Strzępy rzeczywistości okupacyjnej

Nie jest przedmiotem tego opracowania zrelacjonowanie możliwie największej liczby aspektów sytuacji wojennej, spowodowanej wkroczeniem niemieckich wojsk na terytorium Rzeczypospolitej. Nie to jest bowiem moim celem. Jest oczywiste, że sytuacja buczkowian i mieszkańców całego regionu bielskiego i żywieckiego była zdecydowanie różna od tej, z jaką przyszło się zmierzyć w pierwszych dniach zmagań z Niemcami mieszkańcom Polski centralnej i wschodniej. Wynikało to z sytuacji geopolitycznej. Najważniejsza była jednak obecność Niemców na przedpolu południowej granicy Polski, w Czechosłowacji. Na tej granicy wojna zaczęła się 1. września 1939r. nie tylko komunikatem o wybuchu wojny, ale konkretnymi zmaganiami wojskowymi.
Z rejonu Ostrawy i Frydka stanowiska polskie z impetem zaatakował wszystkimi siłami XVII Korpus Armijny z 44 i 45 dywizjami piechoty czołgami i lotnictwem. Najeźdźcy miała się przeciwstawić 21 Dywizja Piechoty Górskiej gen Józefa Kustronia, współdziałająca z operującą w okolicach Pszczyny 6. Dywizją Piechoty gen Mieczysława Boruty- Spiechowicza. Na południowej flance od Rabki po Żywiec szturm na Polskę przypuściła 7 dywizja monachijska piechoty górskiej, dowodzona przez generała Eugena Otto. Natrafiła tu na zorganizowany opór 1 Brygady Górskiej (BG) pułkownika dypl. Janusza Gaładyka. Ta jednostka stanowiła trzon polskich sił w tym rejonie. Obok 1. BG działały jednostki Korpusu Ochrony Pogranicza. Żołnierze płk. Gaładyka stawili silny opór w kompleksie fortecznym w Węgierskiej Górce do momentu, który z punktu widzenia operacyjnego miał sens. Zanim jednak do tych wydarzeń doszło, wczesnym rankiem 1. września około godz. 6.00 rano pojawiły się nad Bielskiem i okolicami nieoznakowane samoloty niemieckie z zadaniem dokonania rozpoznania, a także wykonania bombardowań[1] wybranych pozycji polskich. Samoloty te przelatywały również nad Buczkowicami, choć nie ostrzelały wsi, ani nie zrzuciły bomb. Jeszcze wcześniej, bo między 5.00 a 6.00 miała miejsce nieudana akcja niemiecka, której celem miało być zajęcie terenu, górującego nad Starym Bielskiem[2].

Buczkowianie świadkami wjazdu Niemców do wsi

Buczkowianie świadkami wjazdu Niemców do wsi

Już 1. września wojsko polskie wycofało się z granicy państwa na przedpole Skoczowa. Odwrót odbywał się nierównomiernie. Natarcia wojsk niemieckich nie powstrzymało nawet wysadzenie przez oddział byłych powstańców śląskich trzech cieszyńskich mostów na Olzie. W Bielsku trwało patrolowanie miasta przez oddziały polskiej żandarmerii wojskowej, która co i raz dokonywała odkryć niewielkich magazynów broni i amunicji, a także wrogich Polsce materiałów propagandowych. Były to owoce pracy bielskiego Freikorpsu.

