Jan i Maria Dobijowie

Małżeństwo to w czasie wojny i tuż po jej zakończeniu mieszkało w  starym drewnianym domu położonym u zbiegu obecnych ulic Wyzwolenia i Kwiatowej. W miejscowej tradycji Jan Dobija określany była jako „Jonek od Rejny” ur. w 1907 r. Było to na tyle interesujące określenie, że postanowiłem przyjrzeć się jego powodom. Odpowiedź okazała się być stosunkowo prosta. Tkwiła bowiem w imieniu jego matki. Jan Dobija pochodził z Rybarzowic. Miał krewnych na tzw. „składzie”, czyli miejscu, sąsiadującym z gospodarskimi zabudowaniami rodziny Szkaradników i wiekowym przydrożnym krzyżem, który niezmiennie stoi w tym samym miejscu od pokoleń. To rejon skrzyżowania obecnych ulic Jabłoniowej i Jaworowej w Rybarzowicach. Rodzicami Jana byli Marcin i Regina z d. Kocur. A że Regina w ludowej tradycji określana była mianem Rejna, więc do Jana przylgnął przydomek „Jonek od Rejny”.
Żoną Jana Dobii została Marianna (Maria) córka Katarzyny Gluza. Marianna nosiła panieńskie nazwisko Kołaczkowska. Powody takiej sytuacji są oczywiste. Warto w tym miejscu przypomnieć, że Marianna przyszła na świat w domu nr 3, a więc w domu, w którym mieszkała Anna Tarnawa, której rodzinie, jako biorącej udział w osadnictwie w Porębie, pisałem wcześniej. Ostatecznie Marianna Kołaczkowska zamieszkała w domu nr 194 na tzw. „kamieńcu”, który według książki gminnej należał w latach trzydziestych XX wieku do Katarzyny Gluzy- matki Marianny. To w tym właśnie domu zamieszkało małżeństwo Jana i Marianny (Marii) Dobijów. Z tego małżeństwo urodziło się dwóch synów: Bronisław i Antoni.
Okupację rodzina przetrwała rozłączona, podobnie jak wiele innych buczkowickich rodzin. Jan został bowiem zesłany na roboty przymusowe do Niemiec, gdzie pracował w gospodarstwie

Maria i Jan Dobijowie w Ponikwie

Maria i Jan Dobijowie w Ponikwie

rolnym w okolicach Lipska. Tam zaprzyjaźnił się z Janem Bigosem- góralem z Wojnarowej w pow. Nowy Sącz. Jan Bigos znalazł się w tym samym gospodarstwie, jako człowiek obeznany z pracą z końmi. Wspominam  o tej przyjaźni, bo miała ona kolejne odsłony, które miały znaczenie dla tak dla Jana Dobii, jak Jana Bigosa. Jan Dobija, jako mający na utrzymaniu dzieci otrzymywał okresowe przepustki dla odwiedzenia rodziny. Była to dobra okazja by wspomóc przebywających na robotach rodaków, którzy cierpieli na niedostatek papierosów. By te mu zaradzić sąsiadka Jana nomem omen Dobijowa gromadziła papierowy, zbierając je od niepalących, by potem Jan wracając pod Lipsk mógł kolegów wesprzeć w tkwieniu w nałogu. W jednej z takich przesyłek znalazło się dość oryginalne zdjęcie Walerii, córki Dobijowej (sąsiadki). Nie wiadomo było, czy to zdjęcie stało się najważniejsze, czy też było dodatkiem do papierosów. Okazało się, że dla Jana Bigosa zdjęcie o wiele bardziej zainteresowało aniżeli papierosy. By nie wnikać w dalszy bieg wydarzeń war to tylko wspomnieć, że po zakończeniu wojny Bigos zamiast do Nowego Sącza zjechał razem z drugim Janem do Buczkowic, by ową cudność zobaczyć w naturze. Skończyło się 23. października 1945 r. (akt ślubu nr 1/1945) na małżeństwie Walerii i Jana Bigosa, którzy tym sposobem stali się nie tylko bliskimi przyjaciółmi, ale bardzo i bliskimi sąsiadami. Tę historię przytaczam z tego powodu, że ma ona związek z dedykacją, zamieszczoną na jednej z fotografii, na której znajdujemy tekst dla „wujka Janka” od Maryli i Janki Bigosówien. Jan Dobija był oczywiście tylko przyszywanym wujkiem, ale ton tej dedykacji wskazuje na klimat kontaktów Bigosów i Dobijów.

