Rodzina Macieja i Marianny Huczków

 Rodzina, której będzie ta opowieść osiadła przy obecnej ulicy Myśliwskiej, na wschodniej granicy rozległego „placu Moczków”, który w tradycji miejscowej był centrum tzw. „Ukrainy. Tu znajdowały się skupiska rodzin stosunkowo biednych, często wielodzietnych.

1.Maciej Huczek w młodości

1.Maciej Huczek w młodości

Maciej Huczek związany był z tą częścią wsi od urodzenia. Był rodowitym buczkowiczaninem z rocznika 1881. Z zawodu był stolarzem i snycerzem o bardzo wysokich kwalifikacjach, co sprawiało, że problemu z zatrudnieniem nie miał. Wytwarzał ekskluzywne meble. Był człowiekiem, który niezwykle wysoko cenił wartości i więzy rodzinne. Antoni, jego brat, który był słabego zdrowia stał się właścicielem niewielkiego gospodarstwa, wydzielonego z gospodarstwa Macieja. Ten uznał bowiem, że posiadając w ręku dobry zawód powinien wesprzeć brata w stworzeniu dla niego podstaw egzystencji. Na dodatek, korzystając z koneksji z ludźmi od których wiele zależało w życiu publicznym, pomógł bratu uzyskać uprawnienia kontrolera jakości mięsa pozyskiwanego w tzw. uboju gospodarczym, w gospodarstwach chłopskich. Uprawnienia te oraz niewielkie gospodarstwo czyniło z Antoniego człowieka w miarę niezależnego finansowo.
Żona Marianna z d. Byrdy (ur. w 1893r.), pochodziła z Rybarzowic. Małżeństwo Huczków miało własny dom przy obecnej ulicy Myśliwskiej 352, z którym było związane niewielkie gospodarstwo rolne. Zajmowała się im przede wszystkim p. Marianna. W rodzinie urodziło się dziewięcioro dzieci, które nakładały na ich matkę dodatkowe obowiązki. Maciej Huczek bowiem mając możliwość w okresie międzywojennym sięgnięcia po korzystniejsze zarobki, wyjechał do Szwajcarii, gdzie pracował w swoim zawodzie. Wtedy poznał życie w innych krajach, a także nauczył się języka niemieckiego, którym posługiwał się biegle w mowie i piśmie. Gdy wybuchła wojna z Niemcami w 1939 r. został skierowany na roboty przymusowe do miasta Brieg (Brzeg) na Dolnym Śląsku. Te wszystkie okoliczności i praca często ponad siły sprawiły, że nabawił się ciężkiej postaci astmy, która znacznie ograniczała jego fizyczne możliwości. Okres okupacyjny dla tej rodziny był też czasem, w którym córka Jadwiga (r. 1926) związała się z lewicowym oddziałem partyzanckim Gwardii, a potem Armii Ludowej, dowodzonym przez Józefa Habdasa ps. „Kwaśny”. A oddział ten to Oddział Górski GL/AL. Rodziło to dla rodziny szereg zagrożeń, powodowało nieustanna inwigilację ze strony niemieckich sił policyjnych, życie w ciągłym napięciu. Mimo sprzeciwów ze strony ojca Macieja Jadwiga nie zrezygnowała ze współpracy z partyzantami. Maciej Huczek bardzo przeżywał aresztowanie córki, osadzenie jej w KL Auschwitz, a potem w Ravensbrück, gdzie prowadzone były zbrodnicze eksperymenty medyczne na więźniarkach. Los zrządził, że Jadwiga Huczek uniknęła tych eksperymentów.
Zakończenie wojny zastało rodzinę zdekompletowaną, o czym wspomnę dalej. Nadszedł czas podjęcia decyzji o tym, jak urządzić życie po wojnie. Maciej Huczek, człowiek w świecie obeznany, znający życie postanowił wyjechać na ziemie zachodnie, by zbadać możliwości zamieszkania i gospodarowania z dala od Buczkowic. W wyniku tej wizyty zapadła decyzja, że rodzina wyjedzie do Kotliny Kłodzkiej do wsi Poręba k. Bystrzycy Kłodzkiej.
Trzeba zaznaczyć, że rodzina posiadała niezniszczony przez działania wojenne dom i niewielkie gospodarstwo. Powodem tej decyzji nie była więc bezdomność, ale dążenie do poprawy bytu rodziny głównie poprzez pozyskanie większego obszarowo gospodarstwa O tym, co tam się działo podzielił się Jan Huczek 2o. lutego 2018 r. liczący wtedy ponad 84 lata. Był bezpośrednim obserwatorem tamtych wydarzeń. Tam bowiem zamieszkał z resztą rodziny. Interesujące dane przekazał mi p. Jan na temat procedury wyboru gospodarstw, a także zasad ich obejmowania przez nowych osadników. Wyglądało to tak: Wybór gospodarstwa dokonywany był w czasie rekonesansu potencjalnego osadnika w Porębie, (bo o tej wsi jest mowa). Wybór ten odnotowywał przedstawiciel miejscowych władz. Osadnik powinien był faktycznie objąć gospodarstwo, które wybrał dla swojej rodziny, w okresie nie przekraczającym dwóch tygodni od chwili wyboru. Jeśli gospodarstwo nie zostało objęte, władze miały prawo zaproponować go innemu chętnemu, i to bez możliwości zaskarżenia takiej decyzji przez spóźnionego osadnika. Huczkowie na własnej skórze doświadczyli skutków swego spóźnienia. Zanim do Poręby dojechali minął zdecydowanie termin dwutygodniowy. Musieli zdecydować się na gospodarstwo, na końcu wsi, o którym nic nie wiedzieli.
Na miejscu poza p. Maciejem i jego żoną znalazły się dzieci: Jan, Michał, Anna oraz Janina (Joanna). Po powrocie z poobozowej rekonwalescencji w Szwecji

