Nasi pionierzy pod Górami Bystrzyckimi

Ten fragment opracowania przybliży losy rodzin, które postanowiły opuścić Buczkowice i osiedlić się na ziemiach zachodnich. Starałem się wiernie oddać klimat rozmów, które przeprowadziłem tak, by odzwierciedlić i emocje i uczucia nostalgii, które się w rozmowach pojawiły. Komentarz ten odnosi się oczywiście do tych relacji, w których moimi rozmówcami były osoby przebywające ze swymi rodzinami przede wszystkim w Porębie. Losy mieszkających w Ponikwie pochodzą, niestety, z drugiej ręki. Jest to niewątpliwy mankament opracowania, ale jednocześnie kolejny dowód na to, że spisania historii ważnych lub ciekawych wydarzeń nie należy odkładać, lub z góry umieszczać te historie w szufladach, zawierających materiały z pozoru tylko mało znaczące, nieistotne.

Rodzina Wojciecha i Anny Dutków.

Historię tej rodziny w końcu wojny przedstawiamy szerzej, by pzybliżyć okoliczności, które stały u podstaw decyzji o migracji na zachód.
Wojciech Dutka był rdzennym buczkowiczaninem. Przyszedł na świat 28. grudnia 1904 r. w rodzinie zamieszkałej przy obecnej ulicy Wodnej nr 5. Był synem Michała i Anny z d. Wrona. W książce gminnej zawierającej ewidencję budynków mieszkalnych i ich właścicieli w początku lat trzydziestych XX wieku jego dom rodzinny przypisany jest Annie Dutka, czyli matce Wojciecha. To oznaczało, że  tym czasie Anna była już wdową.
Anna, zamężna Dutka urodziła się w roku 1908 w Rybarzowicach. Jej rodzicami byli Jan Świerczek i Katarzyna z d. Kubica. Losy Anny stały się niezwykle skomplikowane już na początku jej dzieciństwa. Okazało się bowiem, że w niemal dwa tygodnie po urodzeniu córki jej matka Katarzyna zmarła. Anna została półsierotą. Z bliżej nieznanych powodów sąsiadki rodziny Świerczków postanowiły nowonarodzoną Annę położyć w trumnie jej matki a zanosząc modlitwy zwracały się w swym uniesieniu do zmarłej, by zabrała z sobą swoje dziecko. To dość makabryczna scena, rozgrywająca się w grupie kobiet, otaczających trumnę zmarłej. Znalazł się jednak ktoś, kto tę inscenizację uznał za niegodziwą. Powiadomił siostrę zmarłej Katarzyny, Agnieszkę zamężną Kosarz, która mieszkała w Buczkowicach, by ta przygarnęła swą malutką siostrzenicę. Tak się też stało. Małżeństwo Kosarzów było bezdzietne. Tym samym Anna stała się przybranym ich dzieckiem, jak to w tamtych czasach nazywano-wychowanicą. Losy Anny od początku jej życia splecione były nierozerwalnie z przybranymi rodzicami, mieszkańcami Buczkowic. Józef Kosarz mający korzenie rodzinne w placu Moczków, nie pojawia się w dalszej części opowieści, bowiem zmarł nie przeżywszy wojny. Kosarzowie wybudowali własny, murowany dom z dala od innych zabudowań, jak to

KRodzina Kosarzów i Dutków przed wybuchem wojny.  Od lewej Józef Kosarz Agnieszka Kosarz, Anna Dutka, Wojciech Dutka i ich córki: Bronisława, Wiktoria i Elżbieta

Rodzina Kosarzów i Dutków przed wybuchem wojny.
Od lewej Józef Kosarz Agnieszka Kosarz, Anna Dutka, Wojciech Dutka i ich córki: Bronisława, Wiktoria i Elżbieta

