. Bugaju w czasie których wśród rozbawionych Niemców zdobywała wiadomości wykorzystywane następnie do działań skierowanych przeciwko nim. Było im łatwo zdobywać zaufanie niemieckich notabli, bowiem do tańca przygrywali wspominany Wojciech Moczek i kolejny buczkowianin- Józef Tarnawa. Muzykowaniem zajmowali się również Alojzy Sikora i Tadeusz Konior. Z tamtego czasu P. Matylda Konior zapamiętała jedną żartobliwą przyśpiewkę śpiewaną przez jej brata Tadeusza, a skierowaną do niejakiej panny Anieli. Owa pana była wyśmiewana za jedzenie zacierki maszczonej tłuszczem przypominającym tak wyglądem, jak konsystencją świecę. Tłuszcz ten podobny był do znanego później pod nazwa „ceres”. A przyśpiewka miała taki tekst :

Kiyrom, kiyrom,

Jadła świycke ze zociyrom

Zespół muzyczny był dobrany, a dom Koniorów uznawany był przez partyzantów za całkowicie bezpieczny, godzien najwyższego zaufania. Przejawem tego było przebywanie w nim czasami po kilka nocy grupki partyzantów którzy sypiali

Bracia Józef i Bronisław Habdasowie

Bracia Józef i Bronisław Habdasowie

na strychu budynku mieszkalnego. Broń zaś ukrywali w schowku mieszczącym się za deskami szalunkowymi ścian w sieni, z której było możliwe wejście na strych. Partyzanci pojawiali się w domu Koniorów z reguły późnym wieczorem, a wcześnie rano dom opuszczali. Gospodyni domu-Karolina zapewniała wikt. W mięso zaopatrywała się w sklepie rzeźniczym kalniańskiego volksdeutschera Czernka, którego uwadze jakoś uchodziły (przynajmniej tak to było oceniane),stosunkowo duże ilości zakupywanego mięsa w porównaniu do przydziałów kartkowych dla rodziny. W innych sytuacjach żona Czernka nie była jednak hojna. Tak to ocenia Pani Matylda, bo gdy zaniosła do rzeźnika „dobre pół wiaderka śliwek” otrzymała kawałek kiełbasy o długości mniejszej od dzisiejszej kiełbasy śląskiej. To i tak dużo, bo mogła nie otrzymać nic. Zdarzało się, że dowódca oddziału pozostawał u Koniorów po wyjściu partyzantów i był zwykłym gościem gospodarzy. To była jedyna okazja, by mała Matylda mogła bliżej poznać Józefa Habdasa. Pani Matylda tak opisała te chwile:
„Jedynie Habdasa dobrze pamiętam-gdy zostawał w ciągu dnia w domu i byliśmy sami-ja miałam obowiązek pilnować, czy ktoś nie nadchodzi. To należało do moich obowiązków, zawsze się buntowałam, bo nie mogłam iść się bawić , a koledzy nie wiedzieli dlaczego. Wtedy Habdas opowiadał ze mną – było wtedy fajnie; był grzeczny, dowcipny”.
Z tymi wspominanymi kolegami był o tyle problem, że w sąsiedztwie domu Koniorów Magda nie miała koleżanek, a jedynie samych kolegów. Z nimi się mogła bawić, w chłopięce zabawy. Było więc oczywiste, że kąśliwe uwagi chłopaków musiały jej sprawiać przykrość, a przecież nie mogła wyjawić prawdziwej przyczyny zaniedbywania koleżeńskich kontaktów.
Nie ulega wątpliwości, że jednym z podstawowych nieszczęść z jakim przyszło się spotkać oddziałowi „Kwaśnego”-Józefa Habdasa było to, iż w jego składzie znalazł się niejaki Czesław Bukowski, bardzo skuteczny i niebezpieczny agent gestapo opatrzony przez nich pseudonimem Bubi II. Wszystko świadczy o tym, że był to agent o wyrafinowanych umiejętnościach w zjednywaniu sobie zaufania ludzi o wyczulonej ostrożności. Człowiekiem, który taką ostrożnością się cechował był niewątpliwie Józef Habdas. O tym, jak był w tej dziedzinie „ostry” świadczy zdarzenie, które ma związek ze współdziałaniem buczkowianina Józefa Wrony z Habdasem. Opowiedziała o tym Anna Kempys. Jej brat Józef Wrona spotkał w dość nieoczekiwanych okolicznościach człowieka, który przezwany został przez domowników Wrony „Francuzem”. Ów nieznajomy pilnie poszukiwał kontaktów z Józefem Hadasem. Uzasadniał to tym, że nie ma gdzie znaleźć schronienia przed Niemcami, Mimo konspiracyjnych rygorów Wrona doprowadził do tego spotkania. Było to pierwsze i ostatnie spotkanie tych ludzi. Choć nikt o tym otwarcie nie mówił w oddziale było jasne, że ów „Francuz” został uznany za niemieckiego agenta, który kryjówki oddziału nie opuścił. Partyzanci byli pewni, że to Habdas osobiście agenta zlikwidował. Na temat zniknięcia „Francuza” nigdy nie było rozmowy z Józefem Wroną. Wspomnienie tego wydarzenia wskazuje, że Bukowski przekonał do siebie Habdasa i zapewne się wystarczająco uwiarygodnił jako godny zaufania. Został formalnym zastępcą dowódcy oddziału. Nie można wykluczyć, że Habdas i Bukowski poznali się zanim działalność „Kwaśnego” przybrała rozmiary i formy zorganizowanej działalności partyzanckiej. Być może ta znajomość była czynnikiem sprzyjającym przyjęciu Bukowskiego do oddziału i usytuowania go wysoko w jego strukturze.
