Zakłady przemysłowe od wieku XVIII

Przemysł w Buczkowicach od XVIII wieku.

 Wszystkie dostępne informacje wskazują, że już w II połowie wieku XVIII Buczkowice stawać się zaczęły wsią o wysokim stopniu uprzemysłowienia.W pierwszej połowie XIX proces ten się wyraźnie nasilił by w początkach wieku XX osiągnąć poziom najwyższy.
Przekazów pisanych na ten temat, niestety, nie jest zbyt wiele. A te, które istnieją, w pewnych fragmentach różnią się pomiędzy sobą. Dlatego nieocenioną wartość przedstawiają wiadomości, które zostały zebrane od naocznych świadków powstawania przedsiębiorstw, ludzi, posiadających informacje o ich istnieniu, lokalizacji i o tym, czym się zajmowały. Wiadomości te zachowały się również w tradycji rodzinnej. Często ojcowie, dziadowie i pradziadowie moich rozmówców byli zatrudnieni w tych zakładach. Te fakty dodają uzyskanym informacjom cech świadectw, jakie uzyskać można od naocznych świadków.
Jest zrozumiałe, że opieranie się na zachowanych w pamięci faktach, jest z góry obarczone pewnym błędem. Polega on na tym, że różni rozmówcy zapamiętali istotne dla sprawy dane, ale odnoszące się do różnego czasu. Jest to dlatego tak ważne, że w czasie, gdy rozwój przemysłu nabierał tempa, mieliśmy do czynienia z sytuacją niezwykle płynną, dynamiczną z punktu widzenia tak powstawania zakładów przemysłowych, jak i ich likwidacji. Przedsiębiorstwo powstawało, działało krótko, potem było likwidowane, majątek był sprzedawany innemu przedsiębiorcy, a on, na tym samym miejscu, w tych samych zabudowaniach podejmował działalność o całkiem innym profilu. Do tego dochodziły następstwa częstych pożarów, które czasami bezpowrotnie zmiatały przedsiębiorstwa z mapy Buczkowic. Czasami na pogorzelisku, odbudowywano zakład, a czasami pozostawało po nim puste miejsce, którego nikt następny nie wykorzystał.
Napomykam o tych zjawiskach, które miały miejsce w omawianym czasie, by zwrócić uwagę na znaczenie każdej zdobytej informacji, a jednocześnie, by powiedzieć, że rozbieżności. pojawiające się w pisanych opracowaniach, wcale nie muszą być rozbieżnościami faktycznymi. Różnice mogą wynikać z tego, ze autorzy zarejestrowali dane odnosząc się do innego czasu, w którym, w tym samym miejscu, pod innym właścicielem toczyła się już inna produkcja lub prowadzona była inna działalność gospodarcza. Zwróćmy uwagę również na fakt, że próbujemy przedstawić wiele dziesięcioleci w historii Buczkowic, z których te, które znajdują się u początków naszej „rewolucji” przemysłowej nie są w ogóle udokumentowane. Zatem to, co o nich zachowało się w pamięci naszych seniorów, musi być obarczone pewnymi błędami. Rzecz w tym, by zminimalizować skalę tych niedoskonałości i opisanie tamtego odległego stanu uprzemysłowienia wsi, jak najbardziej przybliżyć do ówczesnej rzeczywistości. Zwrócenie uwagi na te okoliczności  będzie pomocne przy ocenie  merytorycznej zawartości  informacji zawartych w opracowaniu.
Jest niewątpliwe, że historia większych obiektów przemysłowych w Buczkowicach charakteryzuje się wielorakością produkcji w nich prowadzonej w różnym czasie, a także równoległym prowadzeniu różnych branżowo działalności w różnych częściach jednego kompleksu budynków przemysłowych. Ta zasada została potwierdzona w trakcie zbierania materiałów na temat  działalności przemysłowej we wsi, a działo się to na przestrzeni wielu lat.
Źródło energii podstawą działalności przemysłowej
 Sprawą o znaczeniu zasadniczym dla powstawania zakładów przemysłowych była  możliwość dostępu do taniego źródła energii. Na początku omawianego okresu w naszych warunkach można mówić nie tylko o możliwości dostępu do taniego źródła energii, ale o dostępie w ogóle do źródła energii. W tym bowiem okresie nie można było mówić o   o energii elektrycznej.  Atutem wsi była woda, a zwłaszcza młynówka, której powstanie miało najprawdopodobniej związek z tartakiem, położonym na granicy Szczyrku i Buczkowic  nazywanym „pańską piłą”, jako że był własnością łodygowickiego dworu. Nie ma absolutnej pewności odnośnie do terminu jej powstania. Można jednak postawić hipotezę, ze „przykopa” (u niektórych „krzypopa”), bo tak młynówka nazywana była przez kolejne pokolenia buczkowian, powstała najpóźniej w II połowie wieku XVIII. Wydaje się, że mógł to być czas poprzedzający sprzedaż dóbr łodygowickich księciu pszczyńskiemu Ludwikowi Anhaltowi von Coethen. A że sprzedaż dóbr miała miejsce w roku 1840, można sądzić, że młynówka powstała pod koniec XVIII wieku. W tym bowiem czasie czynny był już tartak, na którego koło wodę doprowadzała młynówka. Rozpoczynała ona swój bieg w rejonie mostu „Mnichowego”[1]. Już w swoim górnym biegu, jeszcze w granicach Szczyrku była wykorzystana najpierw jako źródło energii w małym foluszu, później dla małego tartaku. Do tego fragmentu młynówki nawiązywała młynówka właściwa, zasilająca w wodę „pańską piłę”. Nie ulega wątpliwości, że wszystkie liczące się zakłady przemysłowe, jakie w Buczkowicach w tym czasie istniały, powstały nad brzegami tego sztucznego potoku.
Na młynówkę składały się dwa odcinki. Górny, rozpoczynający bieg przy „Mnichowym” moście w Szczyrku, a kończący w korycie Żylicy w sąsiedztwie nowej fabryki mebli giętych Thonet-Mundus. Drugi odcinek, który nazwałem dolnym, biegł od koryta Żylicy poprzez place fabryki Wagnera (później Wecha), fabryczki watoliny i stolarnię Kubicy w rejonie ulicy Legionów, młyn, a potem tartak przy ul. Młyńskiej, aż do granicy Rybarzowic, gdzie mieścił się tartak gminny Buczkowic i Rybarzowic.
Na terenie Rybarzowic nad młynówką usadowiły się m.in. kolejne tartaki (Kubiców), „u Walka”, młyn w rejonie kościoła. Na wysokości dzisiejszego centrum wsi młynówka łączyła się na powrót z korytem Żylicy. Należy wspomnieć, że obecna trasa koryta młynówki tylko w pewnym zakresie pokrywa się z jej trasa pierwotną. Obecnie nie istnieje cały odcinek górny. A biegł on od Szczyrku, poprzez koło wodne „pańskiej piły”. Następnie koryto prowadzone było  pod skarpą, na której obecnie znajdują się zabudowania Szkoły Mistrzostwa Sportowego. Potem  przecinało tereny na południe od zabudowań Starczaków. Woda z tej młynówki zasilała młyn i piekarnię, docierała aż do dzisiejszych zakładów Przetwórstwa Mięsnego „Hańderek” i potem do kolejnego młyna, (później fabryki zapałek „pod kurą”) i dochodziła do „starej fabryki”. Przed nią, przy dzisiejszej ulicy Grunwaldzkiej koryto tworzyło zbiornik, z którego czerpana była woda dla koła wodnego w starym Mundusie. Potem koryto przebiegało w kierunku nowego kompleksu nowego Mundusa, dostarczając wodę na turbinę elektryczną tej fabryki. Na tym odcinku młynówka kończyła swój bieg łącząc się z korytem Żylicy na wysokości nieruchomości Dadoków.
Trzeba tez dodać, że trasa koryta młynówki była po wielokroć zmieniana, wtedy gdy woda nią prowadzona była wykorzystywana dla celów produkcyjnych. Dotyczyło to zwłaszcza odcinka dolnego. O pewnych szczegółach tej sprawy wspomnę przy omawianiu działalności przedsiębiorstw.

Tartaki
Niewątpliwe pierwszeństwo wśród tartaków, a nawet wśród ogółu przedsiębiorstw przemysłowych w Buczkowicach należy się  tzw. „pańskiej pile”, bo tak nazywany był przez mieszkańców ten tartak. Wspomniałem wcześniej, że jego początków należy się doszukiwać pod koniec lat trzydziestych XIX wieku. W tym czasie właścicielką dóbr łodygowickich była Marcelina Honorata Borzęcka. Ten fakt może budzić wątpliwości co do tego, czy tak nieudolna i zdziwaczała właścicielka, posiadająca ogromny, nawet jak na ówczesny czas, „dorobek” w postaci długów, była osobą skłonną do podjęcia decyzji o budowie tartaku w Buczkowicach. Jest to wątpliwość uzasadniona. Jednakże nie mamy wystarczających dowodów na to, by taki obrót spraw w odniesieniu do tartaku wykluczyć. Nie mamy też pewności, czy decyzja o budowie tartaku rzeczywiście była podjęta pod koniec władztwa Borzęckiej nad dobrami łodygowickimi, a nie wcześniej. Dobra łodygowickie Borzęcka sperzadała księciu pszczyńskiemu Ludwikowi Anhaltowi. Ten zaś  nabył je nie tylko z sentymentu do naszych terenów, ale przede wszystkim z określonym zamiarem dotyczącym interesów. Wiele wskazuje na to, że tartak istniał wtedy, gdy książę dobra nabywał i gdy potem zbudował tak zwany zakład drzewny, służący spławianiu drewna uregulowanym korytem Żylicy. Żadne z dostępnych źródeł nie wspomina bowiem o tym, że książę własnym sumptem tartak ten budował. Trzeba również zwrócić uwagę na to, Ludwik Anhalt cieszył się posiadaniem dóbr niespełna rok. Należałoby więc zadać pytanie, czy zajęty regulacją Żylicy, utworzeniem zakładu drzewnego i uruchomieniem spławu drewna miał na przestrzeni roku 1841 fizyczne możliwości, by zająć się również budową tartaku.
Pomijając wcześniejsze rozważania na temat wieku tartaku wiemy na pewno, że w zapisach kronikarzy i badaczy tartak nazywany jest tartakiem Klementyny Primavesi, która weszła w posiadanie dóbr łodygowickich 25. września 1866 r. Nie mówi się też o tym, by hrabina tartak zbudowała. Teksty zapisów świadczą bardziej o tym, że hrabina była jego posiadaczką. To zaś może stanowić dowód, że tartak powstał zanim hrabina Klementyna Primavesi de Weber została właścicielką dóbr.Właściciele "pańskiej piły"
W powszechnym obiegu, poza określeniem „pańska piła” tartak określany był również jako tartak Klobusa, co jest  związane z tym, że Adolf Klobus został mężem Klementyny Primavesi. Z tego małżeństwa urodził się Otto, ostatni właściciel majątku i ostatni właściciel tartaku, jednego ze składników majątku tworzącego tzw. dobra łodygowickie. Szczegóły okoliczności, w jakich doszło do tego małżeństwa oraz losy rodziny omówiłem w innym miejscu opracowania.
Tartak znajdował się w miejscu, gdzie obecnie działa firma „Prosperplast”. Podstawowe produkcyjne zabudowania tartaku znajdowały się wzdłuż dzisiejszej ulicy Wczasowej. Niemal do niego przylegały. Główna część budynku mieściła trzy traki[1]. Umożliwiały one przecieranie kloców o dużym, średnim i małym przekroju. Od strony zachodniej hali zainstalowany był trak o największym prześwicie ramy (do kloców grubych), zaś na końcu, czyli od wschodu hali, trak o niewielkim prześwicie ramy. Główna hala znajdowała się tak jakby na wysokim parterze, co umożliwiało ukształtowanie terenu w tym rejonie. Na najniższym poziomie znajdowała się maszyneria napędzająca traki oraz powierzchnia mieszcząca skład trocin. Od strony zachodniej do tartaku była doprowadzana woda korytem młynówki, która biegła poza dzisiejszym budynkiem Władysława Tarnawy, a póżniej Czesława i Władysławy Starczaków oraz zabudowaniami Sidzinów. Młynówka obwałowana była groblą. Ponieważ teren od zabudowań mieszkalnych do budynku produkcyjnego obniżał się tworząc nieckę,  w ciągu młynówki zbudowana została rynna z bali, którą poprowadzono nad dzisiejszą ulicą Wczasową. Droga ta była w tym czasie zdecydowanie węższa, bo służyła głównie jako przejście dla pieszych i do przegonu bydła. Rzadziej korzystano z niej jako drogi dla mniejszych pojazdów(wozów konnych).Rynna była podparta palami tak, że stanowiła rodzaj estakady. Płynąca w niej woda spadała na koło wodne, napędzające traki i inne urządzenia (np. tzw. kreisegi) Zimą, ponieważ woda przeciekała pomiędzy balami, powstawał pod rynną swoisty las lodowych stalagmitów i stalaktytów, przez który trzeba się było przeciskać. Poziom wody w młynówce regulowany był przy pomocy śluzy (przepustu) usytuowanej w ciągu grobli, w sąsiedztwie koryta Żylicy, jako że to woda z niej zasilała tartak[2]W czasach Klobusów tartak był w miarę upływu czasu doposażony w turbinę elektryczną oraz kotłownię do wytwarzania pary technologicznej[3]. Można zatem powiedzieć, że tartak był na wszelkie sposoby zabezpieczony przed następstwami nieprzewidzianych wydarzeń, zakłócających jego pracę. W większości jednak do napędu maszyn wykorzystywana była woda, jako czynnik najtańszy. Place składowe drewna do przetarcia za czasów barona Ottona Klobusa mieściły się na zachód od budynku tartaku, na wydzierżawionych nieużytkach nazywanych „ogrodami”[4]. Były to m.in. tereny, na których po latach znalazła siedzibę „Łabędzianka” Swoją oryginalną nazwę zawdzięczały nie istnieniu ogrodów, ale ich opasaniu gruntów przez Żylicę z jednej, a młynówkę z drugiej strony. Był to więc teren „ogrodzony”, opasany, dwoma ciekami wodnymi. Baron Klobus tereny te dzierżawił od Laszczaków, Walusiów i Tarnawów. Zapłatą za dzierżawę było świadczenie w naturze w postaci 7m3  (kubików ) tarcicy na rok. Właściciele terenów otrzymywali deski każdego roku na dzień św. Marcina. Zapłatą mieli się dzielić wedle własnego uznania. Tereny na wschód od zabudowań głównych tartaku przeznaczone były dla innej działalności, prowadzonej najpierw przez Klementynę Primavesi a potem przez Ottona barona Klobusa. Takie usytuowanie placów składowych bali było logiczne i praktyczne. Drewno dostarczane było bowiem od strony Szczyrku. To jedno. Po drugie, łatwiej było czy to toczyć, czy ściągać drewno z niewielkiej pochyłości w kierunku budynku traków, aniżeli ciągnąć niejako pod górkę do hali głównej. Poza tym, od strony wschodniej tartaku usytuowane były również budynku administracji oraz siedziba leśników, którym skład drewna mógłby utrudniać pracę. Można więc stwierdzić, że to względy praktyczne zdecydowały, iż baron za cenę tych udogodnień gotów był ponosić niewielkie koszty w postaci wzmiankowanego czynszu dzierżawnego w naturze.
W okresie międzywojennym sprawami administracyjno- finansowymi tartaku zajmowała się Czeszka-Zdenka Zawazalova, niezamężna pani chodząca zawsze z dużym psem. Jej znakiem szczególnym były okazałe wole. Mieszkała w budynku nr 144.Majstrem w tartaku na przełomie XIX i XX wieku był niejaki Martyniak, pochodzący prawdopodobnie z Łękawicy k. Żywca. Sprowadził się do Buczkowic razem z żoną. Oboje małżonkowie posługiwali się charakterystyczną dla głębokiej Żywiecczyzny gwarą[6]. Bezpośrednio przy trakach pracował Laszczak, ojciec Jana Laszczaka, późniejszego krawca. Sam zaś Jan Laszczak zajmował się na tartaku. „zapinaniem” kloców i ich załadunkiem na wózki, którymi były dostarczane bezpośrednio ku trakom.
W czasie okupacji tereny składowe drewna surowego urządzone były na gruntach przy ul. Grunwaldzkiej, poniżej domu Wyporków, w stronę kościoła a naprzeciw domów mieszkalnych byłego Nadleśnictwa. Wewnętrzny plac, otaczający budynek tartaku od wschodu, przeznaczony był w tym okresie na skład tarcicy.
W czasie, jak można sądzić, w którym baron Klobus pozbawiony był możliwości zajmowania się majątkiem[7], zarządcą tartaku był Niemiec o nazwisku Hammer[8].Tartak przetrwał wojnę. Cały czas pracował. Po jej zakończeniu, podobnie, jak reszta majątku barona, został upaństwowiony i przez pewien, bliżej nieustalony czas, pracował. Po jego likwidacji tereny oraz obiekty zostały przekazane Przedsiębiorstwu Montażu Aparatury Pomiarowej i Automatyki w Katowicach, które, po zmodernizowaniu substancji budynków, produkowało tu elementy automatyki głównie elektrycznej i szafy sterownicze, w tym szafy dla statków. Zakład został unieruchomiony w okresie zmian ustrojowych po roku 1989, a następnie sprzedany firmie „Prosperplast,” zajmującej się produkcją akcesoriów ogrodniczych z tworzyw sztucznych.