określaliśmy „w czystym polu” u kresu obecnej ulicy Wodnej. Dom nosił numer 242. W książce gminnej dom ten z nieznanych powodów jest wskazany jako własność Michała Kosarza z dopiskiem „na borach”. Kosarzowie prowadzili niewielkie gospodarstwo, podobne do wielu innych we wsi. Anna i Wojciech Dutka byli od najmłodszych lat sąsiadami. Sąsiedztwo się skończyło, gdy się pobrali 7 lutego 1927 r. (akt małżeństwa nr 3/1927). Zamieszkali w domu „na borach”. Dutkom urodziły się trzy córki: Wiktoria (ur. 1927) Bronisława (ur. 1928), i Elżbieta. Tak dotrwali do wybuchu wojny.  Ważny w życiu tej rodziny okazał się nadchodzący koniec okupacji. Dom „na borach” był najdalej na południe wysunięty poza strefę ściślejszej zabudowy, położony na podmokłym  terenie wytworzonym przez niesforne strumyki i potok, a na dodatek w strefie ziemi niczyjej w czasie, gdy od strony Rybarzowic spodziewano się natarcia wojsk radzieckich, zaś od zachodu i południa pozycje obronne zajęli Niemcy. Z obu stron wysyłane były w kierunku wojsk przeciwnika patrole zwiadowcze, by móc zapobiec zaskoczeniu. Był to okres bardzo późnej zimy, kiedy już we wsi nie było bauerów. Kosarzowie odzyskali zagarnięte przez bauera Güntnera krowy. Bauer ów miał swą siedzibę u Moczków nr 444 przy obecnej ul. Akacjowej. Krowy z jednej strony były dobrodziejstwem dla rodziny z wiadomych względów, ale z drugiej, stały się powodem kłopotów. Niemcy bowiem wychodząc na zwiad od strony Moczków i centrum wsi łączyli przyjemne z pożytecznym. Zawsze podstawiali pod drzwi Kosarzów odpowiedniej pojemności bańkę na mleko. Wracając do miejsca swego postoju zabierali mleczną daninę.
Podobne wycieczki, ale od wschodu ku centrum Buczkowic przesuwały się patrole radzieckich żołnierzy, którzy z kolei traktowali dom Kosarzów jako naturalne miejsce, które wraz z pobliskimi olszowymi zaroślami dawało im osłonę przed obserwatorami niemieckimi. Rosjanie niczego od właścicieli domu nie oczekiwali. Po prostu wykonywali tylko swoje żołnierskie obowiązki. Zdarzyło się jednak, że niemiecki patrol zjawił się dość niespodziewanie w pobliżu budynku, gdzie schronili się Rosjanie. By nie zdradzić swojej obecności zalegli w bezruchu, pozwalając Niemcom przejść dalej w stronę Rybarzowic. Kiedy zaś ci powracali, Rosjanie otwarli ogień. Wywiązała się strzelanina, w czasie której jeden żołnierz niemiecki poległ. Po tym starciu patrole wycofały się we własne rejony. Incydent ten jednak spowodował interwencję dowódcy niemieckiego odcinka, który wezwawszy Wojciecha Dutkę do swej kwatery polecił mu opuścić dom. Tym razem skończyło się dobrze po prośbach Wojciecha, który uprosił Niemca, by ten swoje polecenie zmienił. Być może mleko od Dutki pozostawiło dobre wspomnienie, bo dowódca przyrzekł, że dopóki on będzie odcinkiem dowodził, dom pozostanie nietknięty, ale musi być pusty, bez mieszkańców. Wyznaczył również czas, w którym dom musi być opróżniony. Były to dwie godziny. Od tej decyzji odwołania już nie było.
Rodzina, zabrawszy tylko najbardziej potrzebne rzeczy osobiste, a także krowy, wyprowadziła się „do kowoli”, gdzie znalazła przytulisko w domu Kropaczów. Były w tym domu już inne rodziny z najbliższej okolicy. Tylko tam bowiem pod domem znajdowała się obszerna piwnica, która mogła dać schronienie na wypadek ewentualnych walk. Dla babci Kosarzowej, która była już w wieku dojrzałym przeprowadzka była okazją dla zaprezentowania swojej inności, przyznać trzeba, że dość oryginalnej. Babcia postanowiła bowiem do Kropaczów przenieść własne łóżko, które ku uciesze Niemców, Rosjan