Owoce agenturalnej działalności Bukowskiego były dla rodziny Koniorów tragiczne. Dały im początek wydarzenia z 28. lipca 1944 r. kiedy do domu, w którym mieszkała rodzina Golasików (w sąsiedztwie domu rodzinnego Józefy Golasik) zjawił się nieoczekiwanie Bukowski, który bez zachowania przyjętych reguł posługiwania się pseudonimami rozpytywał o „chłopców” z oddziału i Habdasa. Świadkiem tej wizyty była Matylda przebywająca wtedy u swej siostry Józefy. Pani Matylda tak tę wizytę relacjonuje:
„ W „Panoramie” [chodzi o artykuł Tadeusza Stroki i Jerzego Wołczyńskiego  w numerze 45 Panoramy z 1969 r. przyp.J.S.],podano, że Józefa Golasik ujawniła Bukowskiemu, że oddział ma się spotkać [ i gdzie-przyp. J.S.]. To nieprawda!
W tę noc spałam w domu Józefy. Do okna zapukał Bukowski i zapytał gdzie jest Habdas. Natychmiast [Józefa] zorientowała się że coś nie jest w porządku. Zawsze używano „Kwaśny” także ja byłam tak pouczona. Gdy [Józefa] chciała pobiec do domu rodziców została w drzwiach zatrzymana, spoliczkowana i zawrócona. Nakazano się spakować błyskawicznie. Gdy dzieci były już w wózeczku[ dwuletni Józef i 10-cio miesięczny Tadeusz] jeden z gestapowców zauważył mnie w łóżku przykrytą [wcześniej] przez siostrę. Zapytał ile mam lat. Odpowiedziałam, że 12, dodając dwa. Wówczas powiedział po polsku „to niech zostanie z tymi dziećmi”. Myślę, że był to Ślązak. I tak zostaliśmy w domu sami. Gdy Józefę doprowadzono pod dom rodziców jeden z gestapowców skierował latarkę w tę stronę[w stronę domu-J.S] i przypadkowo światło padło na Bukowskiego bijącego matkę. Wtedy zrozumiała.”
Poleceniu gestapowca, Matylda i dwóch malców zawdzięczali życie. „Wieczorem poszłam z dziećmi do cioci na drugi koniec wsi. Artykuł w Panoramie sprytnie skomponowano-siostra długo wypłakiwała, nie umiała zaprotestować. [Artykuł] Nie był podpisany. Ja byłam na studiach za granicą nie mogłam się włączyć.”
Opisany przebieg niespodziewanej wizyty Bukowskiego w domu Golasików rzeczywiście różni się od tego, który zamieszczono w „Panoramie”. Pomijając te fragmenty artykułu, które zawierają elementy fabularne, a także to, że zawiera informacje, które w warunkach konspiracji zdarzyć się nie powinny, a takim jest na przykład powitanie przez Józefę Czesława Bukowskiego nazwiskiem i imieniem, ważne jest to stwierdzenie Pani Matyldy, iż Józefa Golasik nigdy nie wskazała na Wilkowice, jako miejsce spotkania się partyzantów ani nie potwierdziła, że miejscem tego spotkania miał być dom Świergałów. Przypisywanie tej informacji Golasikowej nie ma, zdaniem P. Matyldy żadnego uzasadnienia w faktach. Czy Czesław Bukowski jako formalny zastępca „Kwaśnego” musiał się dopytywać, gdzie oddział się spotka i kiedy? Przecież znał plany działań oddziału, miejsca jego spotkań, nie musiał o te dane pytać łączniczki. Należy też odnieść się do informacji p. Matyldy, iż artykuł nie był podpisany. Nie jest to stwierdzenie trafne. Nazwiska autorów zostały bowiem wydrukowane nad tytułem artykułu. To jest jednak sprawa zdecydowanie mniej ważna dla istoty sprawy, choć miała z pewnością znaczenia dla powojennych opinii o Józefie Golasik.
Tragicznym skutkiem „wizyty Bukowskiego u Golasików i Koniorów 28. lipca 1944 r. było aresztowanie Józef i Karoliny Koniorów oraz Józefy Golasik. Pani Matylda tak opisuje dalsze losy aresztowanych „Rodziców i siostrę przesłuchiwano najpierw w siedzibie gestapo w Wilkowicach ( przy drodze do Bielska) i ostatecznie osadzono w Oświęcimiu, blok 11”.
