Wojciech Moczek

Wojciech M o c z e k ur. 9 kwietnia 1909 r.
Syn Jana i Marii z d. Kosarz
Zamordowany w gestapo w Bielsku
Data śmierci nieznana.

Wojciech Moczek

Wojciech Moczek

Wojciech Moczek ze swym akordeonem

Wojciech Moczek ze swym akordeonem

 Jego domem rodzinnym był istniejący do dziś budynek przy ul. Miodowej 93. Z relacji uzyskanych od jego kuzynki Elżbiety Kosarz, która w chwili, gdy rozmowę przeprowadzałem liczyła sobie 83 lata, a także z opowieści jego siostrzenicy Józefy Adamus, zamieszkującej w budynku nr 93 wyłania się obraz nadzwyczaj sympatycznego, wesołego, towarzyskiego i lubianego przez rówieśników młodego człowieka, tryskającego humorem. Postawny, starannie ubrany, zakochany w muzyce i ulubionej, trąbce i akordeonie. Bywał duszą towarzystwa. Służbę wojskową odbył w 4. Pułku Strzelców Podhalańskich w Cieszynie. Choć nie zachowały się żadne dokumenty potwierdzające służbę w tej jednostce, to o takim właśnie przydziale świadczą zachowane fotografie Wojciecha Moczka w mundurze tej formacji. W tej jednostce wojskowej służbę pełnił także jego młodszy brat Józef. Po ukończeniu służby wojskowej Wojciech zajmował się zawodowo uprawianiem muzykowania. Był członkiem zawodowej orkiestry w hotelu „Pod Czarnym Orłem” w Białej. Jego ulubionym instrumentem w tej orkiestrze była trąbka. Choć bardzo chętnie grywał też na akordeonie i fortepianie. Akordeon był jego instrumentem na spotkaniach koleżeńskich, wśród rówieśników, przy beztroskiej zabawie. Wszyscy, którzy go znali, podkreślali jego nieprzeciętne uzdolnienia muzyczne. O jego werwie i skłonności do oryginalnych gestów świadczy to, że na 1 maja, kiedy to panujący wówczas we wsi zwyczaj nakazywał wziętym pannom stawiać w ogródkach tzw. „maje”, był zdolny ustawić kilka „majów” wszystkim dziewczynom z sąsiedztwa. A był to wyczyn nie lada, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że każdy „maj” miał kilka metrów wysokości i trzeba było go ściąć, przewieźć z odległego lasu oraz solidnie wkopać w ziemię. Potem, by sprawić panom większą radość i uciechę, wygrywał przed ich domami „kawałki” na akordeonie. Można powiedzieć, kawaler na schwał.
Jeszcze przed wybuchem wojny podjął pracę w przemyśle włókienniczym, jako tkacz. Był dobrym fachowcem. To w jakimś stopniu pomogło mu przetrwać trudny czas wysyłania na przymusowe roboty do Niemiec. Był potrzeby w swoim zakładzie, który, jak wiele innych , produkował na potrzeby wojska. Nie wiemy jednak w którym zakładzie włókienniczym pracował. W pamięci krewnych nie zachowała się pamięć o tym fakcie.
Przed wybuchem wojny został zmobilizowany i wcielony do polskiej armii. Był uczestnikiem kampanii wrześniowej. Dotarł na wschodnie rubieże Rzeczypospolitej, gdzie wpadł w ręce żołnierzy Armii Radzieckiej, która wdarła się na terytorium Polski 17. września 1939 r. Był prostym żołnierzem. Szarż się naszej armii nie dosłużył. Choć był to fakt oczywisty, to jednak szczególną uwagę czerwonoarmistów przykuły delikatne ręce, które mogły dowodzić, że  niezniszczone ciężką pracą fizyczną należą nie do szeregowca, ale „pana oficera”. Długo, jak wspominali krewni, trwało przekonywanie, że żadnym oficerem nie jest, a jedynym, co sprawiło, że ma niespracowane ręce, jest jego zawód, w którym zniszczone ręce nie są pożądane, a także zamiłowanie do muzykowania. Umiejętności muzyczne musiał udowodnić. Dopiero, gdy zagrał na akordeonie, zwycięzcy uwierzyli, że jest prawdziwym, utalentowanym proletariuszem. Żegnali go serdecznie jak przyjaciela, który mógł powrócić w rodzinne strony. Podjął ponownie pracę w przemyśle włókienniczym w Bielsku w swym wyuczonym zawodzie, gdzie przepracował znaczną część okupacji.
Nie ma wątpliwości, że Wojciech Moczek związał się silnie z Polską Partią Robotniczą i oddziałem partyzanckim Józefa Habdasa. Znajomość z tym ostatnim datowała się od wcześniejszych czasów, a w okresie okupacji uległą dalszemu zacieśnieniu. Ta znajomość przyczyniła się również do bliższego poznania Alojzego Sikory i jego synów z Mesznej, znaczących postaci antyniemieckiego ruchu oporu o lewicowym nastawieniu. W domu rodzinnym Wojciecha Moczka często przebywali trzej Habdasowie: Józef  ps. „Kwaśny” oraz jego bracia Bronisław i Edward. Pani Józefa Adamus pamięta wysokiego i przystojnego Józefa Habdasa, a także starszego Sikorę (ojca). Często też pani Maria –matka Wojciecha, ugaszczała braci Habdasów. Wiedziała przy tym, czym się zajmują goście jej Wojtusia. Była pełna obaw o losy syna i całej rodziny, gdyby ta znajomość wyszła na jaw.