Drugi tartak wodny w Buczkowicach, utworzony na miejscu starego młyna, był własnością Michała
Kubi
cy.

Michał Kubica w roku 1929 Umiejscowiono go przy lokalnej drodze (obecnie ul.Młyńska), po jej lewej stronie. Tartak ten po wojennych zniszczeniach, został odbudowany przez Michała Kubicę (juniora) i jego zięcia, wspólnika. Nie funkcjonował jednak długo. Przyczyną tego faktu były zapewne niekorzystne warunki dla prywatnych przedsiębiorstw. Dziś o jego istnieniu świadczą tylko bloki betonowych fundamentów, ślady tzw. przepustu i głębokie koryto m

łynówki w miejscu dawnego koła wodnego.

Tartak Michała Kubicy

Trzecim tartakiem, mającym związek z Buczkowicami, jest, istniejący do dnia dzisiejszego, choć nieczynny, zakład na granicy z Rybarzowicami. 

Jego współwłaścicielami są dziś gmina Buczkowice i spadkobiercy Andrzeja Kubicy, po połowie. Dotyczy ta współwłasność tak budynku, jak placu składowego. U początku swej działalności tartak był własnością gminy Buczkowice i gminy Rybarzowice. Jednak gmina Buczkowice sprzedała swoją część rodzinie Kubiców. Od tego momentu można było mówić o współwłasności gminy Rybarzowice i rodziny Kubiców, którzy wywodzą się z Rybarzowic.

Jeśli dziś mówimy o współwłasności gminy Buczkowice i  spadkobierców Andrzeja Kubicy to dlatego, że wieś Rybarzowice weszła w skład gminy Buczkowice, a ta stała się prawnym następcą Rybarzowic. Proces uwłaszczenia samorządowych gmin na majątku zamknął sprawę własności tego obiektu.

Tartak Kubiców Tartak Kubiców
W czasach międzywojennych i po 2. wojnie światowej tartakiem zawiadywali kolejno Franciszek KubicaFr.Kubica  w  90-lecie urodzin (ojciec), a później Franciszek Kubica (syn). Tartak był czynny również w czasie okupacji niemieckiej. Było to możliwe ze względu na to, że starszy Kubica podpisał niemiecką listę narodowościową (Volkslistę). Dorośli synowie z tej rodziny, a w tym Franciszek (junior) Volkslisty nie podpisali. To właśnie on też przez wiele lat po II wojnie światowej prowadził tartak na tzw. własny rachunek do czasu przekazania go w ręce syna, Andrzeja, z wykształcenia inżyniera włókiennika który tartakiem się zajmował dorywczo, aż do śmierci.Stary Francek-Franciszek Kubica z ĹzonÄ-
Tartak, od początku swego istnienia do połowy lat pięćdziesiątych, napędzany był kołem wodnym. Woda pochodziła z młynówki, której koryto biegło po grobli, wystającej nad poziom gruntów okalających od 1-3m. Na odcinku około 30 metrów koryto młynówki było poszerzone, tak, że tworzyło niewielki zbiornik. Wylot ze zbiornika na koło wodne ujęty był w rynnę, wykonaną z grubych desek. Koło wodne miało średnicę 3-3,5m. Było tzw. nasiębierne, w całości wykonane z drewna. Dotyczyło to również wału głównego, na którym było osadzone. Z koła za pośrednictwem systemu pasów transmisyjnych napęd przenoszony był na trak i piłę tarczową (nazywaną krajsykiem) Całość maszynerii napędowej znajdowała się na poziomie zerowym budynku tartaku, pod podłogą hali traku. Uruchomienie koła następowało przy pomocy dźwigni usytuowanej obok traku. Pozwalała ona na skierowanie strumienia wody z młynówki na łopaty koła. Nadmiar wody we wspomnianym wcześniej zbiorniku usuwany był Rodzina KubicĂlw w dniu odpustu w Rybarzowicachbocznym wypustem, z ruchoma drewnianą zasuwą. Wypust wody nazywany był przez miejscowych „sicom”, jako że pomiędzy deskami wypustu wydostawała się woda z dość duża siłą, stwarzając wrażenia sikania. Woda spod tej śluzy odprowadzana była do koryta młynówki poniżej tartaku niewielkim strumieniem, przepływającym przez podwórze domu Juliana Moczka, a następnie przez plac składowy drewna.Taki sposób napędzania traku, który zawsze był tu tylko jeden, trwał do czasu zelektryfikowania wsi, co nastąpiło na przestrzeni lat 1949-1951.Franciszek Kubica jr

Wtedy też w tartaku został zastosowany napęd elektryczny tak do przecierania drewna, jak do  piły tarczowej[9], służącej do tzw. okorowania tarcicy innej niż tzw. pryzmówka. Zasilanie tartaku elektrycznością uniezależniało jego pracę od poziomu wody. W czasie suszy praca odbywała się przy wykorzystaniu prądu elektrycznego. Jednak w miarę upływu czasu koło wodne coraz rzadziej bywało w ruchu. Prąd niemal całkowicie zastąpił energię wody. Koło wodne, zamontowane było w tym tartaku do połowy lat osiemdziesiątych XX wieku. Jego ostatnim użytkownikiem był Andrzej Kubica[10]. Później koło uległo zniszczeniu, a grobla i koryto młynówki zaniedbaniu. Trzeba bowiem dodać, że użytkownicy tartaku sami dbali o utrzymanie koryta młynówki i stan grobli na odcinku około 150 m od tartaku. Drewno do przetarcia składowane było na dużym placu znajdującym się po południowej stronie zabudowań tartaku. Transport kloców do traków w pierwszym okresie zapewniały konie, które ciągnęły kloce w okolice budynku Karta rejestracyjna z 1947 na prowadzenie sprzedazy desekprodukcyjnego. Potem robotnicy przy pomocy drągów wtaczali bale na legary tworzące pochylnie. Stamtąd wtaczano je na wózki, którymi podjeżdżano bezpośrednio do traku. W miarę upływu czasu na placu zostały ułożone tory kolejki z platformami obrotowymi. Wtedy po szynach bale drewna przewożone były pod budynek traku. Do przetaczania wózków nie były wykorzystywane ani konie, ani inne środki mechaniczne. Wózki popychane były przez ludzi.

Tartak w latach świetności

Tartak Kubicy późne lata 70-te

Tartak Fr. Kubicy lata 70-te XX wieku

Tartak "u mnicha"

Tartak na granicy wsi jest ostatnim, istniejącym do dziś. Nie słychać już jednak od dawna charakterystycznych uderzeń wody o pióra koła wodnego.
Był to ostatni tartak, który pracował nad buczkowickim fragmentem młynówki. Po pożarze, który doszczętnie strawił tartak Kubiców (u Mnicha) w Rybarzowicach, jest również ostatnim istniejącym jeszcze obiektem tartacznym w ciągu, który został ukształtowany przez pracowitą młynówkę. Jeśli zainteresowanie jego stanem będzie równie obojętne jak dotychczas, należy być pewnym, ze tartak zamieni się w ruinę.

Poniżej kilka zdjęć – pokazują obiekty w lipcu roku 2013. Zobaczyć tu można tylko pozostałości po tartaku Andrzeja Kubicy. Cały obiekt wraz z pozostałymi elementami jego wyposażenia jest w stanie skrajnej ruiny. Brak starania o tartak ze strony właścicieli takie przyniósł owoce. Po wspominanym wcześniej  tartaku Michała Kubicy przy ul. Młyńskiej nie ma również dzisiaj śladu. Jedynie młynówka płynie w tym  miejscu dawnym „kanałem ulgi”. Fotografia wyżej ukazana dokumentowała stan z roku 2002.