Tak nadszedł wieczór 4. sierpnia 1944 r. kiedy grupa pięciu partyzantów zameldowała się w Wilkowicach by nieco wypocząć przed dalszymi akcjami. Mieli tu czekać na swego dowódcę – Józefa Habdasa. Znużeni trudami przebytej drogi rozłożyli się na spoczynek wystawiając wartownika Był nim Józef Damek. Tymczasem, korzystając z bliskości lasu znaczna ilość Niemców zaczęła zaciskać pierścień obławy wokół domostwa, a dowodzący nią gestapowiec Klakus, który był tym, który formalnie zwerbował Bukowskiego do agenturalnej współpracy, szykował się do ostatecznej rozprawy z partyzantami. Bukowski, jako znany partyzantom ich człowiek miał dotrzeć do domu, nawiązać z nimi kontakt. Jego zadaniem było przekazanie Niemcom sygnału o tym, jak liczna grupa partyzantów znajduje się w domu. Miał to zrobić kaszląc przed domem tyle razy, ilu partyzantów zastał. Klakus zakładał również, taki rozwój sytuacji, że partyzanci nie zechcą wyjść z zabudowań, by próbować ucieczki, a postanowią się bronić korzystając z ochrony, którą stwarzał dom. Wtedy miało dojść do podpalenia domu, wraz ze znajdującymi się w nim partyzantami, ale też i samym Bukowskim. Był to scenariusz, który stał się obowiązujący w kolejnych akcjach, które w wiele miesięcy po wydarzeniach w Wilkowicach zrealizowany został w Szczyrku. Plan Klakusa dowodził, że z ich punktu widzenia Bukowskiego można było, spisać na straty.
Jeszcze wieczorem 4. sierpnia 1944 r. Bukowski przekazał Niemcom w umówiony sposób informację o ilości nocujących na kwaterze partyzantów. Przekonał ich, że rozsądniej będzie najpierw wyczyścić broń, a w dalszą drogę wyruszyć o świtaniu. Tak minęła noc. Sceny i rozmowy które miały miejsce w domu Świergałów rozgrywały się w obecności Antoniego Świergały, który jako kilkunastoletni podrostek ukrył się pod łóżkiem w kuchni niedostrzeżony przez Bukowskiego. Wczesnym świtem Antoni Janica z Buczkowic ponaglił przyjaciół by zbierali się do drogi. Wszyscy bez zwłoki podnieśli się z posłań i zabrawszy broń skierowali się ku drzwiom. Nie uszli jednak daleko. Z nóg powaliły ich serie z broni maszynowej, które przeszyły wnętrze izby. Nie do wykonania były polecenia ucieczki w stronę zarośli. Padali kolejno Herzyk z Zabłocia i Janica, którzy zginęli od razu. Golasik i Damek ranni strzałami z pistoletów odebrali sobie życie, by nie wpaść żywcem w ręce Niemców. Przy życiu pozostał jeszcze tylko poszarpany kulami dum-dum Tadeusz Konior, który dawał znaki życia i jakby próbował coś powiedzieć. Klakus nie mógł dopuścić, by jakaś ważna wiadomość tym bardziej pochodząca od partyzanta nie została przechwycona. Pochylił się nad rannym dość głęboko, bo ten słabym szeptem miał cos do przekazania. Padło po niemiecku „ Co ty mówisz?”. Wtedy Konior splunął w twarz oprawcy. Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Klakus sprawnie dobył pistolet i dwoma strzałami dobił Tadeusza Koniora. Tak zginęli partyzanci z Górskiego Oddziału AL. dowodzonego przez Józefa Habdasa-ps.„Kwaśny”: Tadeusz Konior, Józef Golasik, Józef Herzyk, Józef Damek i Antoni Janica. Ciała poległych niemieccy żołnierze przewieźli na podwórzec miejscowej szkoły, jako, że mieszkańcom Wilkowic należało się widowisko, którego celem miało być spotęgowanie strachu u tych, którzy nie stracili nadziei na klęskę Hitlera. To też była stała część scenariusza postępowania z ciałami zabitych członków ruchu oporu. Strach zniewala i pozbawia nadziei. Po zakończeniu koszmarnego widowiska, które musiało trwać, zwłoki partyzantów zostały pochowane we wspólnej mogile, na cmentarzu w Wilkowicach, którą zlokalizowano na jego obrzeżach. Mówiło się , że był to pas ziemi niepoświęconej. W tamtym czasie na każdym cmentarzu katolickim wydzielone było miejsce na którym chowane były ciała samobójców, dzieci nieochrzczonych. Ten fragment cmentarnej ziemi nie był poświęcony. W takim miejscu we wspólnej mogile  po północnej stronie cmentarza bezpośrednio przy zaroślach pochowane zostały zwłoki partyzantów. Podobno ksiądz potajemnie mogiłę poświęcił. Podobno. Potem pojawił się na mogile prosty krzyż z nazwiskami pomordowanych i… zielsko, które wyrosło bujne na świeżo spulchnionej ziemi.

