Rudolf i Maria Lewy

Migracyjne losy tej rodziny odsłonił Władysław Lewy- jeden z synów Rudolfa i Marii. Relacja, którą przedstawił 10. lutego 2018 r. pochodzi od człowieka, który całą tę historię poznał dzięki własnemu zainteresowaniu. W chwili wyjazdu rodziny z Buczkowic był bowiem niemal noworodkiem, o czym dalej.

1. Rudolf Lewy w mundurze sokolim sprzed II wojny)

1. Rudolf Lewy w mundurze sokolim sprzed II wojny)

Rudolf Lewy urodził się 26.czerwca 1910 r. w Buczkowicach w „placu Kaniów”, z którym cały ród był związany od lat. Jego żona Maria urodziła się 9. września 1913 r. w wielodzietnej rodzinie „Michałka”, która przed wybuchem wojny mieszkała w pobliżu obecnej ulicy Miodowej, Pocztowej, w sąsiedztwie potoku, od którego przyjęła nazwę uliczka Nad Potokiem. Rodowe nazwisko Marii Lewy, to Maria Wrona.
Przed wybuchem wojny Rudolf był zaangażowany w działalność buczkowickiego „Sokoła”. Bliższych danych na temat skali tego zaangażowania niestety nie znamy.
Sytuacja rodziny Lewych w końcowym okresie okupacji niezwykle się skomplikowała na skutek pożaru rodzinnego domu Marii, w którym małżeństwo Lewych mieszkało. Podobnie, jak w sytuacji rodziny Kos-Jakubiec, dom „Michalka” znalazł się w strefie, którą Niemcy „czyścili” z budynków, by te nie utrudniały im obserwacji ruchów radzieckich wojsk od Rybarzowic. Operacja ta prowadzona była w okresie od połowy lutego do końca marca 1945 r., a więc w czasie, gdy wojska radzieckie po zajęciu Bielska i Białej oraz północnej części obecnego powiatu bielskiego zostały w swym marszu zatrzymane ze względu na konieczność skoncentrowania sił i środków na tzw. kierunku ostrawskim, ważnym dla armii niemieckiej ze względów strategicznych, zaopatrzeniowych. Istotę tej operacji i jej dalszy przebieg opisałem w Historii Buczkowic, a także wybiórczo w tym opracowaniu. Dla mieszkańców Buczkowic, posiadających domy w południowej części „placu Moczków” mimo nadziei na szybkie zakończenie okupacji, był to okres tragiczny. Stracili dorobek całego życia. Stracili przede wszystkim domy, które przetrwały niemal. cały okres wojny, a na kilka tygodni przed zakończeniem okupacji zostały puszczone z dymem. Dla Wronów była to tragedia zwielokrotniona, która zmusiła członków tej rodziny do podjęcia decyzji o wyjeździe z Buczkowic. O skali tych zniszczeń we wspomnianym rejonie wsi wspomniałem w Historii Buczkowic na str. 409 ( poz. 1. w III strefie zniszczeń).
Jeśli narodziła się u Lewych myśl opuszczenia Buczkowic, to z całą pewnością była ona wywołana przymusem, by w tempie możliwie najszybszym zapewnić sobie dach nad głową, a także poprawić swą sytuację materialną.
Rudolf Lewy, podobnie, jak wielu potencjalnych migrantów-osadników wyjechał na ziemie zachodnie, które wydawały się stwarzać możliwości rozwiązania wspomnianych wyżej kłopotów. Wyjazd miał dać odpowiedź, na pytanie czy zamiar przesiedlenia całej rodziny w zupełnie nowe miejsce stwarzać będzie dla niej szansę. P. Władysław twierdzi, że jego ojciec pełnił w organizowaniu przyszłego wyjazdu, a wcześniej rekonesansu w Porębie rolę głównego organizatora. Twierdzi, że to jego ojciec dokonywał wyboru gospodarstw dla przyszłych buczkowickich osadników, a także, później organizował wyjazd. W świetle innych relacji informacja p. Władysława, może budzić zastrzeżenia, wątpliwości. W wielu przypadkach bowiem przyszli osadnicy jednak osobiście oglądali swe przyszłe siedliska. Wydaje się to być oczywiste. Trudno podstawowe decyzje, ważące na losach rodzin powierzać osobie wprawdzie znanej i obdarzonej szacunkiem, ale jednak tylko pośrednio zainteresowanej sprawą. Sądzę, że najmniej uwag może wywołać działanie Rudolfa Lewego na rzecz członków rodziny jego żony, a mianowicie Wiktorii Wrona i Józefa Wrony. W tej grupie osób Rudolf, jako człowiek obrotny, mógł bez wątpienia spełniać rolę niemal pełnomocnika wymienionych osób. Nie natknąłem się na informacje, które wprost odnosiłyby się do sposobu załatwiania