Wyzwolenie i pierwszy okres wolności

Zarys ogólnej sytuacji wojskowej w rejonie bielskim i żywieckim w pierwszych miesiącach 1945 r.

Działania wojenne Armii Czerwonej, w wyniku których na początku kwietnia 1945 r. Buczkowice zostały wyzwolone spod okupacji niemieckiej, były częścią zakrojonej na ogromną skalę ofensywy. Dzień jej rozpoczęcia wyznaczono na 12.stycznia 1945 r. Była to ofensywa, o niespotykanej skali. Dotyczyło to tak przestrzeni, jak ilości żołnierzy i sprzętu, zaangażowanego w tej operacji. Warto wspomnieć, że pozycje wyjściowe wielkiej ofensywy Armii Czerwonej wyznaczone były linią Bałtyk – Bałkany. Wojska miały działać jak lemiesz potężnego spychacza, zgarniającego wojska niemieckie ku zachodowi. Na samych tylko ziemiach polskich, które stanowiły cząstkę tej ogromnej przestrzeni, operowały wojska 1, 2 i 3 Frontu Białoruskiego oraz 1 i 4 Frontu Ukraińskiego W ich skład wchodziły dziesiątki różnorodnych związków taktycznych. Aby nieco przybliżyć to, o czym powinniśmy wiedzieć, ograniczę się do wskazania wybranych, a nas interesujących fragmentów tej ogromnej całości. Będą się one odnosić tylko do fragmentu 4. Frontu Ukraińskiego, dowodzonego niemal do końca marca 1945 r. przez generała armii Iwana Pietrowa, a później przez gen. Andrieja Jeremienko.  Tym fragmentem zaś były: 38. armia

Gen. Kiriłł Semjonowicz Moskalenko

Gen. Kiriłł Semjonowicz Moskalenko

ogólnowojskowa, dowodzona przez generała pułkownika Kiriłła Moskalenkę oraz 1.armia gwardii, dowodzona przez generała pułkownika Andrieja Greczkę.

Gen.płk. Andriej Greczko

Gen.płk. Andriej Greczko

38.armia gen Moskalenki toczyła walki na przedgórzu, a ściślej, na linii Jasło – Tarnów – Bielsko z tendencją na północ od tej linii, a 1. armia gwardii Greczki operowała niemal dokładnie na linii Karpat. Nie ulega wątpliwości, że rejon natarcia tych dwóch związków taktycznych ze względu na kompleksy leśne i góry, z punktu widzenia wojskowego był niezwykle trudnym rejonem. Na dodatek, obecność wojsk radzieckich właśnie tu, i ich powodzenie na froncie stanowiło niezbędny i bardzo ważny element łączący działania wojskowe na ziemiach polskich z działaniami na południe od Polski i na Bałkanach. Jest oczywiste, że obie armie ze sobą współdziałały i wspierały się w potrzebie. Trzeba wyraźnie podkreślić, że wyzwolenie ziemi wadowickiej, suskiej i żywieckiej, w skład której wchodziły Buczkowice, było dziełem 1. armii gwardii gen. płk. Andrieja Greczki.
1.armię gwardii tworzyły m.in.
11 korpus piechoty w składzie 226, 271 i 276 dywizji,
107 korpus piechoty w składzie 129 dywizji piechoty gwardii oraz 161 i 167 dywizji piechoty,
3 korpus piechoty w składzie 128, 242 i 318 dywizji,
713 i 1498 pułk artylerii pancernej,
24 brygada artylerii armat gwardii,
4 i 317 pułk artylerii przeciwpancernej gwardii,
9,196, 494 i 496 pułk moździerzy górskich,
25 dywizja artylerii przeciwlotniczej,
58o pułk artylerii przeciwlotniczej,
6 górska brygada inżynieryjno-saperska,
6 brygada inżynieryjno-saperska
Od 22. stycznia 1945 r. z 1. armii gwardii wyłączony został 1. Czechosłowacki Korpus Armijny, złożony z trzech dywizji piechoty, jednej brygady pancernej i pułku artylerii armat.

gen Andrej Jeremienko -d-ca IV Frontu Ukraińskiego od 26,III 1945

gen Andrej Jeremienko -d-ca IV Frontu Ukraińskiego od 26,III 1945

Nacierające armie radzieckie miały naprzeciw siebie 1. armię pancerną dowodzoną przez gen. płk. Gottharda Heinrici. W skład tego związku taktycznego wchodziły:
59 korpus dowodzony przez gen. leitnanta von Tescowa,
78 dywizja Volksturmu i
359 dywizja piechoty.
Wśród dowódców niemieckich trzeba wymienić również generałów: Ehringa, Arndta, von Hirschfeldta i pułkownika von Ries. Ugrupowanie to wspomagane było przez 17. armię gen. płk. Harpe’go, a od 14.stycznia 1945 r. po zmianie dowództwa-feldmarszałka Ferdinanda. Schörnera. 17. armia wzmocniła 1. armię pancerną w następstwie manewru radzieckich wojsk okrążających Kraków, skąd musiała się pilnie wycofać, by uniknąć zamknięcia w kotle stworzonym przez wojska radzieckie.
Dla 4. Frontu Ukraińskiego działania ofensywne rozpoczęły się 15 stycznia 1945 r., a więc z lekkim opóźnieniem w stosunku do terminu rozpoczęcia całej ofensywy. O tempie pochodu wojsk radzieckich świadczy fakt, że już 27 stycznia wyzwolone zostały m.in. Wadowice, Sucha Beskidzka i Oświęcim. Jeśli uwzględnić fakt, że na teren byłego województwa bielskiego wkroczyły one 23 stycznia 1945 r., to bez przesady można stwierdzić, że było to tempo budzące respekt. Impet ofensywy na tym odcinku został wyhamowany następstwie ogromne