Jadwiga Kułas z d. Huczek  w r. 2016

Jadwiga Kułas z d. Huczek w r. 2016

dotarła tam również na przejściowy czas Jadwiga. Do Poręby nie wyjechała córka Stefania (późniejsza żona Józefa Wajdzika), której zadaniem było baczenie na dom rodzinny i gospodarstwo. Na miejscu pozostała również córka Maria, która, jako zamężna (Czaniecka) mieszkała wtedy wraz z mężem w Wilkowicach. Nie wyjechał do Poręby również syn Józef, który został wysłany na roboty przymusowe do Halle po nieroztropnej kolizji, spowodowanej w hali produkcyjnej firmy Josephy. Po zakończeniu wojny już do Buczkowic nie wrócił. Wybrał się do Kanady, gdzie założył rodzinę. Osiadł w Toronto. Jego żoną została Polka ze Lwowa. Małżeństwo dochowało się dwóch synów, którzy Kanady nie opuścili. Jak widać, w Porębie rodzina Huczków osiedliła się w składzie wyraźnie pomniejszonym.
Gospodarstwo, które przejęli Huczkowie liczyło 9 hektarów. (Według oświadczenia Jadwigi Kułas z d. Huczek gospodarstwo miało 15 ha powierzchni). Było położone przy końcowym odcinku drogi asfaltowej, a więc niemal na granicy Poręby. Pan Jan pamięta drogowskazy z napisami Poniatów, Spalona. To musiało być przy rozstaju dróg, do Poniatowa i osiedla Spalona.
Grunty przynależne gospodarstwu położone były na stokach niezbyt wysokich gór bardzo przypominających dolinę Żylicy. Dom mieszkalny i zabudowania gospodarskie położone były na stoku wzniesienia. Podstawę gospodarstwa stanowił murowany, parterowy stary dom, o numerze kolejnym, (najprawdopodobniej) 91, kryty stromym dachem dwuspadowym. Sprawiał wrażenie (i był) rozległy, bowiem pod jednym dachem mieścił część mieszkalną, stajnię oraz oborę. Jeśli relacja p. Jan jest dokładna, to część mieszkalna była nad wyraz skromna. Mieściła się oczywiście na parterze i obejmowała rozległą kuchnię oraz dwa niewielkie pokoje. Stajnia przeznaczona była dla koni. Przejęto dwa zadbane konie, w tym jeden był pięknym okazem pod każdym względem. Ten jednak zbyt długo w gospodarstwie miejsca nie zagrzał, bo został zarekwirowany przez jakiegoś urzędnika z Długopola wedle zasady „machniom”. Polegała ona (ta zasada) na tym, że zabrano pięknego konia w zamian za dostarczoną chabetę. Ta zaś zmiany miejsca pobytu nie zniosła i po prostu zdechła. Dalej znajdowała się obora z przygotowanymi ośmioma stanowiskami dla krów. Zastano jednak tylko dwie.
Ciekawie wyglądało usytuowanie drewnianych zabudowań gospodarskich, które spełniały szereg funkcji: stodoły, magazynu siana i słomy oraz pomieszczenia dla maszyn i urządzeń do prac polowych. Cały obiekt wbudowany był w stok wniesienia w taki sposób, że na najniższym poziomie znajdowały schronienie maszyny rolnicze i narzędzia. W tym miejscu w okresie omłotów pracowała młocarnia i prasa do słomy. Na strop wieńczący tę „maszynownię” można było wjechać załadowanym wozem jak do naszej tradycyjnej stodoły otwieranej wierzejami od strony wjazdu i wyjazdu. Z tym, że tu był tylko otwierany wjazd. Z tego poziomu można było zrzucać np. snopy bezpośrednio na stanowisko omłotowe (przy młocarni) albo też podawać siano czy słomę na kolejny, wyższy poziom stodoły, czyli na rodzaj użytkowego poddasza (strychu). Bezpośrednio do stodoły przylegała murowana dobudówka, w której znajdowały się trzy betonowe boksy. Służyły one (już wtedy!) do przyrządzania i przechowywania kiszonek dla bydła. Ten rodzaj paszy u nas zupełnie nie był wtedy znany.