tartak tartak 3tartak 4tartak 6tartak 7 tartak 8 tartak 9

Młyny

            Młyny były, obok tartaków, charakterystyczną dla naszej wsi grupą przedsiębiorstw, które zlokalizowane były nad młynówką. Dziś niestety nie ma po nich śladu Dlatego poszukiwanie miejsc, w których były wzniesione, jest oparte na śladach zapisków, a także na słownych relacjach ludzi sędziwych, którzy wiedzę o młynach zachowali w swej pamięci. Podobnie, jak przy odtwarzania usytuowania tartaków, tak i tu musimy wziąć pod uwagę, że miejsca, w których we wsi istniały młyny, na przestrzeni lat służyły prowadzeniu różnej działalności przemysłowej. W źródłach pisanych pojawiają się na temat buczkowickich młynów trzy różniące się od siebie (przynajmniej częściowo) informacje.
Wiejski kronikarz Józef Namysłowski w niepublikowanych zapiskach[1] wymieniał cztery młyny, nie podając nazwisk ich właścicieli.Od tej zasady istnieje jeden wyjątek. Z treści zapisów można wywnioskować, gdzie młyny były zlokalizowane.
Pierwszy z nich był związany z piekarnią. Wszystko wskazuje na to, że młyn był  własnością Stanisława i Anny Migdałów, a właściwie Anny Migdał. Właścicielka była siostrą zamożnego gospodarza – Józefa Kubicy, noszącego miano „Kubiczek”, posiadacza najpierw fabryki zapałek, a później, po I wojnie światowej restauracji w istniejącym do dziś budynku u zbiegu ulicy Klonowej i Wiślańskiej. Jej ojcem był Józef Kubica (senior). Z nim wiąże się najprawdopodobniej historia pierwszej w Buczkowicach fabryki mebli, którą umiejscawia się w roku 1872. Jego córka Anna była wyuczoną akuszerką (położną). Do prowadzenia młyna nie przywiązywała większej wagi. Zajmował się nim mąż, Stanisław. Ten młyn podupadł na skutek małego starania o jego stan. Działał nad młynówką obok zabudowań państwa Urbańczyków w pobliżu dzisiejszej Grunwaldzkiej[2]. Był to młyn wodny, którego fundamenty były widoczne jeszcze w latach siedemdziesiątych XX wieku. Pracował napędzany wodą młynówki. Losy tak młyna, jak piekarni przesądził pożar, który strawił wszystkie zabudowania. Nie zostały one odbudowane.  Z małżeństwa Anny i Stanisława Migdałów urodziła się córka Maria, która po latach wyszła za mąż za Szczepana Cadra „spod kury”.  Jest to ważny szczegół dla naszych rozważań o młynach i innych formach działalności przemysłowej we wsi.
Następnym młynem był młyn usytuowany również nad młynówką naprzeciw kościoła. Miejsce jego lokalizacji, z czasem przeznaczone pod inne rodzaje działalności przemysłowej, nazywane było wspominanym już określeniem „pod kurą”. Młyn ten był własnością Marianny Dobija. Na temat tej właścicielki, a także czasu funkcjonowania jej młyna nic bliższego nie jest wiadomo. Nie dotarłem do informacji, które pozwoliłyby wskazać na bliższe dane o pani Mariannie. Można również przyjąć za wielce prawdopodobne, że i inni kronikarze, którzy wskazują na tę właścicielkę młyna nie dysponowali innymi danymi na jej temat poza tymi, które wynikały z miejscowej tradycji.
Trzecim młynem, według przekazów Józefa Namysłowskiego, był młyn działający w budynku tzw. starej fabryki, ulokowanej u zbiegu dzisiejszych ulic Lipowskiej i Grunwaldzkiej. Można jedynie domniemywać, że działał on w okresie poprzedzającym rok 1872, a więc okres, w którym w starej fabryce rozpoczęła działalność fabryka mebli Józefa Kubicy, o czym wspomnę dalej. Józef Namysłowski wskazał, że w budynku, w którym działał młyn, została wydzielona izba na potrzeby szkoły, a także, później, mieszkania dla pracowników fabryki mebli giętych[3]. Nazwiska właściciela tego młyna nie znamy. Józef Namysłowski przedstawił w bardzo uproszczonej i skróconej formie to, co działo się przed laty w budynku starej fabryki. Można tak stwierdzić ponieważ poza dyskusją jest funkcjonowanie od 1889 szkoły w tym budynku. Nie budzi też żadnych wątpliwości fakt przeznaczenia obiektu (około 1910-1912) na cele mieszkalne. Wszystkie te funkcje były tam realizowane w ciągu wielu lat. Dlatego wskazania J. Namysłowskiego pozwalają na jednoznaczne umiejscowienie młyna w tym obiekcie. Problemem do dziś nierozstrzygniętym jest określenie w miarę dokładnego czasu, w którym młyn ten działał.
Czwarty młyn, wspomniany przez Józefa Namysłowskiego, zlokalizowany był w obiektach umiejscowionych przy dzisiejszej ulicy Wyzwolenia, a zakupionych po koniec XIX wieku przez Rudolfa Wagnera. Obecnie miejsce to kojarzy się ze zlikwidowaną w sierpniu 2009 r. Fabryką Mebli Giętych (Zakład nr 3 Jasienickich Fabryk Mebli). Wagner, który według informacji J. Namysłowskiego był Niemcem, zrezygnował z prowadzenia młyna, a w zabudowaniach uruchomił wytwórnię wody sodowej. Pojawiają się również informacje, że równolegle z tą wytwórnią w obiektach wykonywano tzw. „blich” szmat, czyli  ich wybielanie. Można zatem powiedzieć, że właścicielem czwartego młyna był Rudolf Wagner. Nie ma również wątpliwości, że Wagner zakupił zabudowania młyna istniejącego wcześniej. Nie znamy jednak ani właściciela młyna, ani czasu w którym, przed Wagnerem, młyn działał. Próba przybliżonego określenia dat może się opierać na zapisach, dotyczących otwarcia w Buczkowicach szkoły publicznej; jednym z gości oficjalnych podczas uroczystości był Rudolf Wagner, wskazany jako właściciel fabryki mebli (ale nie giętych!). Produkcję mebli uruchomił on po zrezygnowaniu z produkcji wody sodowej, a zwłaszcza blichu szmat. Nie jest zatem bezzasadne przyjęcie tezy że młyn, który zakupił Wagner mógł istnieć w tym miejscu w latach siedemdziesiątych i początku osiemdziesiątych XIX wieku.
Pani Zofia Rączka[4] wymienia tylko dwa młyny, o których w swoich zapiskach mówi Józef Namysłowski. Wymienia młyn Migdałów i Dobijanki. Z powodu zbieżności danych, ustaleniami zwartymi w tym artykule nie będę się odrębnie zajmował.
Pragnę jednak zwrócić uwagę na jeszcze jeden młyn, który nie jest wymieniany ani w opracowaniach Z. Rączki ani w zapiskach Józefa Namysłowskiego. A istnieć musiał, choć przed bardzo wielu laty. Chodzi o młyn w rejonie dzisiejszej ulicy Młyńskiej[5]. Sprawy z nim związane są niezwykle ciekawe co najmniej z dwóch powodów: są, moim zdaniem,  mocne przesłanki ku temu, by z tym młynem wiązać zapisy pochodzące z 1. lipca roku 1771[6] W wykazie powinności (obowiązków) mieszkańców naszej wsi wobec dworu, dotyczących pańszczyzny oraz czynszów pod koniec wykazu zobowiązanych do świadczeń pańszczyźnianych wymieniony jest „Buczkowicki młynarz Maciej Sternal”. Ponieważ w całym wykazie obejmującym 36 nazwisk oraz gminę nie jest wykazany wymiar tych powinności, więc i w przypadku młynarza nie są one zapisane. Jednak młyn musiał istnieć w 1771r., a nawet i przed tym okresem. Gdyby tak nie było, Sternal nie byłby mógł być uznany za nadmiernie obciążonego czynszem. Poza wszelkimi wątpliwościami jest nazwisko i imię młynarza. Powód drugi uznania tej sprawy za ciekawą jest problem lokalizacji młyna, a co za tym idzie pytanie skąd czerpana była energia, zapewne wodna, niezbędna do jego pracy. Uważam, że młyn, o którym jest mowa w dokumencie z roku 1771 znajdował się przy dzisiejszej ulicy Młyńskiej. Przekonanie to opieram na następujących  przesłankach: Nie ulega wątpliwości, iż w tym miejscu przed bardzo wielu laty istniał młyn. Jego właściciel mieszkał w dzisiejszym budynku nr 13. Od tego właściciela budynek noszący nr 13 został odkupiony przez rodzinę Kocurków. Potwierdzają to relacje sąsiadów [7]. Z tym rejonem wsi związany jest Sternal o przezwisku „Sternalicek”. Nazwisko to w oficjalnej formie miało związek z młynem[8]. Wszystko to prowadzi wprost do udzielenia hipotetycznej wprawdzie, ale odpowiedzi na pytanie o zasilanie młyna energią. Jeśli bowiem późniejszy tartak został wybudowany dokładnie w miejscu starego młyna, lub też urządzono go w pozostałościach budynku po młynie, to już wtedy, gdy młyn działał musiał korzystać z wody, napędzającej koło. Jeśli zaś tak, to musiał istnieć strumień lub po prostu młynówka, która wodę zapewniała. Nie wiemy, czy tak faktycznie było. Jednakże nie dostrzegam innego logicznego umiejscowienia młyna, który mógł działać w końcu XVIII wieku. Trzeba bowiem brać pod uwagą, że nie można sobie wyobrazić sytuacji, lokalizowania młyna lub żadnego innego zakładu wprost na brzegach nieuregulowanego koryta Żylicy, które zmieniało się po każdej powodzi. Poza tym, w miejscu, o którym mowa istniały i istnieją do dziś naturalne warunki do uzyskania takich różnic poziomów wody, które pozwalają napędzać koło wodne. Takich warunków wzdłuż koryta Żylicy dziś nie ma i dawniej raczej też nie było. Ta sytuacja wskazuje również na to, ze młyn Sternala  musiał korzystać z wody prowadzonej młynówką, bo inne źródło energii nie było dostępne.
Wyniki rozpoznawania okoliczności działania młyna Sternala wskazują na czas  powstania młynówki w jej dolnym odcinku. Wspomniałem wcześniej o wielkim prawdopodobieństwie uruchomienia „pańskiej piły” za czasów władania państwem łodygowickim przez rodzinę Borzęckich. To przedsięwzięcie wymagało przekopania młynówki. W innym miejscu wskazałem na działanie wielu przedsiębiorstw, i to od szeregu lat nad młynówką w jej dolnym odcinku. Najstarszym z tych przedsiębiorstw, którego istnienie w tej strefie potwierdzają dokumenty był najprawdopodobniej młyn Sternala [9]. Okoliczności te wskazują na to, że młynówka musiała istnieć już czasach panowania Borzęckich nad Łodygowicami, a z pewnością w roku 1771 czyli w wieku XVIII. Pojawianie się zaś kolejnych przedsiębiorstw w rejonie młynówki tak w jej górnym odcinku jak i dolnym staje się dowodem wskazującym , że oba odcinki młynówki powstawały w jednym lub bardzo podobnym czasie.

Produkcja mebli giętych

             Niewątpliwie produkcja mebli, a głównie giętych, jest nie tylko jedną z najstarszych, form działalności gospodarczej w Buczkowicach, lecz także niezwykle charakterystyczną. Na przestrzeni wielu dziesiątków ten typ wielkoprzemysłowej produkcji był najtrwalej związany z historią miejscowości. Niejako w jej orbicie działały okresowo małe zakłady o charakterze rzemieślniczym, które zajmowały się montażem mebli z detali odkupionych od wielkich wytwórców. Początkowo stosowano tradycyjne metody, ale później weszli w buczkowicki przemysł meblarski przedsiębiorcy zagraniczni, którzy przeszczepili na nasz grunt najnowocześniejsze technologie, i nowatorskie metody produkcji. Mam tu na myśli meble gięte wedle pomysłu stolarza z niemieckiej Nadrenii, Michała Thoneta[1], wykorzystującego parzone drewno bukowe jako podstawowy surowiec. Ta oryginalna metoda produkcji, uzupełniona nowe sposoby łączenia elementów mebli, stwarzała wielkie pole dla rozwoju wzornictwa meblarskiego, wykorzystywania importowanych materiałów. Poza tym utworzyła specyficzny rynek pracy, wymagający powstawania i rozwoju nowych zawodów. Chodzi tu o wyplatanie siedzisk i oparć tzw. palakiem[2]. Mistrzyniami w tej profesji stały się kobiety, które pracowały chałupniczo na rzecz fabryk – zleceniodawców. Śmiało można postawić tezę, iż w ostatnich latach XVIII wieku wielkoprzemysłowa produkcja mebli z zastosowaniem nowych technologii zrewolucjonizowała Buczkowice. Czynnikiem sprzyjającym rozwojowi dużych zakładów były tradycje solidnego pod względem fachowym rzemiosła, oraz dostępność surowca. Czynniki te przyczyniły się do rozwoju meblarstwa w naszej wsi.
Pierwszą fabrykę, produkującą meble, założył w 1872 r. mieszkaniec Buczkowic – Józef Kubica. Działała ona w budynku, w którym wcześniej czynny był młyn. Wiele wskazuje na to, że były to pierwsze przedsiębiorstwa, o których istnieniu w tym obiekcie wspomina nasza tradycja. Nie mamy całkowitej pewności jak długo stolarnia Kubicy funkcjonowała, ani, czy obok niej, w tym samym budynku, prowadzona była inna jeszcze działalność przemysłowa. Wykluczyć tego nie można, a nawet należałoby założyć, że tak właśnie było. W ustnej bowiem tradycji wspomina się również o tym, że w tym właśnie miejscu funkcjonowała wytwórnia sukna wałaskiego, tzw. wałkownia (walkownia). Sądzę, iż twierdzenie, że nie można ustalić miejsca lokalizacji tego akurat zakładu, bo kronika szczyrkowska wspomina tylko o jednej tego typu wytwórni w Buczkowicach jest nietrafne[3]. Każda kronika ma to do siebie, że ukazuje pewne stany w ujęciu statycznym. Nie można opierać stanowczych stwierdzeń na kronice innej miejscowości w oderwaniu od miejscowej tradycji.  Na pewno jednak nie potrafimy dokładnie określić czasu w którym walkownia działała. Skłaniam się ku stwierdzeniu, że produkowała ona dużo wcześniej niż młyn, a później fabryka mebli J. Kubicy – w połowie XVIII. Opieram się w tym momencie na analizie nazw zwyczajowych, charakterystycznych dla Buczkowic. W naszej tradycji językowej ostało się bowiem określenie „pod walkownią”, dotyczące miejsca położonego niemal dokładnie naprzeciw tzw. starego Ośrodka Zdrowia. Należy również brać pod uwagę to, że w tym samym rejonie w powszechnym użyciu było określenie „pod stawym”, czy „popod stawym”. W innym terenie spotykało się określenia: „pod brzegiem” „pod sadym”, „pod Filipkom”, „pod górom” itd. Przywołuję tę zasadę nazywania położenia w terenie dlatego, że, jak widać, nigdy nie był on oderwany od konkretnego miejsca. Określenia te zawsze zawierały charakterystyczny dla ludzi miejscowych element geograficzny, najbliższy konkretnemu obiektowi. Jeśli zatem w Buczkowicach posługujemy się określeniem „pod walkownią” to nie dlatego, że walkownia znajdowała się gdzieś tam w Buczkowicach lecz, że ulokowana była w bezpośredniej bliskości miejsca określanego. To zaś prowadzi wprost do uwiarygodnienia istnienia w budynku „starej fabryki” takiej wytwórni sukna wałaskiego. Co się zaś tyczy czasu jej funkcjonowania, to racjonalne byłoby stwierdzenie, iż działała ona do czasu, kiedy było zapotrzebowanie na takie sukno. Wiemy, ze Buczkowice były miejscowością, w której stosunkowo szybko przyjęła się moda śląska, która wyparła tradycyjne stroje wałaskie. Ze zjawiskiem takim mieliśmy do czynienia już na przełomie wieków XVIII i XIX, który może oznaczać kres działalności walkowni w naszej wsi.
Za pewnik natomiast można uważać dane z zapisków Józefa Namysłowskiego, a mianowicie, informację że w budynku tym niejaki Kollmer w XVIII wieku[4] zajmował się przetwórstwem juty[5]. Wytwarzał liny i powrozy. Następnymi „ludźmi interesu”, którzy zajmowali się podobnym typem produkcji byli wspólnicy Deutsch[6] i Grünbaum. Budynek został odkupiony od tej spółki w roku 1888 prze gminę Buczkowice i przeznaczony na potrzeby szkoły oraz fabryki mebli[7]. To może oznaczać, że zakład Józefa Kubicy cały czas w tym budynku funkcjonował. Taki stan trwał, jak można wnosić z zapisów kronikarskich, do lipca 1897 r. czyli do kolejnego[8] pożaru, który strawił niemal cały budynek, będący, jak wspomniano, własnością gminy Buczkowice. Pożar ten zakończył działalność fabryki mebli Józefa Kubicy oraz szkoły.


[1] Michał Thonet miał swój zakład stolarski w miejscowości Boppard w Nadrenii. Od roku 1819. Metoda Thoneta polegała na wykorzystaniu plastyczności drewna bukowego poddanego naparzaniu w wysokiej temperaturze, zastosowaniu zapobiegających pękaniu drewnianych łat taśm stalowych do form służących do gięcia elementów mebli oraz wyeliminowaniu kleju z łączenia elementów mebli. W jego metodzie produkcji stosowane były śruby. Trzeba dodać, że ukształtowane we wzornikach elementy poddawane były suszeniu w formach. Na ziemiach polskich mebli produkowane ta metoda pojawiły się w roku 1880 r.. Podałem za: „100 lat Fabryk Mebli Giętych w Jasienicy, wrzesień 1985 r.
[2] Palak to obiegowa nazwa trzciny bambusowej, służącej do wyplatania siedzisk i oparć krzeseł i foteli, rzadziej innych mebli (np. etażerek).
[3] Z takim stwierdzeniem spotykamy się w opracowaniu B. Foryś „Z dziejów parafii pw. Przemienienia Pańskiego w Buczkowicach wielokrotnie tu przywoływanego.
[4] Ulokowanie czasu działalności Kollmera w tym budynku na lata osiemdziesiąte XVIII wieku jest oczywiście tylko hipotezą, jednak uwzględniająca dużą płynność zarówno w podejmowani, jak i likwidacji działalności gospodarczej.
[5] Juta to włókno z konopi.
[6] Nie jest wykluczone ,że Deutsch może mieć związek z „Braćmi Deutsch”, późniejszymi właścicielami zakładów „Unia” w Bielsku (późniejsze Z.P.Lniarskiego „Lenko”). Może tego dowodzić branża i surowiec podstawowy do produkcji, wykorzystywany w obu firmach. Była nim juta.
[7] O takim przeznaczeniu budynku w czasie, gdy został odkupiony od Deutscha i Grünbauma wspomina kronika szkoły w Buczkowicach.
[8] J. Namysłowski tak to ujmuje:” Ale w 1897 r. znów pożar zniszczył wszystko i poraz trzeci odbudowano a nawet przybudowano odrębnie 2 piętrowy budynek kotłownie i maszynownię” [pis. oryginalna JS]Autor nie wspomina, kiedy miał miejsce poprzedni pożar. Z całą pewnością jednak pożar w roku 1897 był pożarem kolejnym.