spraw związanych z wyjazdem. Ta „ekspedycja” wymagała kontaktów z koleją, wynajmem wagonów, płatnościami za te usługi. Ktoś musiał to wykonać. Gdybym zatem miał rolę organizatora tych ostatnich zadań komukolwiek przypisywać, to nie miałbym trudności, by wskazać właśnie na Rudolfa Lewego. pod jednym wszakże warunkiem: że w sposób jednoznaczny ustalony lub ustalone zostaną terminy wyjazdów osadników; pojawiają się bowiem dwa terminy: wrzesień 1945 i przełom sierpnia/ września 1945. Nie chcąc się więc ograniczyć wyłącznie do bezkrytycznego spisania relacji, zwracam uwagę na okoliczności, które mogą budzić wątpliwości. Traktuję tę uwagę jako wyjątek od zasady niekomentowania, nierecenzowania wypowiedzi moich rozmówców.
W rozmowie z p. Władysławem pojawiła się sprawa wyboru rejonu przyszłego osiedlenia rodziny. Choć rozmówca nie mógł jednoznacznie wskazać powodów dla których została wybrana Poręba, to wspomniał o uzdrowisku Długopole Zdrój, jako czynniku, który w podjęciu tej decyzji mógł mieć znaczenie. To o tyle ciekawe, że mogłoby sugerować, że to nie nadzieja na objęcie również (poza domem) gospodarstwa rolnego stała u podstaw migracji. Czy tak było? Trudno powiedzieć, skoro rodzina objęła gospodarstwo i w nim pracowała.
Po wspominanym rekonesansie w Porębie rodzina Lewych w czerwcu 1945 r. wyjechała na ziemie zachodnie. Czas wyjazdu jest pewny z tego względu, że p. Władysław urodził się nieco ponad tydzień przed terminem wyjazdu.
Rodziny jechały dwa tygodnie w wagonach bydlęcych. W Porębie, jak twierdzi p. Władysław szło prawdopodobnie do zgrzytu pomiędzy Wojciechem Dutką, a Rudolfem Lewym na tle zasiedlenia domu. P. Władysław twierdzi, że Dutkowie bezprawnie objęli dom, który wcześniej Rudolf Lewy wybrał dla swojej rodziny. Nie można jednak wykluczyć, że ów spór mógł być wywołany opóźnieniem przyjazdu rodziny Lewych do Poręby, spowodowanego narodzinami Władysława. Ściśle zakreślone przez administrację państwową terminy objęcia gospodarstw liczone od chwili przeprowadzenia ich oględzin i wyboru był bezwzględnie przestrzegany. Jeśli osadnik nie pojawił się na miejscu w wyznaczonym czasie, wcześniejsze ustalenia odnośnie do objęcia konkretnego gospodarstwa przestały obowiązywać. Gospodarstwo, mogło być przeznaczone innej rodzinie. Tak mogło się stać w przypadku rodziny Lewych. Nie możemy jednak tej tezy udowodnić.
W transporcie z tej rodziny znaleźli się: Rudolf Lewy, jego żona Maria, synowie: Stanisław (ur. w 1936 r.) oraz niemowlak Władysław. Po czterech latach pobytu w Porębie, (w roku 1949), urodził się kolejny syn Bronisław. On był już porębianinem z buczkowickimi korzeniami. W niedługim czasie po przyjeździe do Poręby Władysław zachorował na katar kiszek. Lekarz, który go wyleczył z ciężkiego stanu, był Niemcem. Ten fakt p. Władysław wspomina ze wzruszeniem.
Ostatecznie jednak Lewi objęli duży dom wraz z zabudowaniami gospodarczymi. Elementem tych ostatnich był niepracujący wodny młyn. Rolnicza część gospodarstwa obejmowała grunty o powierzchni około 30 hektarów. Zastano w gospodarstwie 2 konie, osiem krów, niewielkie stado świń oraz drób. Zastano również bardzo bogaty zestaw maszyn rolniczych wszelkiego rodzaju, do wszystkich robót gospodarskich. Przeznaczenia części tych maszyn nie było nowym posiadaczom  znane. Musieli się ich po prostu uczyć. P. Władysław twierdzi, że we wsi i w zajętych przez jego rodzinę zabudowaniach był prąd elektryczny, a także bieżąca woda z wodociągu, która podawana była do poideł w oborze tak, że nie trzeba było ręcznie bydła poić. Mój rozmówca twierdzi, że nie było we wsi żadnego gospodarstwa, w którym osadnicy nie zastaliby zwierząt, a szczególnie bydła. Mogło nie być koni lub wołów, które były czasami wykorzystywane do prac polowych i zaprzęgów w zastępstwie koni, ale krowy, choć czasami w zmniejszonej w stosunku do ilości przygotowanych stanowisk, w każdym gospodarstwie były. Jako przykład takiej sytuacji wskazuje gospodarstwo Józefa i Marii Pietraszko, którzy mieli bardzo małe gospodarstwo, jak na tamtejsze warunki, ale krowy w nim były. To oświadczeni, podobnie, jak inne, przeczy stwierdzeniom p. Elżbiety Jaromin z d. Dutka, która stwierdziła, że w chwili przejmowania przez jej rodzinę gospodarstwie żadnego bydła nie było.
