Buczkowice po zakończeniu II wojny światowej.

Podjęcie próby uchronienia od zapomnienia fragmentu dziejów pewnej grupy buczkowickich rodzin, którym poświęcone jest to opracowanie, nazwane skromnie szkicem, wymaga przywołania pewnych faktów z okresu który nastał wraz z dniem wyzwolenia Buczkowic spod niemieckiej okupacji. Przypominanie o wyzwoleniu wsi po prawie pięciu latach hitlerowskiego panowania na naszych ziemiach jest obowiązkiem wobec tych, którzy okupacji nie przeżyli i tych, którzy z wojennego spustoszenia podnosili wieś, zaczęli w niej nowy etap swego życia. Zadanie odświeżania pamięci nabiera szczególnego znaczenia dzisiaj, gdy ludzi rzetelnej, ciężkiej pracy, wykonywanej w tamtym czasie uważa się za ludzi pozbawionych narodowej dumy, patriotyzmu. Pojęcie przysłowiowego „drugiego sortu” jest symbolicznym emblematem powojennych budowniczych nowej Polski, a w tym i tych, którzy w Buczkowicach, boleśnie doświadczonych
w czasie wojny, kształtowali nowe oblicze wsi. Każda z naszych rodzin musiała odnaleźć swoje miejsce w nowej rzeczywistości. Trzeba zatem ową rzeczywistość powojenną spróbować zwięźle zinwentaryzować, by poznać warunki, w których dokonywało się wspomniane poszukiwanie.

Na jednym z czołowych miejsc w tym historycznym remanencie trzeba zamieścić sprawy trwałego i okresowego okaleczenia rodzin, wyniesione z czasów wojennych.

Skalę tego okaleczenia wyznaczają znane nam dziś nieubłagane liczby żołnierzy poległych  i zaginionych w kampanii wrześniowej, ofiar obozów koncentracyjnych- obozów pracy i obozów śmierci, a także zamordowanych w hitlerowskich miejscach kaźni i w publicznych egzekucjach. To liczba prawie 40 istnień ludzi, którzy byli członkami konkretnych rodzin, byli ojcami dzieci, mężami, a także często, młodymi ludźmi, przed którymi było całe życie. W najtrudniejszej sytuacji były oczywiście rodziny z nieletnimi dziećmi, którym wojna zabrała ojców, a tym samym tych, na barkach których zwyczajowo spoczywał obowiązek dbałości o środki na utrzymanie rodziny. To była rzeczywistość postrzegana bardziej generalnie. Każda rodzina dotknięta wyrwaniem z jego grona kogoś bliskiego, znajdowała się w innej sytuacji. Wczesny czas powojenny w wielu rodzinach wypełniony był również niepewnością oczekiwania. W szeregu przypadkach ta niepewność wynikała z braku informacji o losie swych najbliższych, których ulokowaliśmy w wymienionej wyżej liczbie „40”. Nie zawsze bowiem rodziny znały do końca losy swych bliskich, którzy wessani w hitlerowską machinę śmierci i utrapienia, nie mieli szans na przekazanie najbliższym wiadomości o miejscu pobytu- obozie, więzieniu, czy miejscu jenieckiego odosobnienia. Rodziny miały zatem nadzieje, że docierające różnymi drogami wieści o losach ich bliskich nie potwierdzą się, że to co najtragiczniejsze- śmierć nie zostanie potwierdzona. Był to zatem czas niecierpliwego oczekiwania, rodzącego niepewność jutra.
Codzienność, trudna codzienność nakazywała zwracać więcej uwagi na to, z czego i jak wyżyć, jak urządzać gospodarstwo domowe. To przynosiło chwile oddechu od rozpamiętywania bolesnych strat, ale także rodziło świadomość jak trudny rozdział otwierał się przed każdą z tych rodzin.  Problemem było zdobycie środków na przeżycie. A środki te mogła zapewnić tylko praca, i to praca wynagradzana. A jak to wyglądało?

Praca źródłem utrzymania, to druga pozycja powojennej inwentaryzacji. 