28. października 1961 r. przyjaciele zamordowanego przez okupanta Alojzego Sikory sporządzili jego życiorys, w którym na plan pierwszy wysuwana jest społeczna i polityczna działalność Sikory. W jednym z fragmentów tego życiorysu znajduje się stwierdzenie: „ W Buczkowicach zorganizowali On komórkę z przedwojennych KPP-owców…Osobną komórkę tworzyli Tow. Józef Stec i Moczek Wojciech”. Jest to niewątpliwie dowodem bezpośredniego, aktywnego włączenia się do działalności politycznej po lewej stronie sceny politycznej.
Wojciech prowadził dość ryzykowną grę. Pomagało mu w tym zamiłowanie do muzykowania. Poprzez znajomość z niejakim Józefem Tarnawą, który był, podobnie jak Wojciech świetnym akordeonistą, przygrywającym Niemcom w Lipowej na ich towarzyskich spotkaniach, doprowadził do tego, że takie spotkania z udziałem Niemców odbyły się również u Moczków. To miało maskować faktyczne kontakty (już od wiosny 1940) Wojciecha i jego przyjaciół z partyzantami o lewicowym rodowodzie, którzy solidnie dawali się we znaki Niemcom. Nie można dziś jednoznacznie stwierdzić, by Wojciech Moczek brał udział w bezpośrednich akcjach zbrojnych Oddziału Górskiego Armii Ludowej dowodzonego przez Józefa Habdasa-„Kwaśnego”. Bardziej prawdopodobne jest służenie oddziałowi informacjami pozyskiwanymi od Niemców w czasie spotkań o charakterze towarzyskim, umilanych muzyką. Tam dyskutowane były plany Niemców odnośnie do podejmowanych akcji represyjnych, aresztowań i temu podobnych. Znaczenia takich informacji niepodobna nie doceniać. W działalności konspiracyjnej jedną z najpoważniejszych funkcji jaką można w niej spełniać, to funkcja oczu i uszu. Taką skutecznie wypełniał na rzecz oddziału Wojciech Moczek.
U Kosarzów, bliskich krewnych Wojciecha, poprzez Stefana Kosarza,  Bronisław Habdas  ustalał, jak wygląda niejaki Ryszka, dygnitarz gminny, a jednocześnie znaczący członek załogi Fabryki Mebli Giętych spadkobierców po Adolfie Wechu w Buczkowicach. To ten sam Ryszka, który spowodował, że pani Elżbieta Kosarz została zwolniona przy pierwszym „poborze” na roboty do Niemiec ze względu na nieuleczalną i dolegliwą  chorobę swojej matki. Drugi natomiast znany z imienia i nazwiska buczkowicki Volksdeutscher doprowadził do uchylenia tego zwolnienia, by uchronić swoją córkę przed wywózką na roboty. Takim to sposobem pani Elżbieta znalazła się w okolicach Hamburga, Rostocku, Stralsundu w powiecie Demmin, w pasiaku robotnika przymusowego i numerem 1393 (Arbeisamt Demmin) na piersi. Miejscem jej pracy było gospodarstwo rolne Karla Schlorffa w miejscowości Meesiger w tzw. Prusach Przednich (północno wschodnie Niemcy-Meklemburgia). 30 kwietnia 1945 r. tereny te zajęte zostały przez wojska radzieckie i polskie. 1. maja 1945 r. pani Elżbieta rozpoczęła wielotygodniowy powrót do Buczkowic. Wspominam o pani Elżbiecie dlatego, że od niej pochodziła znaczna część informacji o Wojciechu Moczku, jej krewnym.
Wtedy, gdy zbliżał się koniec III Rzeszy, w październiku 1944r. (najpewniej 27.października), Wojciech Moczek został aresztowany. Dokładnego przebiegu tego wydarzenia nie znamy. W rodzinnej tradycji mówi się o dwóch (co najmniej) okolicznościach, w których do uwięzienia Wojciecha miało dojść. Pani Elżbieta Kosarz wspomina, że jedna z wersji mówiła o aresztowaniu w czasie kopania okopów, gdzie rzekomo Wojciecha miał zdradzić niezbyt dokładnie ukryty pistolet. Druga wersja okoliczności aresztowania mówi o tym, że zatrzymanie nastąpiło przed bramą fabryki, z której` po pracy Wojciech wychodził.
Wydaje się, że aresztowanie przed fabryką jest bardziej prawdopodobne. W podobny sposób zaaresztowani zostali jesienią 1944 r. inni członkowie organizacji lewicowej. Pani Józefa Adamus twierdzi, że Wojciecha wrzucono „na pakę” samochodu ciężarowego i zakryto plandeką. Wojciech Moczek został przewieziony na gestapo w Bielsku, gdzie poddawany był straszliwym torturom. Trwały one wiele tygodni. Pani Adamus wspomina, że wiadomość o strasznym wyglądzie Wojciecha po przesłuchaniach przyniósł rodzinie p. Władysław Tarnawa z Buczkowic (k. granicy ze Szczyrkiem), który w tym czasie był również przesłuchiwany przez gestapo. Pani Elżbieta Kosarz wspomina innego nieznanego mieszkańca Rybarzowic, który również widział w budynku gestapo Wojciecha zmaltretowanego w niewyobrażalny sposób. Wedle jego relacji więzień nie był w stanie iść o własnych siłach. Wleczony był przez oprawców przez korytarze w piwnicach budynku. Cała jego twarz była we krwi, która lała się z ust i uszu. Ciało Wojciecha przypominało krwawą masę.