Innym ważnym stwierdzeniem, które padło w wypowiedziach p. Władysława było potwierdzenie obecności w obejmowanych gospodarstwach poprzednich, niemieckich ich właścicieli. Padło określenie „niemiecka rodzina” ale bez dodania, czy była to rodzina pełna, czy też złożona tylko z jej kobiecej i dziecięcej części. Wydaje się jednak, ze w rachubę wchodziła raczej ta druga ewentualność, czyli rodzina bez głowy rodziny, podobnie, jak to był w innych gospodarstwach. Pojawiła się również w opowieści Czeszka z dzieckiem, służąca niemieckiej rodziny. To ciekawa historia, bowiem służąca ta pozostała w objętym przez Lewych gospodarstwie aż do końca ich pobytu w Porębie, czyli do roku 1951. Nie znamy statusu tej osoby za czasów Lewych. Można raczej założyć, że była raczej pomocnikiem, pracownikiem w gospodarstwie, które takiej pomocy wymagało ze względu na jego powierzchnię i inwentarz żywy.
Innym problemem związanym z obecnością gospodarzy niemieckich był okres, w którym oni w tym gospodarstwie przebywali., P. Władysław twierdzi, że „był to bardzo krótki czas”. Z drugiej zaś strony p. Władysław wspomina przesiedlenie Niemców. Z wypowiedzi wynika, że ma na myśli przesiedlenie obejmujące większą ilość rodzin, a nie pojedyncze przypadki jakby można zakładać przy rodzinie przebywającej u Lewych. Zwracam uwagę na ten aspekt mając na względzie informacje pochodzące od innych osadników, a mówiące o zdecydowanie dłuższym okresie wspólnego z Niemcami zamieszkiwania. Być może przypadek Lewych był jednostkowy.
Rozpytywałem mojego rozmówcę o okoliczności wysiedlenia Niemców. Jego relacja w najogólniejszych zarysach jest potwierdzeniem innych. Wynika z niej, że przesiedleńcy mieli możliwość zabrania wszystkiego, co mieściło się na konnych wozach. Już to samo w sobie oznaczało, że nie wchodziło w rachubę wywożenie mebli, wyposażenia mieszkań, nie mówiąc o maszynach rolniczych. P. Władysław wskazał przy tej okazji na rolę swego ojca Rudolfa, który, jak twierdził, pełnił w tym czasie funkcję radnego. Rudolf Lewy konwojował kolumnę wozów konnych aż do czasu opuszczenia granic Polski przez przesiedleńców. Z samym przekroczeniem granicy miały być kłopoty, które spowodowały, że musieli oni przez niespełna tydzień oczekiwać na opuszczenie Polski. Nie zostały wskazane powody tego zamieszania. W czasie tego niespodziewanego przestoju Rudol Lewy, jak twierdzi p. Władysław, opiekował się rodzinami niemieckimi troszcząc się o to, by otrzymywały wszystko co było im niezbędne do przetrwania. Twierdził też, że ten bardzo ludzki gest został przez rodziny niemieckie zapamiętany. Odwiedzający po wielu latach swe rodzinne strony Niemcy- dawni mieszkańcy Poręby dopytywali się o Rudolfa, chcąc mu podziękować za okazaną pomoc.
Jest w tej relacji zawarte daleko idące uproszczenie dotyczące faktu opuszczania granic Polski. Tabory z przesiedleńcami miały bowiem za zadanie dotrzeć do wyznaczonej stacji kolejowej, gdzie na przesiedleńców miał oczekiwać pociąg. Stacją najbliższą była niewątpliwie Bystrzyca Kłodzka, ale nie można wykluczyć, że wyznaczona była stacja inna, z której było możliwe połączenie kolejowe z terytorium Niemiec. Techniczny problem w tym rejonie nie występował, bowiem Ziemia Kłodzka była częścią Rzeszy przed wybuchem wojny i w czasie jej trwania. Jeśli więc zaistniały trudności w dotrzymaniu terminu podstawienia wagonów, to musiał on mieć podłoże organizacyjne. Te uwagi nie wykluczają zaangażowania p. Rudolfa przy świadczeniu pomocy rodzinom niemieckim, oczekującym na wyjazd.
Pytany o powody decyzji o powrocie do Buczkowic p. Władysław stwierdził, że były nim zamiary tworzenia spółdzielni produkcyjnej,

