Rodzina Anny Tarnawa

Historię osiedlenia się tej rodziny na ziemiach zachodnich oparłem nie tylko na osobistej znajomości losów tej rodziny, ale również na relacjach p. Cecylii Tarnawa- synowej Anny, oraz Mieczysława Dobii z ulicy Jasnej- chrześniaka p. Anny. Obie relacje zebrałem w dniach  31 stycznia i 2. lutego 2018 r. Pomocne też były informacje p. Józefa Bielaka z ul. Malinowej.

Anna Tarnawa n początku  lat trzydziestych XX wieku

Anna Tarnawa n początku lat trzydziestych XX wieku

Pani Anna była wdową po byłym legioniście, Michale Tarnawa. Okres poprzedzający wybuch II

Michał Tarnawa (lata trzydzieste XX wieku)

Michał Tarnawa (lata trzydzieste XX wieku)

wojny i związane z nią wydarzeni rodziny tej nie oszczędzały. Zmarł mąż Anny- Michał, którego legionowa historia była naznaczona z jednej strony tragicznymi historiami, a z drugiej, szczęśliwym zakończeniem.  W trakcie bowiem jednej z bitew, czy potyczek legionistów z wojskami rosyjskimi Michał Tarnawa zaginął. Upływ czasu od chwili utraty z nim kontaktu zdecydowanie się wydłużał. W efekcie, został uznany za poległego w nieznanych bliżej okolicznościach i niezidentyfikowanym miejscu. Gdy już koledzy go odżałowali, okazało się, że p. Michał żyje. Powrócił do oddziału z krótkiej niewoli i szczęśliwie dotrwał do końca legionowej drogi. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości już jako cywil, zawarł związek małżeński z Anną z d. Wrona, zamieszkałą przy dzisiejszej ulicy Malinowej w domu nr 3. Historię tę opisałem w książce „Mieszkańcy Buczkowic w Legionach Polskich w latach 1914-1918” na str.192. Śmierć p. Michała była pierwszym z nieszczęść, które rodzinie się przytrafiły.
Drugim była śmierć najstarszej córki Marty, zamężnej Wala, która pozostawiła maleńką córkę o imieniu Otylia. Ponieważ ojciec dziecka Józef Wala losem dziecka niezbyt się interesował, Anna-babcia Otylii, nazywanej po prostu Tilką, przygarnęła ją i zajęła się jej wychowaniem. Zastępowała jej i matkę i ojca. Wreszcie trzecią katastrofą stało się spalenie przez Niemców rodzinnego domu Anny. Została bez dachu nad głową z dziećmi: najstarszym Józefem (r. ur. 1928), Janem i najmłodszym Henrykiem (r. 1942). Tę gromadkę dopełniała Tilka. Rodzina

nie miała żadnych możliwości uzyskania mieszkania w Buczkowicach, zwłaszcza wśród najbliższych, którzy nie mieli możliwości przyjąć jej do siebie. Bielakowie mieli wprawdzie dom, ale bauer zamienił go na stajnię i oborę, a Dobijowie musieli doprowadzić swój niewielki dom do ładu po ucieczce bauera Kwastnika. Annie pozostało szukać innego wyjścia. Dostrzegła go na ziemiach zachodnich, tym więcej, że z

zamiarem wyjazdu nosili się Jan i Maria Dobijowie, bliscy znajomi Anny.
Rodzina Anny Tarnawy wyjechała wspólnie z innymi rodzinami, wśród których byli m.in. Dutkowie, Pietraszkowie, Dobijowie, Huczkowie (Jan i Julia). Miejscem osiedlenia rodziny była Poręba.
Gospodarstwo nie należało do zasobnych w ziemię, bowiem obejmowało 6 hektarów. Było zlokalizowane nieopodal rzeczki Porębnik na początku wsi licząc od strony Długopola. Gospodarstwo było zadbane i dobrze urządzone. Dom mieszkalny był wprawdzie wiekiem zaawansowany, ale dobrze utrzymany. Był murowany z zastosowaniem tzw. muru pruskiego, co dowodziło jego wieku. Parter domu