Dobijowie z synami Antonim i Janem 1954

Dobijowie z synami Antonim i Janem 1954

Same działania wojenne w Buczkowicach nie spowodowały w majątku Dobijów szkód, które można byłoby uznać za powód do opuszczenia naszej wsi i wyjazdu na zachód. Ponieważ nie mamy możliwości, poznania motywów tej decyzji od osób im najbliższych, dlatego na zasadzie domniemania powiem, że powodem migracji tej rodziny mogła być chęć poprawienia swojej sytuacji materialnej, w tym warunków mieszkaniowych. Warto bowiem dodać, że Dobijowie w Buczkowicach nie prowadzili żadnego gospodarstwa rolnego. Nie mieli gruntów. Stary dom, jak widać, nie stanowił dla nich tak wielkiej wartości, by nie można go było opuścić. Mieli dwóch synów, o przyszłości których również musieli myśleć.
Dlatego wybrali się na ziemie zachodnie w grupie buczkowickich przesiedleńców. W starym domu , niejako na jego straży pozostała stara

W drodze do pola

W drodze do pola

matka. Nie wiemy, czy Jan Dobija przed wyjazdem był w miejscu swego przyszłego osiedlenia. Wiemy natomiast, że osiadł w Ponikwie na stosunkowo niewielkim gospodarstwie, ale dobrze wyposażonym w maszyny i sprzęt do pracy na roli. W gospodarstwie zastano konia, który stał się ulubieńcem nowego właściciela. Koń miał na imię Lotka. Dobijowie utrzymywali kontakty z innymi buczkowickimi rodzinami osiadłymi w Porębie. Anna Tarnawa była osobą, wokół której kontakty te się ogniskowały. Jedną z takich okazji stało się wesele Józefa Tarnawy z Cecylią Mituta, kiedy to z Buczkowic dojechały rodziny Bielaków, Rudolfa i Franciszki Dobijów. Nie znamy daty powrotu Jana i Marii Dobijów do Buczkowic, ale tak się stało. Wraz z rodzicami

Podpora gospodarstwa, koń o imieniu Lotka

Podpora gospodarstwa, koń o imieniu Lotka

powrócił starszy syn Bronisław. Młodszy od niego Jan pozostał na miejscu, choć nie do końca wiadomo, czy w samej Ponikwie, czy też np. w Długopolu. Jan pozostał do końca życia kawalerem, choć miał córkę. Ani ona, ani on nie utrzymywali jednak z sobą kontaktów. Córka Jana nie zabiegała również o nawiązanie rodzinnych relacji z dziadkami i stryjem Bronisławem. Żyli z dala od siebie. Tak jest do dziś jeśli chodzi o kontakty z rodziną pp. Kazanów, czyli rodziną córki Bronisława Dobii.
Na koniec tej skromnej opowieści dodam jeszcze, że p. Kazan wspominając wrażenia swych dziadków i ojca w Ponikwie, przekazała mi informację, że dom Dobijów w Ponikwie wyposażony był w gustowne meble, wśród których można było znaleźć egzemplarze o wartościach artystycznych, a nawet zabytkowych. Miało również miejsce jedno wydarzenie, które związane było z Ponikwą, a właściwie z powrotem do Buczkowic. Dobijowie wracając na „stare śmieci” przywieźli z sobą m.in. pierzynę. Gdy przyszedł czas by dać do czyszczenia pierze rozpruto poszwę na tej pierzynie, by pierze wysypać. Przy tym natrafiono na zwitek banknotów, które niemiecka rodzina ukryła w pierzynie. Były to zapewne niemieckie Reichsmarki, bo bielski urzędnik bankowy, zapytany o ich wartość, określił je jako zupełnie bezwartościowe. Dobijowie w Buczkowicach wybudowali nowy dom w bezpośrednim sąsiedztwie wiekowej chałupiny, którą następnie wyburzono.

Omłoty

Omłoty

Jan i Julia Huczkowie

 Jan Huczek wiele lat po wojnie

Jan Huczek wiele lat po wojnie

Jan Huczek (ur. 1904) wywodził się z placu tzw. Wronów „wyżnych”, a ściślej, z siedliska położonego nieopodal młynówki przy obecnej ulicy