Gen. Iwan Pietrow

Gen. Iwan Pietrow

j determinacji Niemców, którzy rejon Bielska i Żywca traktowali jako strefę o bardzo ważnym strategicznym znaczeniu. Choć na wielkie pożytki gospodarcze z tego rejonu liczyć już nie mogli ze względu na objęcie go bezpośrednimi działaniami bojowymi, to nie stracił on swego kluczowego znaczenia dla ochrony ich interesów na Słowacji i w morawsko – ostrawskim okręgu przemysłowym w Czechach. Na naszych ziemiach spotkały się przeciwstawne siły, które były zdeterminowane w dążeniu do zakreślonych celów. Armia Czerwona chciała bowiem odciąć Niemców od możliwości wycofania się na Słowację, a także od gospodarczych profitów, jakie III Rzeszy przynosił ostrawski okręg przemysłowy. O tym, jak ważne dla Niemców było utrzymanie naszych ziem świadczyło zaangażowanie od połowy 1944 r. organizacji Todta we wznoszenie budowli wojskowych i masowe, przymusowe uczestnictwo ludności cywilnej w tworzeniu niemieckich linii obronnych. Były to rowy strzeleckie, rowy przeciwczołgowe, betonowe schrony i zapory z drutu kolczastego. Trzeba też wspomnieć o tym, że od strony północnej ważną przeszkodą dla wojsk radzieckich była rzeka Wisła i związane z nią grząskie tereny. Liczba i powierzchnia stawów rybnych to też bardzo ważna i trudna przeszkodazwłaszcza dla radzieckich oddziałów pancernych. Bielsko i Biała zostały zamienione w swego rodzaju twierdzę.
Jeśli zaś chodzi o Żywiec, a właściwie całą Żywiecczyznę, to trzeba wspomnieć o rejonach umocnionych, zamykających kotlinę od strony Jeleśni, Świnnej i Porąbki, a więc od południa i północnego wschodu. Podobne do bielskich umocnienia, bliższe Buczkowicom pobudowali Niemcy na linii Żylica, Kalna, Kalonka oraz w rejonie Zadziela i Biernej. To tylko część niemieckich stref umocnionych, położonych poza obecnymi granicami Żywca. Ten system obronny uzupełniony był przez linie zapór i stanowisk na wzgórzach okalających Żywiec, znajdujących się obecnie bądź w granicach miasta, bądź na jego obrzeżach.

Z tego krótkiego obrazu. sytuacji można wnosić, że Niemcy z wielką powagą traktowali obronę kotliny żywieckiej i wyjścia z niej w kierunku południowym czyli na Słowację.
Ze strony radzieckiej zaś rysowało się wyraźnie dążenie do tego, by marsz w kierunku Słowacji i Czech (na zachód) by zdobyć ostrawskiego rejonu przemysłowy, odbywać się mógł w miarę równocześnie. Szło też o to, by nie stwarzać Niemcom najmniejszej okazji do oskrzydlenia nawet niewielkich radzieckich oddziałów. Takie spostrzeżenie nasuwa się, gdy porównuje się zamiary wojsk radzieckich z niemieckimi działaniami obronnymi poczynając od Czechowic poprzez Bielsko aż po południowe granice państwa. Jest to również widoczne w zsynchronizowanych w czasie działaniach 38. armii Moskalenki, operującej na północ od Bielska i 1. armii gwardii Greczki, działającej w rejonie Bielska i na południe od niego.
1.lutego 1945 r. rozpoczęły się działania zaczepne w rejonie Lipnika. Podjęła je 38. armia ogólno-wojskowa, a ściślej, pododdziały 121 dywizji piechoty pod dowództwem pułkownika Daniła Busztruka. Walki o zajęcie miejscowości okalających Bielsko i Czechowice toczyły się przez szereg dni. Były bardzo zaciekłe. Zdawały egzamin podjęte przez Niemców kroki, polegające na budowie solidnych stanowisk obronnych na przedpolach Bielska. W dwa dni po rozpoczęciu działań lipnickich, do natarcia ruszyła również 1 armia gwardii. Celem jej natarcia był Żywiec. Miała go zdobyć 128 dywizja piechoty górskiej gen majora Michaiła Kołdubowa, wchodząca w skład 3 korpusu piechoty tejże armii.
Żywca, ze strony Niemieckiej, broniła bez mała dywizja wojska, którą sformowano dzięki przegrupowaniom odwodów i zasileniu przez żołnierzy świeżo zmobilizowanych. Sprzymierzeńcem Niemców było ukształtowanie terenu i jego znajomość. Wojskom radzieckim rzeźba terenu nie sprzyjała. Utrudniała lub wręcz uniemożliwiała użycie wojsk pancernych, a także dział samobieżnych, które były postrachem hitlerowców. Było tak jak zawsze: To, co jednym sprzyjało, dla innych stanowiło utrudnienie.