Tymczasem pododdziały 3.Pułku Strzelców Podhalańskich dowodzonego przez ppłk. Juliana Czubryta i 4 Pułku Strzelców Podhalańskich (z Cieszyna), dowodzonego przez ppłk. dypl. Bronisława Warzyboka wycofywały się do Bielska i dalej w kierunku na Kęty, Wadowice, Mogilany, Bobrowniki n/Dunajcem, by dojść do rzeki San i Jarosławia, Lubaczowa i Oleszyc. Tu, prowadząc jeszcze około 3,5-4 tys. żołnierzy, w dniach 14-16 września 1939 r.21 Dywizja Piechoty Górskiej przez trzy dni wiązała przeważające siły niemieckiej 45 Dywizji Piechoty gen. Friedricha Materny i część 28 Dywizji Piechoty gen Hansa von Obstfeldera. 16 września był ostatnim dniem istnienia 21 Dywizji Piechoty Górskiej gen Józefa Kustronia. Oddział został rozbity, a gen Kustroń zginął w walce. Zanim jednak dywizja przestała istnieć musiała przejść przez „rodzinne” Bielsko, w którym nienawidzący generała Kustronia Niemcy starali się ułatwić wejście swojej armii wybawicielskiej do miasta. Droga przez Bielsko stanowiła jeden z bardzo trudnych manewrów 21 Dywizji. Niemal ze wszystkich stron w mieście i poza nim żołnierze byli ostrzeliwani z dachów, piwnic, balkonów i wprost z okien domów. Padały strzały na ul. Konopnickiej, z okolic bielskiego browaru, na ulicy Dąbrowskiego, Cyniarskiej, na Wzgórzu, czy na ul. Lipnickiej. W ich wyniku zginęło około 90 żołnierzy i cywilów, których miejsce pochówku nie jest znane[3]. Wszystkie te wydarzenia sprawiły, że obrońcy Bielska, którzy mieli rozkaz utrzymania wysuniętych na zachód od miasta pozycji obronnych, przy granicach państwa tylko 6 godzin, a następnie wycofania się na wschód został wykonany z nawiązką. Pierwsze oddziały Wehrmachtu mogły wkroczyć do miasta dopiero wczesnym rankiem 3. września 1939r.
Dalsza droga odwrotu oddziałów polskich z naszego rejonu była skomplikowana; pełna ataków lotniczych, szarż niemieckich oddziałów pancernych, czy bitew znaczonych kolejnymi ofiarami. Był to odwrót, który, mimo wkradających się tu i ówdzie odznak paniki, ukazywał kunszt wyszkolenia żołnierzy Dywizji, którzy sztukę manewrowania opanowali do perfekcji. Odwrót ten był jednocześnie dowodem, jak wielką wartość bojową przedstawiał polski żołnierz we wrześniu 1939r., jeśli miał dobrego, wykształconego i oddanego sprawie dowódcę, a nie specjalistę od wojskowych defilad i parad. Wieści o postępach wojsk niemieckich rozchodziły się lotem błyskawicy, budząc u mieszkańców Buczkowic w przerażenie. Ludzie zaczynali sobie uświadamiać okrutną prawdę, że tylko godziny dzielą ich od spotkania się oko w oko z żołnierzami niemieckimi.
Kiedy do wsi dotarła wiadomość o zajmowaniu przez Niemców Bielska – liczna grupa mężczyzn, którzy we wsi się ostali zebrała się na tzw. rynku (obecnie boisko do piłki nożnej), by zdecydować co dalej robić, a właściwie – w która stronę uciekać. Wszyscy zdali sobie sprawę z tego, że wybór był niewielki. Można było uchodzić albo w kierunku na Niemców – do Bielska, czyli wprost do paszczy lwa, albo też wybrać wschód. Tę możliwość preferowali ci, którzy nie mieli za sobą wojny polsko- bolszewickiej z lat dwudziestych. Nie wiedzieli co może ich czekać ze strony wschodniego sąsiada, nie mogli też wiedzieć o przygotowanych niemiecko-rosyjskich traktatach, oznaczających czwarty rozbiór Polski. Nie przypuszczali więc, że wybierają się w objęcia drugiego wroga. Te niezwykle gorączkowe dysputy zakończyły się tym, że część mieszkańców rzeczywiście wybrała się w kierunku Bielska, wprost do jaskini lwa, a druga część, jak nakazywał rozsądek, wybrała się na wschód by jak najszybciej oddalić się od Niemców.
Ta grupa uciekinierów, która wybrała Bielsko bardzo szybko zakończyła swą wyprawę. Jej członkowie wyłapani zostali przez Niemców i skierowani do Mikołowa, gdzie urządzony był punkt zborny dla uciekinierów. Na czele drugiej, stosunkowo licznej grupy stanął Jan Sanetra, nie tylko przedwojenny sołtys, ale również prezes buczkowickiego „Strzelca”. Razem z nim uchodzili dwaj jego synowie: Władysław i Józef, Stanisław Moczek, Andrzej Urbański i szereg innych. Bliskie poznanie tras wycofywania się

Jan Sanetra

Jan Sanetra

wojska polskiego znad granicy z Czechami, z Bielska i kolejnych miejscowości wskazuje, że trasy te pokrywały się z drogami ucieczki cywilnych uchodźców, którzy w panice opuszczali Bielsko i Białą oraz miejscowości ościenne. Można z całą pewnością stwierdzić, że żołnierze 3 i 4 pułków strzelców podhalańskich byli przemieszani z tą masą cywilów, a więc i z uciekinierami z naszej wsi. Wszystko wskazuje na to, że wśród żołnierzy byli również buczkowianie: Ferdynand Kocur, Józef Moczek, którzy mieli przydziały do wymienionych pułków podhalańczyków. Wiemy też, że obaj zajmowali stanowiska bojowe pod Klimczokiem i na stokach Błatniej, a więc w miejscach, w których znajdowały się stanowiska bojowe tych pułków. Na trasie odwrotu wojsk polskich, w tym Józefa Moczka znalazł się Kraków (Mogilany) i Kazimierza Wielka, gdzie znajduje się jego mogiła. Poległ w walce jako dowódca plutonu. Inni żołnierze wywodzący się z Buczkowic, biorący udział w kampanii wrześniowej, najprawdopodobniej służyli w 202 Pułku Piechoty, dowodzonym przez pułkownika Zygmunta Piwnickiego. Był to na pewno Alojzy Tracz, a może i Józef Mędrzak. Z tym jednak, że Mędrzak dostał się do niewoli. Taki sam los spotkał Ludwika Dutkę, Rudolfa Steca i Stanisława Steca. Dwaj pierwsi zostali skierowani jako jeńcy do pracy w gospodarstwie w dalekiej Bawarii (Kreis Gamünden lub Gaminden), a Stanisław został z obozu jenieckiego zwolniony z racji swego zawodu – był mistrzem masarskim.
Poświęcamy szczególną uwagę 21 Dywizji Piechoty Górskiej i współdziałającym z nią jednostkom dlatego, że w nich służyło najwięcej mieszkańców naszej wsi, a także miejscowości sąsiednich. Można więc powiedzieć, że losy tych związków taktycznych były  nierozerwanie związane z losami buczkowian. Dlatego tak wiele wspólnych wątków pojawia się przy omawianiu szlaku odwrotu tych formacji i tras ucieczki z Buczkowic cywilów na wschód.