Wiele buczkowickich rodzin utrzymywało się z pracy w miejscowej Fabryce Mebli Giętych Adolfa Wecha. To jedyna fabryka, która ocalała z wojny mimo, że w ostatnim jej okresie , gdy przez Buczkowice przebiegała linia niezbyt aktywnego frontu, Niemcy urządzili w niej swe stanowiska, mające za zadanie stworzenie zapory przed natarciem wojsk radzieckich od strony Rybarzowic. W porównaniu z drugą z fabryk tej branży- Thonet Mundus, która już od 1. maja 1930 r. nie działała, fabryka Adolfa Wecha nie była potentatem w ilości zatrudnionych, ale była jedynym przedsiębiorstwem, które mogło dawać nadzieję na w miarę szybkie podjęcie produkcji, a tym samym zatrudnienie ludzi z meblarstwem związanych przed wojną i w czasie jej trwania. Tak się też stało dzięki Leonowi Jonkiszowi, buczkowiczaninowi, absolwentowi Bielskiej Szkoły Przemysłowej, który doprowadził do uruchomienia produkcji w tej fabryce, którą poddano tzw. przymusowemu zarządowi państwowemu, jako mienie poniemieckie. Trudno było się dziwić takiemu biegowi sprawy (nadzór przymusowy) jeśli się zważy, iż Adolf Wech (junior) był aktywnym działaczem hitlerowskim, zaangażowanym w tworzenie wykazów buczkowiczan przewidzianych do wysyłki na roboty przymusowe. Uruchomienie fabryki Wecha było jednak kropla w morzu potrzeb jeśli chodzi o zarobkowanie w miejscu zamieszkania, a nadto, dotyczyło ludzi, którzy byli obeznani ze specyfiką produkcji mebli giętych.
Skromną ilości robotników był w stanie zapewnić b. tartak Klobusa, który był czynny przez całą okupację i przez jej część pracował pod kierownictwem Feliksa Kubicy- mieszkańca Buczkowic, zięcia dra Romana Białka. Trzeba jednak dodać, że funkcjonowanie tartaku w czasie wojny oznaczało, że większość jego załogi była raczej ustabilizowana, stała. Nie był to czynnik sprzyjający zatrudnieniu nowych pracowników.
Pozostawało zatem szukać zatrudnienia w miastach- Bielsku i Białej, które przed wojną i w czasie jej trwania były silnymi ośrodkami przemysłu włókienniczego (najogólniej mówiąc) oraz metalowego. W czasie okupacji zakłady te, pozostające głównie w rękach niemieckich, pracowały pełną parą na potrzeby niemieckiej machiny wojennej. Zbliżający się na przełomie roku 1944/1945 front spowodował, że oba miasta, a szczególnie Bielsko zostało przez Niemców uczynione w rodzaj twierdzy- Festung Bielitz, której zdolności obronne miały utrudnić pochód wojsk radzieckich w kierunku Morawskiej Ostravy, a także sprzyjać trwaniu wojsk niemieckich w południowej części powiatu bielskiego i bialskiego. Twierdza Niemców oznaczała dla oddziałów Armii Czerwonej cel szczególny, do zdobycia którego wojska radzieckie musiały się „przyłożyć”. Zaciekły opór Niemców zderzył się ze zdecydowaniem wojsk radzieckich. Efektem tego zderzenia były znaczne zniszczenia w obu miastach. Wkroczenie wojsk radzieckich do obu miast spowodowało pozbawienie przedsiębiorstw niemieckiej kadry kierowniczej. Firmy pozostały bez dawnego kierownictwa, a to w połączeniu ze zniszczeniami składało się na przygnębiający obraz bielskiego przemysłu. Trzeba jednak stwierdzić, że buczkowiczanie, którzy stanowili widoczny odsetek obsady tych przedsiębiorstw, stawili się w swych zakładach, by przywrócić ich do życia. Szklili okna, sprzątali gruz, oczyszczali fabryczne place, rozpoczęli uruchamianie ocalałych maszyn, demontaż zniszczonych. Pracowali bez wynagrodzenia, często sypiając w fabrycznych halach, by nie tracić czasu na dojazd , a jednocześnie by móc dłużej pracować. Wynagrodzeniem  w pierwszych tygodniach były połówki bochenków chleba. Upór robotników przywracał przedsiębiorstwom ich wcześniejszą sprawność. To, mówiąc językiem propagandzistów „dobrej zmiany” byli ludzie drugiego sortu, utrwalacze władzy ludowej. Gdyby żyli, zapewne otwieraliby ogromną kolumnę przesortowanych obywateli wyzwolonej Polski. Ale oni już odeszli, więc nie mogą zaświadczyć, co w ich życiu oznaczały te pierwsze dni w wolnej od okupanta ziemi. Mieszkałem na trasie robotniczych dróg, prowadzących do stacji kolejowej w Wilkowicach, po których w słocie i mrozie musieli po 8 km, ( w jedną stronę), piechotą dochodzić do stacji, by w tłoku, często na schodach wagonów i platformach między nimi dotrzeć do pracy. Pamiętam lampy karbidowe, którymi oświetlali swe ścieżki i opowieści tych, którzy musieli pokonywać w czasie roztopów nie zawsze z sukcesem, rozlewiska potoków w Lęgowcu. To była jedyna droga (poza rowerem), by dotrzeć do pracy. Pojęcie komunikacji autobusowej wtedy nie było obecne nawet w marzeniach. Jakoś wtedy nie słychać było o kolejnej sowieckiej okupacji, o której obecnie bywa tak głośno.
To był ten drugi sort, któremu odmawiają dziś szacunku ci z „młodocianych” roczników po 1970 r., którzy nie chodzili boso, którzy w chwili urodzenia mieli przygotowane z trudem, bo z trudem, ale mieli, komplety niemowlęcych ubiorów. Sam byłem dumny z krótkich spodenek, które uszył mi ojciec z cienkiego brezentu, bo były naówczas eleganckie, ale do czasu. Obcierały mi niemiłosiernie uda. Elegancja musiała ustąpić trosce o zdrowie. Osobiście ofiaruję klasyfikatorom stare powiedzenie: „Kto głupiemu odpuści, ten ma trzysta dni odpustu”. Z tym jednak, że w tym przypadku głupota jest wynikiem ideologicznego zaślepienia i lenistwa w poznawaniu naszej historii. Ale niech tak pozostanie. Ten osobisty krytyczny pogląd nie powinien (być może) znaleźć się w tym opracowaniu, ale stało się, jak się stało.
To, co zostało powiedziane wcześniej wskazuje, że bezpośrednio po wojnie w rodzinach panowała najzwyklejsza dotkliwa bieda, która utrzymywała się przez szereg następnych lat, czego również osobiście doświadczyłem mimo zapobiegliwości i staraniom moich rodziców.