i sąsiadów idąc kilkaset metrów polami, osobiście przetaszczyła na plecach do piwnicy. Nie było na to lekarstwa. babcia nie mogła zasnąć w obcym łóżku. Tak upływały kolejne dni aż do nocy, w której sąsiad Kropaczów, Piotr Godziszka nie bacząc na swoją chorobę, przyczłapał do Dutki z wiadomością, że dom „na borach” stoi w ogniu. Ratowanie budynku nie było możliwe. Dom spłonął. Szczęściem w nieszczęściu było to, że niewielkiej piwnicy pod spalonym domem w niewielkiej piwniczce ostał się niewielki zapas ziemniaków, dzięki którym mogły przeżyć rodziny stłoczone u Kropaczów. Później dopiero się okazało, że pożar spowodowany został przez Niemców, ale na skutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności. Tą okolicznością była wisząca na jednym gwoździu deska w szczycie tzw. gibla, usytuowanego po południowej stronie dachu. Ta deska wahała się, odchylała, przy każdym większym podmuchu wiatru stwarzając wrażenie, jakby ktoś specjalnie ktoś ją przesuwał. Ten nienaturalny ruch dostrzegli obserwatorzy niemieccy, mający swe stanowiska w okolicach domu Cembalów pod Godziszką i przekonani o tym, że ktoś z poddasza opuszczonego domu prowadzi obserwację ich stanowisk, przekazali swe spostrzeżenia przełożonym, a co rozkazali ostrzelać dom pociskami zapalającymi. Te spowodowały pożar i zniszczenie domu. Tak został zniszczony rzekomy punkt obserwacyjny. Dutkowie z trójką dzieci oraz krowami zostali zdani na łaskę losu. Wprawdzie nikt ich nie zmuszał do wyprowadzenia się od Kropaczów, ale sami doskonale wiedzieli, że dla gospodarzy byli ciężarem.
W takiej sytuacji zastało rodzinę wyzwolenie. Nie mieli gdzie mieszkać, nie mieli co począć z bydłem. Rodzina nie widziała realnych możliwości szybkiego stworzenia dla siebie podstawowych warunków do życia w jakimś możliwym do przewidzenia czasie W takich warunkach pojawił się w rodzinie Dutków pomysł wyjazdu na ziemie zachodnie. Czas pokazał, że rodzin, które znalazły się w podobnej sytuacji, było w Buczkowicach kilkanaście.
Wojciech Dutka, podobnie, jak kilku innych buczkowiczan, postanowił osobiście rozeznać możliwości osiedlenia się na ziemiach zachodnich. Wybrał się więc z grupką zainteresowanych do powiatu bystrzyckiego. Nie udało się ustalić, co zdecydowało o tym, że wybrany został ten właśnie zakątek Kotliny Kłodzkiej. Nikt z rozmówców nie był w stanie na to pytanie odpowiedzieć. Myślę jednak, że nie był to czysty przypadek. Gdy trwał rekonesans okolic Bystrzycy Kłodzkiej, tu na miejscu starano się rozwiązać problem ułożenia życia dla babci Agnieszki Kosarz, która jednoznacznie odmówiła wyjazdu. A że była już w wieku słusznym, więc należało jej zapewnić konieczną opiekę i towarzystwo. Wtedy na pomoc ruszył Władysław Stec, który upatrzył sobie córkę Wojciecha, Wiktorię za przyszłą towarzyszkę życia. Zdecydowano więc, że babcia Agnieszka pozostanie w Buczkowicach pod opieką Wiktorii. Władysław Stec pomógł załatwić dla nich mieszkanie w domu swego brata Józefa, który nie powrócił z obozu koncentracyjnego. Było to mieszkanie w domu przy ul Woźnej nr 452. Problem krów został rozwiązany tak, że zostały wstawione do obory w domu rodzinnym Władysława (Woźna 200), gdzie obora była pusta. Bydłem tym po pracy w zakładzie w Bielsku miała się zajmować Wiktoria, i robiła to z dobrym skutkiem. Teraz można było przygotować się do wyjazdu. Rodzina wyjechała zdekompletowana, bo tylko w składzie czterech osób: Wojciecha i Anny Dutków oraz ich dwóch córek: najstarszej Bronisławy oraz najmłodszej Elżbiety. Wyjazd miał miejsce na przełomie sierpnia- września 1945 r., czyli w niespełna pięć miesięcy od dnia wyzwolenia Buczkowic. To była ekspedycja tułaczy, a nie wozów kolorowych. Buczkowiczanie zabierali z sobą wyłącznie rzeczy najbardziej potrzebne, bardziej osobiste, które upchnięte były w tobołkach, walizkach. Nie zabierano również żadnych zwierząt.