Nie znamy niestety przydziału służbowego  kolejnego buczkowianina dra Romana Białka. Można jednak stwierdzić, że znalazł się z całą pewnością w którejś z jednostek, wchodzących w skład Armii „Kraków” gen. Antoniego Szylinga. Potwierdzeniem tych przypuszczeń może być fakt, że doktor znalazł się nad Sanem, a więc w tym samym miejscu, gdzie dotarła główna grupa żołnierzy, wycofujących się przed Niemcami i fala cywilnych uchodźców. Tu wszak był widziany przez Józefa Janicę, który wraz z załogą Poczty w Białej został ewakuowany na wschodnie ziemie Rzeczypospolitej[4]. Jan Sanetra stał się naturalnym przywódcą grupy „wschodniej” uciekinierów z Buczkowic nie tylko ze względu na swoje zaangażowanie w działalności „Strzelca”, ale również dlatego, że miał za sobą doświadczenia z I. wojny światowej. Spodziewał się również pomocy od swego brata Antoniego, który osiadł na Lubelszczyźnie przed wybuchem wojny. Losy uchodźców potoczyły się jednak innymi drogami. Antoni Sanetra, brat Jana, rodem z Kalnej w czasie okupacji walczył z okupantem w partyzantce, pod pseudonimem „Drwalski”. Oczywiście, nie wszyscy uciekinierzy zdołali dotrzeć tak daleko jak grupa Jana Sanetry. Część z nich zawróciła z drogi, widząc w niej raczej okazję do szybkiej utraty życia, aniżeli szansę na ratunek. Bezładna tułaczka ludności cywilnej nie tylko utrudniała w miarę uporządkowany ruch wojska polskiego, ale stwarzała dla cywili szereg niebezpieczeństw, spowodowanych nękaniem kolumn przez niemieckie samoloty. To kłębowisko ludzi, poruszające się po głównych drogach stanowiło dla lotnictwa bardzo łatwy cel. Jednocześnie opóźniało tempo marszu wojska, uniemożliwiając mu podjęcie prób tworzenia najprostszych linii obronnych. Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy cywilni uchodźcy z Buczkowic i z całego regionu zakończyli swoją ucieczkę przed Niemcami wraz z rozbiciem 21 Dywizji Piechoty Górskiej generała Józefa Kustronia, której byli jakby cywilnym cieniem. W dzień po klęsce Dywizji pod Oleszycami[5] na Lubelszczyźnie, 17 września 1939 r. Armii Czerwonej uderzyła na Polskę. Musiało to oznaczać kres exodusu. Masy ludności cywilnej.
Zarówno żołnierze, jak cywile mieli dwa wyjścia. Pierwszym było oddanie się pod władztwo radzieckie, a drugim powrót w rodzinne strony. Wiemy, że co najmniej jeden oficer – dr Roman Białek wybrał poddanie się Armii Czerwonej. Zdecydowanie większa grupa cywilów, powróciła w nadziei, że uda się zorganizować życie w nowych warunkach. Czas pokazał, że Jan Sanetra i jego syn Władysław oraz Stanisław Moczek stracili życie w KL Auschwitz. Niektórzy zaś, jak wspominany wcześniej Andrzej Urbański, drugi z kolei powojenny sołtys wsi, zostali zesłani na przymusowe roboty do Niemiec.[6] Część buczkowian uczestników kampanii wrześniowej została wzięta do niewoli i pracowała w charakterze jeńców wojennych w przemyśle i gospodarstwach rolnych w Niemczech.[7]
Powracali do domów cywile. Jan Cierniak tak te wydarzenia wspominał: Przez pierwsze tygodnie jesieni 1939 r. czekaliśmy na powracających z zawieruchy wojennej. Wracali ludzie spod Lwowa przechodząc …wpław przez rzekę San. Niemcy powrotu ludzi nie utrudniali. Ostatnimi powracającymi … spod Lwowa byli: Łodziana, Foltyniak, Sternal i Siuda.
Powrócili też niektórzy żołnierze z rozformowanych oddziałów Wojska Polskiego… Przed świętami Bożego Narodzenia” …ze szpitala Dzieciątka Jezus w Warszawie wrócił Wojciech Wrona– jeden z obrońców Warszawy. Przy pierwszych (niemieckich – dop. J.S.) atakach na Warszawę Wojciech Wrona został ranny. Kule przeszły na jego szczęście między żebrami po jednej i drugiej stronie (korpusu-dop.J.S.) Wrócił na niemiecką przepustkę, w wojskowym mundurze”.
Ten fakt był zdumiewający, bowiem pan Wojciech wrócił w pełnym umundurowaniu polskiego żołnierza, z pasem, w czapce z orłem, oczywiście bez broni. Warto dodać, że Wojciech Wrona był żołnierzem, walczącym pod dowództwem gen. Bortnowskiego[8].
Tymczasem miejscowe władze niemieckie w pierwszych dniach po zajęciu Buczkowic, zarządziły spis ludności. Wszyscy mieszkańcy musieli się stawić na placu obok ochronki (były budynek Towarzystwa Szkoły Ludowej przy ul. Wyzwolenia). Tam biegle piszący pracownicy gminni i pracownicy Fabryki Mebli Giętych, należącej do synów Adolfa Wecha, spis ten, zwany policyjnym, sporządzali. Spisujący, zdaniem świadków, dysponowali ewidencją ludności, prowadzoną przez gminę przed wybuchem wojny. Kwestionariusz spisowy nosił tytuł Anmeldung zur polizeilichen Einwohnererfasung . Poza danymi personalnymi należało w nim podać narodowość, wyznanie, język i zawód wykonywany. Elementem identyfikującym był odcisk kciuka, a także własnoręczny podpis. Wyniki tego spisu dawały okupantom podstawowy materiał do opracowań socjologicznych. Te zaś pozwalały dostosować metody i formy jak najlepiej służące utrzymywaniu w ryzach podbitego narodu. W parę tygodni po wybuchu wojny do buczkowickich domów zaczęła zaglądać bieda. Dawał o sobie znać bardzo dotkliwie brak pracy, szerzące się błyskawicznie bezrobocie, wpędzało w nędzę dziesiątki rodzin. Masy ludzi bez pracy tłoczyły się przed bielskim Arbeitsamtem (Urzędem Pracy-J.S.), by zostać zarejestrowanym i by móc otrzymać choćby minimalny zasiłek. Wielu miało nadzieję na szybkie zatrudnienie. Bezrobotni z Buczkowic byli np. zatrudniani zimą 1939 r. przy odgruzowywaniu i odbudowie bielskiego tunelu, który dla Niemców miał bardzo duże znaczenie. Wysadzony przez cofających się żołnierzy polskich spowodował unieruchomienie komunikacji kolejowej pomiędzy Bielskiem i Żywcem oraz dalej na południe. Wszystkie roboty, zważywszy na dużą liczbę pracujących, wykonywane były ręcznie. Warunki atmosferyczne nie miały żadnego znaczenia. A zima była mroźna.

