Roboty przymusowe

Robotnicy przymusowi z Buczkowic –zarys problemu

Roboty przymusowe i osławione wywózki w głąb Rzeszy były kolejnym mrocznym rozdziałem niemieckiej okupacji. Chodzi tu w głównej mierze o masowe przemieszczenia mieszkańców terenów okupowanych przez Niemcy do pracy w zakładach przemysłowych lub wielkoobszarowych gospodarstwach rolnych na terenach Rzeszy. Pobór na roboty do Niemiec był dla Niemców dodatkową okazją dla rekrutowania ludzi do podpisania listy narodowościowej. Chodziło tu o osoby pełnoletnie, zwłaszcza mężczyzn, którzy po podpisaniu Volkslisty byliby potencjalnymi kandydatami do armii niemieckiej. Zaciąg na roboty stwarzał więc okazję dla  upieczenia dwóch przysłowiowych pieczeni na jednym ogniu. Jedna z nich to siła robocza, a druga, to zasilenie Wehrmachtu. Inną postacią pracy niewolniczej było przymusowe zatrudnianie w tych samych gałęziach gospodarki mieszkańców naszego regionu, ale na miejscu. W tej grupie mieszczą się zatrudniane w rolnictwie osoby niepełnoletnie oraz kobiety.
Charakter pracy w gospodarstwach rolnych na terenie Niemiec i na terenach nam bliskich nie różnił się. Swoboda poruszania się poza miejsce pracy i zakwaterowania była w znacznym stopniu ograniczona lub wprost wykluczona. Ta uwaga odnosi się głównie do osób skierowanych do gospodarstw rolnych poza stałym dawnym miejscem zamieszkania.  Nieco łagodniejsze były warunki kontaktowania się z domami rodzinnymi pracowników przymusowych, jeśli zatrudniani oni byli w miejscowości swego zamieszkania. Nie można jednak mówić o bardzo sztywnych regułach w tej materii. Bardzo wiele zależało od bauera i jego stosunku do robotników. Nie ulega wątpliwości, że skala tego bezprecedensowego zniewolenia, które dotyczyło Buczkowic i miejscowości sąsiednich nie doczekała się jeszcze rzetelnego opracowania.. Upływ czasu, jaki dzieli nas od daty zakończenia II wojny światowej wskazuje, że chyba nie można spodziewać się powstania takiej publikacji, która w miarę kompletnie przedstawiałaby to zagadnienie. Obecnie możemy jedynie mówić o bardzo nieprecyzyjnych danych, gromadzonych na użytek uzyskania odszkodowań. Trzeba jednak jednoznacznie stwierdzić, ze dane te są dalece niezupełne, ograniczone do kręgu osób, u których lub po których zachowały się śladowe ilości dokumentów. Nazwy miejscowości czy powiatów, w których robotnicy przebywali, są zapisane w materiałach komisji weryfikacyjnej w wersji fonetycznej, zapamiętanej przez robotników przymusowych lub ich krewnych tak, że niepodobna w znacznej liczbie przypadków zlokalizować rejony, w których prace niewolnicze były wykonywane. Nie budzą wątpliwości jedynie nazwy większych ośrodków przemysłowych lub nazwy niektórych znanych niemieckich zakładów. Należy też dodać, że procedurze weryfikacji, a więc jednoznacznego wykazania, iż było się robotnikiem przymusowym nie poddali się wszyscy wywiezieni na roboty oraz ci, którzy pracowali w powiecie bielskim lub cieszyńskim. Na taki stan rzeczy złożyło się wiele przyczyn, z których warto wymienić tę, że robotnicy przymusowi nie bardzo wierzyli w skuteczność zabiegów o odszkodowania. Podważana była również wiarygodność instytucji zbierającej materiały o pracy niewolniczej. Panowało także zamieszanie wokół samej definicji robotnika przymusowego, w tym sytuacji osób niepełnoletnich, zmuszanych do pracy, nie wywiezionych w głąb Rzeszy. Jeśli mimo tych niedoskonałości zachowanego materiału starać się przybliżyć rozmiary zjawiska pracy przymusowej, dotykającego mieszkańców samych tylko Buczkowic, można sformułować następujące spostrzeżenia:
Komisja weryfikacyjna  wskazała w swych protokółach 100 osób wywodzących się z Buczkowic, które przedstawiły wiarygodne dokumenty, potwierdzające prace przymusową na odległych terenach Rzeszy niemieckiej. W każdym z tych przypadków wykonanie przymusu pracy związane było z obowiązkiem wyjazdu do miejscowości zatrudnienia, a więc oznaczało przymus opuszczenia miejsca zamieszkania.