Gen. major Lisinow

Gen. major Lisinow

Niemniej jednak, dzięki postępom 128 dywizji oraz 242 dywizji piechoty dowodzonej przez generała majora Lisinowa wojska radzieckie osiągnęły przesunięcie linii frontu na oś Wilkowice, Łodygowice ,Żywiec, aż po Chyżne. W kolejnych dniach wojska radzieckie toczyły boje o zajęcie dogodnych pozycji, pozwalających panować nad Żywcem i znaczną częścią kotliny. Warto tu wspomnieć choćby o bitwie na Górze Burgałowskiej i w rejonie Moszczanicy 10.lutego 1945 r. Wszystko to sprawiało, że w ciągu 10 dni walk wojska radzieckie zdołały przesunąć linię frontu zaledwie o 12 kilometrów. Niby niewiele, ale tu każdy kilometr był na wagę złota. Tymczasem najbliższe okolic Bielska i w samego miasta Niemcy bronili zaciekle pod dowództwem wspominanego wcześniej gen Ehringa. 10.lutego 1945 r. dwa pułki : 574 i 383 wchodzące w skład 121 dywizji 1 armii gwardii przekroczyły rzekę Białą i dotarły do centrum miasta. Zaciekły opór faszystów sprawił, że dopiero 12.lutego przed południem walki wygasły po zlikwidowaniu ostatnich niemieckich punktów oporu. Wyparcie okupanta z Bielska uroczyście świętowane było w Moskwie. Na cześć 1.armii gwardii oddano 12 salw z 224 dział. Ten honorowy salut dowodził również znaczenia, jakie dowództwo radzieckie przywiązywało do Bielska jako ważnego etapu wyzwalania Polski.  Na froncie nie było jednak czasu na świętowanie. 38.armia toczyła bowiem zacięte boje na północ i północny zachód od Bielska w rejonie Zabrzega, Strumienia, Jaworza, Ustronia i Goleszowa. Opór Niemców w tym rejonie, a szczególnie bezpośrednim sąsiedztwie rzeki Wisły, był bardzo zaciekły. Świadczy o tym fakt, że w okresie od 15 do 20 lutego 1945 r. oddziały 38 armii przesunęły się zaledwie o 4 kilometry w rejonie Ustroń- Goleszów. Każdy z tych kilometrów okupiony był znacznymi stratami po stronie nacierających, co spowodowało, że impet działań zaczepnych w tym rejonie został całkowicie wyhamowany. Wojska jakby zastygły naprzeciw siebie, wyczekując na podjęcie nowych działań

Gen Gotthard Heinrici

Gen Gotthard Heinrici

.W połowie lutego 1945 r. wojska 1. armii gwardii, mając za plecami oczyszczone z Niemców Bielsko, podjęły działania z kierunku Wilkowic, ku centrum kotliny żywieckiej, a ściślej, w kierunku umocnień niemieckich w Łodygowicach i Zadzielu. Akcją tą objęto również część Rybarzowic. To tu właśnie przekroczono Żylicę i zaatakowano Stary Żywiec, napotykając na zaciekły opór Niemców. Nacierające oddziały radzieckie musiały odpierać tu bardzo zdecydowane kontruderzenia ze strony wroga. Doliczono się ich szesnaście. W przygotowaniu i przeprowadzeniu uderzenia na tym odcinku frontu szczególną rolę odegrała nowoczesna na ówczesne czasy artyleria rakietowa – katiusze oraz artyleria tradycyjna, których aktywności można przypisać znaczący udział w sukcesie radzieckim na tym etapie działań bojowych. Po tych postępach natarcie wojsk 1 armii gwardii zostało wstrzymane. Doszło do nękających działań pozycyjnych. 10. marca 1945 r., gdy na odcinku Wilkowice – Żywiec sytuacja uległa stabilizacji, ruszyło natarcie 38 armii ogólno wojskowej, operującej na kierunku Bielsko-Cieszyn, w kierunku na Bramę Morawsko-Ostrawską. Aby zapewnić powodzenie tego uderzenia, armia ta, licząca przed natarciem 2800-3100 żołnierzy, została znacznie wzmocniona tak liczebnie, jak siłami artyleryjskimi w postaci dwudziestej czwartej (24.) dywizji. Na styku 1 armii gwardii i 38 armii ogólno wojskowej, które w tej operacji współdziałały, w pasie 10-12 kilometrów miało nastąpić przełamanie linii niemieckiej obrony. Niepodważalnym atutem nacierających wojsk było zespolenie sił artylerii obu armii, które sprawiło, że na 1 km frontu przypadało 222 tzw. luf. Siłę ognia wzmacniały ponadto moździerze 82 mm. Cała operacja morawsko – ostrawska, trwająca od 10 do 17.marca `1945 r. mimo wielkiej koncentracji sił i środków nie przyniosła wojskom radzieckim sukcesu.

Równocześnie na interesującym nas odcinku żywieckim prowadzone były działania i akcje zaczepne o małej skali, wiążące wojska niemieckie w walkach pozycyjnych. Taki stan trwał do początku kwietnia 1945r. Ostateczne oczyszczenie kotliny żywieckiej z Niemców przyniosły działania z dala od naszych terenów, bo rozgrywające się aż w rejonie Nowego Targu. Wyzwolenie spod okupacji niemieckiej kotliny nowotarskiej sprawiło, że Niemcom bardzo poważnie zagroziło okrążenie, a co dla nich najważniejsze – odcięcie ostatniej drogi odwrotu w stronę Słowacji, która jeszcze była w ich rękach. Dostrzegając to niebezpieczeństwo, począwszy od 3. kwietnia, poczęli pospiesznie wycofywać się z naszych ziem. Tym należałoby tłumaczyć zniknięcie Niemców z Buczkowic nocą z 3 na 4 kwietnia 1945 r. To była ich paniczna ucieczka przed groźbą zamknięcia wojsk m.in. w Buczkowicach, Lipowej, części Żywca i na terenach położonych na południe od tego miasta.
Wycofanie nie przeszło całkiem niepostrzeżenie. Rozgorzały walki w rejonie Węgierskiej Górki, Milówki i Lalik. Odwrót Niemców w kierunku Zwardonia i Czadcy na Słowacji, a także na Czechy przez Cieszyn został zablokowany wskutek zamknięcia przez Rosjan pierścienia otoczenia w rejonie Koniakowa. Gdyby nie utworzenie tego kotła, przed Niemcami stałaby otworem droga na Cieszyn, który doczekał się wyzwolenia dopiero 3. maja za sprawą oddziałów 81 dywizji piechoty 38 armii, dowodzonych przez pułkownika Matusiewicza. W tym czasie zagłębie morawsko-ostrawskie było już wolne od Niemców. Rozwój sytuacji w rejonie Cieszyna, Wisły i Koniakowa sprawiał, że Niemcy mogli i musieli skoncentrować znaczne siły na odcinku żywieckim i na południe od niego. To też powodowało, że ich opór właśnie w okolicach Węgierskiej Górki, Milówki i Lalik był tak zaciekły. Dla nich była to walka o życie. Tę walkę przegrali. Dla nas ich przegrana była zwycięstwem.
W tym bardzo skrótowym opisie sytuacji wojskowej, obrazującej zmagania wojsk radzieckich z Niemcami począwszy od Czechowic, a na południowej granicy państwa kończąc, znajdziemy odpowiedź na szereg pytań, które rodzą się przy rozważaniu okoliczności poprzedzających wyzwolenie i samo wyzwolenie naszej wsi. Przede wszystkim wyjaśnimy sobie problem następujący: dlaczego tak późno, w porównaniu do miejscowości z nami sąsiadujących, weszły do Buczkowic wojska radzieckie. Odpowiemy sobie również na pytanie, dlaczego o Buczkowice nie było bardziej zaciętych walk, a jedynie potyczki i lokalne starcia towarzyszące działaniom pozycyjnym.