Julia Huczek z d. Jakubiec

Julia Huczek z d. Jakubiec

Ogrodniczej. Jego rodzicami byli Szymon i Teresa. Stąd w miejscowej tradycji Jan, jak i inne dzieci Szymona dookreślani byli określeniem Jonek od Symka, Michoł od Symka, Marysia od Symka itd. Dom tej rodziny, noszący numer 99 został przez niemieckiego bauera Edwarda Langa rozburzony. Na uzyskanym w ten sposób placu bauer zbudował rozległą i wysoką stodołę krytą czerwoną dachówką. Drugi z braci Jana Michał wraz z całą rodziną zostali wysiedleni i skierowani do Prus Wschodnich na roboty przymusowe w rolnictwie. Ostatecznie wylądowali w gospodarstwie Paula Kossaka z zawodu masarza, a z przymusu rolnika w miejscowości Ostilmen w powiecie Wystruć (niem. Instenburg). Miejsce wysiedlonych Huczków (Michała i Anny) – budynek nr 403 zajął wspominany Edward Lang. Przypomnienie fragmentu losów tej rodziny prowadzi do stwierdzenia, iż Jan Huczek, jako najmłodszy z tej rodziny pozostał bez dachu nad głową. Jego starsze rodzeństwo było już ulokowane w swoich własnych rodzinach. On jedyny pozostał jako kawaler, bez domu.
Był na dobrej drodze, by założyć własna rodzinę, jako, że jego wybranka została Julia z d. Jakubiec, (ur. 1922r.) mieszkanka Buczkowic, wywodząca się z górnych Buczkowic z niewielkiego gospodarstwa, dla którego ostoją był dom przy obecnej ulicy Woźnej nieopodal skrzyżowania z ulicą Łączną. Zbliżający się ożenek zwiastował błogosławiony stan Julii. W tych warunkach oboje narzeczeni (?) postanowili w grupie buczkowiczan wspólnie wyjechać na ziemie zachodnie. Byli w tej grupie Dutkowie, Pietraszkowie, Dobijowie i inni wielokrotnie wymieniani w tym opracowaniu.
Wieś Poręba stała się ich wsią. Ulokowali się w niewielkim gospodarstwie niemal na samym jej krańcu, w miejscu najwyżej położonym, w sąsiedztwie rodziny drugich Huczków- Macieja i Anny. Mówiło się nawet, że Jan i Julia osiedlili się poza granicami Poręby, w Poniatowie (niem. Peucker). Okazało się to jednak nieprawdą. Gospodarstwo musiało rzeczywiście być niewielkie, bo nie gwarantowało pewnego utrzymania przyszłej rodziny. Jan musiał szukać zatrudnienia w leśnictwie, jako robotnik leśny.

Dom rodzinny Julii Huczkowej

Dom rodzinny Julii Huczkowej

Zdjęcie ślubne J.J Huczków

Zdjęcie ślubne J.J Huczków

W tym nieformalnym stadle urodziła się córka Jadwiga. Potem przyszedł czas na zawarcie małżeństwa. Ślub kościelny został zawarty 2. marca 1946 r. w kościele w Bystrzycy Kłodzkiej, a udzielał go ks. Antoni Łopaciński. Ślub cywilny małżonkowie zawarli w USC w Bystrzycy 14. czerwca 1946 r. Po ponad roku Huczkom urodził się syn Eugeniusz (ur. 24. listopada 1947 r.). Huczkowie żyli w Porębie nie stroniąc od kontaktów z pozostałymi rodzinami osadników, a także utrzymując kontakty towarzyskie z innymi osadnikami oraz żołnierzami pobliskiej stanicy wojsk ochrony pogranicza, którzy chętnie włączali się do wielu społecznych inicjatyw środowiska. Wspólnie się bawili na festynach i spotkaniach towarzyskich. Można zatem powiedzieć, że żyło się im dobrze, spokojnie. Nic nie zwiastowało zmian. Rodzina bowiem okrzepła w nowym miejscu zamieszkania i nie nosiła się
z zamiarem powrotu do Buczkowic.
Janowi przytrafił się jednak bardzo groźny i bardzo dotkliwy w skutkach wypadek w pracy. W czasie prac w lesie Jan stracił oko. Został inwalidą, a jego dalsze zatrudnienie w lesie zostało wykluczone. Rodzina została pozbawiona stabilnego źródła utrzymania. Inwalidztwo sprawiło, że rodzina podjęła decyzję o powrocie do Buczkowic. I tak się stało. Huczkowie znaleźli schronienie o rodziców Julii. Podjęli też starania o wybudowanie własnego budynku w sąsiedztwie istniejącej jeszcze wiele lat po wojnie bauerskiej stodoły, a więc w pobliżu miejsca, gdzie stał rodziny dom Jana, zburzony przez niemieckiego kolonistę. Nowo wybudowany dom został opatrzony historycznym dla tego miejsca numerem „99”, który do dziś jest mu przypisany. Jan i Julia zajęli się prowadzeniem niewielkiego gospodarstwa rolnego odziedziczonego po rodzicach Jana oraz rodzicach Julii. I tak dożyli swych dni doczekawszy już w Buczkowicach jeszcze jednej córki Janiny, która użyczyła materiałów wzbogacających to opracowanie.