Miejsca pracy większości tej grupy robotników- zesłańców rozrzucone były głównie w południowej części Niemiec, w tym na Dolnym Śląsku i Opolszczyźnie. Wymienia się tu powiaty kłodzki, powiat szprotawski, raciborski (z Raciborzem, Kędzierzynem Koźlem), Wrocław, Bolesławiec.
Druga część grupy robotników przymusowych wysłanych w głąb Niemiec została skierowana do północnych Niemiec: do Kolonii, Hamburga, lub do Prus Wschodnich. Te ostatnią grupę (Prusy Wschodnie) stanowili członkowie rodzin wysiedleni z naszej wsi w ramach akcji przeprowadzonej pod koniec czerwca 1942 r.
Cześć robotników przymusowych zatrudniona była w Auschwitz przy budowie obozu, a także przy budowie zakładów IG Farben. Przedstawiciele tej grupy robotników znaleźli się we wspomnianej liczbie 100 osób skierowanych poza teren powiatu. Z całą pewnością jednak liczba ujętych w protokółach komisji osób „ oświęcimiaków” jest daleka od rzeczywistej. Jest zdecydowanie  zaniżona. Trzeba dodać, że robotnicy zatrudnieni w Oświęcimiu mieli możliwość cotygodniowego kontaktu z rodzinami. Wiemy, że z możliwości tej korzystali. Można ich pracę określić, jako wykonywaną w warunkach ograniczenia wolności.
Liczną grupę osób, które przedstawiły wiarygodne (zdaniem komisji) dokumenty, potwierdzające prace przymusową stanowiły osoby, skierowane do pracy na terenie powiatu bielskiego i cieszyńskiego. Grupa ta liczy 170 osób. W niej mieszczą się nieliczne osoby, które zostały zmuszone do pracy w gospodarstwach i w fabryce mebli w Buczkowicach.
Poza zasięgiem zainteresowania komisji weryfikacyjnej znalazły się sprawy związane z pracą przymusową rdzennych mieszkańców wsi, wykonywaną na rzecz miejscowych bauerów w czasie trwania prac polowych. Ten obowiązek dotyczył w różnym stopniu wszystkich mieszkańców wsi.
Należy również stwierdzić, że zachowane materiały komisji zawierają ograniczone dane o osobach, które zgłosiły fakt wykonywania pracy na rzecz okupanta pod przymusem, jednak nie dysponowały wymaganymi dokumentami. Z racji upływu czasu nie były również w stanie wskazać żyjących świadków pracy. Poza wykazami komisji, z oczywistych względów nie znalazły się osoby, które nie zabiegały o odszkodowania z tytułu pracy przymusowej. Powodem był w tym przypadku albo brak dokumentacji, albo brak wiary w skuteczność zabiegów o finansową gratyfikację.   Cześć ze wskazanych wyżej okoliczności upoważnia do stwierdzenia, że zachowane materiały komisji weryfikacyjnej nie obrazują pełnej skali pracy przymusowej, jaką zmuszeni byli świadczyć mieszkańcy Buczkowic w czasie okupacji. Materiały te są zatem obrazem tylko fragmentu robót przymusowych, wykonywanych przez buczkowian.