Gen.Ferdinand Schörner

Gen.Ferdinand Schörner

Wreszcie, znajdujemy rozwiązanie zagadki następującej: jak to się stało, że ni stąd ni zowąd, jak to starsi mieszkańcy oceniają, Niemcy zniknęli z Buczkowic w ciągu jednej nocy, zaskakując nawet Rosjan. Wczytanie się w ten bardzo uproszczony obraz działań wojsk radzieckich na ziemi bielskiej, żywieckiej i cieszyńskiej oraz zasygnalizowanie głównych ich celów strategicznych pozwoli, jak sądzę, na umiejscowienie Buczkowic w całej tej złożonej sytuacji działań wojennych. Może to też być, w pewnym stopniu przyczynkiem do odpowiedzi na pytanie o przyczyny stosunkowo łagodnego potraktowania naszej wsi przez wojnę, wyrażonego skalą zniszczeń. Do takiego sformułowania w jakimś stopniu skłaniają okoliczności w jakich te zniszczenia powstały.
Chcę i muszę w tym miejscu zastrzec, że ideą tego fragmentu opracowania nie jest pokazywanie szczegółów większych operacji, które mogą się różnić zasadniczo od ogólnej oceny przebiegu działań wojennych na naszych ziemiach. Każdy dzień przynosił ogromną ilość drobnych zdarzeń, których świadkami mogli być mieszkańcy Buczkowic. Ich ocena sytuacji dokonana właśnie przez pryzmat własnego odbioru, może odbiegać od tej przedstawionej przeze mnie. Nie zamierzam wchodzić w polemiki ze świadkami konkretnych wydarzeń, bo szanuję przeżycia każdego z naocznych świadków. Podkreślam więc raz jeszcze, że moim celem było przedstawienie rozwoju ogólnej sytuacji wojskowej, a nie detali. Mam nadzieję, że zrozumienie tej różnicy wykluczy spory.