Sytuacja w rolnictwie, to trzecia pozycja powojennego remanentu.

Po skoncentrowanych bauerskich gospodarstwach, powstałych w następstwie zagarnięcia gruntów, uprawianych przez ich prawowitych właścicieli, następował powrót do stanu posiadania sprzed wojny. Zaczęły się na nowo pojawiać miedze, wyznaczające granice skarlałych „gospodarstw”, które nie były w stanie zapewnić środków do życia gospodarującym na nich rolnikom. Dlatego posiadanie niewielkich obszarów gruntów było tylko uzupełnieniem przychodów gospodarstw domowych, przychodów w postaci podstawowej żywności: ziemniaków, kapusty, brukwi (kwaczków), żyta, owsa, bardzo rzadko jęczmienia czy pszenicy. Do tego dochodziły pasze dla zwierząt, zwłaszcza krów, pozyskiwane z łąk. Od pierwszych lat po wojnie aż po czasy zdecydowanie późniejsze trzeba mówić o w Buczkowicach gdzie przeważały gospodarstwa chłopsko robotnicze. Do małych gospodarstw trzeba było dokładać pieniędzy zarobionych (z czasem) w przemyśle. Był to model gospodarki, którego początki były odnotowywane już przed wojną jako powszechne zjawisko. Zabiegi właścicieli gruntów o powiększenie powierzchni swych gospodarstw mimo wielkiego wysiłku nie przynosiły oczekiwanego efektu. To powiększanie wielkości gospodarstw odbywało się bowiem poprzez tzw. „wyrabianie” zagajników, „kępek” i innych skrawków ziemi i przystosowywanie ich do uprawy. Efekty były niestety mierne. Za to, każdy skrawek ziemi ludzie wykorzystywali. Można powiedzieć, że duża część wiejskiej społeczności, wyrosła z rodzin rolniczych marzyła o posiadaniu prawdziwych, zdecydowanie większych gospodarstw, a na nie w Buczkowicach nie miała żadnych szans. Wskazane tu zjawiska oczywiście inaczej wyglądały w okresie tuż powojennym, a inaczej po upływie kilku lat od zakończenia wojny. Nas, ze względu na przedmiot tego opracowania bardziej interesuje okres bezpośrednio przylegający do czasu zakończenia okupacji. Wtedy bowiem nadszedł czas podejmowania ważnych życiowych decyzji, o których będzie mowa. Nie ulega jednak wątpliwości, że rozdrobnienie gospodarstw rolniczych, z jakim mieliśmy do czynienia we wsi, miała wielkie znaczenia dla sytuacji części buczkowickich rodzin. Większe obszarowo gospodarstwa pozbawione były koni, które od zawsze były we wsi podstawową siłą pociągową. Część krów, które były zagarnięte przez bauerów powróciła do prawowitych gospodarzy. Pozostawał jednak problem paszy dla bydła. Był to problem ważny, bowiem ucieczka bauerów miała miejsce na przełomie lutego/marca, a więc na przedwiośniu, gdy zapasy paszy nawet w gospodarstwach bauerów był na wyczerpaniu. Rolnicy dostrzegali niebezpieczeństwo braku ziarna na wiosenne zasiewy. Sytuacja ta nie napawała optymizmem. Zmuszała do podejmowania niekonwencjonalnych decyzji.