Jeśli mimo to starać się wyprowadzić pewne uogólnienia z tych niedoskonałych i niepełnych danych, to możemy stwierdzić, że ponad 12% całej populacji wsi (a więc łącznie z dziećmi i starcami) przymusowo pracowało poza Buczkowicami. Dziś trudno ocenić, jak wielkość ta wyglądałaby w odniesieniu do osób w wieku aktywności zawodowej. Można natomiast z pewnością powiedzieć, że wymieniony wskaźnik procentowy byłby zdecydowanie wyższy. Po ponad siedemdziesięciu latach od zakończenia wojny niemal niemożliwe staje się odtworzenie losów tych robotników, którzy z dala od rodzin, we wrogim otoczeniu zmuszeni byli pracować wiedząc, że swą pracą umacniają siłę okupanta. Na dodatek musieli walczyć o swoje życie, mając przed sobą dwóch wrogów: Bijącego wachmana i wszechobecny głód. Ogromna ich część odeszła, zabierając z sobą ogromny bagaż ciężkich doświadczeń, czasem nawet rodzinie nieznanych. Część, która żyje, nie zawsze jest zdolna do ujęcia swych wspomnień w poukładaną całość. Zawodzi pamięć, mylą się fakty. Dlatego ocalenie od zapomnienia zaledwie strzępów  wspomnień  z którymi podzielił się ze mną pan Józef Rusin z Rybarzowic uważam nie tylko za obowiązek, ale traktuję w kategoriach obowiązku wobec cierpienia przymusowych robotników z naszej wsi i gminy.

Opowieść o przeżyciach Józefa Rusina z Rybarzowic

Miałem zaszczyt wielokrotnie z nim rozmawiać. A wielokrotnie dlatego, że słowom i wzruszeniom odbierającym głos trudno było zapobiec. Ostatnio widziałem się z moim rozmówcą w początku czerwca 2009 r., kiedy zabiegałem o opinię na temat mojego opracowania poświęconego robotnikom przymusowym. Liczył sobie prawie 85 lat. Te wielogodzinne wcześniejsze rozmowy, to były godziny wspomnień o przeżyciach, które wryły się w pamięć Józefa Rusina i tkwią w niej do dziś niczym bolesny cierń. Niemal każde ze wspomnianych wydarzeń mogło zakończyć się śmiercią, albo trwałym kalectwem, nie mówiąc o bólu wywołanego biciem. Z wielkim trudem przychodziło mu powracanie myślą do makabrycznych sytuacji i scen, których sam był uczestnikiem. To nie pamięć zawodziła, ale ożywające wspomnienia były barierą trudną do pokonania. Wielokrotnie głos wiązł mu w gardle, a oczy zachodziły łzami. To były wspomnienia z czasu, gdy młody Józef wchodził dopiero w okres swej młodości. Już na samym progu dorosłości przeżył głód, bicie, prace ponad siły i poniżenie. On ma prawo zadać pytanie o to, gdzie przebiegają granice człowieczeństwa. A wszystko to ma bezpośredni związek z pracą niewolniczą na rzecz Niemiec.