Jan Tarnawa

Jan Tarnawa

zajmowała kuchnia, dwa pokoje oraz pomieszczenia zaplecza kuchennego. Na piętrze, pod którym rozumieć trzeba poddasze użytkowe, mieściło się sześć pokoi. Poza tym znajdował się tam obszerny strych przeznaczony na siano, słomę, jednym słowem, pasze. Obiektami służącymi bezpośrednio gospodarstwu rolnemu była stajnia (obora) oraz wozownia, w której zabezpieczone i przechowywane były  maszyny rolnicze w asortymencie pozwalającym na zmechanizowaną obróbkę ziemi, omłoty i zbiórkę pasz. Prowadzeniem gospodarstwa zajmowała się osobiście Anna przy pomocy swego syna Jana. Wśród członków rodziny Anny w Buczkowicach panowało przekonanie, że to Józef, jako najstarszy pracował wraz z matką na roli. Jednakże żona Józefa- Cecylia 31. stycznia 2018 r. tę informację zdementowała w rozmowie ze mną. Stwierdziła, że Józef zaangażował się do pracy w górnictwie, (Wałbrzych i Górny Śląsk), zaś Jan pomagał matce w gospodarstwie. W trudnych  okresach Annę wspierała jej matka Maria, która na przejściowy czas wyjeżdżała z Buczkowic, by wesprzeć córkę w prowadzeniu domu.

Sytuacja uległa dość zasadniczej zmianie gdy syn Józef ożenił się ze wspominaną wcześniej Cecylią z domu Mituta. Pani Cecylia przeniosła się wraz z rodzicami do Poręby z miejscowości Umień, położonej w okolicach Kłodawy i Koła w Wielkopolsce. Jej rodzina w Porębie zajęła dom należący do zasobów

Józef Tarnawa i Otylia z d. Mituta

Józef Tarnawa i Otylia z d. Mituta

państwowych. Gospodarstwem rolnym się nie zajmowała. Po zamęściu p. Cecylia przeniosła się do domu swej teściowej, odstępując jej swe mniejsze mieszkanie, znajdujące się blisko kościoła. Oznaczało to, iż Anna Tarnawa zrezygnowała z osobistego prowadzenia gospodarstwa ustępując miejsca swemu synowi Józefowi i jego żonie. Jan Tarnawa podjął pracę w którymś z PGR-ów. W gospodarstwie brata nie pomagał, podobnie, jak pozostali podopieczni Anny-Henryk i Tilka.

Otylia Wala -Tilka

Otylia Wala -Tilka

Młode małżeństwo Tarnawów postanowiło swe gospodarstwo powiększyć z 6 do 9 hektarów. Zajęło się modernizacją domu. Na świat przyszło pięcioro dzieci: Krystyna, Danuta, Wiesława, Ireneusz i Małgorzata. Wszystkie związane są z Ziemią Kłodzką.
Seniorka rodu-Anna zmarła w roku 1968, zaś mąż Cecylii-Józef odszedł w 2005 r. w 77. roku życia. Zmarł również Jan Tarnawa, a Cecylia (Tilka) Wala po wielu latach pobytu w Porębie wróciła do Bielska, gdzie przed laty zmarła. Najtragiczniejszy los spotkał Henryka Tarnawę, który wpadł w nałóg i zmarł na skutek zaczadzenia poza Porębą. Można zatem powiedzieć, że losy rodziny Tarnawów w Porębie miały swe jaśniejsze i mroczne odsłony. Do tych drugich niewątpliwie należały przejścia najmłodszego z synów Anny –Henryka i Cecylii Wala. Do jasnych stron zaliczyć można z całą pewnością dokonania rodziny Józefa i Cecylii z d. Mituta, którzy nie dopuścili do zmarnowania wysiłku matki rodu Tarnawów- Anny. Na szczególny szacunek zasługuje bardzo odważna decyzja Anny Tarnawa o przeniesieniu się na ziemie zachodnie i zorganizowaniu życia swej rodziny w nowym miejscu niemal wyłącznym swoim wysiłkiem jeśli chodzi o funkcjonowanie gospodarstwa rolnego. Do Buczkowic z rodziny Tarnawów nikt nie powrócił. Wszyscy (z wyjątkiem Cecylii Wala) swe losy związali z Dolnym Śląskiem, a Ziemią Kłodzką w szczególności.