U progu wolności

Opisując sytuację w zakresie rozłożenia niemieckich pozycji ogniowych przed wyzwoleniem Buczkowic wspomniałem o jednym stanowisku, które usytuowane było na stokach Bieniatki, powyżej skromnej wówczas zabudowy. Wspomniałem też o dużym znaczeniu tego rozwiniętego i dobrze uzbrojonego punktu, który miał doskonały wgląd w niemal całe Buczkowice. Było to stanowisko bardzo uciążliwe dla zbliżających się od strony Rybarzowic, a później Mesznej żołnierzy radzieckich. Ciekawy epizod związany z powstawaniem tego stanowiska przedstawił mi mój przyjaciel, świadek wydarzeń z tym związanych.[1]. A było to tak :
Końcem marca 1945 r rodzina Szewczyków, Tomasików i inne, zamieszkujące przy ul. Kaniowej lub jej pobliżu, zostały zmuszone do opuszczenia swoich domów. Niemcy w tym rejonie szykowali linię swej obrony. Jej zaczątkiem były zasieki, przebiegające na wschód od zabudowań należących do tych mieszkańców. W tej sytuacji obecność cywili w tym rejonie była niepożądana. Rodziny zostały umieszczone przy ul. Grunwaldzkiej u Walusia, noszącego „śpicmiano”  „siągowy” W jednej, dużej izbie znalazło się około 45 osób. Pewnego dnia, pod wieczór, wszyscy siedzieli w domu, a jeden z mężczyzn piekł w dużym piecu piekarskim chleb. W całym domu unosił się wspaniały zapach. Nagle otwarły się drzwi i stanął w nich wysoki, postawny niemiecki żołnierz. Zachowywał się przyzwoicie. Nie było w jego zachowaniu śladu buty. Czując zapach chleba poprosił Tomasika by dał mu kawałek. Ten jednak dość zdecydowanie odmówił. Niemiec nie nalegał. W czasie, gdy rozgrywała się ta scena, wszyscy mężczyźni, przeczuwając coś niedobrego, chyłkiem pouciekali z budynku i rozpierzchli się korzystając z gęstniejącego mroku. A że w sąsiedztwie najłatwiej było się ukryć w pobliskim tartaku, część z nich usiłowała się ukryć pomiędzy balami drewna. Niemiec zaglądnął do izby, gdzie już mężczyzn nie było Rzekł tylko tyle: „Ten Polak przy chlebie to jest chyba zły człowiek skoro odmówił mi chleba”. Wypowiedział te słowa czystą polszczyzną. Powiedział to z jakimś głębokim żalem, czy wyrzutem. Wtedy któraś z dziewcząt zaproponowała mu, by poczęstował się plackiem upieczonym wprost na blasze kuchennego pieca. Był to nieciekawy kawałek jadła, bo najeżony ostrymi łuskami owsa, których żarna nie były w stanie zmielić na mąkę. Trzeba rzeczywiście było być bardzo głodnym, żeby zjeść tego „jeżo-placka”. Nasz „gość” podziękował, nie skorzystał z propozycji. Okazało się, że żołnierz nie cierpiał głodu, bo miał swój prowiant. Chciał najzwyczajniej w świecie zakosztować zwykłego swojskiego, wiejskiego chleba . Więcej już tego zdarzenia nie komentował. Okazało się, że przyszedł po mężczyzn, by ci wykopali doły i rowy służące powiększeniu stanowiska pod Bieniatką., które zajmował. W krótkiej rozmowie zwierzył się że pochodzi z Katowic, że cała jego rodzina zginęła. On zaś był świadkiem śmierci swoich najbliższych. Nie miał po co i dla kogo żyć, bo został sam na świecie. Postanowił więc walczyć do końca. Postanowił zginąć. Po tej krótkiej rozmowie żołnierz wyszedł. Bez nadmiernego trudu pod „tromami”, bo tak są nazywane u nas bale drewna, znalazł czterech mężczyzn. Zabrał ich z sobą i zapędził do kopania swego stanowiska ogniowego.
Był w nim wyjątkowo czujny i, co najistotniejsze dla Niemców, skuteczny do samego końca. Kiedy Rosjanie ruszyli od Rybarzowic i doszli na wysokość „kolana” i państwa Kaników, zaczęli się poruszać swobodniej, mniemając, że nic złego ich nie może spotkać. Posuwali się do przodu w rozproszonym szyku, bowiem odbudowany po pożarze naprędce most przez Żylicę nie pozwalał na przemieszczanie się po nim większych grup żołnierzy i sprzętu. Koryto rzeki nie dawało żadnej praktycznej ochrony. Wtedy bowiem zarośla na brzegach były niskie i mocno przerzedzone. Poruszający się po moście Rosjanie byli z daleka widoczni jak na dłoni.. To bezbłędnie wykorzystał niemiecki żołnierz spod Bieniatki przygważdżając do ziemi wszystkich, którzy znaleźli się w tym rejonie. Żołnierz desperat dotrzymał słowa. Zginął od granatu, wrzuconego do jego stanowiska przez Rosjan, którzy, nie mogąc sforsować stoków Bieniatki, obeszli niebezpieczny dla nich punkt ogniowy lasem od strony Jamy. Z zaskoczenia go zaatakowali. Jego karabin maszynowy zamilkł. Ten żołnierz był prawdopodobnie ostatnim Niemcem, który został pochowany na buczkowickim cmentarzu.