Końcem roku 1940 wielu młodzieńców z Rybarzowic otrzymało wezwania do stawienia się w Arbeitsamcie. Dotyczyło to wszystkich, którzy ukończyli 16 lat. Wiadome było, że chodziło o skierowanie do pracy. Nikt specjalnie się nie spieszył, by na wezwanie reagować. Niemcy słali więc kolejne. Brak reakcji na trzecie, ostateczne wezwanie oznaczał kłopoty. Wtedy jeszcze nie zdawano sobie w pełni sprawy z tego, jakie restrykcje może zastosować okupant. Wszak cała hitlerowska machina dopiero się rozpędzała. Na początek, na powitanie każdy spóźnialski był częstowany siarczystym policzkiem, by wiedział, że władzę należy szanować. Dopiero potem zaczynały się sprawy urzędowe.Józef Rusin należał do takich spóźnialskich. Zaliczył spotkanie z pięścią Niemca. Tylko usilne prośby matki, z którą w urzędzie się stawił sprawiły, że został skierowany do pracy w gospodarstwie niejakiego Schäfera w Mikuszowicach. Bezpośrednio z urzędu musiał się stawić w gospodarstwie. Gospodarz zaś czasu nie tracąc, od razu rozkazał mu wywieźć gnojowicę na pole. Nie było ważne, że Józef miał na sobie „świątelne” ubranie. Chłopak zrejterował prosto z pola. Uciekł do Rybarzowic. Znalazł schronienie u sąsiadów. Postanowił do gospodarstwa bauera nie wracać. Dołączył do trójki rybarzowian, którzy wyjeżdżali do Niemiec, zwerbowani do pracy przez niejakiego Józefa Łukaszka, mieszkańca Łodygowic. Jak się później okazało, był to opłacany przez Niemców werbownik, który za każdego dowiezionego nieszczęśliwca otrzymywał pięciomarkowa premię. Uczynił z tego zajęcia metodę na przetrwanie wojny w miarę godziwych warunkach. Cała czwórka wsiadła do pociągu w Łodygowicach, by przez Katowice, Wrocław, Drezno, Chemnitz i Altenburg dotrzeć do miejscowości Steinbach koło Altenburga[1]. Niemal na granicy Turyngii i Saksonii. Tu dołączyli do grupy pracujących już wcześniej Polaków. Ci, którzy mieli za sobą doświadczenia z pracy przymusowej nie mogli pojąć, jak można się było pchać  wprost do piekła. Praca Józefa związana była z utrzymaniem szlaków kolejowych. Tu zrozumiał, ze można przeżyć przez wiele tygodni pojąc się herbatą obozową. Poczucia palącego głodu nie było w stanie zabić ani zagłuszyć dobroduszne podejście do robotników właściciela gospodarstwa, w którym zostali „zakwaterowani” robotnicy. Gospodarz nosił dostojnie brzmiące nazwisko Liechtenstein. Można sądzić, że był przyzwoitym człowiekiem. Potrafił się nawet bawić  widząc Polaków w poniedziałek wielkanocny , kiedy urządzili sobie polski śmigus dyngus. W Steinbach Józef Rusin i jego koledzy przebywali od 4. lutego 1941r. do lipca 1941r.
Potem cała grupa została  przeniesiona do pięknego miasta Halle an der Saale.  Od pobytu w tym mieście życie Józefa Rusina można podzielić na dwa okresy. Jeden okres to pobyt w więzieniu, a drugi okres to praca  w tzw. baustelle –oddziale budowlanym, który zajmował się głównie utrzymywaniem przejezdności linii kolejowych, ale także wykonywaniem innych robót budowlanych. Spośród najważniejszych tras kolejowych i robót Józef Rusin wymienia Amendorf, gdzie mieściły się zakłady wojskowe i utworzony przy nich na wydzielonym terenie ogrodzonym siatką i drutem kolczastym obóz oddziału karnego żołnierzy Wehrmachtu, których Polacy pracujący na torowiskach kolejowych  wspierali papierosami, gdy Niemcy wykradali się z obozu. Wspomina roboty na linii kolejowej Bietterfeld-Magdeburg, prace w zakładach Leuna Werke IG Farben Merseburg i Buna Werke około 30 km od Halle. To w czasie pobytu w Halle przyszło Józefowi do głowy, by odwiedzić rodziców. Nie miał, niestety na to zgody pracodawcy. Wpadł już na stacji kolejowej. Ujęty przez policję, został osadzony w ciężkim więzieniu w Lipsku przy ulicy Riebeckstrasse. Trzy miesiące tam spędzone to jedno pasmo