Rodzina Szymona i Bernardy (Bernadetty) Moczków

Marta Maślanka

Marta Maślanka

Relację na temat okoliczności wyjazdu rodziny na ziemie zachodnie przekazała p. Marta Maślanka w dniu 17. lutego 2018 r., córka Szymona i Bernadetty z d. Pach, urodzona w roku 1933, jako jedna z dwójki dzieci urodzonych w tej rodzinie. Drugim dzieckiem był syn Szymona, Marian.
Siedlisko tej czteroosobowej rodziny przed wyjazdem na zachód znajdowało się przy obecnej ulicy Zielnej. Wśród osadników z Buczkowic rodzina ta była określana jako „Moczkowie znad kościoła”. I tak rzeczywiście jest. Ulica Zielna jest bowiem boczną ul. Grunwaldzkiej, odchodzącą od niej w kierunku Skalitego w odległości około 5o metrów od kościoła, w pobliżu kapliczki MB Częstochowskiej. Dom zajmowany przez tę rodzinę wspólnie z rodziną Józefa Moczka, brata Szymona, był domem starym. Nie ucierpiał w czasie działań wojennych mimo, że bliskość kościoła była okolicznością dość kłopotliwą przy końcu wojny, gdyż ostrzał prowadzony przez Rosjan z okolic dzisiejszej ulicy Bór, (pod Meszną), stwarzał wielkie dla domu niebezpieczeństwo. Skończyło się jednak bez szkód.
Decyzja o wyjeździe na ziemie zachodnie w rodzinach obu braci zapadła. Nie ma zatem wątpliwości, że była ona spowodowana chęcią poprawy swej materialnej i mieszkaniowej sytuacji. Szymon Moczek ze swą rodziną miał wyjechać jako pierwszy. Wzorem innych migrantów najpierw pojechał osobiście, by sprawdzić, czy warunki, na które rodzina napotka, będą obiecujące. Postanowienie w tej sprawie było podjęte wspólnie z bratem, jako tym, który dotrze na zachód na wybrane i przygotowane miejsce.

Józef Moczek z żoną

Józef Moczek z żoną

Podobnie, jak inni buczkowiczanie, Szymon Moczek dotarł do Poręby, obejrzał, co było do obejrzenia i wybrał na

Bernadetta i Szymon Moczkowie z dziećmi

Bernadetta i Szymon Moczkowie z dziećmi

siedlisko obu braterskich rodzin niewielkie gospodarstwo, położone w dolnej części wsi, bliżej Długopola. Mówimy „dolnej”, bo wieś była położona na stoku wzniesień bystrzyckich dumnie nazywanych Górami Bystrzyckimi. Tereny położone niżej były po prostu położone w dolnej Porębie.
Dom mieszkalny w tym gospodarstwie był murowany, stosunkowo obszerny, wystarczający dla dwóch rodzin. Dach miał stromy, dwuspadowy. W obejściu znajdowała się duża stodoła, która pełniła funkcję magazynu pasz, i wytworów gospodarstwa ale także dawała schronienie maszynom, których zestaw, jak to określiła p. Marta, był odpowiedni dla tego gospodarstwa. Zestaw niezbędnych maszyn i urządzeń był wystarczający, by pracę na roli czynić lżejszą. Ważne było również to, że we wsi był prąd elektryczny, którego to dobrodziejstwa buczkowiczanie po prostu w swych domach nie mieli. Tak tam było w roku 1945 . W Buczkowicach początki powszechnej elektryfikacji notuje się na rok 1949 i to realizowanej przy udziale czynu społecznego. Wodę w gospodarstwie Moczków czerpano ze studni przy pomocy ręcznej pompy.