Elżbieta Kosarz i jej Arbeitskarta  (1)

Elżbieta Kosarz i jej Arbeitskarta

W tym czasie gdy Wojciech przeżywał męczarnie, gestapo szczegółowo rozeznało jego środowisko rodzinne. Od wszystkich członków najbliższej rodziny pobrano odciski palców, spisano dane osobowe i zebrano informacje o wykonywanych zajęciach. Wszystko wskazywało na to, że nastąpią dalsze aresztowania. Jedyną iskrą nadziei na to, że do realizacji tego zamysłu Niemcy nie doprowadzą, były wiadomości o zbliżającym się froncie i coraz bliższej klęsce Hitlera.

Fragment Arbeitskarty Elżbiety Kosarz 001

Fragment Arbeitskarty Elżbiety Kosarz

Wojciech Moczek został zamordowany w katowniach bielskiego gestapo niemal na progu odzyskania przez Polskę wolności. Że Wojciech został zamordowany w Bielsku jest prawdopodobne, ponieważ nie natrafiono na żaden ślad występowania jego nazwiska w listach wywozowych sporządzanych przy transportach do Mysłowic czy też bezpośrednio do Auschwitz. Inni więźniowie aresztowaniu w tym samym czasie zostali wywiezieni do Mysłowic, a potem do Gross Rosen i dalej. Wojciecha na listach wywozowych nie odnaleziono. Nikt nie wie, gdzie znajduje się jego grób.
Nikt nie jest w stanie dziś określić w miarę dokładnej daty Jego śmierci. Nikt też nie pamięta, czy w czasie trwania aresztu miała miejsce jakaś choćby tylko zdawkowa korespondencja. Nie zachowało się z tego czasu nic. Wszystko, co dotyczyło aresztowania i śmierci Wojciecha, rozegrało się pomiędzy  końcem października 1944 r. a pierwszą dekadą lutego 1945 r. było ogromną tragedią dla całej rodziny. Aresztowanie syna przeżyła ciężko jego matka. On był synem szczególnie ukochanym. Na wiadomość o jego śmierci matka dostała obłędu. W szaleństwie przeszukiwała okoliczne zarośla, przywoływała syna przemierzając pobliskie łąki. Dla wszystkich, którzy znali Wojciecha i wielką matczyną miłość, którą go darzyła, było to przeżycie wstrząsające.
Z pomocą przyszedł dr Henryk Lisowski, miejscowy lekarz który za wstawiennictwem Heleny Okrzesik, krewnej, posługującej na posterunku policji, uzyskał od komendanta zgodę na wystawienie recepty na leki uspokajające. Recepty takiej nie miał prawa wypisać bez wspomnianej zgody.
Ogromna rodzinna tragedia, która tak głęboko dotknęła matkę Wojciecha tkwiła w jej świadomości. Odżyła w chwili, gdy w roku 1947 odsłaniany był pomnik buczkowiczan- ofiar wojny. W czasie apelu poległych padały kolejne nazwiska pomordowanych, a wśród nich nazwisko „Wojciech Moczek”. Po wyczytaniu nazwiska jej syna, choroba gwałtownie powróciła. Atak szału starał się złagodzić drugi syn, który uspokajał ją mówiąc, że Wojtuś nie zginął, ale nadal jest w partyzantce. Musiał jej przyrzec, że zaniesie Wojtusiowi do lasu coś gorącego do zjedzenia i ciepłą bieliznę. Wraz z Wojtusiem Niemcy po wielokroć zamordowali również jego matkę, która do ostatnich swych dni przeżywała codziennie mękę swego syna.

                                                                                                           Józef Stec