Wielki respekt nowych osadników budził zasób maszyn i urządzeń rolniczych, który znakomicie wspierał gospodarzy. Mój rozmówca stwierdził, że były to wszystkie maszyny potrzebne w gospodarstwie. Wymienił m. in. młocarnię, konne kosiarki, siewniki, a nawet maselnica do wyrobu masła, napędzana elektrycznością. Urządzenia do prac w polu były również w komplecie.
W domu był zainstalowany prąd elektryczny. Była też bieżąca woda. Można zatem powiedzieć, że wszystko, co Huczkowie zastali w Porębie, pozwalało na prowadzenie gospodarstwa w warunkach zdecydowanie korzystniejszych od tych, które mieli w Buczkowicach.
Podobnie, jak w wielu innych gospodarstwach buczkowiczanie zastali w gospodarstwie jego poprzednich, niemieckich gospodarzy. Była to rodzina niekompletna. Była to 33 letnia kobieta – Marta, której mąż nie powrócił z wojny oraz jej siostra Hanna, licząca 22 lata. Była też w gospodarstwie trójka małych dzieci: dziewięcioletni syn oraz dwie córki siedmio i trzyletnia. Pan Jan stwierdził, że stosunki pomiędzy starymi i nowymi gospodarzami układały się niemal wzorowo. W tworzeniu tego klimatu niewątpliwie pomagała znajomość języka niemieckiego, którym władał Maciej Huczek. Nie wyjaśniłem jednak, jak te w sumie liczne rodziny zdołały się pomieścić w niezbyt pojemnym domu.
Bezpośrednimi sąsiadami Huczków (od Moczków) byli Jan i Julia Huczkowie, ale ci z „placu Wronów”. Innymi sąsiadami, ale już spoza Buczkowic byli: niejaki Murzyn oraz Kwak. Ten drugi był sąsiadem o tyle interesującym, że pochodził z okolic Suchej (Beskidzkiej) i miał z Porębą do czynienia już w czasie okupacji, kiedy tu został skierowany na roboty przymusowe. Po zakończeniu wojny do rodzinnej Suchej nie wrócił, ale objął w posiadanie gospodarstwo, w którym pracował jako robotnik przymusowy. Ten nie miał problemów z rozpoznawaniem warunków, a także kłopotów z przyjazdem. On tu już był.
Wśród innych osadników p. Jan wymienił także ludzi pochodzących ze Szczyrku. Wśród nich znaleźli się Kurysiowie, Gąsiorkowie i Kruczkowie. Kruczek zapisał się w pamięci rodziny Huczków tym, że gdy Maciej Huczek w grudnia 1948 zmarł po kłopotach z astmą, Kruczek wykonał dla niego trumnę. Był stolarzem. Oddał tym ostatnią przysługę koledze „po fachu”. Huczek senior spoczął na cmentarzu w Porębie. Śmierć zaradnego Macieja była dotkliwa stratą dla jego rodziny. Choć ciężkiej pracy wykonywać nie mógł, to zawsze służył radą, był tym, do którego należało ostatnie, przesądzające zdanie. Był to niewątpliwie jeden z czynników, który zachwiał wiarą rodziny w możliwość stałego związania się z Porębą i ziemiami zachodnimi w ogóle. Trzeba też