[1] Józef Namysłowski, „Wspomnienia bibliotekarza”- maszynopis, kopia w posiadaniu autora
[2] Dane te są oparte na treści wspomnień p. Bronisławy Kruczek z ul. Jama, spisanych przez autora 12 lutego 2007r. Dla p. Bronisławy Anna Migdał była ciocią.
[3] Autor zwracał uwagę na to, że w tym budynku przed wielu laty funkcjonował młyn. Dalej, chodziło o mieszkania dla pracowników Mundusa, po wybudowaniu nowego obiektu.
[4] Rączka Z.:Wody Żylicy w służbie człowieka (Kal. Besk. 1980r. str.118)
[5] Ulica otrzymała tę nazwę właśnie ze względu na to, że w jej sąsiedztwie istniał jeden z najstarszych w Buczkowicach młynów. W tym samym miejscu po wielu latach powstał tartak należący do Michała Kubicy (ojca)
[6] Chodzi o wykaz powinności poddanych folwarku Rybarzowic i Buczkowic z XVIII wieku, Fr. Kubica, Kal. Beskidzki 1975 str. 85 Dokument, to skarga buczkowian i rybarzowian na dzierżawce folwarku spowodowana nadmiernym obciążaniem włościan daninami i robocizna na rzecz dworu.
[8] Wspomnienie p. Julii Gluzy spod nr. 14, spisane przez autora w roku 2006(czerwiec)
[9] Józef Namysłowski wspominając o tartakach mówi, że powstał on na miejscu dawnego młyna. Nie ma wątpliwości, że tartakiem, który miał na myśli autor zapisków był tartak Michała Kubicy, mieszczący się właśnie przy ul. Młyńskiej, nad młynówką. Nazwa ulicy , oparta na tych wiadomościach tez nawiązuje do faktu istnienia młyna w trym miejscu.


[2] Rączka Z.: Wody Żylicy w służbie człowieka, (Kal.Besk. 1980 str.118 i dalsze Koło wodne zapewniało tartakowi moc 36 kM)
[3] O trzech czynnikach zasilania tartaku wspomina Józef Sanetra w wywiadzie z lutego 2007 r.
[4] Dane oparte na wywiadzie z p. Heleną Gąsienicą Stasieczek z 13 lutego 2007 r.
[5] Dane z „Książki gminnej” z lat trzydziestych XX wieku ( w posiadaniu autora). Zapis oryginalny brzmi „Zawazalowa z dynka”. P. Gąsienica Stasieczek podaje, że Zawazalova zajmowała się buchalterią. Pan Józef Sanetra natomiast wspomina, że Zawazalova była kierownikiem tartaku, zaś sprawami księgowymi zajmował się niejaki Biczysko, mieszkający u p. Wyporków. Jego żona była Warszawianką. W czasie okupacji Biczysko podpisał Volkslistę i niechlubnie zapisał się w dziejach Buczkowic. Zawazalowa wyjechała z Buczkowic tuż przed wybuchem wojny. Zdaniem Stasieczkowej, ktoś z rodziny Zawazalowej został pochowany na buczkowickim cmentarzu. Świadczyć to może o dłuższym związku z Buczkowicami. Jej nazwisko pojawiało się w czasie poszukiwania zapisów dot. historii wsi. Zdaniem moich rozmówców w jej posiadaniu rzekomo miała znajdować się pięknie oprawiona kronika wsi.
[6]Córka Martyniaków została później zoną Józefa Laszczaka.
[7] Chodzi o okres po odmowie przyjęcia przez barona obywatelstwa niemieckiego
[8] Nazwisko podaję tylko za jednym, choć bardzo dobrze zorientowanym w sprawie rozmówcą. Mimo to brzmienie nazwiska musiałoby być potwierdzone również z innego źródła.
[9] Piła tarczowa była zamontowana nieruchomo, zaś przesuwanie długich desek umożliwiał wózek umieszczony na specjalnych szynach. Ta maszyna nazywana była krajsykiem. Przed zastosowaniem elektryczności piła była również napędzana przez koło wodne. Praca przy tej pile była bardzo niebezpieczna. Najczęstszym urazem doznawanym przez okorującego była utrata palców w rękach. Okorowanie, nie oznaczało zdejmowania kory z oblin desek, czy kloców, ale oznaczało odcinanie oblin z desek wyciętych z kloców. Obcinając obliny uzyskiwano deski o nierównej szerokości. Odpady zaś po tej operacji to tzw. drańcie- drewno przeznaczone na opał
[10] Pan Andrzej Kubica zmarł w bardzo młodym wieku.


[1] Młynówka miała na tym odcinku postać niewielkiego potoku, który miał swój początek za zabudowaniami Pezdów w Szczyrku. Nazwisko właściciela folusza nie jest znane. Właścicielami tartaku ( małego) byli bracia Kubicowie, którzy znani byli w środowisku pod „śpicmianem „Kot”. Tartak ten był czynny w pierwszych latach międzywojennych W późniejszych latach międzywojnia tartak ten prowadził jeden z nielicznych w tym czasie w Buczkowicach Żydów niejaki Langer, mieszkający w miejscu, gdzie obecnie znajduje się dom p.p.Likusów.- Wspomnienie p. Heleny Gąsienicy Stasieczek z 13. lutego 2007 i Józefa Sanetry spisane przez autora.

Thonet Mundus fabryka nieznana współczesnym

Thonet Mundus to nazwa firmy, która była właścicielem czterech fabryk mebli, które działały na południu Polski. Zakład produkcyjny w Buczkowicach był jednym z nich. Pozostałe, o znacznej sile produkcyjnej, działały w Jasienicy i Jaworzu k. Bielska, a także w Rybarzowicach, gdzie funkcjonował mały zakład. Nie ma przesady w stwierdzeniu, jakie zawarte jest w tytule artykułu. Mimo bowiem faktu, że istnienie zakładu tej firmy w Buczkowicach obejmuje pierwsze trzydziestolecie XX wieku, wyobrażenie o jego rozmiarach, skali produkcji, liczebności załogi, czy asortymencie produkcji, zaledwie tli się w pamięci bardzo nielicznych mieszkańców Buczkowic. Nieco większa ich liczba przypomina sobie wypalone mury, pozostałe po pożarze, który wczesną wiosną roku 1945r. strawił doszczętnie wszystkie zabudowania fabryki .

A historia tego przedsiębiorstwa jest nierozerwalnie związana z historią rozwoju Buczkowic i okolicznych miejscowości.

Początek przemysłowej, a więc na wielką skalę produkcji mebli w Buczkowicach zwiastowało pojawienie się w naszej wsi firmy o nazwie K.k.priv.Fabriken für Möbel aus gebogenen Holze Rudolf Weill & Co.,[1] założonej w Wiedniu w roku 1878.

To przedsiębiorstwo zakupiło od gminy Buczkowice tereny u zbiegu ulic Lipowskiej i Grunwaldzkiej, wraz z pozostałościami po wspominanym pożarze. Spółka nie tylko odbudowała zniszczony obiekt, ale znacznie go powiększyła Z dostępnego mi dokumentu wynika, że w roku 1905 spółka posiadała trzy zakłady: W Buczkowicach, Rybarzowicach i Łodygowicach[2]. To potwierdza umacnianie się tej firmy w naszym regionie. W Buczkowicach dobudowane zostało drugie piętro, a także kotłownię z maszynownią[3].Już wtedy znacząco poszerzono asortyment produkcji. Możliwe było również zatrudnienie dużej, jak na ówczesne czasy, liczby pracowników. Z tym okresem funkcjonowania fabryki, stanowiącej własność spółki Weilla, należałoby łączyć przystosowanie młynówki do znaczniejszego odbioru wody przez fabrykę. Było to związane ze wspomnianą maszynownią, która zapewniała ruch maszyn dzięki rozbudowanemu systemowi transmisji. To bowiem, co dawniej było wystarczające do pracy małej fabryki, nie mogło starczać dla dużego zespołu maszyn. Rozmiary produkcji i zatrudnienia w tym przedsiębiorstwie, jak na ówczesne czasy, były znaczące. Wspomniany wyżej autor stwierdza, że „…produkowano meble gięte na wielką skalę do 1000 sztuk dziennie. Produkowano krzesła, fotele, kanapy, bujaki, stoły, etażery i inne. Zakład ten zatrudniał około 500 robotników”[4]Rozmiary produkcji, ilość zatrudnionych, a także asortyment wskazywały na intensywny rozwój przedsiębiorstwa.
Źródłem energii dla fabryki była woda z młynówki, prowadzona wysoką i szeroką groblą. Mały zbiornik, utworzony na młynówce, w potocznych rozmowach nazywano „stawem”. Cały okazały, jak na ówczesne czasy zestaw maszyn w „starej fabryce” poruszany był układem transmisyjnym, napędzanym przez ogromne koło wodne, o średnicy 4,9m[5]. Nadmiar wody ze zbiornika na młynówce był odprowadzany poprzez śluzę, ulokowaną z prawej strony stawu (patrząc od strony Szczyrku). Potok, odprowadzający wodę od śluzy biegł wzdłuż zachodniej granicy gruntów Jukrów i łączył się z Żylicą. Cała grobla i staw, a także potok tzw. „ulgi” istniały jeszcze do lat sześćdziesiątych XX wieku, choć woda nie służyła już celom produkcyjnym. Odcinek młynówki, począwszy od nieruchomości Janów i Gluzów aż do zabudowań starej fabryki, był własnością spółki Weilla. Firma ta, działająca poza koncernem Thoneta – autora omówionego wcześniej patentu – połączyła się z innymi organizacjami przmysłowymi przed 1.wojną  światową w nowe przedsiebiorstwo o nazwie Zjednoczenie Austriackich Fabryk Mebli Giętych Spółka Akcyjna z siedzibą w Wiedniu. Ten organizm gospodarczy podlegał na przestrzeni lat kolejnym zmianom organizacyjnym, które były następstwem zmian struktury kapitałowej wewnątrz spółki. Człowiekiem, który posiadał w Zjednoczeniu większościowy pakiet akcji był niejaki J. Kohn. On też sprzedał swoje wszystkie akcje innej austriackiej firmie o nazwie „Mundus”, co spowodowało, że jej nowa nazwa brzmiała „Mundus S.A.” Zawiły sposób zmian kapitałowych wymieniam dlatego, że działająca w Buczkowicach firma Weilla była przedmiotem tych operacji i przekształceń. Opis ten pokazuje również jak to się stało, że w Buczkowicach pojawiła się nazwa firmy „Mundus”. Nowa firma mogła podjąć budowę nowego zakładu produkując jednocześnie meble w budynku „starej fabryki”. W tym budynku bowiem przez cały okres zmian organizacyjnych i kapitałowych produkowała meble włączona do niej dawna firma Weilla. Spółka postanowiła zainwestować w Buczkowicach duże pieniądze. Efektem była nowa fabryka wzniesiona nieopodal „starej”, na terenie zajętym dziś pod Dom Handlowy, Zespół Szkół Ogólnokształcących oraz pod były magazyn towarów masowych Gminnej Spółdzielni i Punktu Skupu zwierząt rzeźnych. Mieścił się on między dzisiejszymi ulicami: Dr. Romana Białka (od zachodu), ul. Lipowską od północy i wzdłuż ul. Dra Franciszka Miodońskiego, po obu jej stronach począwszy od mostu, a skończywszy na granicy nieruchomości Gminnej Spółdzielni. Wielka budowa zaczęła się w pierwszych latach XX wieku. Można powiedzieć,że była to pierwsza jego dekada[6]. Nie ma wątpliwości, że inwestorem nowych fabrycznych obiektów była firma Mundus S.A., która tym sposobem zwielokrotniła swoje zdolności produkcyjne w stosunku do tych, jakimi dysponował dawniej Weill.

Atuty lokalizacji nowej fabryki Mundusa.

Rozważając ten problem należy uwzględnić fakt, że od czasu, w którym decyzję o budowie fabryki podjęto, a okresem w którym powstało to opracowanie, upłynęło ponad 100 lat. Ten okres przyniósł wiele zmian w stosunku do ówczesnego wyglądu tych terenów. Nowe obiekty fabryczne zlokalizowano na terenach całkowicie niezabudowanych. W bezpośrednim sąsiedztwie placu budowy znajdowały się zaledwie dwa budynki, a mianowicie posiadłość Sternalów przy dzisiejszej ul. R. Białka oraz nieistniejący obecnie budynek dawnego Kółka Rolniczego, zajmowany przez szereg lat m.in. przez rodzinę Skrzypków. W pewnym oddaleniu od placu budowy od strony zachodniej znajdował się mały budynek mieszkalny „pod walkownią”, zaś od wschodu istniały budynki mieszkalne i gospodarcze posiadłości Gluzów i Marków. Lokalizacja nowej fabryki była ze wszech miar praktyczna i racjonalna. Zasadniczymi walorami terenu były: 

łatwość dostępu do drogi głównej, łączącej Buczkowice z Bielskiem i Białą oraz całym regionem
łatwość dostępu do młynówki, która stanowiła źródło energii.
istniejący zbiornik wodny na młynówce, który pozwalał spiętrzać wodę. Atutem tego miejsca była również znaczna naturalna różnica poziomów pomiędzy zbiornikiem a przyszłą turbiną, co sprzyjało zwiększeniu prędkości przepływu wody, napędzającej turbinę.
bardzo wysokie kwalifikacje robotników, wyspecjalizowanych w obróbce drewna oraz produkcji mebli,
dostępność surowca –  drewna bukowego, którego zagłębiem były sąsiednie lasy
bliskość stacji kolejowej w Łodygowicach, co ułatwiało ekspedycję wyrobów gotowych do odbiorców w kraju i za granicą.