2. Władyslaw Gluza s. Antoniego, dyr. Fabryki Mebli Giętych w Buczkowicach

2. Władyslaw Gluza s. Antoniego, dyr. Fabryki Mebli Giętych w Buczkowicach

która nazywano z rosyjska kołchozem (kolektiwnoje chozjajstwo). Ta forma gospodarowania Polakom nie odpowiadała. Pojawiła się także w tym czasie propozycja zatrudnienia w fabryce mebli giętych b. Adolfa Wecha, w której dyrektorem w tym czasie był Władysław Gluza. W fabryce potrzebni byli fachowcy, a takim był Rudolf Lewy. W tych warunkach zapadło postanowienie o powrocie do Buczkowic. Był rok 1951. Do Buczkowic rodzina zjechała w powiększonym o syna Bronisława stanie. Liczyła pięć osób.
Gospodarstwo w Porębie zostało przekazane władzom, a te przydzieliły je przesiedleńcowi ze wschodu. Po dwóch latach marnego gospodarowania kwitnące niegdyś gospodarstwo popadło w ruinę, której dopełnił pożar wszystkich zabudowań, stanowiących jego mieszkalno-gospodarcze zaplecze. Gdy po latach Władysław Lewy z powodów sentymentalnych  odwiedził tamte strony miejsce po nich ziało pustką. Było mu przykro. Trudno się dziwić. Spędził tam pierwsze lata swego życia. Wspomnę jeszcze o jednym epizodzie z życia Rudolfa Lewego. W opracowaniu posługuję się brzmieniem nazwiska, nadanym mu decyzją z 20. maja 1955 r. Wcześniej, nazwisko to było pisane jako Loewy vel Löwy. Zmiana ta, dokonana zapewne na wniosek zainteresowanego została podjęta przez kierownika Biura Dowodów Osobistych w Bielsku-Białej. Dawne brzemiennie nazwiska pozostało przy bracie Rudolfa –Antonim i było genealogicznie uzasadnione.
Rudolf Lewy podjął pracę w Fabryce Mebli Giętych, gdzie, jako człowiek nawykły do społecznej działalności zaangażował się w pracę zakładowej organizacji związkowej. Smutnym pokłosiem tego zaangażowania była jego śmierć 27. września 1980 r., która była następstwem nieszczęśliwego wypadku w czasie dożynek wiejskich, współorganizowanych przez Rudolfa. Został przejechany przez ciągnik rolniczy nieostrożnie manewrujący na dawnym tzw. „rynku”, a obecnie boisku do piłki nożnej. Żona, Maria Lewy z d. Wrona zmarła w jedenaście lat później-13 listopada 1991 r. Noworodek w chwili wyjazdu-Władysław, mój rozmówca osiadł w Buczkowicach. Jest mężem Anny, córki Władysława Gluzy, wspominanego wcześniej dyrektora Fabryki Mebli Giętych. Bronisław- najmłodszy syn Lewych zamieszkał w Bielsku-Białej (Mikuszowicach), zaś najstarszy syn Stanisław zmarł.