Michał Tarnawa -w czasie okupacji mundur sokoli zdjął

Michał Tarnawa -w czasie okupacji mundur sokoli zdjął

Mieszkańcy Buczkowic pracowali również przy usuwaniu skutków dużej powodzi jaka miała miejsce w maju 1940 r. Najdotkliwsze i najrozleglejsze szkody wyrządził niepozorny potok Mesznianka, nazywany przed wiekiem Dziadowskim Potokiem. Wezbrana woda zerwała drogę w kierunku Bielska. Prace tam prowadzone miały na celu jej odtworzenie i odbudowę koryta potoku. Roboty wykonywała firma niejakiego Linerta z Bielska, zasilona znaczna grupą bezrobotnych. Wśród nich znalazł się Jan Cierniak, z dzisiejszej ulicy Woźnej. Z tej to grupy wyodrębniono szereg osób, fachowców z różnych dziedzin, zwłaszcza związanych z budownictwem i utworzono brygadę budowlaną, którą podporządkowano Urzędowi Gminy w Szczyrku. Kierownikiem tej grupy był mieszkaniec Wilkowic, bezręki kaleka. o nazwisku Kliś. Majstrem zaś był Rudolf Milota[9] z Buczkowic który, jako nad miarę skrupulatny i obowiązkowy, postrzegany był przez współpracowników jako gorliwiec. To spowodowało, że po wojnie stawiano mu z tego powodu zarzuty. Te roboty to przykłady angażowania bezrobotnych do szeregu prac, których potrzebę wykonania wymusiły tak wydarzenia wojenne jak i sama natura.
Trzeba jednak dodać, że część pozbawionych możliwości zarobkowania nadal nie była objęta ewidencją, prowadzoną przez Arbeitsamt. Na nich, jako potencjalnych robotników przymusowych, w latach 1940-1941, urządzano coś w rodzaju łapanek, niezależnie od innych akcji wywózek na tzw. roboty. Naturalne więc było, że w obawie przed taką możliwością wszyscy starali się uchronić, podejmując każdą pracę. Nie dawała ona jednak całkowitej gwarancji bezpieczeństwa, ale stwarzała nadzieję, że niemiecki właściciel lub administrator przedsiębiorstwa będzie zainteresowany wybronieniem swego pracownika od wywózki. Większe szanse mieli oczywiście pracownicy przedsiębiorstw pracujących na rzecz niemieckiej armii. Robotnicy zatrudniani w innych dziedzinach mogli czuć się w miarę bezpieczni tylko wtedy, gdy zwierzchnik był ustosunkowany wśród Niemców. Od pozycji pracodawcy zależało bowiem to, czy argumenty przeciwko wywózce na roboty były uwzględniane, czy też pomijane. Jedną ze spraw podstawowych w polskich rodzinach była walka o przetrwanie, a głównie staranie o pożywienie, którego nie zapewniały w dostatecznej ilości kartki żywnościowe. Bardzo dotkliwie odczuwano był ziemniaków, spowodowany zagarnięciem ziemi przez bauerów. Artykuł stanowiący podstawę wyżywienia przed wojną, był niedostępny. Jedyną drogą jego zdobycia była kradzież z pól, uprawianych przez bauerów. Przed wykopkami ziemniaki pozyskiwano przez tzw. dłubanie. Polegało to na ostrożnym rozgrzebywaniu rzędów ziemniaków pod „krzakami”, wybieraniu ziemniaków i ponownym uformowaniu tzw. „rządka”. Ta kradzież nie dawała wprawdzie możliwości zebrania dużej ilości ziemniaków, jednak była trudno wykrywalna, bo krzaki ziemniaczane normalnie dalej rosły i to w rzędach. Inaczej radzono sobie przy wyglądała wykopkach. Spędzani do nich byli wszyscy Polacy mieszkający „w obrysie” gruntów gospodarstwa osadnika. Przy pracach zarówno kopaczką obrotową konną, jak i ręcznych, kobiety zbierające lub kopiące ziemniaki wygrzebywały w ziemi niewielkie dołki i tam chowały bulwy. Miejsca znakowano wetkniętymi w ziemię :”badelami”, żeby wieczorem lub wczesnym rankiem dnia następnego, przed przystąpieniem robotników do pracy, wydobyć ziemniaki. Trzeba było jeszcze bardzo uważać, by nie natknąć się na kogoś, kto mógłby przeszkodzić w przeniesieniu ziemniaków do domu.
Ten sposób zdobywania ziemniaków opisał mi w rozmowie jeden z moich sąsiadów. On też opowiedział mi historię, jaką przeżyła jego matka i cztery jej sąsiadki, które wcześnie rano, nieomal o brzasku wyszły na ziemniaczysko, by swój łup odkopać. Traf chciał, że w tym samym czasie szedł z pociągu znany im mężczyzna, który – jak się okazało, doniósł bauerowi o tym, co widział. Kolejny raz okazało się, że jednych groźba głodu skłaniała do drobnych kradzieży, a innych chęć zaskarbienia sobie łask Niemców czyniła donosicielami. Donosicielstwo stało się obrzydliwą plagą tamtego czasu. Umożliwiało, a nawet bardzo często prowokowało ono podejmowanie przez Niemców szeregu akcji represyjnych wobec ludności. Często akcje te  kończyły się tragicznie.