Sytuacja w zakresie mieszkalnictwa, to czwarta pozycja pookupacyjnej inwentaryzacji.

Buczkowice od dawien dawna nie znajdowały się wśród liderów budownictwa mieszkaniowego. Wynikało to przede wszystkim ze stosunkowo niskich dochodów ludności. Nawet w okresach, gdy wieś stawała się miejscowością o charakterze podmiejskim, przemysłowym, ruch budowlany nie należał do imponujących. Przyrost liczby ludności nie szedł w parze z niezbędnym przyrostem mieszkań. To zaś petryfikowało ponadprzeciętne zagęszczenie domów już istniejących, a więc starych, w których zamieszkiwały po dwie, trzy rodziny. Należy również wspomnieć i o takim zjawisku, jakim było dość powszechne wynajmowanie izb mieszkalnych osobom, które nie posiadały własnego domu. Lokatorzy ci płacąc czynsz, w jakimś stopniu łagodzili nieco mizerię finansową gospodarstw, ale pogarszali już i tak skromne warunki bytowania rodzin właścicieli domów.
To bardzo uproszczony obraz sytuacji mieszkaniowej we wsi przed wybuchem wojny i w czasie jej trwania. Okres wojny, a szczególnie czas bezpośrednio poprzedzający wyzwolenie spod okupacji niemieckiej, sytuację tę pogorszył. Warto w tym miejscu przypomnieć, że tzw. „książka gminna”, na zawartość której często się powołuję w swych publikacjach, zawiera dane o istniejących w latach trzydziestych XX wieku w Buczkowicach 457 budynkach mieszkalnych. Nie jest znany ani jeden przykład wybudowania budynku mieszkalnego przez niemieckich osadników (w tym urzędników i funkcjonariuszy). Ci przyszli na gotowe, i choć zamierzali pozostać u nas na stałe, nie zajmowali się budową domów. Zajęli budynki po wywiezieniu na roboty całych rodzin, lub przesiedleniu innych, dokwaterowując je do budynków już istniejących.
Znane są natomiast przypadki zburzenia istniejących budynków, gdy ich lokalizacja przeszkadzała planom niemieckich osiedleńców. Największe jednak szkody, polegające na nieodwracalnej utracie budynków mieszkalnych, spowodowały planowe ich zniszczenia, celowo wywoływanymi pożarami. Pożary te wzniecane były w tych strefach wsi, które leżały na linii spodziewanego przez Niemców ataku wojsk radzieckich na centrum wsi oraz dalej, na zachód. Mechanizm czyszczenia przez Niemców przedpola walki zostało szczegółowo opisane w ”Historii Buczkowic” na str. 406-411, w wyodrębnionym rozdziale. Dodać jednak muszę, że już po opublikowaniu książki uzyskałem dodatkowe na ten temat informacje. Okazało się, że wskazaną w książce liczbę 41 zniszczonych domów należy zwiększyć do 44. Trzy dalsze, nieuwzględnione w książce budynki, to domy rodziny Kuflów przy granicy z Rybarzowicami, Huczków (99) oraz Kosarzów (242)
Jeśli więc porównamy tę liczbę z ilością budynków, wynikającą z „książki gminnej”, to okaże się, że wieś w czasie wojny straciła bezpowrotnie niemal 10% ogólnej liczby budynków mieszkalnych. Była to strata niemożliwa do zniwelowania w krótkim czasie. Nie bez znaczenia jest również rozmieszczenie pogorzelisk. Największe ich skupisko znajdowało się  m.in. w placu Moczków i obejmowało jego najuboższą część.