A oto, co jeszcze musimy brać pod uwagę wyobrażając sobie zagospodarowanie terenów fabrycznych:
Nowe obiekty powstały w centrum wsi, w rejonie skrzyżowania dróg o znaczeniu ponadlokalnym  Ciągi drogowe uzupełniał most nad Żylicą, który ułatwiał transport towarowy. Nie istniała wtedy obecna ulica Szkolna, prowadząca dziś do szkoły i do Ośrodka Zdrowia. Teren zajęty pod nią obecnie, niemal w całości był fragmentem terenów fabrycznych. Przeznaczony pod fabrykę teren tworzył zwartą przestrzeń pozwalajacą na swobodę lokalizacji poszczególnych obiektów produkcyjnych, usługowych i socjalnych. Tereny okalające strefę fabryczną pozwalały na bezkolizyjne pod względem komunikacyjnym  rozwiązanie dostaw surowców do fabryki oraz ekspedycji wyrobów gotowych. Plany sytuacyjne starego Mundusa-starej fabryki (rok 1923) Plany sytuacyjne nowej fabryki Mundusa w roku 1923

Jednym z celów, jaki w tym opracowaniu chciałem osiągnąć było w miarę dokładne określenie rozłożenia budynków na zajętym pod fabrykę terenie, określenie ich przeznaczenia i cech charakterystycznych. Sprawa okazała się bardzo trudna. Fabryka przestała produkować meble 1.maja 1930 roku i potem już nigdy produkcji nie wznowiła. a poza tym, w chwili powstawania tego opracowania żadnych śladów po obiektach fabrycznych już nie było. Nie żył już żaden z mieszkańców, którzy pracowali w fabryce. Pewnymi informacjami mogli służyć ludzie młodsi, którzy pamiętali powojenne czasy, kiedy istniały jeszcze ruiny spalonej fabryki. Korzystałem z ich relacji i podpowiedzi, zresztą bardzo cennych, odkrywających nigdzie nie opisane, drobne, a jednocześnie ważne elementy zespołu urządzeń. fabrycznych. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności i ludziom życzliwym, dotarłem do planów sytuacyjnych starego i nowego Mundusa. Stało się to 13.lutego 2004r[7]. Dzięki uprzejmości. Eugeniusza Franka uzyskałem plany sytuacyjne Mundusa w Buczkowicach wraz z wykazem wszystkich nieruchomości gruntowych i obiektów budowlanych stanowiących własność fabryki w lipcu 1923 r. Był to czas pełnego rozkwitu fabryki. Dodatkową wartość planów stwarzało to, że obejmują one również tereny „starej fabryki”, a więc starego Mundusa. Noszą tytuł :

Plan sytuacyjny
Fabryki mebli giętych Tow. Akc. Mundus”
Buczkowice
Podziałka 1:1000”

Co mówią plany, stare fotografie i  o czym mówią świadkowie.

Plan zawiera dane o numerach parcel, ich powierzchni, kulturze, a więc sposobie użytkowania. Wskazuje też obiekty budowlane wraz z ich powierzchnią użytkową i infrastrukturę. Mam na myśli w tym momencie głównie koryto młynówki, odprowadzającej wodę z kierunku „starej fabryki”. Dzięki wodzie mogła pracować nowoczesna turbina elektryczna o mocy 150 kM[8].Podobne dane pokazują plany w części dotyczącej „starej fabryki”. Wszystko to usytuowane jest na tle centrum Buczkowic, z uwzględnieniem układu dróg.  Z zamieszczonego na planie tabelarycznego zestawienia posiadłości,  należących do „Mundusa” wynika, że fabryka była właścicielem gruntów o łącznej powierzchni 3 ha 56 arów 35 m2. W ramach tej powierzchni wyodrębniono m.in.:

Obiekt powierzchnia
powierzchnie pod budynkami 1 ha 54 ary i 74 m2
drogi, a w tym część obecnej ul. Miodońskiego 14 arów 28 m2
staw na młynówce przy obecnej ul. Grunwaldzkiej 14 arów i 5 m2
powierzchnie zajęte pod tzw. przekopy (młynówki) tak przy starej fabryce, jak w obrębie nowego Mundusa-[9] 10 arów 64 m2
nieużytki nad korytem Żylicy wraz z tzw. pastwiskiem w rejonie dzisiejszej ul.Miodońskiego[10] 86 arów i 6m2

 Budynki fabryczne i ich funkcje

Budynek główny usytuowany był frontem na północ. Składał się jakby z dwóch części: niższej, jednokondygnacyjnej, od strony wschodniej oraz trzykondygnacyjnego, biegnącego ku zachodowi. Nad całością był czterospadowy dach z dwoma tzw. giblami o dość szerokiej podstawie. Zarówno dach, jak naświetla miały łagodne nachylenie. Budynek od strony frontowej liczył około 76-77mb, a szerokości miał około 14-15mb. Dane te w połączeniu z ilością kondygnacji dają wyobrażenie o wielkości powierzchni użytkowej tego fragmentu fabryki. Elewacja budynku głównego była starannie tynkowana, a wysokie metalowe okna typu fabrycznego okolone były estetycznymi opaskami. Część parterowa budynku głównego, sąsiadująca z brama wjazdową, spełniała funkcję pomocnicze. Tu była m.in. portiernia, przez którą prowadziło wejście na teren fabryki. W wysokiej części znajdowało się mieszkanie dyrektora fabryki. Wszystkie pozostałe części budynku przeznaczone były na cele produkcyjne. Dziś nie sposób dokładnie określić jakie działy produkcji mieściły się na poszczególnych kondygnacjach. W części zachodniej budynku zasadniczego, stykającej się niemal ze skrzyżowaniem dzisiejszej ul Lipowskiej i ul. R. Białka ulokowano urządzenia do naparzania drewna oraz giętarnię, nazywana w naszej mowie potocznej „łogibarniom”. Zajmowała ona całe naroże budynku głównego od strony zachodniej, równoległej na długości ok. 30 metrów do dzisiejszej ulicy R. Białka. To dość osobliwe określenie odnosiło się do najważniejszego dla fabryki mebli giętych działu produkcyjnego, Tu bowiem przygotowane do obróbki elementy mebli poddawane były procesowi naparzania w specjalnych kotłach, który sprawiał, że odporne na zginanie drewno bukowe stawało się podatne na wyginanie i zginanie. Procesy wyginania, gięcia tych elementów wykonywane były ręcznie przy zastosowaniu odpowiednich form. Cechą charakterystyczną tych form było to, że jedna z ich części była nieruchomą formą własciwą, zaś druga miała postać taśmy metalowej, która umożliwiała „prowadzenie” detalu tak, by przybrał on kształt formy właściwej. Owo prowadzenie wymagało wielkiej siły fizycznej robotnika, bowiem czynność ta nie była wspomagana technicznie. Praca robotnika kończyła się przy danym detalu wtedy, gdy ten znalazł się w łożysku części stałej formy.  Umieszczony w formie pozostawał w niej do wystygnięcia. Taki, opisany w bardzo wielkim skrócie etap procesu produkcyjnego kończył się uzyskaniem detali mebli giętych o najbardziej fantastycznych kształtach. Nie dziwi więc określenie giętarni jako najważniejszego dla fabryki mebli gietych działu produkcji. Od pracy tego działu zależała atrakcyjność produkowanych wyrobów i ich klasa. W tej części budynku, jednak poza obrysem części głównej najistotniejsze były pomieszczenia turbiny i koła wodnego. Przylegały one bezpośrednio do wspomnianej wcześniej giętarni.

Staw poszerzone koryto młynówki przed starą fabryką

Zakład w Rybarzowicach

Elewacja zachodnia fabryki Thonet MundusMundus od strony północno-wschodniej 
Widok ogólny od strony południowo-wschodniej  Budynek główny z  przewiązką-widok od strony placu fabrycznegoWidok ogólny fabryki. Na pierwszym planie budynek dyrekcji i pakowniPocztówka z widokiem na fabryki MundusaStara droga szczyrkowska k. Mundusa

Pomieszczenia turbiny
Pomieszczenia turbiny i węzła zasilania energią elektryczną mieściły się w zachodnim fragmencie głównych zabudowań. Zajmowały powierzchnię ok. 480 m2:: 16m szerokości, jakby wzdłuż obecnej ul. R. Białka, i długości ponad 30m w głąb placu fabryki. To bardzo ważny fragment całego kompleksu. Dlatego mieścił się w najwcześniej wybudowanej części nowego Mundusa. Z całą pewnością miało to miejsce na przełomie wieków XIX i XX. Wiemy, że Mundus uzyskał licencję na korzystanie z własnej turbiny wodnej w roku 1908. Nie ma pewności, czy wcześniej fabryka pracowała wyłącznie w oparciu o koło wodne. Wydaje się jednak, że odległości pomiędzy obiektami produkcyjnymi wykluczały poruszanie maszyn do obróbki drewna i innych przy pomocy systemu pasów transmisyjnych poruszanych kołem wodnym. To zaś oznacza, że prąd elektryczny był od początku istnienia tej fabryki wykorzystywany dla celów produkcyjnych. Koło wodne zasilane wodą z młynówki poruszało turbinę wytwarzającą prąd elektryczny. To właśnie ono było jednym z najważniejszych urządzeń w węźle energetycznym. Umieszczono je w głębokiej komorze, usytuowanej poniżej poziomu ziemi. Nie znamy średnicy koła, ale musiało ono być znacznej wielkości, skoro turbina nim napędzana osiągała moc wspominanych 150 kM. 

Jest jeszcze jeden drobny, choć istotny szczegół, o którym warto wspomnieć. Budynek główny, o którym mówimy, w tym również pomieszczenia węzła energetycznego, wybudowane były z jednego gatunku cegły tzw. austriackiej, której wymiary były wieksze  od cegły później wykorzystywanej. To zaś jest przesłanką dla uznania, że zarówno budynek główny, jak i pomieszczenia techniczne (w tym turbiny) powstały w tym samym czasie. Trzeba też dodać, że bardzo starannie wybudowana sztolnia, nisza koła wodnego i fragmenty tej części siłowni zostały odsłonięte w latach osiemdziesiątych obiegłego wieku w czasie budowy ówczesnego Domu Handlowego „Savia”, a obecnie „Gama”.

Mocarna woda młynówki
Znaczącą ilość energii, która pozwalała poruszyć wszystkie urządzenia w całej fabryce i zapewnić niezbędne oświetlenie, wyzwalała wąska młynówka, która była czymś w rodzaju symbolicznej nici wiążącej „starą fabrykę” z nowym kompleksem. Rezerwuarem wody było poszerzone koryto zajmujące teren od małego mostu nad korytem nieopodal zabudowań nieżyjącego już .Wojciecha Gluzy (piekarza) i budynku Józefa Jano przy ul. Grunwaldzkiej, aż do zabudowań „starej fabryki”. Młynówka – staw zajmowały w tym miejscu ponad 1400m2. W najszerszych miejscach, w połowie drogi do starej fabryki i najbliżej tego budynku koryto miało 11-14m szerokości. Na pewnym fragmencie koryto młynówki przylegało wprost do jedynej drogi, łączącej Buczkowice ze Szczyrkiem. Tam, gdzie koryto od drogi odchodziło, były fragmenty trawnika, rosły wierzby i drobne zarośla. Brzegi stawu były zabezpieczone faszyną wplecioną pomiędzy drewniane pale. Raj dla ryb. Woda ze stawu wpływała do pochyłej gardzieli na koło wodne w „starej fabryce”, a gdy koło nie pracowało, spływała do koryta młynówki w obecnym obejściu tego budynku, po jego północno – zachodniej stronie. Tak też było w czasie, gdy prace rozpoczęła turbina w nowym Mundusie. Korytem z betonowych rur płynęła wzdłuż ogrodzenia budynku Kaników („u Jukra”), a następnie lekko odchodziła w prawo w kierunku budynku Feliksa Kubicy( wcześniej dra Romana Białka). Przepływała między okazałymi dziś jesionami, rosnącmi poza ogrodzeniem budynku Kubiców, następnie wpadała  do pochyłej sztolni, nabierając dodatkowej szybkości . Przed wlotem do tego wodnego korytarza, w małym wówczas zagajniku jesionów znajdował się właz do młynówki, pozwalający na dostęp do wielkiego zaworu, regulującego lub zamykającego przepływ wody.[11]. Gdy zawór był zamknięty, woda wytryskiwała z otwartego włazu okazałym gejzerem. Wypływała wprost na drogę, a potem spływała w kierunku koryta Żylicy. Zawór, o którym mowa miał znaczenie w sytuacjach awaryjnych. Wypływ wody wprost na drogę trwał do czasu otwarcia śluzy znajdującej się u wylotu „stawu” przy „starej fabryce”. Śluza ta stanowiła zabezpieczenie dla całego dolnego, w stosunku do starej fabryki, odcinka młynówki. Trasę potoku odprowadzającego wodę spod śluzy wskazałem wcześniej. 