ks. Józef Kolber

ks. Józef Kolber

Drugą historię związaną z ostatnimi dniami poprzedzającymi dzień wyzwolenia spod niemieckiej okupacji opowiedział mi inny naoczny świadek wydarzenia[2] Wydarzenie odtworzone przez p. Władysława Cierniaka przywołuję w tym miejscu dlatego, że ma ono związek właśnie z niemieckimi stanowiskami na tzw „grapie”. Cała historia rozgrywała się w okolicach środy popielcowej 1945r. A było tak:
Żołnierze radzieccy w górnych Buczkowicach (mowa o terenach na zachód od drogi Bielsko- Szczyrk) podchodzili w stronę centrum wsi od północy czyli od Mesznej i Jamy[3]. Raz po raz „kępami”, w małych grupkach usiłowali się zbliżyć do rejonu zabudowanego Było to bardzo trudne, bo teren był odsłonięty, nie stwarzał warunków dla niepostrzeżonego podejścia pobliże stanowisk niemieckich. Na dodatek Niemcy spalili trzy domy, które dawały wcześniej żołnierzom radzieckim osłonę.[4] Cały teren był pod nieustanną obserwacją niemiecką, jako że obserwatorzy umocnili się na „grapie” w rejonie zabudowań, Migdałów a nawet przez pewien czas na strychu ich domu mieszkalnego. Ze Stanisława Migdała, jak on sam opowiadał Cierniakowi, zrobili kucharza, który musiał im przygotowywać posiłki.
Pewnego wczesnego popołudnia grupka niemieckich żołnierzy wyszła ze swych stanowisk, mieszczących się przy obecnych ulicach: Rolniczej i Cienistej. Korzystając z osłony krzaków i drzew zamierzała wydostać się na „kępę”. Tam bowiem żołnierze radzieccy rozpoczęli budować swoje stanowiska. Na czele tej niemieckiej „wycieczki” stał, jak się później okazało, lejtnant o swojsko brzmiącym nazwisku „Stach”. Niemcy doszli pod „kępę” i zaczęli się podczołgiwać na płaską przestrzeń. Natknęli się jednak na silny ogień Rosjan, którzy nie chcieli dopuścić, by przeciwnik rozwinął swoje szyki. W tej gwałtownej strzelaninie został śmiertelnie trafiony lejtnant Stach. Niemcy zostali zmuszeni do odwrotu. Dowódcę przewieźli w pobliże swoich stanowisk na drewnianym wózku z Mundusa. Lejtnant leżał na nim na wznak, głową w stronę dyszla, a nogi zwisały mu poza skrzynię wózka. Jeden z naszych patrząc na tę scenę półgłosem wypowiedział życiową prawdę, którą ktoś ujął w znane u nas ludowe porzekadło: Pamiyntoj cłowiece,jak cie śmierć powlece cy kympka cy równo, bydzie z ciebie g…”  W tym powiedzeniu nie było żalu po śmierci człowieka.
Rosjanom też się dostało za sprawą strzelców, ulokowanych, jak się okazało, na poddaszu domu Migdałów. Już po wojnie mój rozmówca sprawdził dlaczego to stanowisko było takie dla Rosjan groźne. Było tak dlatego, że nad nierówności terenu wystawał tylko kawałek części szczytowej dachu tego budynku. W niej było wycięte małe okienko, służące normalnie do rozjaśniania poddasza. To ono służyło Niemcom do obserwacji ruchów Rosjan i ich poskramiania przez strzelca wyborowego. Rosjanie, mimo że nękani ostrzałem, nie orientowali się chyba, że przygważdża ich do ziemi zaledwie dwóch żołnierzy, którzy śledzili i blokowali ich ruchy dzięki otworowi niewiele większemu od cegły. Nie znamy losu tych żołnierzy – w odróżnieniu od losu wspominanego wcześniej katowiczanina okopanego pod Bieniatką. Ten zginął. Oni zapewne uszli razem z cofającymi się do Lipowej oddziałami. Ich sprzymierzeńcem była noc z 3 na 4 kwietnia 1945r Zanim jednak Niemcy zupełnie się wycofali miało jeszcze miejsce jedno wydarzenie o znaczeniu bardzo symbolicznym[5]. A było tak:
Wydawało się, że Rosjaninie nie potrafią się uporać ze stacjonującymi w Buczkowicach hitlerowcami. Dostrzegalne działania radzieckich wojsk były tak nieznaczne, że można było mówić o wojnie pozycyjnej. Dlatego, przy każdym znaczniejszym ruchu Rosjan nadzieja wstępowała w ludzi, choć byli też pełni obaw o to, jak potoczą się dalsze wydarzenia. Ale nikt nie miał już wątpliwości, że dzień wyzwolenia spod okupacji niemieckiej jest bardzo bliski. A był to dzień oczekiwany z wielką nadzieją Nie dziwi więc że tu i ówdzie zaczęto myśleć o tym, jak godnie ten dzień powitać, czym go uczcić. Tym czymś, co najwydatniej o wolności mogło świadczyć była flaga narodowa i godło państwowe. Barwy i znak, zakazane przez prawie pięć lat. Pan Władysław Cierniak (dziś już nieżyjący) wspominał, że jego ojciec, Antoni, potrafiący malować, bo przez wiele lat czynnie pomagał w Towarzystwie Szkoły Ludowej w przygotowaniu przedstawień teatralnych, postanowił namalować nasze narodowe godło. A że czas był chwiejny, brał się za robotę, gdy wydawało się, że Rosjanie szli do przodu, a chował malunek, gdy Niemcy zdawali się brać górę. Szyciem flagi zajęła się mama p Władysława, Agnieszka. Okazało się jednak, że nie wystarczy mieć chęci, a trzeba jeszcze mieć niezbędny materiał. Z białym materiałem problemów nie było, bo do dyspozycji była bielizna pościelowa, ale skąd wziąć czerwony ? Wtedy wybawienie przyszło z jak najmniej spodziewanej strony. Oto córka jednego z Volksdeutschów zaproponowała, że da Cierniakowej czerwoną tkaninę, ale pod warunkiem, że ta uszyje dwie flagi jedną dla siebie, a drugą dla jej rodziny. Pani Agnieszka propozycję przyjęła. Jakież było jej zdumienie, gdy okazało się, że czerwony materiał pochodzi z hitlerowskiej flagi, którą na niemieckie uroczystości wywieszano na budynku znanego w Buczkowicach przed wojną człowieka, który wyrzekł się polskości. Wtedy jednak ważne było, że dwie biało-czerwone flagi o takim rodowodzie powitały pierwszy dzień wolności. Było w tym wydarzeniu coś bardzo symbolicznego. Hitlerowska czerwień z flagi z hakenkreuzem, połączona z bielą miała przywitać pierwszy dzień wolności po czasach pogardy.