T.Konior

T.Konior

J. Golasik

J. Golasik

Antoni Janica 5.8.1944

Antoni Janica 5.8.1944

Nie uniknęły kaźni dwie mieszkające w tym domu rodziny Świergałów. Aresztowani i osadzeni w KL Auschwitz zostali: Władysław Świergała z żoną Anną i Franciszka i Franciszek Świergałowie z córką Anielą. Tylko zrządzeniu losu, a może powszechnemu już bałaganowi panującemu w KL Auschwitz wywołanemu nadciągającej Armii Czerwonej należy przypisać fakt, że Józefa Golasik i rodziny Koniorów i Świergałów, zostały ulokowane razem w Bloku 11. Do tego czasu odcięci od wszelkich informacji z zewnątrz Koniorowie i Golasikowa nie mieli pojęcia o tym, co wydarzyło się w Wilkowicach. Nie wiedzieli o śmierci najbliższych członków rodziny i innych partyzantów. Świergałowie z kolei nie

Mogiła partyzantów AL (po wojnie)

Mogiła partyzantów AL (po wojnie)

wiedzieli jak niegodziwą rolę w czasie aresztowania Koniorów i Golasikowej odegrał Bukowski. Prawda o tym człowieku ujrzała światło dzienne w Auschwitz. Uwięzionym towarzyszyła do ostatnich chwil życia
Dla Józefa Koniora, jego żony Karoliny z Kalnej a także Anny i Władysława Świergałów egzekucję wyznaczono w KL Auschwitz na dzień 1. listopada 1944 r. W aktach zgonu Koniorów  wydanych przez Urząd Stanu Cywilnego w Oświęcimiu 14. listopada 1954 r. zapisano, że śmierć nastąpiła o godzinie 16.00. Z rodziny Franciszka Świergały z obozu powróciła Franciszka Świergała i córka Aniela. Losy Franciszka Świergały nie do końca są wyjaśnione. Pojawiają się informacje że Franciszek również został przez Niemców zgładzony, lecz wątpliwość budzi napis na nagrobku do niedawna zrujnowanym, gdzie obok Franciszki widnieje również imię Franciszek. To może wskazywać,  na to, że Franciszek Świergała przeżył. Sprawa wymaga jednak dokładnego zbadania.
Córka Koniorów -Józefa Golasik, jak wspominano, została z KL Auschwitz przewieziona do KZ Ravensbrück, gdzie była więziona od 29.listopada 1944 r. niemal do końca drugiej dekady stycznia 1945 r. z numerem obozowym 89867.