Wiktoria Wrona   

była rodzoną siostra Marii, zamężnej Lewy. Wywodziła się  „od Michałka”, czyli Michała Wrony, którego dom został w ostatnich dniach okupacji spalony w okolicznościach opisanych przy rodzinie Lewych i Teresy Kos. Można zatem stwierdzić, że najważniejszym powodem wyjazdu z Buczkowic był brak domu oraz brak perspektyw na jego szybkie wybudowanie. Pani Wiktoria samotnie wychowywała córkę, co pogarszało jej sytuację, utrudniając podjęcie zatrudnienia Pokrewieństwo z żoną Rudolfa Lewego, który postanowił wraz z rodziną przesiedlić się na ziemie zachodnie z pewnością było tą okolicznością, która przemawiała za pójściem tą samą drogą. Poza tym, wspólny wyjazd stwarzał wrażenie bezpieczeństwa i był namiastką dużej rodzinnej wspólnoty z Buczkowic. Wspomniałem wcześniej, że Rudolf Lewy będąc na rozpoznaniu w Porębie mógł wybrać nowe siedlisko dla swej powinowatej. P. Wiktoria w czasie pobytu w Porębie poznała swego przyszłego męża  o nazwisku Ryszniuk– przesiedleńca ze wschodu. Obecność rodziny Ryszniuków w Porębie pojawia się w kolejnych relacjach, choć w zniekształconym brzmieniu – Reśniuk. Z informacji uzyskanych od p. Władysława Lewego wynika, że Ryszniukowie pozostali w Porębie i tam rozpoczęli nowy etap swego życia. Ponieważ rodzinne kontakty z czasem bardzo się rozluźniły, nie znamy losów córki p. Wiktorii. Można jednak założyć, że i ona również założyła na ziemiach zachodnich rodzinę.

Józef Wrona

to brat Marii Lewy i Wiktorii Wrona wywodzący się z domu „u Michałka”. Był kawalerem w czasie, gdy grupa buczkowiczan wyjeżdżała na Dolny Śląsk. Był ojcem syna Józefa Jakubca, usynowionego przez Juliana Barona, buczkowickiego szewca. Bliższych danych o losach Józefa Wrony brak. Jest jednak faktem jego pobyt w Długopolu Zdroju. Tam zawarł związek małżeński prawdopodobnie z byłą mieszkanką Wrocławia, siostrą wyższego oficera Wojska Polskiego. Jest zatem pewne, że prowadzeniem gospodarstwa się nie zajmował. Józef Wrona zmarł przed wieloma laty w Długopolu. U Lewych kontakty z tą rodziną nie należały do częstych.

Rodzina Józefa Kubicy

Rodzina ta pojawia się w relacjach p. Władysława Lewego. Inni rozmówcy nie wymieniają tego nazwiska. Zamieszczając  ja w rejestrze osadników mam na uwadze fakt, że dom tej rodziny, położony w tym samym rejonie, co dom „Michałka” również został spalony w opisanych okolicznościach. Ten fakt został wykazany w Historii Buczkowic na str. 409 (III strefa zniszczeń poz.4.- Kubica ul. Pocztowa). Ten fakt wskazywałby na wspólnotę losów mieszkańców tego rejonu wsi. Sąsiedztwo z Michałem Wroną, a więc i małżeństwem Lewych mogło sprzyjać podjęciu decyzji o opuszczeniu Buczkowic w sytuacji bezdomności. Nie można wykluczyć, że osadnicy gospodarujący w Porębie lub Ponikwie małżeństwa tego nie pamiętają dlatego, że rodzina osiadła np. w Długopolu lub w Bystrzycy. Jest to jednak hipoteza, która nie zamyka drogi dalszych poszukiwań i dociekań.