Podróż trwająca około dwóch tygodni, odbywała się w wagonach zwierzęcych. W każdym z nich umieszczono około dziesięć osób. W tym samym transporcie znaleźli się Maria i Jan Dobijowie, Julia i Jan Huczkowie Teresa Kos z córką, Anna Tarnawa z synami i wnuczką, Maria i Józef Pietraszkowie. Byli też mieszkańcy Szczyrku Kurysiowie. Pani Elżbieta Jaromin, córka Wojciecha Dutki, która dzieliła się swymi wspomnieniami z tej wyprawy stwierdziła, że po dotarciu do Kudowy (?) wagony z osadnikami zostały odstawione na boczny tor i stały tam przez kolejny tydzień. W tym czasie zdarzyło się, że były obrzucone kamieniami przez nieznanych sprawców. Niezrozumiały postój wagonów, wedle relacji p. Elżbiety miał zostać przerwany po interwencji Wojciecha Dutki w Bystrzycy. Wtedy podstawiony zostały samochód ciężarowy, którym buczkowiczanie dotarli do Poręby- miejscowości położonej na zachód od Długopola. Pojawiła się również w tej relacji informacja, że skierowanie samochodu do Poręby wynikało z faktu, że była to wieś, do której jeszcze żaden osadnik polski nie został skierowany. Pozostawiam te informacje bez komentarza, bowiem, gdyby była ona prawdziwa, wtedy wyjazd rozpoznawczy, który „zaliczył” Wojciech Dutka przed podjęciem decyzji o przesiedleniu się nie miałby sensu. Poza tym świadczyłoby to o zupełnym braku przygotowania akcji osiedleńczej przez miejscowe bystrzyckie władze, co wydaje się być nieprawdopodobne ze względu na znaczenie akcji osiedleńczej, jako elementu wtapiania ziem zachodnich do polskiego organizmu państwowego. Droga do Poręby podobno nie była zachęcająca. Jazda przez ponad 3 km drogą przez las nie wzbudzała optymizmu. Nastroje zmieniły się zdecydowanie, gdy samochody wyjechały z lasu. Przed oczyma buczkowiczan ukazała się pięknie położona wieś, sprawiająca bardzo dobre wrażenie. Był w sąsiedztwie las, była rzeczka i przyzwoita droga przez wieś, były rozłożone po obu stronach drogi duże kompleksy gruntów uprawnych, tak bardzo różne od skrawków, powszechnych w Buczkowicach.
Według relacji p. Elżbiety objęcie w posiadanie domu mieszkalnego przez jej rodzinę było niezwykle proste. Przedstawiciel władz odbierał od dotychczasowego właściciela domu klucze i przekazywał je nowemu gospodarzowi. Było to możliwe, bowiem w domu, który został zajęty przez Dutków, przebywała jeszcze rodzina niemiecka- właściciel domu i gospodarstwa, które należało w Porębie do stosunkowo dużych. Liczyło bowiem około 20 hektarów, które rozpościerały się po obu stronach drogi. Rodzina niemiecka mieszkająca w gospodarstwie, była niepełna. Nie było w niej męża i ojca dzieci. Gospodyni nosiła nazwisko Peltz (vel Pelc). Jej mąż został powołany do armii niemieckiej i z wojny nie powrócił. Gospodarką zajmowała się żona przy pomocy trzech robotników – Niemców z pochodzenia. Byli to: Marta, Monika i Adolf, którzy od dawna mieszkali pod wspólnym z dawnymi właścicielami dachem. Dawna właścicielka gospodarstwa miała na utrzymaniu czworo dzieci. Były to: Edyta, Trauda (Gertruda), Kristel oraz Robert. Ludzie ci mieszkali pod jednym dachem z rodziną Dutków aż do czasu wysiedlenia rodziny niemieckiej. Czas wspólnego zamieszkania początkowo miał się ograniczyć do krótkiego okresu, ale w efekcie ten okres wydłużył się do prawie jednego roku.