Powszechnym pożywieniem stała się brukiew, czyli nasze poczciwe kwaczki. Ponieważ jednak nie było ich gdzie uprawiać z powodu zagrabienia ziemi przez bauerów, w 1942 i latach następnych jeden z najbardziej „łebskich” Volksdeutschów, niejaki Michał Tarnawa, wziął sprawy w swoje ręce, Był doświadczonym handlowcem, bo przez lata prowadził sklep z artykułami spożywczymi w Buczkowicach. Miał też słuszne na ów czas kontakty. Podpisał Volkslistę i jako niemiecki noworodek spisywał się nieźle. Zorganizował więc dostawy „kwaczków” wagonami do stacji kolejowej w Wilkowicach. Rozładunek nadzorował jego nieodrodny syn, również Michał, paradujący często w charakterystycznym stroju niemieckim i mundurze hitlerowskiej organizacji młodzieży starszej. Michał junior pilnie baczył, by ktoś z rozładowujących towar nie ośmielił się ukryć kwaka pod ubraniem, jeśli ten upadł z wagonu. Jeśli coś takiego komuś się przytrafiło, to nasz zdziczały rodak nie wahał się delikwenta skopać lub spoliczkować. Bez znaczenia było to, czy chodziło o kobietę, mężczyznę czy podrostka. Takie zdarzenie związane z kopniakami spotkało ciężarną siostrę Władysława Szewczyka. Tarnawa –junior miał też inny nawyk. Lubił po prostu sikać po kwaczkach w wagonie lub na placu. To była jakby pierwsza odsłona spektaklu, wyreżyserowanego przez znaną i cenioną przed wojną buczkowicką rodzinę. Druga rozgrywała się w Buczkowicach, na kamieńcu nad brzegiem Żylicy, w tzw. „tompolach” czyli wśród starych topoli (tuż za skrzyżowaniem do Szczyrku, po lewej stronie drogi). Tu główną aktorką była z kolei matka Michała (jr.), która wydawała bloczki, upoważniające do zakupu 25 lub 50kg kwaczków. Gdy przyszedł czas dostawy do Buczkowic, zasiadała na charakterystycznym zydelku w „tompolach”. Nad nią kłębił się tłum chętnych, bo głodnych sąsiadów i znajomych. Tarnawowa, bawiąca się w urzędnika, nie znosiła tłoku. Gdy tłumek wokół niej zgęstniał, a kłębowisko głodnych zaczęło naciskać, pani. zabierała swój zydelek i biegła w inne miejsce 15 czy 20m dalej od poprzedniego. Za nią ruszało 50 – 60 ludzi, by zająć najbardziej dogodne miejsce. Sytuacja się powtarzała i całe widowisko zmieniało miejsce akcji. Tak aż do wyczerpania całej dostawy.
Cóż to była za strawa z tych wybieganych i często zmarzniętych kwaczków! Jej zapach i smak został w nozdrzach i w ustach każdego, kto doświadczył przyjemności oczekiwania na jadło i smakowania go. „Aromat” gotowanych warzyw był obrzydliwie słodkawy i tak zjadliwy, że wszechobecny w każdym zakątku domu. Rozgotowana brukiew miała postać lekko różowej brei (papki) o słodkawym smaku. Jedzono ją z chlebem. Po takiej uczcie stawało się jasne, dlaczego przed wojną (a i po wojnie) kwaczki zadawano bydłu do sieczki w stanie surowym. I pomyśleć, że zdobycie tego paskudztwa było połączone z tyloma upokorzeniami, zgotowanymi buczkowianom przez szanowaną przed wojną rodzinę z Buczkowic[10]. Podobne, jak Tarnawowie metody poniżania buczkowian stosowała również sprzedawczyni mleka, przysługującego małym dzieciom na kartki żywnościowe. Sklep mieścił się w istniejącym do dziś budynku nieopodal „kolana”. Sprzedawczynią była wywodząca się z Buczkowic Volksdeutscherka. Każdy z przychodzących po mleko miał z sobą bańkę. Stawiał ją na ladzie, a sprzedawczyni wlewała do naczynia ciecz, która była mlekiem tylko z nazwy. Nie obyło się bez wylania części mleka na kontuar. Po obsłużeniu kilku klientów „lada” była zalana resztkami mleka. Wtedy ekspedientka brała ściereczkę, wycierała blat, a potem wykręcała szmatę nad bańką z mlekiem. Porządek musiał być. Do dziś żyją świadkowie tamtych wydarzeń. Bardzo ważną dla przeżycia sprawą było zdobycie zboża na chleb. Ponieważ nikt, poza bauerami, zboża nie mógł uprawiać, można go było tylko ukraść. Rzecz w tym, by zrobić to skutecznie i w sposób trudny do wykrycia. Najodpowiedniejszą porą dla pozyskania ziarna był czas po skoszeniu zboża, kiedy ustawione było w tzw. „mondelach”, gdy się suszyło. Wtedy wykonywano nietypową młóckę. Wykorzystywano zwykle worki, do których wkładano tzw. włocie snopków (część snopów z kłosami). Potem, po zaciśnięciu worka, kijami walono po worku z ukrytą częścią snopka. Efekt był przyzwoity. „Młócka” odbywała się bez strat ziarna, które pozostawało w worku, co było bardzo ważne. Snopek po wysunięciu z worka wyglądał całkiem normalnie. Można go było z powodzeniem ustawić na powrót do „mondela”, jakby nic się nie stało. Ziarno jednak zmieniało właściciela. A o to właśnie chodziło. Ten oryginalny i niezwykle oszczędny sposób pozyskiwania zboża opisał mi mój sąsiad. Był też i inny sposób, stosowany przez „detalistów”, którzy mieli pilną potrzebę uzyskania zboża natychmiast, ale w niewielkich ilościach. Wtedy i starsi, i dzieci wychodzili na ścierniska, by „zbiyrać kłóska”, czyli obcięte w czasie żniw kłosy. Po ich wysuszeniu przeprowadzano analogiczną, jak wcześniej opisana, młockę. Ale mieć zboże, to nie znaczy mieć chleb. Zboże trzeba było zmielić. Nie było to takie łatwe. Władze okupacyjne zarządziły bowiem, zdanie (zdeponowanie) żaren wykorzystywanych powszechnie w czasie przedwojennym. Wtedy bowiem tylko większe gospodarstwa korzystały z usług młynów, mali gospodarze piekli chleb z mąki, uzyskanej na żarnach. U nas nazywano je po prostu  młynkami. Zarekwirowanie narzędzi sprawiło, że nawet mając zboże, nie można był go zmielić. Radzono sobie w różny sposób. Najczęściej w ruch szły zwykłe ręczne młynki do kawy. Żeby uzyskać mąkę w ilości, która pozwalała upiec chleb, trzeba się było bardzo mocno napracować. Wielką pomocą dla naszych mieszkańców było wykonanie przez Rudolfa Starczaka młynka o małych gabarytach, a niezwykle, jak na swą wielkość, wydajnego[11]. Poza tym stosunkowo duża korba, w która był wyposażony, znacznie ułatwiała mielenie. Rudolf