wymienić i drugą okoliczność, którą było pojawienie się w Porębie przesiedleńców ze wschodnich kresów Rzeczypospolitej. Używam z premedytacją określenia „przesiedleńców”, a nie „repatriantów”. Polacy ze wschodnich rubieży Polski przedwrześniowej pod względem statusu prawnego niczym się nie różnili od Niemców, przesiedlanych z ziem przyznanych Polsce. W tym drugim przypadku to Polacy ze wschodu przesiedlani byli na ziemie zachodnie z ziem zagarniętych przez Związek Radziecki w następstwie II wojny światowej. Proces repatriacji, czyli powrotu do ojczyzny w tym wypadku nie miał miejsca. O tych Polakach „zza Buga”, jak mawiano, wspominam dlatego, że przyjeżdzających dokwaterowywano mechanicznie do zajętych już m.in. przez buczkowiczan domów, nie patrząc na to, czy stworzone rodzinom warunki zamieszkania będą znośne, czy też stwarzać się będzie anormalne sytuacje.
Jeśli na tę praktykę spojrzeć dzisiejszymi oczyma, to można mieć wątpliwości, czy władze były zainteresowane zatrzymaniem na ziemiach zachodnich osadników, pochodzących z zachodniej Galicji, czy Wielkopolski, czy też Polski centralnej. Było przecież oczywiste, że osadnik, który objął już konkretne gospodarstwo nie przyjmie z radością dokwaterowania do jego domu kolejnej rodziny, zwłaszcza, że poniemieckie domy, (z pewnymi wyjątkami), nie stwarzały nadmiernego komfortu zamieszkania. Wystarczy spojrzeć na ilość lokali mieszkalnych w tych domach, by dojść do podobnego wniosku. W gospodarstwach niemieckich, jak się wydaje, pierwszeństwo przed innymi funkcjami miały te, które związane były z produkcją rolniczą. Komfort zamieszkania zdawał się pozostawać na drugim planie.
Nie można się wiec dziwić, że w tych warunkach każde dokwaterowanie musiało budzić nie tylko wątpliwości, ale nawet sprzeciw. Jeśli mówię o wrażeniach odnośnie do rzeczywistych intencji władz wobec osadników innych poza „wschodniakami” to mam na względzie fakt, iż ci ostatni rzeczywiście nie mieli dokąd wracać. Ich ziemie były już poza granicami Polski. Władze miały więc obowiązek zapewnić im warunki do życia w nowym miejscu zamieszkania-pobytu. Pozostali zaś mieli możliwość powrotu w swoje strony rodzinne.. Mogli wrócić do swej starej biedy, do zgliszcz spalonych domów, do ożywającego przemysłu. Tej sytuacji nie można nie dostrzegać. Jestem jednak przekonany, że tego rodzaju rozważania nie były w środowisku naszych osadników prowadzone. Oni brali życie takim, jakim się stawało.
Postanowienie rodziny Huczków o powrocie do Buczkowic miało swe podstawy nie tylko w śmierci Macieja, ale właśnie w fakcie pojawienia się przesiedleńców ze wschodu i opisanej praktyce przydzielania ich do konkretnych domów. Huczkowie mieli dokąd wrócić, bo ich dom nie ucierpiał w czasie wojny. Opiekowała się nim Stefania. I powrócili.
Na tym właściwie kończyła się historia pobytu rodziny na ziemiach zachodnich, ale w rozmowie z p. Janem pojawiły się inne ważne dla tematu opracowania wątki, które postanowiłem poruszyć. Dotyczą one dwóch zespołów spraw:

  • klimatu wokół przesiedlenia rodzin niemieckich i warunków, w jakich ono przebiegało, i
  • inwentaryzacji majątku poniemieckiego oraz następstw tego procesu.

Skorzystałem z doświadczenia i osobistych spostrzeżeń, które p. Jan poczynił jako chłopak, który umiał patrzeć i zapamiętywać, a na dodatek, który przesiedlenie z bliska obserwował. A oto, jak ten proces przebiegał w Porębie i jak był przez p. Jana postrzegany.

3. Rozkaz specjalny o przesiedleniu Niemców ze Szczawna Zdroju

3. Rozkaz specjalny o przesiedleniu Niemców ze Szczawna Zdroju

Poza dyskusją pozostaje fakt, że rodziny niemieckie, z reguły zdekompletowane przez wojnę pozostawały w Porębie przez jakiś czas. Nie można wykluczyć, że przesiedlenia mogły być przeprowadzane sukcesywnie, w miarę postępu w przygotowaniu dla tych rodzin nowych miejsc pobytu w głębi Niemiec. W obserwowanym przez p. Jana czasie rodziny przewidziane do przesiedlenia były uprzedzane o terminie wyjazdu z dobowym wyprzedzeniem. Pozwalało to na przygotowanie się do wyjazdu, spakowanie rzeczy potrzebnych w drodze i w nowym miejscu pobytu. W Porębie niedaleko kościoła znajdowała się większa sala, która służyła przesiedleńcom za przechowalnię pakunków. Każda rodzina miała obowiązek dostarczenia we własnym zakresie i własnymi siłami tobołów do wspomnianej sali. Ten sposób przygotowanie ekwipunku powodował, że rodziny zabierały jedynie rzeczy, przedmioty osobiste, pościel, odzież i tym podobne. Rozległość wsi wykluczała zabieranie mebli i wyposażenia domów. Okolicznością obiektywnie istniejącą, choć nie zapisaną w zasadach przesiedlenia był fakt, że w rodzinach niemieckich w zasadzie (jeśli nie wcale) nie było mężczyzn. Były natomiast małoletnie dzieci, które były raczej obciążeniem aniżeli pomocą dla przesiedlanych. Drugim czynnikiem ograniczającym asortyment rzeczy do ewentualnego wywiezienia, była pojemność wozów konnych, które polscy osadnicy mieli obowiązek podstawić w pobliże wspominanej sali. Podwody miały obowiązek dostarczyć ładunek we wskazane miejsce- najpewniej na najbliższą stację kolejową. Być może była to Bystrzyca Kłodzka lub inna, wskazana przez organizatora wyjazdu. Dodać do tego należy, że zakazane było wywożenie zwierząt (koni krów, wołów, drobiu), a także jakichkolwiek maszyn rolniczych. To ostatnie ograniczenie wprowadziło samo życie i warunki transportu. Wynikiem tak przebiegającego przesiedlenia było to, że wszystko, co stanowiło wyposażenie domów mieszkalnych i gospodarstwa, łącznie z inwentarzem żywym i martwym pozostawało we władaniu nowego polskiego osadnika.
Te wspomnienia uzyskują potwierdzenie w oficjalnym dokumencie- odnoszącym się wprawdzie do innego rejonu Dolnego Śląska, ale wskazującym na istotę rozstrzyganych spraw. Dokument ten przytaczam wyżej w brzmieniu oryginalnym oraz jego skróconym omówieniem w języku polskim.