Dom nosił numer 15. Był budynkiem okazałym, zadbanym i pojemnym. Był wprawdzie parterowy, ale z rozległym poddaszem. Na parterze mieścił się obszerny salon, graniczący z dwoma pokojami. W salonie meblem, który przykuwał oczy było okazałe, rozległe zabytkowe biurko Na poddaszu znajdowały się pokoje dla służby (robotników) Wiele było odznak, jak twierdzi p. Elżbieta, że jego właściciel zajmował w środowisku eksponowaną pozycję. Z pewnością był człowiekiem zamożnym, czego dowodem były m.in. meble o zabytkowym charakterze. Gospodarstwo obok domu mieszkalnego dysponowało kompleksem zabudowań gospodarczych ze stodołą i oborą. Całość tworzyła zwarty zespół budynków z bardzo zadbanym i czystym podwórcem-placem, z którego prowadziły wejścia do każdego z wymienionych budynków. Gospodarstwo było wyposażone w imponujący komplet wszelkiego rodzaju i typu maszyn i urządzeń rolniczych, których przeznaczenia nowi mieszkańcy gospodarstwa nie umieli odgadnąć. Musieli stopniowo poznawać zasady ich funkcjonowania i przeznaczenie. Osadnicy w Porębie natknęli się więc na taki poziom gospodarowania, o którym nie mieli żadnego wyobrażenia nawykli do gospodarowania na karłowatych gospodarstwach, w których praca oparta była na pracy ręcznej. Były tu młocarnie, snopowiązałki, prasy do słomy i złożone zespoły narzędzi do prac polowych. Wielkie wrażenie na rodzinie Dutków wywarła czystość i pedantyczny porządek w całym gospodarstwie, którego wizytówką był wspominany podwórzec.
W gospodarstwie zastano dwa zadbane konie- kasztan i srebrzysto-siwej maści. Ten drugi był ulubieńcem dawnej właścicielki. Pani Elżbieta wspomina, że w gospodarstwie nie było, (w zasadzie), żadnego bydła. To ostatnie stwierdzenie odnotowałem jedynie z obowiązku, bowiem żaden inny mój rozmówca nie potwierdza, by taki stan osadnicy zastali. W każdym było bydło, choć w zmniejszonej ilości w stosunku do istniejących w oborach stanowisk. Gospodarstwo Dutków zwłaszcza, że należało do znaczącego dawnego gospodarza zapewne nie było wyjątkiem. Nie będę tu przytaczał opinii tych rozmówców, mogę jednak odpowiedzialnie stwierdzić, że każdy zaprzeczał, by sytuacja, o której wspominała p. Elżbieta mówiąc o braku bydła w gospodarstwach, miała miejsce. Nikt również nie potwierdził, że brak bydła był spowodowany wcześniejszymi rekwizycjami, przeprowadzanymi przez Armię Czerwoną w celach aprowizacyjnych. Z czystej jednak ostrożności wspomnę, że tej ostatniej przyczyny pomniejszania stanu bydła w gospodarstwach, wykluczyć nie można.
Rodzina Dutków zajęła się prowadzeniem gospodarstwa niezwłocznie po jego objęciu. Zarówno wcześniejszy zamiar, jak troska o funkcjonowanie gospodarki dowodziła, że zainstalowano się tu na stałe. Pośrednim tego dowodem były narodziny syna Stanisława. Być może Wojciech Dutka dostrzegał w męskim potomku swego następcę.
Dutkowie, jak również pozostali osadnicy starali się uczestniczyć w życiu religijnym. W początkowym okresie pobytu w Porębie posługę kapłańską wykonywał ksiądz niemiecki. Pani Elżbieta wspomniała o jednym wydarzeniu, które dotyczyło tego fragmentu życia jej rodziny i miało miejsce właśnie na początku ich obecności we wsi. W czasie niedzielnego nabożeństwa ksiądz przechodził środkiem nawy kościelnej i święcił wiernych woda święconą. Wedle mojej wiedzy, mógł to być obrzęd, który w naszych stronach spełniany był przed tzw. sumą , przy śpiewie psalmu „Asperges me Domine” który przytaczam, bowiem u nas tradycja tzw. aspersji (pokropku) w tej postaci w takich okolicznościach zdaje się zanikać.