Rudolf Starczak

Rudolf Starczak

Starczak, znany przed laty ślusarz i odlewnik, prowadzący przez wiele lat po wojnie zakład ślusarski przy ul. Nadbrzeżnej skonstruował młynek i wykonał w czasie, gdy pracował przymusowo w Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego w Gliwicach.. Obróbka detali niezbędnych dla zmontowania młynków była wykonywana oczywiście nielegalnie. Nie obyło się bez niewielkiej wpadki. O tym, że Starczak wykonuje jakieś „lewe” detale dowiedział się majster, nadzorujący prace robotników. Był to, pochodzący ze Śląska niejaki Gałązka. Okazał się on jednak człowiekiem na tyle przyzwoitym i niezbyt dociekliwym, że dalej nie dochodził czemu detale służyły. Warto wspomnieć, że Rudolf zachował po tym wydarzeniu wdzięczność dla swego majstra. Odwiedził go wraz z synem już po wojnie. Stali się przyjaciółmi. Niezwykle ważną sprawą przy tym młynku były jego rozmiary i łatwość montowania.. W sytuacjach np. nagłych wizyt policji, można go było schować pod kołdrę, pod poduszkę, czy  ukryć w nierzucajacym się w oczy miejscu. W trakcie poszukiwania

Młynek

Młynek

śladów historii z tamtych czasów natknąłem się na dwa egzemplarze Starczakowego młynka. Jeden przechowywany jest w izbie regionalnej w naszej szkole, a właścicielem drugiego jest Władysław Białek z ulicy Woźnej. Oba mogą być użyte w każdej chwili. Po wielu latach od tych wydarzeń wymyślone zostało hasło „Polak potrafi” Przedtem, jak życie dowodzi, też potrafił. Młynków wykonanych przez Rudolfa Starczaka było w Buczkowicach więcej, ponieważ ich sekretna „produkcja” trwała, a odwiedziny u rodziny w Buczkowicach w czasie przepustek stwarzały okazję do dostaw nowych egzemplarzy.
Swój sposób na zaspokojenie głodu miały dzieci. Dla nich miejscem żniwa była Żylica, pełna w tamtym czasie nie tylko pstrągów, ale też głowaczy i „ślizów”. Połowy jednak były zakazane. Ze względu na ograniczony czas, jaki można było poświęcić na łowienie pstrągów, to one właśnie miały największe szanse na przetrwanie. Łatwiejszym łupem były „glowoce” czyli głowacze.
Niemcy nie omijali żadnej okazji, by Polakom dokuczyć. Obiektem częstego zainteresowania policji stali się robotnicy dojeżdżający do pracy na rowerach. Robotnicy ci małymi grupkami dojeżdżali do Bielska i Białej bez względu na porę roku i pogodę. Policjanci, patrolujący drogi, zatrzymywali często grupę rowerzystów jadących z pracy, pod pozorem kontroli dokumentów i stanu technicznego rowerów. Kontrola kończyła się wykręcaniem wentyli z obu kół. Dalsza jazda była wtedy niemożliwa, a resztę drogi do domów trzeba był pokonywać pieszo niosąc rower, by ochronić opony i dętki przed zniszczeniem. Ta operacja sprawiała wiele radości policjantom, a była ona tym większa, im bliżej Bielska rowerzystów zatrzymano. Zabawa nie trwała jednak długo, bo i na ten wybryk nasi potrafili zaradzić. Ofiarami opisanych operacji byli m.in. mój ojciec Jan Stec, a także Stanisław Pysz i Władysław Bożek (z Rybarzowic). Bardziej wymyślni policjanci wykręcali z rowerów kierownice.