W gospodarstwie Szymon zastał krowy i woły, które zastępowały konie. Tych bowiem nie było w tym gospodarstwie. Zwraca uwagę liczba mnoga przy wołach, bo to oznaczało, że były co najmniej dwa. P. Marta twierdzi również, że woły były także w innych gospodarstwach. Korzystanie z tych zwierząt, jako siły pociągowej na tym terenie, a w Porębie szczególnie miało swoje odległe tradycje. Zostały one przeniesione z czasów, gdy m.in. w tej wsi rolnicy zajmowali się hodowaniem wołów, traktując je jako przeznaczone na sprzedaż wytwory swoich gospodarstw. W gospodarstwie znajdowały się świnie i kury. Każda z tych informacji jest warta szczególnej uwagi, bowiem pochodzi od kobiety, która w czasie trwania osadnictwa buczkowiczan na tych ziemiach liczyła sobie 12 lat. Była więc w stanie zapamiętać te szczegóły, rozumieć ich znaczenia dla sytuacji swojej rodziny.
Grunty, których powierzchni p. Marta nie określiła, położone były wzdłuż drogi wiodącej na przestrzał przez wieś. Stanowiły zwarty kompleks. Niedaleko domu przepływała rzeczka (zapewne chodzi o Porębnik), która dla ochrony przed wylewem jej wód miała brzegi obwałowane. Dobrze one spełniały swa rolę do czasu pojawienia się tzw. repatriantów, czyli przesiedleńców ze wschodu. Oni uznali, że wały nie są potrzebne, więc je zburzyli, zniwelowali. A że byli oni, jak twierdzi p. Marta, widoczną we wsi grupą, więc nikt nie sprzeciwiał się ich decyzji. Ale skutki powodzi, które mogli buczkowiczanie przewidzieć, ponosili prawie wszyscy. Szczególnie ci, którzy swe domostwa i gospodarstwa mieli bezpośrednio przy rzeczce. Tych pozalewało. Za to rzeczka była dostępna niejako z marszu, bez potrzeby wspinania się na obwałowania.
Moczkowie zastali w obejmowanym domu jego właścicielkę, o nazwisku Hoffman, która była w zaawansowanym wieku. Wraz z nią mieszkała jej siostra, która gospodarstwo faktycznie prowadziła. Ciekawe było również to, że w tym domu zastani zostali Niemcy, uciekinierzy z Górnego Śląska, którzy tu znaleźli schronienie przed nacierającymi wojskami radzieckimi. Dawni właściciele i wspominani uciekinierzy ze Śląska mieszkali wspólnie pod jednym dachem przez blisko rok. Z tej informacji wynikałoby więc, że przesiedlenie Niemców z Poręby, (mowa o większej ich ilości), miało miejsce w połowie roku 1946.
Poza polskimi osadnikami, którzy się tu zjawili, oznaką obecności Polski na tej ziemi była funkcjonująca w Porębie siedmioklasowa szkoła podstawowa, do której uczęszczała m.in. moja rozmówczyni. W początkowym okresie pobytu buczkowiczan w Porębie posługi kapłańskie spełniał niemiecki ksiądz. P. Elżbieta wspomina jedno wydarzenie, które było wyrazem zderzenia się kultur.
Zdarzenie miało związek ze ślubem jednej z par, w której (co najmniej jedną stroną był ktoś z buczkowiczan.) Kiedy orszak weselny zbliżał się do kościoła, uderzono w kościelne dzwony. Nasi się zdumieli. Oczywiście interweniowali u księdza twierdząc, że „u nas dzwoni się w czasie pogrzebu, a nie w czasie wesela”. Ksiądz zapewne chciał dobrze, bo chciał podkreślić radosną dla młodych chwilę, ale naszym to nijak nie pasowało. Być może, był to jedyny ślub buczkowiczanina/buczkowiczanki, który był poprzedzony biciem w dzwony. Swoją drogą, dlaczego radości nie wyrażać uroczystym brzmieniem dzwonów? Może warto było tę zmianę zaakceptować i upowszechnić, zamiast się obruszać. Starałem się ustalić, kogo dotyczyć mogła ta „dzwonowa feta”. Choć to tylko hipoteza, to ośmielę się założyć, że mogło to towarzyszyć ślubowi Jana Huczka z Julią Jakubiec lub Józefa i Cecylii Mituta, a może Bronisławy Dutka z Janem Husakiem. Oni bowiem zawarli związek małżeński w Porębie po upływie stosunkowo krótkiego czasu od przyjazdu do tej wsi.
Swoją drogą, to co złego w tym, że powstanie nowego związku, nowej rodziny chciał niemiecki ksiądz uświetnić biciem w dzwony? Gdyby nie tkwienie bezkrytycznie w naszej tradycji, która akurat w tym miejscu nie bardzo nawiązuje do znaczenia i roli małżeństwa, któremu powinna towarzyszyć radość, to nasi powinni raczej życzliwie odnieść się do inicjatywy niemieckiego plebana. Dzwony towarzyszą najbardziej radosnym, podniosłym obrzędom kościelnym, których nie będę wymieniał. Dlaczego zatem ślub miałby nie być takim obrzędem? A czy ktoś wyjaśnił dlaczego dzwony towarzyszą pogrzebowi ? Czy my biciem w dzwony żegnamy zmarłego oddając mu cześć i szacunek, czy też wyrażamy radość z tego, że zmarły trafił do krainy wiecznej szczęśliwości nawet jeśli takiej pewności nie mamy? Ale to już rozważania nie mające związku z osadnictwem buczkowiczan w Porębie.
P. Marta podzieliła się wspomnieniami, które mocno utkwiły w jej pamięci. Pierwsze, które zapisało się jako przejaw braku ludzkich odruchów ze strony jednego z naszych osadników. Jedna z naszych rodzin mieszkała wspólnie z niemiecką wdową, która miała na utrzymaniu „bodaj trójkę dzieci”. Ten przypadek zapadł w pamięci p. Marty z tego powodu, że we wsi znane były kłopoty, które miała wspominana wdowa. Kłopoty zwyczajne, ludzkie. Kto by ich nie miał, gdyby był kobietą pozbawioną majątku, męża, ale za to borykająca się z gromadką dzieci? Rodzina naszych osadników nie okazała jej odrobiny współczucia nie wsparła jej żadnym gestem za to manifestując swa obojętność wobec właścicielki dużego gospodarstwa, które utraciła, straciwszy również źródło swego utrzymania. Wspomnienie tej sytuacji, znanej szerszemu ogółowi mieszkańców Poręby i większości buczkowiczan tam przebywających przywołało w p. Marcie poczucie wstydu i zażenowania za ten brak czystego ludzkiego odruchu współczucia i obowiązku wsparcia bliźniego w potrzebie.
Wspomnienie drugie wiązało się z obserwacjami przesiedlania rodzin niemieckich. Rodziny te mogły zabrać z sobą wszystko, co uznali za potrzebne, ale co zmieściło się na środkach transportu. P. Marta nie pamięta czy były to wozy konne, czy samochody. Od siebie mogę dodać, że były to jednak wozy konne, bowiem to polscy osadnicy mieli obowiązek dostarczenia podwód, a tymi były wozy konne (lub z wołami). Ale nie sposób przesiedlania pozostawił przykre wrażenie, ale zachowanie Polaków nadzorujących te czynności, zachowanie wobec starej Hoffmanowej byłej właścicielki domu, w którym zamieszkali Moczkowie. Funkcjonariuszami, którzy nadzorowali załadunek rzeczy na wozy, nie byli buczkowiczanie, ale jacyś urzędnicy wyższego szczebla. Oto jeden z tych nadzorców zdzielił p. Hoffmanową po rękach pejczem lub innym giętkim przyrządem (paskiem klinowym?) nie mając ku temu żadnych powodów. Kobieta, zdaniem p. Marty nie stworzyła żadnej sytuacji, która w jakikolwiek sposób utrudniałaby prowadzenie czynności czy też ubliżałaby funkcjonariuszowi. P. Marta, jako naoczny świadek tego obrzydliwego incydentu odebrała zachowanie nadzorcy jako czyn niegodny, jako przejaw znęcania się nad bezbronną starszą kobietą.