Józef Habdas dowódca oddziału partyzanckiego

Józef Habdas dowódca oddziału partyzanckiego

Z listy wywozowej sporządzonej w Ravensbrück wynika, że od 19. stycznia Józefa Golasik została więźniarką KZ Flossenbürg, gdzie nosiła numer obozowy 61603. Obóz ten wyzwoliły wojska amerykańskie 23. kwietnia 1945 r. Losy rodziny Koniorów tak ściśle związane z partyzancką działalnością Józefa Habdasa byłyby niepełne, gdyby pominąć okoliczności jego śmierci. Był przecież dowódca oddziału, z którym Koniorowie (i nie tylko) związani byli na życie i śmierć. Wtedy, gdy w Wilkowicach oddział odpoczywał, a w 5. sierpnia 1944 r. został wybity, Habdas przebywał w Buczkowicach. W nocy z 5/6 sierpnia 1944 r. nocował w domu Pilarzów w Buczkowicach przy dzisiejszej ulicy Lipowskiej nie mając wiadomości o masakrze, której ofiarami byli jego ludzie. Nie podejrzewał również, że o miejscu jego pobytu została powiadomiony posterunek niemieckiej policji. Denuncjatorem okazała się być jego dobra znajoma Julia, żona Maksa Łuczyńskiego, znanego we wsi lutnika i producenta zabawek- koni na biegunach. Oficjalnym powodem zdrady jakiej dopuściła się Julia była obietnica nagrody wyznaczonej za wskazanie miejsca pobytu Habdasa. Przekonanie buczkowian na temat tego donosu było takie, że powodem zdrady była zemsta ze względów natury osobistej, a nie chęć otrzymania nagrody. Habdasa naszli Niemcy gdy jeszcze był w łóżku. Nie zdołał nawet sięgnąć po broń, którą miał w zasięgu ręki. Seria z broni automatycznej przeszyła mu pierś. W Buczkowicach panuje powszechne przekonanie, że zabójstwa dokonał niemiecki policjant o nazwisku Lasik vel Lacik, który miał szczególne powody, by uczestniczyć w obławie liczącej blisko 50 policjantów i SS-manów.
Ciało Józefa Habdasa odarte z ubrania zostało ułożone pod płotem tuż obok budynku posterunku policji „U Reicha” i wystawione na widok publiczny spędzonych tu mieszkańców Buczkowic i Szczyrku. Habdas –postrach Niemców w naszej okolicy miał na sobie tylko czerwone spodenki. Na poszarpanych strzałami piersiach Niemcy położyli czapkę przeznaczoną na datki pieniężne, które miały pomóc sfinansować pogrzeb. Wielu świadków tej makabrycznej sceny potwierdziło w rozmowach wskazane fakty. Pogrzeb musiał się odbyć wcześniej aniżeli zakładali Niemcy. Gorąc panujący wtenczas sprawił, że ciało sczerniałe działało odstraszająco na przymusowych widzów.
Ostatnim aktem zemsty Niemców na Habdasie był zamiar pochowania go bez jakiekolwiek okrycia i bez trumny. Buczkowianie wyprosili u nich wyłożenie grobu jedliną i okrycie ciała prześcieradłem. Tak został pochowany dowódca partyzanckiego oddziału, który dawał się solidnie Niemcom we znaki trzymając ich w ciągłej niepewności i pogotowiu nie mówiąc o stratach, które ze swoim oddziałem im wyrządzał. O ostatniej drodze Habdasa opowiedziała we wspomnieniach p. Janina Kubaszek z Buczkowic, która w uroczystościach pogrzebowych uczestniczyła. Oryginalny dowód szacunku dla Habdasa i jego działalności znajdujemy w księdze zgonów w parafii Buczkowice przy jego nazwisku. Proboszcz parafii ks. Józef Kolber znany ze swego bardzo życzliwego stosunku do