Na festynie w Porębie

Na festynie w Porębie

Akt ślubu cywilnego Huczków

Akt ślubu cywilnego Huczków

Akt urodzenia syna-.Eugeniusza

Akt urodzenia syna-.Eugeniusza

Świadectwo ślubu kościelnego Huczków

Świadectwo ślubu kościelnego Huczków

 Antoni i Anna Leszczynowie

Zanim Antoni i Anna założyli rodzinę, każdy z ich dotarł na ziemie zachodnie oddzielnie. Anna wyjechała z Buczkowic samotnie. Nie jest nam znany czas, w którym się to stało. Nie można wykluczyć, że miało to miejsce poza głównym nurtem wyjazdów osadników. Nikt bowiem
Anna Leszczyna z d.Gruszeckaz moich rozmówców nie wspominał o Annie, jako uczestniczce ekspedycji. Anna Była córką Jana

Antoni Leszczyna

Antoni Leszczyna

Gruszeckiego, o przezwisku „katolik”. Mieszkała wraz z licznym rodzeństwem w domu przy obecnej ulicy Wiśniowej (róg Wyzwolenia). Jej matka wywodziła się z rodu Pezdów ze Szczyrku.
Jeśli wspomniałem o licznym rodzeństwie Anny, to wymienię tylko znanych mi osobiście siostry i braci: Jan, Stanisław Antoni, Józef i siostry: Maria, Stefania, Jadwiga. Była to więc obszerna gromada. Rodzina nie wyszła z wojny szczególnie poszkodowana, jednak niewielkie gospodarstwo rolne, a przede wszystkim szczupłość domu mieszkalnego zmuszała dorosłych już członków rodziny do poszukiwania własnych życiowych dróg.
Anna postanowiła wyjechać z Buczkowic. Nie można wykluczyć, że decyzję te podjęła razem z rodziną Rudnickich, spokrewnioną z nią poprzez ojca. (Rudniccy to małżeństwo córki Katarzyny Wrona siostry Jana Gruszeckiego). Nie można również wykluczyć, że wyjazd nastąpił w porozumieniu z Antonim Leszczyną, który, być może poznał p. Annę w Bielsku i zaproponował jej osiedlenie się w nowym miejscu i zawarcie małżeństwa. Tego niestety nie ustalimy, ponieważ fakty te nie są w rodzinie p. Anny znane. Jedno wszakże jest pewne, że p. Anna wyszła za mąż za Antoniego Leszczynę, który w tym samym czasie pojawił się w Ponikwie. Tam Anna i Antoni wzięli ślub, a Ponikwa stała się miejscem osiedlenia tej rodziny.
Antoni Leszczyna pochodził z okolic Częstochowy. W Ponikwie wraz z nim znalazła się jego matka brat i siostra. Nie mamy wiadomości jak dużym gospodarstwem zajęła się ta rodzina i czy w ogóle rolnictwem się zajmowała. Można jedynie snuć takie przypuszczenia, które nie są potwierdzone. Zamiarem rodziny Leszczynów w jej poszerzonym składzie było powiązanie się na stałe z ziemiami zachodnimi. Nowemu małżeństwu urodził się pierworodny syn. Pierwszym ciosem dla młodych był zgon syna, który nastąpił w bardzo wczesnym dzieciństwie. Kolejnym nieszczęściem, była śmierć siostry Antoniego. Były to zdarzenia, które spowodowały, że obie rodziny postanowiły powrócić w swe rodzinne strony. Matka Antoniego z jego bratem wyjechali w rejon Częstochowy, zaś Anna Leszczynowa powróciła do Buczkowic. Antoni zaś pozostał na miejscu by polikwidować i pozamykać sprawy w Ponikwie. Niedługo po załatwieniu spraw urzędowych dojechał do Buczkowic. Z tych strzępów wiadomości uzyskanych od córki Leszczynów Teresy można wnosić, że jednak obie rodziny wspólnie zajmowały się prowadzeniem gospodarstwa. Decyzja o rezygnacji z pobytu w Ponikwie zrodziła potrzebę zdania władzom tego gospodarstwa. To zaś wymagało czasu. Małżeństwo dochowało się dwójki dzieci: wspomnianej już Teresy i syna. Ostatnie lata życia Anny, ciężko schorowanej i przykutej do łóżka, zdanej na pomoc opiekunów nie należały do łatwych. Tym więcej, że mąż zmarł wcześniej.