Omówienie (skrócone) rozkazu specjalnego w sprawie ewakuacji Niemców ze Szczawna Zdroju
na Dolnym Śląsku.

Przesiedlenie zarządzono na dzień 14. lipca 1945 r. od godz.6.00-9.00. Decyzja podjęta przez komendanta odcinka ppłk Zinkowskiego 14. lipca 1945 r. o godz. 5.00. Ostateczny termin przesiedlenia godz. 10.00.
Warunki: 20 kg bagażu, konie, środki transportu, woły, wozy wyłączone z przesiedlenia. Żywy i martwy inwentarz pozostawiony w domostwach stawał się własnością Rządu Polskiego.  Mieszkania należało pozostawić otwarte, zaś klucze należało pozostawić w zamkach drzwi od strony zewnętrznej

Problemem, który się nierozłącznie wiąże z obejmowaniem ruchomego majątku niemieckiego przez osadników, jest sprawa trybu ustalania stanu ilościowego i wartości tego majątku. Pan Jan twierdzi, że w początkowym okresie osadnictwa w Porębie, a był to czas,
w którym występowali m.in. buczkowiczanie, nikt ze strony władz sprawami tymi się nie interesował. Nowi gospodarze obejmowali gospodarstwa z tzw. dobrodziejstwem inwentarza. To co w gospodarstwie się znajdowało stawało się „z marszu” własnością nowego właściciela- użytkownika. Nikt składników tego mienia nie spisywał ani nie określał jego wartości. Trudno twierdzić, że zaniechanie tego obowiązku spowodowane było delikatnością wobec rodzin niemieckich, które nadal w Porębie mieszkały. To raczej efekt zaniedbania, które trzeba przypisać władzom administracyjnym. Wyobrażenie wywodzących się z Buczkowic osadników na temat przeznaczenia poszczególnych maszyn rolniczych, czy innych urządzeń, ale także elementów wyposażenia mieszkań było niestety ograniczone. Sami przyznawali, że nie mieli pojęcia
o przeznaczeniu poszczególnych urządzeń, maszyn. Często więc uznawali ja za zbędne.
Taki stan powodował pojawienie się na ziemiach zachodnich ludzi, których w dzisiejszych czasach nazywa się ludźmi przedsiębiorczymi, zapobiegliwymi, którzy niewiedzę osadników traktowali na równi z okazją do wywiezienia konkretnych urządzeń, mebli i innych dóbr z terenów objętych osadnictwem i okazją do niezasłużonego wzbogacenia się. Pojęcie szabrownictwa jest owocem tego okresu. Buczkowiczan w tym gronie nie brakowało. Nie byli to ludzie biedni, bez środków do życia, ale najczęściej przyzwoicie sytuowani. Chwały nam to nie przynosiło. Pan Jan zna nazwiska tych ludzi, lecz postanowił zasunąć za nimi zasłonę milczenia, bo już nie żyją. I tak pozostanie. Ale trzeba o tym zjawisku wiedzieć i, nie udawać dziewictwa.
Proceder ten stanął w centrum zainteresowania władz dopiero wtedy, gdy pojawili się przesiedleńcy z polskiego wschodu. Wtedy rozpoczęto inwentaryzację majątku i jego wycenę. Spisywano jednak i wyceniano to, co pozostało po wizytach szabrowników.