Józefa Golasik

Józefa Golasik

wszelkich prób oporu wobec Niemców napisał, w uwagach przy akcie zgonu, że zmarły został zastrzelony przez policję po długim czasie poszukiwania i pościgu. Losy Bukowskiego tak ściśle związanego z działalnością Józefa Habdasa i jego oddziału toczyły się dalej. Miał na swoim koncie również i inne niegodziwe czyny, których mrocznym efektem była śmierć kolejnych polskich patriotów. Unikał poszukujących go buczkowian, ale zawsze udawało mu się uniknąć zatrzymania. W nowej powojennej rzeczywistości nie czuł się dobrze. Przedostał się więc do Czechosłowacji, gdzie przebywał przez stosunkowo krótki okres. Przy powrocie do kraju przez Punkt Państwowego Urzędu Repatriacyjnego Czechowicach został rozpoznany i aresztowany przez Szymona Stanisławka, związanego wcześniej z dowództwem V Okręgu Armii Ludowej. W czasie rozpoznania i próby ucieczki został postrzelony. Stało się to jesienią 1945 r. Z Bawarii powróciła do kraju w stanie skrajnego wyczerpania Józefa Golasik. Powróciła w amerykańskim mundurze, w który została odziana po zrzuceniu obozowych łachmanów. Powrót do Kalnej i zamieszkanie w rodzinnym domu nie był możliwy ze względu na zniszczenia jakie zostały w nim spowodowane w wyniku działań wojennych, a także przygodnych amatorów cudzego mienia. W pobliżu domu przebiegały rowy strzeleckie, które zasypywał w ramach resocjalizacji wspominany wcześniej rzeźnik Czernek. Franciszek Konior po opuszczeniu Makowa, do którego był wysiedlony nie wrócił już do Żywca, ale zamieszkał z rodziną w Bielsku. Tu odnalazła go siostra Józefa i tu kątem zamieszkała z nadzieją na szybki powrót do pełnej sprawności i zdrowia po obozowych przejściach.
Od śmierci Józefa i Karoliny Koniorów minął prawie rok, a od śmierci piątki partyzantów w Wilkowicach nieco ponad rok. Wspominam o tym, bo właśnie w tym czasie-jesienią 1945 r. miało miejsce wstrząsające wydarzenie, którego świadkami byli pacjenci szpitala w Bielsku. Tak się bowiem złożyło, że Franciszek Konior w bliżej nieustalonych okolicznościach został raniony w czasie strzelaniny prawdopodobnie w rejonie Mazańcowic. Znalazł się w szpitalu. Odwiedzająca go żona dowiedziała się,  że na sąsiednim łóżku leży poważnie rany człowiek o nazwisku Bukowski, przy którym wystawiono milicyjny posterunek. Ponieważ osobiście nigdy nie spotkała Bukowskiego, a nazwisko było znajome pośpiesznie wróciła do domu, by czym prędzej Józefę zaprowadzić do szpitala, by ta rozpoznała Bukowskiego. Józefę trzeba było w drodze do szpitala podtrzymywać, bo opadała z sił i traciła świadomość. W szpitalu Golasikowa bez trudu rozpoznała zdrajcę Bukowskiego. Rozpoznanie potwierdziła sprawdzając, czy ranny ma pod brodą bliznę, którą zapamiętała. Wątpliwości nie było. To był Czesław Bukowski. Zapytała jeszcze, czy znał Koniora i innych partyzantów. Bukowski słabym głosem odrzekł tylko: „Wszyscy zabici, wszyscy zabici”. Nie trudno wyobrazić sobie stopień emocji w jakim znalazła się Golasikowa. Rzuciła się w stronę szafki na której leżał widelec. Porwała go, by rozprawić się z Bukowskim. Przeceniła swoje siły. Padła zemdlona.
W roku 1947 Sąd Wojewódzki w Katowicach wydał wyrok w sprawie Czesława Bukowskiego. Józefa Golasik występowała w procesie jako świadek oskarżenia. Wyrok brzmiał: Kara śmieci przez powieszenie. Przed wykonaniem wyroku Czesław Bukowski w liście do rodziny nie miał nic do przekazania. Ta zaś, która zdradziła policji miejsc pobytu Habdasa została aresztowana w Buczkowicach przez buczkowianina, pracownika Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Bielsku. Jego nazwisko jest znane.