Ps 50 (51)

Asperges me hyssopo, et mundabor lavabis me, et super nivem dealbabor.
Miserere mei, Deus, secundum magnam misericordiam tuam.
Gloria Patri, et Filio, et Spiritui Sancto.
Sicut erat in principio, et nunc, et semper,
et in saecula saeculorum. Amen.

Polskie tłumaczenie tekstu łacińskiego:

Pokrop mnie Panie hyzopem a stanę się czysty,
obmyj mnie, a nad śnieg wybieleję.
Zmiłuj się nade mną, Boże, według wielkiego miłosierdzia Twego.
Chwała Ojcu, i Synowi, i Duchowi Świętemu,
jak była na początku, teraz i zawsze
i na wieki wieków. Amen.

Problem powstał wtedy, gdy ksiądz nie dotarł z pokropkiem do grupy osadników którzy
(podobno skromnie) zajęli miejsca w niezbyt eksponowanym miejscu. Wojciech Dutka uznał pominięcie Polaków za afront wobec nich. Wybrał się więc do księdza, by przedstawić mu swoje pretensje. Ksiądz, jak twierdzi p. Elżbieta, uznał swój błąd i publicznie Polaków przeprosił.
Praca w gospodarstwie zajmowała wiele czasu, ale nie wypełniała go w całości.
W środowisku osadników rozwijały się kontakty towarzyskie. Urządzane były wycieczki rowerowe, festyny przy udziale żołnierzy ze stanicy wojska ochrony granicy. Powszechne były wyjazdy do Bystrzycy w celach handlowych, by sprzedać wytworzone w gospodarstwach towary. To jednak było możliwe wtedy, gdy w gospodarstwie były konie.
Życie osadników ulegało stopniowej normalizacji, a proces wrastania w środowisko postępował. Z czasem zaczęli się we wsi pojawiać zdemobilizowani żołnierze, którzy wybrali Porębę za miejsce swego osiedlenia. Jeden z tych żołnierzy, Polak – Jan Husak, który wojenny szlak przeszedł z Armią Czerwoną, znalazł w rodzinie Dutków przyszłą żonę, Bronisławę. Jan Husak był kawalerem bardzo licznych radzieckich

Anna Dutka z siostrą Suchankową,  Janem Husakiem i Bronisława Husak i wnuczką w Porębie

Anna Dutka z siostrą Suchankową, Janem Husakiem i Bronisława Husak i wnuczką w Porębie