Teresa Kos

Teresa Kos wywodziła się z rodziny Paluchów, którzy dom posiadali przed wojną i niemal przez całą wojnę w „placu Moczków”. Dom nosił numer 191. Jej przyrodnimi braćmi byli Ludwik
i starszy od niego Szczepan, który zapisał się w historii wsi jako jeden z kilkudziesięciu legionistów, żołnierz II Brygady Legionów Polskich. Bracia Teresy po zawarciu związków małżeńskich zamieszkali bądź w domu wybudowanym własnym staraniem (Szczepan), bądź
w domu swojej żony. W domu rodzinnym pozostała Teresa, która 29. listopada 1923 wyszła za mąż za Kazimierza Kosa, pochodzącego z Międzybrodzia Żywieckiego. Z tego małżeństwa przyszła na świat córka Zofia, która została żoną niejakiego Jakubca z Godziszki. Kazimierz Kos zmarł. Daty jego śmierci nie ustalono.
Czas okupacji zakończył się dla rodzin nieszczęśliwie. Dom w czasie walk o wyzwolenie Buczkowic znalazł się wśród tych, które Niemcy postanowili spalić, by ułatwić sobie obserwację terenów przygranicznych pomiędzy Buczkowicami a Rybarzowicami. Fakt ten został zapisany w Historii Buczkowic na str. 409 i uwzględniony w tzw. III (poz. 11) strefy zniszczeń, strefy najrozleglejszych strat wojennych w substancji mieszkaniowej, poniesionych we wsi w czasie II wojny. Dla tej rodziny okres powojenny był bardzo trudny. Pozostała bowiem bez dachu nad głową. Pani Teresa nie mogła liczyć na pomoc swych braci, bowiem ci nie mieli możliwości zapewnić jej mieszkania nawet na okres przejściowy. Obaj zajmowali bowiem domy, które mieściły, i to z trudem, ich własne rodziny. (To domy przy obecnych ulicach Jaworowej i Malinowej) W tej sytuacji trudno uznać, że wyjazd p. Teresy i jej córki na ziemie zachodnie był spowodowany zamiarem wzbogacenia się. Powodem był niewątpliwie brak domu, czy mieszkania, a także brak realnej możliwości szybkiego budowy nowego siedliska. Nazwisko p. Teresy pojawia się więc wśród pierwszych wyjeżdżających na ziemie zachodnie. Nie znamy jednakże dalszych losów rodziny, w tym wielkości objętego gospodarstwa, czy warunków zamieszkania. Moi rozmówcy zaledwie pamiętają nazwisko p. Teresy i nazwisko jej zamężnej córki. Jest bowiem faktem, że rodzina ta dość szybko opuściła Porębę, w której się początkowo  osiedliła. Wyprowadziła się wraz z małżeństwem Jakubcami do Bystrzycy Kłodzkiej, kończąc „rolniczy” etap osadnictwa. Nie są znane powody takiej decyzji. Można jedynie się domyślać, że w grę mogło wchodzić niewielkie doświadczenie w prowadzeniu gospodarstwa rolnego tak ze strony p. Teresy, jak i jej zięcia. Na koniec tej opowieści mogę tylko przywołać niepotwierdzoną formalnie informację, iż potomek Zofii Jakubiec nadal mieszka w Bystrzycy Kłodzkiej.
Dodam, że w sprawie tej rodziny informacje uzyskałem od Marii Paluch (siostrzenicy p. Teresy), Elżbiety Jaromin oraz Cecylii Tarnawa z Poręby.