W czasie okupacji mieszkaniec Buczkowic niczego nie miał na własność. W każdej chwili mógł być z własnego domu wyrzucony. Nie był nawet właścicielem owoców swoim własnym ogrodzie. Bauer mógł w każdej chwili do ogrodu wejść, obrać jabłka, czereśnie i tak często robił. Prawowity właściciel nie miał prawa protestować. Niemiec przychodził po swoje. W innych miejscowościach znane były przypadki pobierania przez bauerów swoistego czynszu za zajmowanie domów i uprawianie przydomowych ogródków. Prawowity właściciel, jak widać, stawał się najemcą. Użytkował bowiem mienie należące do III Rzeszy. Wspominam tu fragmenty wydarzeń, w których dostrzegalną rolę odgrywali buczkowianie, którzy podpisali niemiecka listę narodowościową. Akcja pozyskiwania, wyłuskiwania z grona mieszkańców ludzi przydatnych do współdziałania z okupantem została przez Niemców podjęta w trzecim kwartale 1941 roku. Nie można wykluczyć, że władze wykorzystały dane ze wspomnianego wcześniej policyjnego spisu ludności, a także z informacji uzyskanych od współpracujących z okupantem osób, wcześniej związanych ze sprawami urzędowymi, gminnymi. Nie bez znaczenia było rozeznanie poczynione przez ludzi, którzy pojawili się we wsi przed wojna i pozyskali sympatię buczkowian, takich jak np. Maks Łuczyński. Nie ma wątpliwości, że w pierwszym „podejściu” brane były pod uwagę osoby, znane we wsi, sprawujące przed wybuchem wojny ważne funkcje w życiu społecznym. Pomocne w poszerzeniu wykazu kandydatów na Volkslistę było wprowadzenie zakazu prowadzenia działalności gospodarczej przez osoby narodowości polskiej. W naszych, buczkowickich warunkach ten akt miał znaczenie dla właścicieli sklepów i zakładów rzemieślniczych Do wyłonionych w drodze selekcji kandydatów do współpracy wysłane zostały pisma wraz ze stosownymi ankietami. Wypełnienie ankiety było równoznaczne ze złożeniem wniosku o wpisanie osoby (osób) na niemiecka listę narodowościową. Został też określony termin, w którym należało złożyć ankietę. Jeśli został dochowany, władze informowały daną osobę, że brak reakcji na propozycję złożenia wniosku oznacza, że adresat nie jest zainteresowany podpisaniem aktu przyjęcia narodowości niemieckiej.
Tak sprawy przebiegały w odniesieniu do pierwszej grupy osób, którymi Niemcy byli zainteresowani. Akcja zjednywania, do podpisania Volkslisty trwała jednak nieustannie, ze zmiennym nasileniem. Czasami przybierała formy drastyczne. Tak było z rodziną Ferdynanda i Zofii Gurdków z dzisiejszej ulicy Grunwaldzkiej. W ich przypadku „przekonywanie” zakończyło się rodzinną tragedią. Ferdynand Gurdek po odmowie podpisania wniosku został dotkliwie pobity. Podobnie stało się z jego żoną, która była w zaawansowanej ciąży. Zbita i skopana urodziła martwe dzieci, zabite w jej łonie. Ich ciałka zostały pochowane na buczkowickim cmentarzu. W księdze zgonów dla parafii Buczkowice pod dniem 9. listopada 1943 w pozycjach 43 i 44 znajduje się zapis o pochówku dwojga bliźniąt: Mieczysława i Zofii. Jako powód śmierci ksiądz Józef Kolber zapisał – „przedwczesny poród”. Nic więcej napisać nie mógł.
Wskutek kampanii niemieckiej rozegrało się w Buczkowicach więcej ludzkich tragedii, ale też miało miejsce wiele przejawów ludzkiej niegodziwości. Trzeba też dopowiedzieć, że od tej nieszczęsnej akcji w sposób wyraźny zaznaczył się podział rdzennych mieszkańców wsi na dwie części. Podział ten sięgał głęboko i trwał przez wiele lat. Zbiorowa mądrość naszej wiejskiej wspólnoty potrafiła dokonać obiektywnej oceny działań ludzi, którzy Volkslistę podpisali.