odznaczeń, które starannie przechowywał i strzegł. Przejścia wojenne które miał za sobą musiały być trudne, skoro powziął postanowienie o wzniesieniu kapliczki dziękczynnej jeśli wojnę przeżyje. Wojnę przeżył i przyrzeczenia dochował. Wybudował kamienny krzyż -pasję w sąsiedztwie drogi. Na kolumnie pasji polecił zamieścić napis: Za szczęśliwy powrót z wojny – Jan Husak. Krzyż ten w Porębie istnieje do dziś. choć jego fundator odszedł, podobnie, jak jego serdeczny przyjaciel o nazwisku Pająk, który wielokrotnie odwiedzał Jana Husaka w Porębie.
Małżeństwo córki Bronisławy z Janem Husakiem sprawiło, że połowa gruntów, którymi się zajmował Wojciech Dutka, została przeznaczona dla nowej rodziny, która zamieszkała w domu Dutków. Z tego małżeństwa urodziło się dwoje dzieci: Piotr i Grażyna. Do wspólnego domu Jan Husak sprowadził również swoich rodziców. To m.in. spowodowało, że dom zaczął nie mieścić członków rodzin. U Wojciecha Dutki zakiełkowała myśl o powrocie do Buczkowic. Myśl ta z czasem zaczęła przybierać postać postanowienia. W międzyczasie w Buczkowicach Władysław Stec poślubił Wiktorię, córkę Wojciecha. Pracował nad odbudową zniszczonego w czasie wojny domu rodziny Dutków. Prace, choć z trudem prowadzone zaczęły przynosić dostrzegalne efekty. To był dla Wojciecha również sygnał, że nie będzie powracał do Buczkowic jako człowiek bez domu.
Wesele Władysława Steca i Wiktorii miało swoją porębiańską odsłonę. Młodzi zdecydowali bowiem, że poprawiny odprawią w Porębie. I tak się stało. A że Władysław miał ułańską fantazję, lubił fason, więc razem z gośćmi poprawin dowiózł do Poręby orkiestrę z Buczkowic. Było wesoło, bogato i po buczkowicku. Mimo trudnego powojennego okresu do Poręby wybrała się niemała grupa rodziny Steców.
Po tych wszystkich wydarzeniach Dutka wraz z żoną i synem powrócili do Buczkowic. Przed nimi dojechała tu najmłodsza córka Elżbieta, która znalazła prace w jednej z firm włókienniczych. Dutkowie zamieszkali w domu jeszcze niewykończonym, ale powrócili na „stare śmieci”, gdzie zaczęli gospodarować w swym własnym małym gospodarstwie. Powrót z ziem zachodnich nie był wynikiem obaw o to, że Niemcy na te ziemie powrócą, ale był następstwem rodzinnych warunków, które powstały w Porębie, o których wspomniano wcześniej. Wojciech Dutka podjął prace w jednym z bielskich zakładów, stając się typowym chłoporobotnikiem. Rodzina Husaków pozostała w Porębie. Po śmierci Jana oraz Bronisławy (+ 9.10 2007) pozostały w Porębie do dziś ich dzieci, wspominane już Piotr i Grażyna. Dziś już z własnymi rodzinami.
Opowieść o losach tej rodziny na początku pobytu w Porębie nie byłaby pełna, gdyby nie zawierała odniesienia do wydłużonego okresu pobytu dawnych właścicieli-Niemców w swych gospodarstwach ani też wrażeń związanych z akcją ich przesiedlenia. Sprawy te pozostawiłem na koniec tego fragmentu opracowania. Mam świadomość, że zbyt mało dowiedzieliśmy się o tym, jak układały się relacje dawnej właścicielki gospodarstwa z jego nowymi użytkownikami, jak wyglądały sprawy mieszkaniowe dawnej właścicielki domu, zwłaszcza, że miała ona na utrzymaniu czwórkę dzieci, nie wiemy, co stało się ze wspominanymi pracownikami zatrudnionymi w gospodarstwie w czasie, gdy ziemie te należały do Rzeszy niemieckiej. Tych spraw nie odnalazłem we wspomnieniach p. Elżbiety Jaromin.
Pani Elzbieta wspomina jednak o wielkiej, niemal manifestacyjnie okazywanej religijności rodziny

Stanisław Dutka z żona i gośćmi weselnymi  w Porębie

Stanisław Dutka z żona i gośćmi weselnymi w Porębie

Peltzów. Wspólna poranna i wieczorna modlitwa matki z dziećmi, zwyczaj rozpoczynania posiłków utkwił w jej pamięci jako charakterystyczny i pieczołowicie pielęgnowany. Podkreślane jest bardzo wzruszające pożegnanie p. Peltz ze swym gospodarstwem, z końmi. Słuchając tej historii trudno się oprzeć wrażeniu, że decyzja o przymusie przesiedlenia odbierana była przez Peltzową jako wyraz wyrządzanej jej rodzinie krzywdy. Przesiedlenie było zapowiedziane z wyprzedzeniem, Był więc czas na przygotowanie rzeczy niezbędnych. Peltzowa wyjeżdżała ze swego gospodarstwa wozem naładowanym po brzegi. Wśród pakunków przeważały rzeczy osobiste, głównie służące dzieciom. Mimo woli w tym miejscu nasuwają się skojarzenia z procedurą wysiedlenia rodzin buczkowickich, kierowanych na roboty przymusowe. Te miały na wyprowadzenie się zaledwie 15 minut.

Wspominałem wcześniej, że w czasie pobytu rodziny Dutków w Porębie urodził się w niej syn Stanisław. Gdy nadszedł jego czas ożenił się z zamieszkałą w Porębie, a wywodzącą się ze szczyrkowskiej rodziny Szczygłów panną. Ślub odbył się w Porębie. Małżeństwo to przeżyło wiele zakrętów, u których na końcu odnotować trzeba śmierć Stanisława. Anna i Wojciech Dutkowie, a także ich przedwcześnie zmarły syn Stanisław, ożeniony z mieszkanką Poręby, ale o szczyrkowskich korzeniach, zmarli w Buczkowicach. Spoczęli na naszym cmentarzu zabierając z sobą wszystkie osobiste wspomnienia, które wiązały się z ich pionierskim pobytem na ziemiach zachodnich.