Po zakończeniu działań wojennych każda z naszych rodzin musiała się odnaleźć w nowej sytuacji, stworzonej przez wojnę. Konieczność ułożenia sobie życia od nowa nie sprzyjała przeżywaniu strat, których odwrócenie nie było możliwe. Jednym ze sposobów na dokonanie zmian na nowym etapie życia rodzin było wykorzystanie szansy, którą stwarzały tzw. ziemie odzyskane, przyznane Polsce na podstawie decyzji konferencji uczestników koalicji antyhitlerowskiej przy zdecydowanej postawie Stalina, ale przy chłodnym, zdystansowanym stanowisku Stanów Zjednoczonych i Anglii.
Jest charakterystyczne, że plany buczkowickich rodzin przesiedlenia się na ziemie zachodnie przybierały bardzo realne kształty bezpośrednio po zakończeniu działań wojennych na naszej ziemi. Dowodzi to doskonałego obiegu informacji o możliwości zasiedlenia ziem odzyskanych przez mieszkańców ziem przedwojennej Polski. Działo się to w warunkach powszechnego braku dostępu do środków masowego przekazu, które znajdowały się w początkowym stadium ich tworzenia. Wiadomości docierały do mieszkańców w sposób, który działał zapewne doskonale w warunkach okupacyjnych, ale po wyzwoleniu sprawdzał się już w nowych pokojowych warunkach. Nie sposób przeoczyć tempa podejmowania decyzji o tym, czy z nadarzającej się okazji skorzystać, czy też godzić się na trwanie w dotychczasowych warunkach. Szybkości podejmowania decyzji towarzyszyła rozwaga. Ten, kto rodzinę postanowił przesiedlić nie wyjeżdżał w nieznane, nie działał wedle nieciekawej zasady: „Jakoś to będzie” wiedząc, że nie można narażać swej rodziny na kolejne po przejściach wojennych zderzenie z trudną, a nieznaną rzeczywistością. O takim podejściu do migracji na ziemie zachodnie świadczy szereg relacji moich rozmówców.
W czasie zbierania materiałów do tego opracowania ani raz nie pojawił się wątek, który odnosiłby się do statusu ziem zachodnich i ich nieodwracalnej przynależności do Polski. Nikt z rozmówców nie podnosił wątpliwości odnośnie do tego, że zachodni alianci wcale nie gwarantowali nienaruszalności zachodniej granicy Polski. Czy ta prawda nie była Polakom uświadomiona? Jedynym mocarstwem, które zachodnia granice Polski gwarantowało był Związek Radziecki.
W okresie tuż powojennym były to silne gwarancje, ale niestety jedyne. To w sferze stosunków międzynarodowych tworzyło klimat tymczasowości rozstrzygnięcia w sprawie tej granicy. Należy też dodać, że ostateczny przebieg zachodniej naszej granicy miał zostać ustalony w trakcie konferencji pokojowej, kończącej formalnie czas II wojny światowej. Do tej konferencji nigdy jednak nie doszło. Buczkowiczanie, jak dowodzi tego ich postępowanie, wierzyli  w nieodwracalność poczdamskich ustaleń dotyczących granicy z Niemcami. Dlatego część z nich postanowiła objąć gospodarstwa poniemieckie. Takie przeświadczenie oraz decyzje odczytuję jako dowód zaufania do nowych powojennych porządków w Polsce oraz wiary w trwałość wprowadzanych zmian. Ci ludzie nie mieli ochoty na dalsze wojowanie, na ponoszenie dalszych ofiar. Ci ludzie chcieli zacząć normalnie żyć.