W tej części Buczkowic, które znalazły się pod kontrolą radzieckich oddziałów również miały miejsce wydarzenia, które znaczone były śmiercią. A było tak:
Wojska radzieckie podchodząc od tzw. „hajduka” w Rybarzowicach, gdzie znajdowała się podstawowa linia ich stanowisk, dotarły do połowy drogi między Rybarzowicami a „kolanem”. Tu się zatrzymały. Ich odległość od pozycji niemieckich można było określić na przysłowiowy rzut kamieniem. Wojska rosyjskie zatrzymały się niemal na przedpolu hitlerowskich pozycji ogniowych i pola minowego.Dla radzieckich żołnierzyk kto nie był Rosjaninem lub Polakiem był „germańcem”. Dowiedzieli się skądś, że w sąsiedztwie ich pozycji mieszka jedna z volksdojczerskich rodzin. Rosjanie zapewne nie musieli się specjalnie starać, by tę wiadomość uzyskać. Nasi mieszkańcy w takich sprawach ściśle z Rosjanami współpracowali. I wtedy rosyjscy żołnierze dopuścili się brutalnego gwałtu na żonie Volksdeutschera. Całemu zajściu towarzyszyły krzyki i harmider. Ta okrutna scena rozgrywała się w obecności i na oczach męża napadniętej. Po drugiej strony Żylicy, gdzie stali Niemcy, krzyki te były doskonale słyszane. Jeden z niemieckich żołnierzy przedostał się po pokrytej lodem Żylicy na drugą stronę i skradając się jak najbliżej pozycji niemieckich u Wecha i w okolicy pola minowego, starał się niepostrzeżenie zbliżyć do domu, w którym całe zdarzenie miało miejsce. Jego zwiadowcza, a może i ratownicza misja zakończyła się tragicznie. Rosjanie go bowiem dostrzegli. Strzał był celny. Niemiec trafiony prosto w twarz padł bez życia. Przez szereg dni leżał w miejscu, gdzie zastała go śmierć. Był to bowiem skrawek ziemi niczyjej; już nie niemieckiej, a jeszcze nie zajętej przez Rosjan. Niemcy nie usuwali ciała swojego żołnierza obawiając się dalszych strat, zaś Rosjanie pozostawili trupa ku przestrodze innym ewentualnym śmiałkom. Mówiło się, że żołnierz ten był jednym z dwóch Niemców, pochowanych na buczkowickim cmentarzu. Czy rzeczywiście tak było, trudno dziś dowieść. Jest jednak faktem, że w miejscu, gdzie przed laty wybudowany został boks na cmentarne odpadki znajdowały się dwa groby. Pamiętam jeszcze stojące na nich brzozowe krzyże i pamiętam, że groby te były zadbane. Do czasu ich likwidacji opiekowała się nimi rodzina mego szkolnego przyjaciela.
W strefie Buczkowic, gdzie czerwonoarmiści bywali bardzo często też działo się różnie. W tym czasie opowiadano sobie historie o tym, jak to żołnierze radzieccy w swej nadgorliwości szukali „germańców” w szufladach komód i szaf, a że często napotykali się na interesujące ich rzeczy, więc je sobie przyswajali jako „trofiejnyje”, znaczy, zdobyczne. Nie można im było również odmówić zegarka lub roweru, które cieszyły się wielkim zainteresowaniem zwycięzców. Rower po rosyjsku to wiełosipied, ale dla tych żołnierzy była to „maszina”. Zabierali więc maszynę, na której czasami jeździli nawet wtedy, gdy nie miała opon .czyniąc hałas na bitej kamieniem drodze. Zdarzały się również próby gwałtów. O jednej z nich opowiadała mi moja mama. Od rzeczywistego gwałtu uratowali dziewczynę NKWD-ziści, którzy zjawili się akurat w momencie, gdy żołnierz w „niepolitycznym” stroju usiłował złapać ofiarę. Trzeba powiedzieć, że był to ostatni wybryk tego sołdata. Został na miejscu zastrzelony. Miały też miejsce przypadki bezmyślnego niszczenia mienia, które zostało w opuszczonych domach. Oto jeden z żołnierzy radzieckich po pijanemu szukając faszystów, porozpruwał w jednym z domów (ul. Malinowa 411) pierzyny i poduszki, wykonane z gęsiego puchu. Jako że w rozpruwanie włożył wiele serca obrany był we wszechobecny puch I jak to zwykle bywa z nagła został sprowadzony na ziemię przez grubszego kalibru potrzebę fizjologiczną. Nie namyślając się wiele sprawę załatwił w stercie pierza. Okazało się wszakże, że o wiele trudniejsze od dogodzenia swemu ciału jest powstanie z pozycji kucznej zwłaszcza, jeśli się jest pod silnym działaniem jeszcze silniejszych trunków. I stało się. Żołnierz usiadł całym swym ciężarem do tego co był „wypracował”. Gdy wstał, wyglądał jak tancerka rewiowa, strojna w pióra. Cała rzecz polegała jednak na tym, że nasz bohater okutał się w pióra gęsie. Strusich nie było. Wiadoma rzecz –wojna. Wszędzie erzatz. Za to spektakl godny artysty.
Należy jednak wspomnieć i o tym, że jakby po drugiej stronie tych chwilowych przejawów rozluźnienia, a nawet rozpasania panowała tam drakońska dyscyplina i bezpardonowe działania oficerów, którzy wymierzali sprawiedliwość i wprowadzali porządek przy pomocy pistoletów. Było tu wszechobecne NKWD, które w naszym rejonie poruszało się na koniach, a więc dość sprawnie. Niezależnie od dość powszechnej złej opinii, jaka panuje o tej formacji, a ukształtowanej na podstawie jej niechlubnych metod działania przed i po wojnie trzeba powiedzieć, że to NKWD zapobiegało skutecznie gwałtom kradzieżom, żołnierskim burdom, czy plądrowaniu domostw. Tak było np. przy grabieży przetworów mięsnych z piwnic budynku nr 18 przy ul Fabrycznej w Buczkowicach. Gdy czerwonoarmiści zaczęli wynosić z piwnic mięsa, a nawet kompoty i konfitury, ni stąd ni zowąd pojawili się NKWD-ziści. Wrażenie, jakie wywołali można było porównać do porażenia prądem. Niemal w mgnieniu oka Rosjanie zniknęli, porzucając łupy.