Dziś nie ma już śladu po tych urządzeniach. Ale ludzie starsi doskonale pamiętają drogę „ pod stawem”, która prowadziła od mostu na Żylicy, poza dzisiejszy Domem Ludowym, obok zabudowań rodziny Jukrów, przecinała wspomniany potok od śluzy, prowadziła aż do mostku na młynówce k. Gluzów i Janów. Tu łączyła się z obecną ulicą Grunwaldzką. Tędy szło się na skróty do kościoła. Na pytanie „A kieryndyś sed do kłościoła” słychać było odpowiedź „A dy płopłod stow”. To była właśnie ta droga. Przez wiele lat pewną jej odmianą jej przejście przez środek podwórza u Jukrów, a potem Kaników. Wejście z tej odnogi na dzisiejszą Lipowską znajdowało się niemal dokładnie na łuku tej ulicy. 
Ludzie starsi pamiętają też, że wybetonowane sklepienie młynówki na ostrym łuku drogi k.Kaników i na niezbyt długim odcinku dzisiejszego chodnika było doskonale widoczne przed wybudowaniem chodnika. Na fragmenty koryta podziemnej młynówki natknęliśmy się również budując fragment kanalizacji burzowej przed budynkiem Domu Ludowego. Jeśli piszę o tym, wskazując pewne szczegóły, to nie po to, by nauczać starszych, bo dobrze o tym wiedzą, ale, by odświeżyć pamięć i skłonić do wspomnień na ten temat i przekazania ich swym młodym przyjaciołom. Zapisuję ten drobny szczegół na wypadek, gdyby nie stało nikogo, kto może o tym opowiedzieć z autopsji. Może się bowiem zdarzyć, że niedługo nie będzie miał kto wspominać. Wszystko, o czym piszę, a co dotyczy pozostałości po pracowitej młynówce osobiście pamiętam z wczesnych lat pięćdziesiątych minionego wieku i czasu późniejszego. 
Aby dopełnić opowieści o naszej młynówce muszę dodać, że odprowadzała ona wodę spod koła wodnego „Mundusa” przez plac fabryczny zakrytą rurami „przekopą”, ale zdecydowanie inną trasą, aniżeli w latach pięćdziesiątych i późniejszych. Gdy zerkniemy na plan z roku 1923, to dokładnie widzimy, że młynówka, jako odrębna jednostka geodezyjna (z odrębnym numerem parceli) pokazuje się na tym planie niemal pod koniec dzisiejszego ogrodzenia boiska szkolnego i w jego pobliżu. Plan nie kłamie. Młynówka lekkim łukiem opływała drugi, większy budynek fabryczny i przed dzisiejszą, (a i dawniejszą) nieruchomością. Dadoków skręcała ku Żylicy. Muszę dodać, że osobą, która zwróciła mi uwagę na zbliżoną do opisanej trasę młynówki, był pan Józef Wrona z ul. Wyzwolenia. Plany wersję tę potwierdziły. Z kolei Eugeniusz Franek dodał, że pomiędzy budynkami fabrycznymi, o których jeszcze będzie mowa, wybudowano remizę zakładowej straży pożarnej. Było to miejsce dla takiego obiektu dobrze wybrane. Przesądzały o tym: źródło wody, które było niemal w zasięgu ręki oraz nieskrępowany niczym dostęp do wszystkich obiektów fabrycznych i placów składowych. Ułatwiało to  prowadzenie ewentualnych akcji gaśniczych. 
To, co pamiętają starsi, ja i moi rówieśnicy też, a więc usytuowanie wylotu młynówki zdecydowanie wyżej i to po lewej stronie ulicy Miodońskiego (idąc w dół w stronę Rybarzowic) to już jest efekt zmiany trasy młynówki. Nie wiemy jednak kiedy o tym zdecydowano. Można przypuszczać, że stało się to w końcowej fazie działania fabryki, czyli w ostatnich siedmiu latach od daty sporządzenia planu. Fabryka została zamknięta w r. 1930 i od tego czasu aż do zakończenia wojny nikt w niej nie prowadził działalności produkcyjnej. Niemożliwe jest więc i to, by ktoś zajmował się przebudową trasy „przekopy”. Nowa kończyła się wybetonowanym korytem głębokim na około 1 m, skręcającym w kierunku Żylicy łagodnym łukiem, mniej więcej na wysokości budynków Gminnej Spółdzielni idąc w kierunku Rybarzowic. To była część odkryta, wybetonowana część koryta młynówki. Za solidną kratą ze stalowych prętów (chyba 18- 20mm) rozpoczynała się część zakryta. Trasy tego odcinka niestety nie znamy. Wedle moich przypuszczeń nowa trasa mogła polegać na tym, że odejście młynówki w lewo w stronę ul. Miodońskiego mogło znajdować się tuż za pierwszym budynkiem (administracyjnym) przy tej ulicy. Jest to trasa najbardziej racjonalna z punktu widzenia możliwości prowadzenia robót bez szkody dla ruchu zakładu, a nadto najkorzystniejsza za względów kosztowych. Nie powodowała bowiem potrzeby wyburzeń. Postawienie takiej hipotezy wydaje się uprawnione. 
Młynówka pracowała na dobro wszystkich pracujących w fabryce dając energię, ale też stwarzała warunki dla tych, którzy chcieli ułatwić sobie życie. Okazuje się, że Polak już wcześniej potrafił. Wymyślono sposób na wykorzystanie młynówki do kradzieży tarcicy z twardego drewna. Pomysł był stosunkowo prosty, bo wrzucona do koryta deska mogła przepłynąć przez cały plac fabryczny niedostrzeżona i wypłynąć poza fabrykę i to z dala od niej, poza zasięgiem czujnych oczu strażników. Pomysł prosty, tylko… jak złodzieje mogli wrzucać deski przez włazy do koryta młynówki?. Czyżby je cięli na krótsze odcinki? A może to właśnie był powód zmiany trasy młynówki tak, by nie płynęła koło placu składowego. Zaletą nowego rozwiązania było bowiem przybliżenie wylotu „przekopy” do strzeżonych zabudowań fabrycznych. A to znacznie utrudniało operowanie w kinecie młynówki i wydobywanie ewentualnej zdobyczy. Ale to też tylko przypuszczenia i spekulacje. Nie można ich oprzeć na żadnym dokumencie. Jeśli jednak o tym wspominam., to dlatego, że rozwiązanie takie mogło być na kierownictwie fabryki wymuszone okolicznościami. Wiadomo bowiem, że przed zamknięciem fabryki dochodziło do bardzo ostrego sporu na linii pracownicy-kierownictwo fabryki. Nie zawsze robotników z tamtego okresu można było określić mianem ciężko skrzywdzonych. 
Wspomniałem już, że w pamięci żyjących mieszkańców Buczkowic bardziej utrwalił się ostatni przebieg młynówki. Należę do grupy wiekowej, która pamięta fabrykę już jako ponure gmaszyska. Z ich wnętrza widać było tylko niebo. Od zewnętrznątrz przechodnie mogli patrzyć tylko w oczodoły wielkich przemysłowych okien z powybijanymi lub popękanymi od pożaru szybami. Wokół murów walały się poskręcane od żaru pozostałości jakichś metalowych konstrukcji Widać było potężne kotły i sterczący w niebo komin, którego wierzchołek był uszkodzony. 
Nie penetrowałem ruin, nie wykręcałem mosiężnych śrub, nie zbierałem pozostałości guzików z emblematami marynarki wojennej ani nie zbierałem ołówków, nie plątałem się pomiędzy członkami ekip minerskich, gdy wysadzano mury. Nie jestem więc bohaterem tamtych czasów. Pamiętam jednak jedną z mrożących krew w żyłach opowieści, że w młynówce (tej zakrytej) pozostały trupy niemieckich żołnierzy. Na pokonanie strachu stać było tylko najodważniejszych i tych, którzy historię tę stworzyli. A wymyślili ją interesownie, by odstraszyć swoich konkurentów w łowieniu pstrągów, których w zakrytej części młynówki było w tamtym czasie mnóstwo.  
Poświęciłem młynówce tak dużo miejsca, bo była ona tak bardzo ważna dla tej fabryki, jak umiejętności ludzi, którzy meble wytwarzali. Ona dawała możliwość pracy, poczucie niezależności i po prostu godniejszego, choć skromnego życia. Jak więc nie być łaskawym dla tej strugi wody, bez której nie byłoby w Buczkowicach tak wielu rzeczy, o których dziś z dumą wspominamy. Dzięki młynówce mógł pracować węzeł energetyczny, zasilający całą fabrykę.

Kotłownia i maszynownia
Kotłownia zaopatrująca w ciepło dla celów technologicznych i bytowych, usytuowana była na wschód od węzła energetycznego, w trzecim skrzydle kompleksu głównego. Odchodziło ono lekkim skosem od opisywanej wcześniej części energetycznej i giętarni w kierunku południowo – wschodnim. Pomieszczenia kotłowni zaczynały budować kolejne, drugie ramię dużej niezbyt regularnej litery „U” jaką tworzył w swym podstawowym obrysie kompleks główny fabryki. Sercem kotłowni były dwa opalane węglem kotły posiadające po dwa, ułożone w pionie paleniska. Zadaniem kotłów było wytwarzanie pary technologicznej, służącej także giętarni. Opał składowany był w bezpośredniej bliskości, południowej strony budynku (od strony. Sternalów) i dowożony był ku kotłom na taczkach. Od strony wschodniej wnosił się komin, o wysokości analogicznej do tego w fabryce Wecha. Moi rozmówcy szacują ją na około 40m. Nie możemy jednak tej informacji zweryfikować, bowiem brak na ten temat oficjalnych danych. Wraz z kominem fabryki Wecha i tartaku barona Klobusa był to trzeci komin, którym charakteryzowała się panorama Buczkowic w ówczesnych czasach. Jeśli przesuniemy się dalej na wschód od kotłowni i komina, natrafimy na maszynownię która mieściła się w hali zajmującej dwie kondygnacje (parter i pierwsze piętro). Nad nią natrafimy na tzw. politurnię. Tu następowało barwienie wykonanych elementów mebli, które przeszły proces wyginania i szlifowania .Tu poszczególne elementy mebli uzyskiwały barwę i blask, jakiej życzył sobie klient. Tradycyjnie już tę ciężką pracę wykonywały ręcznie wyłącznie kobiety. Wśród moich rozmówców zarysowała się różnica zdań na temat tego, gdzie te operacje wykonywano. Jedni byli przekonani, że wyłącznie w ramach tzw. pracy chałupniczej, czyli poza fabryką, inni zaś, że wyłącznie w fabryce. Ostatecznie uważam, że jednak więcej argumentów przemawia za tym, że operacje politurowania wykonywano w samej fabryce. Jakość pracy wykonywanej przez kobiety (nazywane „politurkami”) decydowała w znacznym stopniu o jakości całego wyrobu. Wyprowadzenie tej operacji poza zakład musiałoby się odbić ujemnie na jakości. Warto dodać, głównie z myślą o młodszych czytelnikach, że panie pracujące przy politurowaniu można było bezbłędnie rozpoznać. Miały bowiem bardzo zniszczone ręce, pokryte barwnymi plamami o różnych kolorach (mahoniu, buka, orzecha). Pomiędzy nimi widać było kawałki niezabarwionej skóry. Kobiecie takiej towarzyszył zawsze charakterystyczny zapach, trącący spirytusem, ale jednak inny. Może lakieru spirytusowego? Jest taki. Pamiętam ten zapach. Jeszcze przez pewien czas po wojnie moja sąsiadka Teresa Kubica wykonywała tę pracę w fabryce „u Wecha”. Stąd dobrze pamiętam zarówno wygląd rąk, jak i wspomniany zapach.

„Nowy jork”
to budynek dostawiony w czasie późniejszym do maszynowni, z tym, że odchodził on prostopadle do budynku głównego w kierunku południowym. Od frontu mierzył około 45m, zaś szerokości miał około 15m. Ze względu na jego charakterystyczny wygląd, odcinanie się barwą od reszty zabudowań, ten budynek utkwił w pamięci moich rozmówców szczególnie. Był to bowiem wykonany z licowej cegły, a więc nieotynkowany z dachem czterospadowym (tak, jak na wszystkich zabudowaniach). Jego mury były cieńsze niż w budynku głównym. Wyróżniał się charakterystycznymi trzema wieżyczkami wentylacyjnymi, umieszczonymi w kalenicy dachu oraz trzema niezbyt dużymi kominami, wbudowanymi we wschodnią ścianę budynku. Miał najprawdopodobniej dwa wejścia od wschodu. Inni rozmówcy wskazują, że wejścia były trzy. Plany sytuacyjne, których kopią dysponuję, pokazują jednak dwa wejścia. Wyposażony był w typowe na ów czas okna przemysłowe – metalowe o małych szybach, identycznych z tymi, jakie były w całej fabryce. Trudnością nie do pokonania było określenie przeznaczenia budynku, dodajmy rzeczywiście niezbyt typowego, zwłaszcza ze względu na szerokość murów. I w tym przypadku Pan Franek sprawę rozjaśnił. Okazało się, że budynek był dwukondygnacyjny, (co wcześniej niektórzy z moim rozmówców kwestionowali) i był przeznaczony :

na magazyn dla potrzeb całej fabryki (magazyn główny), w części parterowej
na tokarnię i drugą część politurni (piętro)

Takie rozlokowanie poszczególnych działów produkcyjnych zamyka katalog wszystkich podstawowych działów, które w fabryce tego rodzaju być powinny. Zapewne znawcy produkcji mebli giętych udowadniać będą, że nie wymieniłem jeszcze innych ważnych działów. Spieszę więc dodać, że rzeczywiście brakuje śrubiarni, szlifierni pił itd. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że poza usytuowaniem śrubiarni nie znamy rozmieszczenia pozostałych ważnych grup stanowisk produkcyjnych. Nie chcę więc przekazywać tego, co prawdą nie jest. Wiadomo natomiast, że śrubiarnia mieściła się w budynku głównym w części wschodniej, nad mieszkaniem dyrektora fabryki. W tym dziale produkcyjnym śrubami skręcane były poszczególne elementy mebli giętych. W gmachu głównym wykonywano również inne podstawowe czynności przy obróbce detali. Istotne jest, że budynek „nowego jorku” połączony był z północną częścią budynku głównego napowietrznym krytym korytarzem, do połowy przeszklonym. Konstrukcja kładki wykonana była ze stali. Ów wiszący korytarz spinał oba budynki na wysokości pierwszego piętra. Nie znamy szerokości tego traktu, ale wiemy, że tędy przewożone i przenoszone były elementy mebli obrobione (wykonane) w „nowym jorku”. Transport odbywał się przy pomocy ręcznie pchanych wózków, a także przenoszonych w rękach mniejszych elementów przeznaczanych do innych mebli, wyplatanych palakiem (np. obręczy krzeseł). Te względy przemawiają za tym, że korytarz musiał mieć szerokość, zblizoną do 2 metrów. Na podstawie planów, a także uwzględniając fakt, że logiczne było i racjonalne jej wykonanie w miejscu, gdzie odległość między budynkami była najmniejsza, można oszacować jej długość na ok. 17-18m. Była to więc konstrukcja solidna. Korytarz wyposażony był w zejście awaryjne, usytuowane mniej więcej w połowie jego długości. Składały się na nie drzwi oraz metalowa składana drabina, schodząca na plac.

Inne obiekty fabryczne.
W bezpośrednim sąsiedztwie głównych zabudowań znajdowały się co najmniej dwa obiekty których przeznaczenia nie można obecnie ustalić. Zabudowania te zlokalizowane były:

pierwszy- na południe od kotłowni,
drugi w odległości około 12-13m na wschód od „nowego jorku”.