 Bernadetta Moczek po latach

Bernadetta Moczek po latach

Szymon Moczek

Pobyt rodziny Szymona i Bernadetty Moczków w Porębie trwał do roku 1947,  a więc  stosunkowo krótko. Było to spowodowane dwoma przyczynami. Pierwszą z nich była zmiana decyzji przez Józefa Moczka, brata Szymona. Józef postanowił do Poręby nie wyjeżdżać. Ułożył sobie życie w Buczkowicach. Ta sytuacja zdecydowanie zmieniała pierwotne zamiary obu braci wspólnego prowadzenia gospodarstwa. W nowej sytuacji obowiązek ten spadał wyłącznie na  Szymona. Było to zadanie trudne, bowiem p. Bernadetta zaczęła podupadać na zdrowiu. Szymon postanowił wrócić w rodzinne strony, lecz osiadł nie w Buczkowicach, a w Bielsku-Białej. Moja rozmówczyni oczywiście wraz ze swa rodziną opuściła Porębę, ale utkwiła ona w jej pamięci jako miejscowość bardzo sympatyczna, ładną, w której warunki do prowadzenia gospodarstwa rolnego były bardzo korzystne. Szymon Moczek zmarł w Bielsku w roku 1979. Żona Szymona dożyła pięknego wieku (prawie 94 lata). W wieku senioralnym odbyła podróż życia do Kanady, by odwiedzić w Edmonton w Kanadzie swą młodszą córkę Stanisławę.