Rosjanie potrafili zrozumieć głodnego człowieka. Nie raz i nie dwa byli zapewne sami głodni. Kiedy pani Maria Gluza, nie bacząc na niebezpieczeństwo, wybrała się z siostrą z rejonu zajętego przez Niemców do swojego rodzinnego domu (obecnie ul. Ciesielska), została gwałtownie zatrzymana przez rosyjskiego żołnierza. Krótkie „nie nada” zdawało się przesądzać sprawę. Jednak prośba i próba nieudolnego wyjaśnienia dlaczego się tu zjawiły spowodowały, że wartownik jakby złagodniał. Pani Maria, jak umiała, wyjaśniała mu że cała jej rodzina głoduje, a w domu, do którego idą, jest zboże, ukryte w specjalnie w tym celu przygotowanym dole. Wystarczy tylko odsunąć duży pień maskujący cały dół i wszyscy jej najbliżsi zaspokoją głód .Żołnierz złagodniał. Powiedział tylko: „Idźcie i wracajcie tak szybko, jak to jest możliwe.  Dopóki ja tu jestem nic wam nie grozi ale gdy mnie tu nie będzie, będzie z wami źle”. Radość z takiego obrotu sprawy była ogromna, choć, jak się okazało, krótkotrwała. Niemcy z Bieniatki dostrzegli kobiety przemykające między zabudowaniami i zaczęło się piekło. Rzucone na ziemię przeleżały dłuższą chwilę, aż minie ostrzał. Z cenną zdobyczą powróciły do rodziny, która mogła zaspokoić głód. Jest też niezaprzeczalnym faktem, że część ludzkiego nieszczęścia., jakie niosły tamte dni było następstwem naszej własnej nieuczciwości, następstwem wilczej woli przetrwania, a często, niestety, chęci nieuczciwego wzbogacenia się. Mówiąc prościej – było efektem najzwyklejszej kradzieży. Nie chodziło w niej o kosztowności czy o dobra znacznej wartości, bo nikt ich nie miał. Chodziło o rzeczy codziennego użytku, żywność, sprzęty domowe ubrania. Okazję ku temu stwarzały ewakuacje zarządzane przez władze wojskowe. Oznaczało to przymus opuszczenia domów w szybkim tempie. To powodowało, że uciekinierzy zabierali z sobą tylko najniezbędniejsze rzeczy, głównie osobiste. Reszta dobytku zostawała na miejscu. Dotyczyło to też drobnego inwentarza, jak ptactwo domowe, króliki, a nawet kozy. W domach też pozostawały skromne zapasy żywności i ubrania. Te okoliczności stanowiły zachętę dla amatorów cudzej własności. Sami ewakuowani też mieli pozostawiony dobytek na uwadze. Dlatego, nie bacząc na grożące niebezpieczeństwo namierzenia ich przez Niemców lub Rosjan, przychodzili do swych domów chyłkiem, by nakarmić zwierzęta bądź zabrać coś co okazało się niezbędne na wygnaniu. Część mieszkańców nie była jednak ewakuowana, bo nie znajdowała się w strefie bezpośredniego zagrożenia np. ostrzałem. Okazja, jak mówi stare przysłowie, czyni złodzieja. Ta okazja i skrajna bieda czyniły z ludzi szabrowników. Takie przypadki miały miejsce w Buczkowicach. Nie ma powodów, by o tym otwarcie nie powiedzieć. Trzeba też podkreślić, że skala tego zjawiska była  niewielka. Nad wszystkim, co złe górowała ludzka solidarność w nieszczęściu. W tych zmaganiach z biedą głodem i niedostatkiem we wszystkim, czego człowiek mógł pragnąć, nastała wolność.
Radość i podniosłość tamtego czasu w sposób bardzo wzruszający przekazała mi moja, nieżyjąca już dziś, mama, opowiadając o jedynym również w Jej życiu nabożeństwie dziękczynnym, odprawionym przez ówczesnego administratora naszej parafii ks. Józefa Kolbera. Ten człowiek wiedział, co to nabożeństwo dziękczynne może oznaczać dla każdego, który przeżył, powrócił do swojego domu, który czasami oczekiwał na wieści o powrocie najbliższych nie dających śladu życia przez lata wojny. Ksiądz Kolber od 1942 do 1945 r. wspólnie z mieszkańcami przeżywał ich niedole. W dniach bezpośrednio poprzedzających wyzwolenie udzielił gromadzie wygnańców schronienia w piwnicach plebanii. Ta opowieść godna jest zapamiętania. W wypełnionym do ostatniego miejsca naszym kościele dziękowano Bogu za odzyskaną wolność, za szczęśliwe powroty, za życie i za każdy dzień przeżyty, który przybliżał wyzwolenie. Niczym nieskrępowane słowa naszych nabożnych pieśni zdawały się rozsadzać i rozrywać świątynne mury I przyszła kolej na tę, która przez lata okupacji zakazana, otworzyła najtwardsze serca nawet te, które były zamknięte palącym bólem po utracie najbliższych. Zaintonowano pieśń „Boże coś Polskę”, a wszyscy ją podjęli. Tu i wtedy nikt się nikt nie wstydził wzruszenia i płynących łez. Mojej mamie utkwił w pamięci stary Jan Welusz, wyniosły wzrostem, górujący nad tłumem jak olbrzym, z pooraną przez wiek i przeżycia twarzą. Ten człowiek szlochał jak dziecko, nie mogąc z siebie wydobyć głosu. A wokół rozlegało się potężne i jakże szczerze brzmiące „…Ojczyznę wolną pobłogosław Panie !”
Ta opowieść brzmi mi w uszach zawsze, gdy idę na grób rodziców. Tak się składa, że przechodzę koło mogiły rodzinnej Weluszów. Nazwisko Jana Welusza, którego pamiętam jak przez mgłę, widnieje na płycie pomnika jako pierwsze. Dziś, gdy słyszę, że kwietniowa noc z 3/4 kwietnia 1945 r. była początkiem nowej okupacji, a czas wojny trwał do 1989 r., to wydaje mi się, że śnię. Choć nie jest to sen wolny od ludzkich tragedii, które rozgrywały się po roku 1945, tragedii, których przyczyny pozostaną częścią naszej trudnej historii.

Józef Stec


[1] Wspomnienia p. Wł .Szewczyka z 6. lutego 2000 r.
[2] Relacja p. Władysława Cerniaka z ul. Woźnej zarejestrowana  przez autora 12 lutego 2000 r.
[3] Rejon „Jamy” w Buczkowicach był opanowany przez żołnierzy radzieckich 12 lutego 1945, a więc w czasie, w którym wyzwolone zostało Bielsko. Po tym dniu pochód wojsk radzieckich został powstrzymany, a stanowiska były wykorzystywane do działań zaczepnych i zwiadowczych.
[4] Por. dane z art. „Zniszczenia budynków mieszkalnych…”
[5]  Relacja p. Władysława Cierniaka z 20 lutego 2000 spisana przez autora