Żadne dostępne obecnie plany – ani z XIX wieku, ani wykonane przez Niemców podczas okupacji, poza wskazaniem istnienia budynków, nie podają o nich żadnych informacji. Można zakładać, że budynek koło „nowego jorku” mógł pełnić funkcje mieszkalne, czego potwierdzeniem mógłby być urządzony w pobliżu ogród – jest to jednak jedynie tylko delikatna sugestia. Oparta jest na świadomości, że w omawianym okresie mieszkania funkcyjne z ogrodami dla pracowników na terenach fabrycznych nie były rzadkością. Dyrektor, mieszkający na terenie fabryki korzystał z ogrodu położonego na południowej części posesji. Nikomu to nie przeszkadzało – zwłaszcza dyrektorowi. Jedyna wątpliwość, jaka rodzi się w związku z ogrodami jest taka, na ile geodezyjne określenie „ogród” odpowiadało rzeczywistemu stanowi zagospodarowania, czyli kulturze uprawy prowadzonej na tych parcelach. O sposobie użytkowania budynku przy kotłowni nie mamy żadnych informacji. Sąsiedztwo składu opału, kotłowni raczej ograniczało wykorzystywanie budynku dla celów mieszkalnych, chociaż…kto to może teraz wiedzieć? 
Obiektami, które nie były wprost powiązane z kompleksem głównych zabudowań, lecz stanowiły jej część, były budynki przy dzisiejszej ulicy Miodońskiego. Idąc od strony mostu w dół, tuż obok bramy wjazdowej mieściła dyrekcja fabryki. Dziś nazwalibyśmy go budynkiem administracyjnym. Liczył sobie około 37 – 38m długości i około 19-20m szerokości, przykryty był dwuspadowym dachem. Zarówno plan z 1923r, jak i rozmiary budynku pozwalają na określenie jego powierzchni – 752 m 2. Nigdzie jednak nie znalazłem informacji na temat ewentualnych dodatkowych jego funkcji (poza pomieszczeniami kierownictwa). Zapewne jednak w tym obiekcie mieściły się pomieszczenia dla szeroko pojętej administracji, a w tym służb finansowych, zaopatrzenia, sprzedaży i temu podobnych. W odległości około 23 – 24m od dobudówek do budynku dyrekcji, wznosił się kolejny obiekt, którego powierzchnia wynosiła (wg planu) 1008m2, a wymiary około 39m długości i 20m szerokości. Wskazywałoby to na jednopiętrowy budynek o nie do końca regularnej bryle. Rozmówcy, z którymi temat ten omawiałem, mieli złe zdanie na temat wyglądu tego obiektu, nazywając go po prostu nieestetycznym barakiem. Musimy jednak wziąć pod uwagę, że większość z nich pamięta go z okresu, gdy fabryka była nieczynna. Najważniejszą na temat tego obiektu jest informacja, że w budynku tym mieściła się tzw. pakownia. W czasie, gdy fabryka produkowała, nie była praktykowana sprzedaż mebli w elementach i ich montowanie u odbiorcy. Wtedy sprzedawało się meble gotowe, po rozpakowaniu których można było z nich bezzwłocznie korzystać. W budynku, który omawiamy przygotowywano meble do transportu. Owijano starannie każdy element papierem, meble zabezpieczano wiórami drewnianym w skrzyniach i, tak przygotowane, ładowano były na duże platformy konne, które wywoziły meble na „stację kolejową Łodygowice w Małopolsce”, jak to określał papier firmowy fabryki. Przewożono również część wyrobów w postaci związanych np. parami krzeseł, bujaków, ale starannie opakowanych. Te konne platformy to jedna z bardziej malowniczych cech transportu. Nazywane były „śtrajwokami”. Załadowany wóz przypominał swoją wysokością dzisiejszego TIR-a, zaś sam ładunek (np. krzesła, czy bujaki) był bardzo starannie układany i zabezpieczony linami tak, że niegroźne mu były nierówności na bitej drodze.

Fabryka Thonet Mundur w latach wielkiego kryzysu
Początek lat trzydziestych XX wieku zapisał się w historii całego zachodniego świata jako okres wielkiego kryzysu gospodarczego. Od Stanów Zjednoczonych Ameryki po Europę mnożyły się bankructwa wielkich firm, samobójstwa właścicieli wielkich posiadaczy i drobnych ciułaczy, którzy powierzyli swoje oszczędności bankom, czy też uwikłali się w grę na giełdach. Zaczęła szaleć inflacja, a bezrobocie przyjmować zaczęło coraz większe rozmiary. Z drugiej strony, robotnicy organizowani pod sztandarami socjalizmu, walczyli o swoje prawo do pracy, prawo do należytych jej warunków oraz godziwe wynagrodzenie. Echa tego wielkiego gospodarczego krachu nie ominęły również Buczkowic, które, w owym czasie były skupiskiem licznej i gniewnej masy robotników. Tu działała silna komórka Polskiej Partii Socjalistycznej. Tu było także silne skupisko działaczy komunistycznych. Na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych doszło, głównie w Mundusie, do serii strajków, które były, według ich organizatorów, wyrazem protestu przeciwko wyzyskowi robotników, a dla właścicieli fabryki stanowiły przysłowiowy gwóźdź do trumny. Doszło więc do tzw. lokautu, czyli zamknięcia działalności firmy, połączonego ze zwolnieniem wszystkich pracowników. Z punktu widzenia właścicieli fabryki zastosowanie tej drastycznej formy miało uzmysłowić robotnikom, że muszą zmienić swój stosunek do przedsiębiorstwa. Takie działanie w jakimś stopniu uzasadniała światowa dekoniunktura. Robotnicy nie byli jednak skłonni do ustępstw. Już w latach dwudziestych XX wieku r. robotnicy z Mundusa wywieźli z firmy na taczkach i zrzucili do koryta Żylicy dyrektora firmy niejakiego Datnera, który korzystał z szerokich pełnomocnictw ze strony właścicieli i de facto firmą kierował Uniknął on większych upokorzeń dzięki wstawiennictwu i prośbom żony. Podobne niebezpieczeństwo groziło w latach trzydziestych Stanisławowi Chorubskiemu[12]. Nie była to jedyna przykrość, jaka spotkała Datnera. Wcześniej bowiem „na kępach”, jadącego w towarzystwie policjanta o nazwisku Wójcik, napadło trzech lokalnych zawadiaków, którzy tak dyrektorowi, jak policjantowi urządzili młóckę[13]

Z drugiej strony trzeba dla historycznej prawdy dopowiedzieć i to, że wśród części starszego pokolenia mieszkańców Buczkowic, którzy pamiętają te czasy, powtarzana jest wersja, iż to sami robotnicy w dużym stopniu przyczynili się do zamknięcia fabryki. Jedną z przyczyn bankructwa miały być oszustwa, polegające na zawyżaniu ilości wyprodukowanych elementów mebli, co w akordowym systemie płacy miało istotne znaczenie dla wysokości wynagrodzenia. Mechanizm oszustw miał być prosty: Po tzw. zapisaniu roboty wykonanej, te same elementy powracały okrężną drogą, jakby na koniec kolejki i po raz drugi przedstawiane były do zapisania, jako robota wykonana. Tym sposobem, według moich rozmówców, fabryka wypłacała robotnikom wynagrodzenie nienależne. To, rzecz jasna, powodowało nadmierny wzrost kosztów działalności firmy. 
Inni rozmówcy z kolei, potwierdzając ten mechanizm, zwracali uwagę, że tego rodzaju oszustwa były usprawiedliwione, bo firma drastycznie obniżała zarobki, które nie starczały już na utrzymanie rodzin. Taka sytuacja musiała, ich zdaniem, wywołać reakcję w postaci oszukiwania właścicieli. Jeszcze inni wskazywali na proceder wymuszania zwolnień lekarskich, które miały być udzielane metodą rotacyjną. To dawać miało robotnikom prawo do korzystania z zasiłków chorobowych. 
Jak to w życiu bywa, każda z tych opowieści zawiera część prawdy. Z całą pewnością można powiedzieć, że okoliczności unieruchomienia fabryki były złożone. Trzeba uwzględniać w tej sprawie tak aspekt ogólnej sytuacji gospodarczej na świecie, w Europie, jak i nasze polskie uwarunkowania, w tym nasze bardzo lokalne – buczkowickie. Następstwa były dramatyczne. 
Warto w tym miejscu przywołać pewien epizod, który ma związek z właścicielem drugiej w Buczkowicach fabryki mebli Adolfem Wechem. Przed rokiem 1900 (może nawet 1895) Adolf Wech był kierownikiem zakładu należącego do spółki Weilla w Rybarzowicach[14], a potem Mundusa. Tam zdobywał doświadczenie zawodowe. Kiedy zakupił od Rudolfa Wagnera fabrykę mebli i zaczął ją prowadzić na własny rachunek, stał się konkurentem swych dawnych chlebodawców. W czasie, gdy Thonet – Mundus zaczął odczuwać skutki kryzysu, Afolf Wech miał prawdopodobnie wystąpić z propozycją kupna tej fabryki. Jednak jej właściciele na ofertę nie odpowiedzieli. Czy ta transakcja mogła uratować Mundus? Nie wiadomo. Wiadomo jednak, że Adolf Wech wraz ze swą fabryką przetrwał ciężki kryzys, nieznacznie tylko ograniczając produkcję. Ciężkie czasy przetrwał, jednak stan napięcia strajkowego, jaki zapanował w jego fabryce doprowadził do sprowadzenia silnego oddziału policji, która bardzo brutalnie interweniowała, usuwając strajkujących robotników z zakładu. Zakończono tym samym jego okupację. W czas tego wielkiego niepokoju robotnicza blokada dróg w kierunku Wilkowic i Łodygowic, a także zrzucanie mebli z konnych platform, zmierzających na stacje kolejowe spowodowała znaczne straty i szkody[15]. Wech, jak wspomniałem kryzys przetrwał. Thonet Mundus padł. Produkcję zatrzymano 1.maja 1930. Nigdy jej już nie podjęto. 
Pracownicy stracili pracę i w liczbie ok. 500, zasilili grupę bezrobotnych. We wsi zaczęła panować autentyczna bieda i niedożywienie. Rozmiary nędzy ilustruje pośrednio kronika szkolna, podając statystyki dzieci, korzystających z dożywiania w placówce. Ten posiłek był jedynym na jaki dzieci mogły liczyć. Trudno dziś oceniać, czy lokaut był jedyną metodą rozwiązania kłopotów fabryki Thoneta – Mundusa, czy też był środkiem do uzyskania odszkodowań, prawdopodobnie wypłaconych, o czym wspominają niektórzy z moich rozmówców. Wszyscy z nich są zgodni co do tego, że po lokaucie właściciele fabryki wywieźli z niej wszystkie możliwe do zdemontowania maszyny i urządzenia, pozostawiając gołe mury. Jednocześnie trzeba pamiętać, że w analogicznych warunkach fabryka Wecha, borykająca się z podobnymi problemami, jednak się nie poddała. A Adolf Wech (senior) łożył niemałe sumy na pomoc dla dzieci[16]. I to różni te fabryki.
Jest jeszcze jeden szczegół odnoszący się do „Mundusa”, wymagający komentarza. .To pełna nazwa fabryki w chwili jej unieruchomienia. Fabryka w Buczkowicach nosiła bowiem nazwę Thonet-Mundus. Skąd taka nazwą ? Otóż w roku 1923 dwie dotychczas konkurujące z sobą firmy „Bracia Thonet” oraz „Mundus” połączyły się, czyli dokonały fuzji. Jej efektem było powstanie firmy „Thonet – Mundus Spółka Akcyjna” z siedzibą w Zug w Szwajcarii. 
Rok, w którym fuzja Mundusa i firmy „Bracia Thonet” miała miejsce wiąże się z datą, która zamieszczona jest na planach sytuacyjnych zakładu w Buczkowicach. Sporządzenie planów było zapewne częścią dokumentacji, służącej do oceny aktywów „Mundusa” w chwili łączenia firm. Odtąd fabryka w Buczkowicach posługiwała się nazwą: Thonet- Mundus Polskie Fabryki Giętych Mebli SA Buczkowice[17].

Wojenne dzieje fabryki
Niemcy interesowali się gmachami fabryki, widząc możliwości wykorzystania ich dla potrzeb niemieckiej gospodarki. Najpierw rozpoznawali możliwość uruchomienia w niej tzw. recyklingu opon samochodowych[18]. Temu celowi służyły kolejne wizyty niemieckich specjalistów, którzy przeprowadzili inwentaryzację zabudowań i sporządzili stosowne plany sytuacyjne, które, po obróbce, w postaci planszy wykonanej na papierze światłoczułym, widziałem. Są one jednak daleko mniej szczegółowe od wspominanych planów z roku 1923[19]. Gdy okazało się, że przerób zużytych opon szybciej można uruchomić w niedalekich Czechowicach[20], Niemcy przestali się interesować kompleksem fabryki jako nieprzydatnym dla celów produkcyjnych. Wtedy postanowili wykorzystać budynki i place fabryczne dla celów magazynów na potrzeby armii. Część rozmówców uważa, że były to magazyny marynarki wojennej[21]. Wtedy zaczyna się „magazynowy” rozdział w historii obiektów pofabrycznych. W Buczkowicach pojawił się oficer niemieckiej marynarki wojennej[22], starszy siwy i miły w obejściu pan, który przez cały okres okupacji był szefem tych magazynów[23]. W życiu prywatnym był całkiem przystępnym człowiekiem. Dzieci garnęły się do niego, bo uczył je pływać w Żylicy.

Przeznaczeniem budynków na cele magazynowe należy tłumaczyć wielki ruch samochodowy do i z obiektów. Ten wzmożony ruch samochodowy nie uszedł uwadze mieszkańców.Część z nich była przekonana, że w dawnej fabryce magazynowane były przede wszystkim łupy wojenne, zagrabione przez Niemców na terenach okupowanych[24]. Oczywiście, że takiej funkcji wykluczyć do końca nie można, jednak jeśli nawet tak było, to łupy te mogły tu mieć jedynie przystanek przed dalszą drogą, a poza tym mogło ich być niewiele. Paść musi pytanie o zasoby magazynowe. Nie znamy pełnej specyfikacji, ale to co wiemy, pozwala na stwierdzenie, że magazyny w Buczkowicach nie wspomagały działalności Krigsmarine. Były to bowiem:

ogromne termosy na wodę, przeznaczone dla niemieckich wojsk operujących Afryce Północnej (Africa Korps),
namioty składowane w drewnianych płaskich skrzyniach, które po otwarciu powodowały automatyczne rozwinięcie namiotu
trzy rodzaje drewnianych wózków, przystosowanych do wykorzystania w czasie np. ewakuacji,
beczki metalowe na wodę mocowane na specjalnej konstrukcji zaopatrzonej w metalowe koła o średnicy około 80 cm,
pompy ręczne, służące do opróżniania wspomnianych termosów i napełniania beczek,
różnokolorowe ołówki, służące do prac na mapach sztabowych,
niezliczone ilości różnokolorowych guzików z emblematami kotwicy i liny okrętowej,
masa zeszytów i notatników.