Józef Stec

 Suplement

Matylda Konior-Opiłka

Matylda Konior-Opiłka

Podstawę dla przedstawiania wojennych losów rodziny Koniorów z Kalnej stanowiły materiały spisane przez Panią Matyldę Konior Opiłkę, która od lat czyni starania o godne upamiętnienie pamięci ofiar wojny z Godziszki i Kalnej.  Mimo deklaracji przedstawicieli lokalnych władz i instytucji dotychczas to nie nastąpiło. Skromny pomnik poświęcony  tym ludziom zdemontowany w czasie remontu, a następnie rozbudowy szkoły w Godziszce nie został odtworzony. Pozostała po nim tablica pamięci nie wymienia nazwisk ofiar hitlerowskiego terroru i prześladowań ale także walki z okupantem.
Godne ubolewania jest iż na partyzanckiej mogile (nr grobu 1316), który jest grobem wojennym podlegającym szczególnej opiece państwa dokonywane były w niezbyt odległej przeszłości, a także jeszcze w roku 2013 zmiany, których celem było wykreślenie nazwy Gwardii i Armii Ludowej, której żołnierzami byli polegli i upowszechnianie nieprawdy. Tę sprawę przedstawiłem w artykule Historia od nowa pisana” zamieszczonym na stronie internetowej towarzystwo-zagroda.pl wskazując na niedostatek troski państwa o wojenne mogiły, a także swobodę ingerencji w wygląd i treści na nich zamieszczane.
Nie sposób nie wspomnieć o danych zawartych w księgach stanu cywilnego, których duplikat przekazany został Urzędowi Gminy Wilkowice z parafii p.w. św. Michała Archanioła w Wilkowicach.
W dokumencie z 21. marca 1994 r. wydanym przez proboszcza tej parafii zapisano, że w Księdze Zmarłych (Tom VIII str.70 Nr 62) widnieje zapis wskazujący nazwiska pięciu poległych ze wskazaniem ich wieku, dacie śmierci (4.08 1944) oraz dacie pogrzebu (7.08 1944) i numerze grobu partyzantów (1316). Uwagę zwraca stwierdzenie,” W księdze brak jest bliższych danych o zmarłych”. Jednocześnie do duplikatu księgi zmarłych w USC Wilkowice dołączona jest kopia „Świadectwa  zgonu” wydanego przez poprzedniego proboszcza wspomnianej parafii, datowane 27.listopada 1990 r. a dotyczące Józefa Golasika (poz. księgi zgonów 61). Świadectwo to wskazuje wszystkie dane , które w takim dokumencie są wymagane ( choć data śmierci jest błędna). Rodzi się więc pytanie, na jakiej podstawie wydane zostało wspomniane świadectwo zgonu, skoro w księdze ( zmarłych ) brak jest bliższych danych o zmarłych.  Zwraca również uwagę rozbieżność we wskazaniu pozycji księgi zgonów wynikająca z obu przytoczonych dokumentów. Wniosek, jaki wynika z tych spostrzeżeń I nie tylko z nich) sprowadza się do stwierdzenia, że duplikat Księgi Zgonów jaki znajduje się w USC Wilkowice nie zawiera wszystkich danych, które są wpisane do oryginału księgi przechowywanego w kancelarii parafialnej. Jest bowiem bezsporne, co naocznie stwierdziłem, że w księdze zgonów znajdującej się w USC Wilkowice,  nie są zapisane dane dotyczące zgonu partyzantów. Fakt ten wynika tylko z dopiętego do księgi pisma proboszcza parafii  z 21.03 1994 r. Konsekwencją tego stanu jest to, że osoby mające interes prawny w uzyskaniu aktu zgonu partyzanta nie mogą uzyskać takiego dokumentu z właściwego Urzędu Stanu Cywilnego.
Na koniec chcę stwierdzić, że byłoby ze wszech miar pożądane, aby żywi przyjęli za swoją dewizę stwierdzenia Józefa Piłsudskiego, który powiedział: „ Jestem wyznawcą zasady, że ten, kto nie szanuje i nie ceni swej przeszłości, ten nie jest godzien szacunku teraźniejszości, ani prawa do przyszłości”. Szanujmy przeszłość taką jaka ona była, bo nikt i nic nie jest jej wstanie zmienić.

Kolejna historia dotyczyc będzi rodziny Sikorów

Józef Stec