Józef Stec


[1] Franciszek Szpok, „ Wrzesień na Podbeskidziu” str.29. Kal. Besk.1979 r.
[2] Franciszek Szpok, tamże. O takiej akcji wspominają kombatanci.
[3] Franciszek Szpok, tamże str.33 wspomnienie ppor. Karola Stawowego. R. Miłoszewski podaje, że zginęło 20 żołnierzy, a ponad 40 zostało rannych.
[4] Rozważania na temat buczkowian –żołnierzy września, poległych w walkach oparłem na swoim opracowaniu „Cześć i pamięć”
[5] Do rozwiązania 21 Dywizji Górskiej gen, Józefa Kustronia doszło 16. września 1939 r. Generał zginął w bitwie, która zakończyła kampanię wrześniową dywizji
[6] Józef Stec „Cześć i pamięć”, str. 2,.25, 29,87.
[7] Józef Stec „Cześć i pamięć” str.106, a także niepublikowane materiały dot. odszkodowań za prace niewolniczą w Rzeszy. Chodzi tu np. o Rudolfa Steca (B-ce 200 i Ludwika Dutkę, B-ce 314 pozostających w niewoli w Kreis Gaminden ( lub Gamünden)
[8] Gen Bortnowski związany był z Armią „Pomorze” .Jego dowodzenie zostało bardzo krytycznie ocenione przez podwładnych( gen Mikołaj Bołtuć). Sprawę opisuje Paweł Piotr Wieczorkiewicz w art.” Wrzesień 1939-Próba nowego spojrzenia” przeciwstawiając postawę gen Boronowskiego waleczności gen Kustronia, Wikipedia
[9] Rudolf Milota był bratem Ferdynanda, więźnia obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie, zamordowanego przez Niemców 10. stycznia 1940. Por. Józef Stec „Cześć i pamięć”, str.34.
[10] dane zaczerpnięto z wywiadu utrwalonego na taśmie magnetofonowej (w posiadaniu autora)a przedstawiającego relację naocznego świadka wydarzeń. Jeśli wspominam o szacunku, jakim darzona była rodzina, to opieram to o fakt, że Michał Tarnawa był przed wybuchem wojny prominentnym działaczem „Sokoła”, wybieranym do władz tzw. gniazda sokolego w Buczkowicach.
[11] Fakt ten ustaliłem 21. lutego 2000 r. w czasie wywiadu z synem konstruktora, Czesławem Starczakeim