Niepodobna wyliczyć wszystkiego. Warto jednak dodać do tego to, co starsi pamiętają, a młodsi nie mieli okazji się dowiedzieć. Wymienione artykuły dotrwały w obejściu fabryki do wyzwolenia i zostały przez mieszkańców „zagospodarowane”. Niektóre w sposób daleki od wcześniejszego przeznaczenia. Wspomniane termosy, to powszechnie po wojnie w Buczkowicach znane „beczki z Mundusa”, wykorzystywane były na przydomowe wędzarnie. Okazały się też przydatne, gdy trzeba było ratować ludzki dobytek w czasie wielkiej powodzi. Wtedy, wypełnione kamieniami, były wtaczane w wyrwy, jakie Żylica wymyła przy ul Miodońskiego. Beczki pozwoliły „odbić” wodę w stronę głównego nurtu. Chroniło się wtedy domy od. Juraszków poczynając, a na budynku Dobijów przy ul. Myśliwskiej kończąc. Beczki znajdują się tam do dziś i są w bardzo dobrym stanie. Przekonali się o tym budowniczowie sieci kanalizacji sanitarnej w tym rejonie wsi. Kadzie na wodę na stalowych kołach służyły po wojnie powszechnie do wywożenia na pola gnojowicy. Pompy z wyglądu przypominały dzisiejsze ręczne pompy motylkowe. Różniły się jednak od nich tym, że ich sercem nie były ruchome zawory – łopatki, lecz coś w rodzaju piłki do tenisa, która spełniała rolę ssania i zaworu zwrotnego. Ruch dźwigni tej pompy odbywał się prostopadle do jej korpusu, a nie równolegle do niego, jak to ma miejsce przy pompach motylkowych. Najmniej kłopotów było z wykorzystaniem drewnianych wózków, które nazywane były „wózkami z Mundusa”. Służyły w wielu gospodarstwach przez wiele lat. 
W marcu 1945 r. cały kompleks fabryczny zostal strawiony przez ogromny pożar. Data pożaru nie jest przez mieszkańców zapamiętana. W jednych relacjach mowa jest o pierwszej połowie marca, w innych wskazuje się na koniec marca. W jkweszcze innych wymieniana jest noc z 11 na 12 lutego 1945r .Po przeanalizowaniu okolicznsci, w których pozoga mogła nastapić doszedłem do wniosku, że pożar miał miejsce wwII połowie marca 1945 r. Było to w czasie, gdy wojska radzieckie , po zajęciu Bielska i Bialej oraz części miejscowości na południe od tych miast, zostały zatrzymane. W tym czasie Niemcy i Rosjanie nękali się ostrzałem artyleryjskim i z broni maszynowej. Pojawiły się trzy wersje dotyczące sprawcy /sprawców / pożaru. Pierwsza z nich mówiła o tym, że sprawcami są Rosjanie. Druga kierowała podejrzenie w strone Niemców, zas trzecia sprawcę pożaru widziała w jednym z mieszkańców Buczkowic, który miał być widziany, jak przy pomocy jakiegoś środka łatwopalnego wzniecał ogień w różnych miejscach fabryki. Większość moich rozmówców wskazywała jednak na Niemców.  Jestem przekonany, że ta większość ma rację. Za nią przemawiaja również okoliczności, w jakich pożar wybuchł. Po pierwsze, płonęły wszystkie zabudowania jednocześnie. Wzniecenie tak rozległego pożaru w następstwie rosyjskiego ostrzału artyleryjskiego było wątpliwe, wręcz niemożliwe. Po drugie, nieprawdopodobne jest przeprowadzenie w obrębie fabryki rosyjskiej, wojskowej akcji dywersyjnej. Rosjanie, którym sprzyjała miejscowa ludność, mieli wystarczająco dużo informacji o zawartości magazynów by dostrzegać w nich na tym etapie wojny zasoby o znaczeniu wojskowym. Poza tym należy dodać, że kompleks fabryczny znajdował się w centalnej części wsi, zajętej prez Niemców, co przy mizernej strategicznej wartości zapasów magazynów mogłoby narazić grupę dywersyjną na zbędne straty. Narażanie żołnierzy radzieckich na zbędne niebezpieczeństwo, choć miało miejsce wielokrotnie w czasie walk frontowych, nie było konieczne wtedy, gdy pozycje radzieckie pozostawały niezmienne od tygodni. 
Nieprawdopodobnie, choć w pierwszej chwili przekonująco zdawała się brzmieć wersja o pojedynczym podpalaczu-buczkowianinie, który miał biegać pomiędzy budynkami fabrycznymi z naczyniem wypełnionym benzyną(?) i podpalać kolejne zabudowania. Wersja „przekonująca” była nią rzeczywiście, bo mój rozmówca wskazał z imienia i nazwisko podpalacza, a także twierdził, że ojciec mojego rozmówcy natknął się na podpalacza i nawet zamienił z nim w czasie całej akcji podpalania kilka słów, dopytując o powody jego czynu. Uznałem jednak, że ta opowieść dotknięta jest dośc zasadniczymi wadami, u podstaw których mogą leżeć względy osobiste. Słabą stroną tej relacji jest, moim zdaniem to, że w bardzo krótkim czasie, w komleksie zabudowań strzeżonych przez wojsko niemieckie pojedynczy podpalacz musiałby skutecznie wzniecić pożar na ponad trzech hektarach przestrzeni. Nie jest również jasne w jakich okolicznościach ów podpalacz mógł mieć dostęp do dużej, a niezbędnej w tych okolicznościach ilości materiałów łatwopalnych, np. benzyny. Wątpliwe jest też, by ewentualny podpalacz działał z zamiarem wyrządzenia Niemcom szkody o dużym rozmiarze w sytuacji, gdy wojska radzieckie znajdowały się od nich o pareset metrów od kompleksu fabrycznego, gdy zajęcie m.in. fabryki było tylko kwestią dni. Poza tym , jak mógłby się bezkarnie poruszać po strzeżonym przez Niemców terenie dawnej fabryki ? Tymi względami się kierując, nabrałem pewności, że sprawcą pożaru obiektów fabrycznych i zmagazynowanych w nich zasobów o niskiej wojskowej wartości byli Niemcy. Sadzę, że chodziło tu o nic więcej, jak tylko o to, by nie dostał się w ręce Rosjan niemiecki majątek. Bez znaczenia była jego nikła wartość. 
Przywłaszczenie pozostałych po pożarze dóbr niemieckich przez mieszkańców Buczkowic nastąpiło dopiero po ucieczce Niemców. Po fabryce, dawnej dumie Buczkowic, pozostały tylko sterczące mury, patrzące masą nieżywych, powybijanych okien. W latach pięćdziesiątych zapadła decyzja o wyburzeniu wszystkich wypalonych obiektów[25]. Część budynków rozebrano, przeznaczając odzyskaną cegłę na nowe  budynki w Buczkowicach i Mesznej. Z tej cegły powstał m.in. Dom Nauczyciela w Kalnej. Gruzem wysypano też szereg dróg.
„Nowego jorku” nie udawało się rozebrać, bo był murowany z dużym dodatkiem cementu. Komin w dramatycznych okolicznościach wysadzili górnicy. Dramatycznych, bowiem przy pierwszej próbie wyburzenia część ładunków po prostu nie została odpalona. Trzeba było próbę ponowić w warunkach niezwykłego ryzyka. Ładunki wcześniej założone mogły bowiem odpalić w każdej chwili. Nie stało się tak, więc po drugiej próbie mocno już pochylony kolos runął, a wraz z nim zrównaniu z ziemią uległa jedna z największych fabryk mebli giętych (jeśli nie największa) w południowej Polsce.        

 Józef Stec

[1] W zapiskach Józefa Namysłowskiego nazwisko to podane jest raz w brzmieniu „Weil”, a drugi raz w brzmieniu „Weit”. Przywołałem pełna nazwę firmy Weilla, ponieważ dzięki uprzejmości p. Adriana Brissa otrzymałem pismo sporządzone na papierze firmowym tej spółki. Dlatego znikła  być wątpliwość co do właściwej nazwy przedsiębiorstwa
[2] Pismo adresowane do Józefa Mocka (Moczka) z Buczkowic z 14 lutego 1905 r. W świetle tego pisma za nieścisłą należałoby uznać informacje o tym ,że w Rybarzowicach fabryka mebli giętych została wybudowana na zgliszczach papierni Gesnera.i to przez firmę Thonet-Mundus. Por. Władysław Górny „W cieniu starego dębu- Rozwój gospodarczy Rybarzowic na przestrzeni wieków”, Rybarzowice,2007, str.52. Ta ostatnia firma pojawiła się na naszym terenie dopiero w roku 1923 w następstwie fuzji Mundusa i f-my braci Thonet. Zakład w Łodygowicach nie stał się składowa częścią firmy Thonet –Mundus, bowiem najprawdopodobniej w tym samym okresie(ok. 1923r.) został sprzedany na rzecz Hugo Reicha, który fabrykę prowadził na własny rachunek. W niej przed wybuchem II wojny światowej jako majster pracował Władysław Wrona z „murowańca” (ul. Bielska 24)
[3] Zakres rozbudowy opisał J. Namysłowski(zapisy w maszynopisie). Kopia w moim posiadaniu.
[4] Dane o skali produkcji, asortymencie oraz stanie zatrudnienia przytaczam za J. Namysłowskim Stan zatrudnienia, jak dzienne produkcja może budzić wątpliwości. Ich źródłem jest to, że p. J.Namysłowski niezbyt dokładnie określił, czy podane dane odnoszą się do produkcji wykonywanej w starej fabryce, czy tez w nowym „Mundusie”. Wątpliwości pogłębia fakt, że w roku unieruchomienia „Mundusa” w roku 1930 ilość pracowników poddanych tzw. lokautowi określana jest w kronice szkoły na 4oo osób. Trzeba również uwzględnić fakt, że kubatura „starej fabryki” nie mogłaby, moim zdaniem , pomieścić wskazanej liczby zatrudnionych. Z tekstu J. Namysłowskiego można wyczytać, że przytoczone przez Niego dane mogą odnosić się tak do starej fabryki, jak do nowego „Mundusa” Skłaniam się zatem do tego, by uznać dane z zapisków zacnego autora zapisków za dane odnoszące się do nowej fabryki.
[5] Rączka Z.:Wody Żylicy w służbie człowieka (Kal. Beskidzki r.1980 str.118)
[6] W roku 1908 firma „Mundus” uzyskała koncesję na zainstalowania turbiny elektrycznej napędzanej wodą młynówki.
[7] Posiadaczem planów a także bardzo konkretnych informacji o terenach fabrycznych był p. Eugeniusz Franek zamieszkały w Mesznej, syn Pawła Franka, majstra w Mundusie, mieszkający do wojny w Buczkowicach.
[8] Informacje taka przekazał mi przed wieloma laty, nieżyjący już lat Franciszek Kubica, znakomity taternik, fotograf i humanista, nauczyciel m.in. języka niemieckiego i angielskiego w obecnym Liceum Ogólnokształcącym im. Stefana Żeromskiego w Bielsku-Białej. F. Kubica był również znakomitym znawcą historii Rybarzowic, autorem niepublikowanego opracowania „Historii Rybarzowic”. Kronika w maszynopisie w moim posiadaniu.
[9] W tym potok od śluzy ze stawu k. „starej fabryki”
[10] Chodzi o tereny zajęte obecnie pod plac targowy -zieleniak
[11] O istnieniu i przeznaczeniu włazu świadczą relacje panów. Stanisława Huczka, Józefa Wrony oraz Eugeniusza Franka. Józef Wrona wskazał również następstwa zamknięcia zaworu dla otoczenie fabryki.
[12] Por. Jasiński T.: Mocarze zejdą z gór.
[13]O tym wydarzeniu opowiadała mi 19. września 2003r. w Bestwinie (ul. Sikorskiego).p. Janina Moś, córka wspomnianego buczkowickiego policjanta Wójcika. Matka. Janiny Maria Wójcik  była w tym czasie nauczycielką. w Buczkowicach
[14] Józef Namysłowski w swoich zapiskach podaje, że Adolf Wech „…prowadził taki zakład na terenie Rybarzowic” Autor zapewne miał na myśli kierowanie zakładem „Mundusa” w tej wsi, a nie sprawowanie funkcji mistrza(majstra).
Władysław Górny ”W cieniu starego dębu” Rozwój gospodarczy Rybarzowic na przestrzeni wieków”str.54 podaje, że A.Wech był mistrzem w Fabryce Mebli Giętych w Rybarzowicach, zatrudniającej ok. 8o robotników. Potem zaś (jak można wnosić z tekstu) zaczął produkcję w skromnym zakresie w domu mieszkalnym w Rybarzowicach. Taki bieg wydarzeń świadczy o tym, że A.Wech nabył zakład R. Wagnera będąc samodzielnym producentem mebli, choć na mała skalę.
[15] Jasiński T.:Mocarze zejdą z gór, str.114. Autor wskazuje tu na postawę majstra Namysłowskiego, którego uznawano za stronnika Wecha
[16] Niektórzy mieszkańcy uważali, że pomoc niesiona bezrobotnym i biednym była rodzajem zadośćuczynienia za działania policji w czasie strajku To jednak subiektywna ocena postawy człowieka, o dużym wkładzie w rozwój wsi.
[17] Ta nazwa wynika z pisma skierowanego do lekarza Kasy Chorych 26. lutego 1926 r. Pismo w moim posiadaniu.
[18] O takim zamiarze uzyskałem informacje od p. Janiny i Macieja Milotów (żony i wnuka Ferdynanda Miloty)13.lipca 2007 (relacja w moim posiadaniu).
[19] Te plany sytuacyjne oglądałem u p. Eugeniusza Franka 13 lutego 2004 r. nie wiedząc, z jakim zamiarem Niemcy je wykonali. Sens opracowania planów  wyjaśniła się po relacji p. Milotowej.
[20] Chodziło o firmę Vacuum (obecnie Rafineria Czechowice-Dziedzice)
[21] Taki pogląd reprezentuje p. W. Miodońska opierając swoje stanowisko na tym, że nadzór nad magazynami miał oficer niemieckiej Krigsmarine.
[22]Nie jestem zwolennikiem tego poglądu. Fakt, że działalność magazynów nadzorował oficer marynarki wojennej nie jest wystarczającym dowodem uznawania składu za magazyny dla potrzeb floty wojennej.
[23] P. Wanda Miodońska wspomina, że ten oficer uczył polskie dzieci pływania. Ona w tych zajęciach brała udział.
[24] Taki pogląd przedstawił Franciszek Gruszecki, autor niepublikowanej „Krótkiej historii Buczkowic” twierdząc, że rzeczone łupy przywożone były do stacji Wilkowice i potem samochodami były dostarczane do Buczkowic. Tym tłumaczył wzmożony ruch samochodów ciężarowych na tej trasie.(Oryginał –rękopis Krótkiej historii Buczkowic jest w moim posiadaniu).
[25] Za decyzją o zburzeniu szkieletu fabryki stał Józef Waluś, b. Przewodniczący Gromadzkiej Rady Narodowej w Buczkowicach. Z całą pewnością jednak nie była to decyzja jednoosobowa. Decyzja o zburzeniu ruin wzbudziła wielkie emocje wśród mieszkańców, którzy dopatrywali się w niej chęci łatwego wzbogacenia się niektórych osób. Dyskusja przybrała na sile w czasie rozpoczęcia budowy nowej szkoły, którą niektórzy mieszkańcy chcieliby widzieć w murach b. fabryki .Były to jednak rozważania bezprzedmiotowe. Ruiny już nie istniały.