udręczeń, którego doznawali wszyscy więźniowie. A przebywali tam Polacy, Francuzi, Rosjanie, Amerykanie, później Włosi i przedstawiciele innych narodowości. Tu bicie przy byle okazji, a i bez niej było jedyną rzeczą, na co więzień-robotnik mógł liczyć. Racje żywnościowe były głodowe. Śniadanie – to czarna kawa zbożowa i kromka chleba. Obiadem była zabielana woda z kawałkami szarpanych ręcznie liści kapuścianych, śladową ilością ziemniaków i pływającymi pojedynczymi ziarnami kaszy[2]. Kawa zbożowa w czasie śniadania i kolacji mogła stanowić okazję do zaspokojenia głodu pod warunkiem, że natrafiło się na porcję zaczerpniętą w dołu kotła, gdzie osiadały fusy,(po naszemu „grunt”) z palonego zboża. Kto miał szczęście, ten załapał się na grunt. To było przyczyną, że mimo panującego głodu kolejka do kawy ustawiała się opornie. Nikt nie chciał być na jej początku. Ten nie mógł liczyć na porcję kawy do zjedzenia. To jednak stwarzało okazję do potwornego bicia tych, którzy stawali na końcu kolejki do kotła. Strażnicy chętnie korzystali z okazji. Mogli się wyżyć i udowodnić swoja przydatność do służby .Pobyt w więzieniu to jedno pasmo palącego głodu, na który cierpieli wszyscy więźniowie. Dlatego jego zaspokajanie było podstawowym ich zmartwieniem. Pierwszy raz w życiu usłyszałem, że zwykłe duże brązowo-pomarańczowe ślimaki (bez muszli) mogą, po prymitywnym przysposobieniu, służyć za pokarm. Trzeba było ślimaka mocno docisnąć dłonią do uda i przesunąć, lub przeturlać (jak kto woli te czynność nazwać) od góry ku dołowi. W ten sposób wyciskano resztki treści pokarmowych z jego wnętrzności. Potem wystarczyło tylko nadziać zdobycz na patyk i opiec nad ogniem tak, jak u nas opiekało się nad ogniem głowacze lub inne ryby złowione w potoku. Okazało się też, że nie tylko Francuzi, nazywani pogardliwie żabojadami zjadali te stworzenia. Józef Rusin opowiadał, jak w pobliżu jednego z obozowych baraków, w zalanym wodą deszczową rowie, wykopanym pod układany kabel zagnieździły się żaby. Głodni więźniowie, widząc taki dar natury, rzucili się na wyścigi w stronę zalewisk, by stworzenia te wyłapać. Ten wyścig gnanych głodem stał się świetnym widowiskiem dla obozowej straży, która zaśmiewała się do rozpuku. A zagłodzeni ludzie imali się każdego sposobu, by złagodzić głód. Przyrządzanie żab przypominało bardzo operację ze ślimakami. Nikt nie bawił się w patroszenie płazów, czy ich czyszczenie. Wystarczył jeden wprawny ruch po złachmaniałych spodniach, który oczyszczał żabie wnętrzności i zgniatał wątłe kostki, by płaz był gotowy do nadziania na patyk i pieczenia nad ogniskiem. Potem można już było delektować się smakiem. Wszystko po to, by złagodzić głodowe mdłości.
Chleb w tym więzieniu był skarbem najcenniejszym. Dlatego wokół dzielenia racji wytworzony został niemal nabożny rytuał, który miał zapewnić sprawiedliwy podział porcji pomiędzy członków więziennego komanda. Norma na jednego robotnika wynosiła 12 dekagramów, zaś bochenek ważył 1,2 kilograma. Krojenie i rozdawanie chleba było niezwykle ważną czynnością. By było sprawiedliwie, by nie powstawała grupa lub osoby posiadające przywileje, codziennie chleb kroił i rozdawał kto inny. Robił to bardzo starannie. Jeśli waga kromki się nie zgadzała, to albo z porcji odłamywano kawałek, albo dokładano do niej okruchy. Każdy musiał swoją normę otrzymać. Samo zaś wydawanie porcji związane było z losowaniem. Jeden z więźniów chował się pod stołem, na którym był pokrojony na porcje, a drugi robotnik kawałki te wydawał. Wydający musiał podawać porcję temu robotnikowi, którego nazwisko wywołał siedzący pod stołem. Dodatkowym zabezpieczeniem sprawiedliwego rozdziału było to, że wydający musiał trzymać w ręce porcję przeznaczoną do wydania zanim wywołujący nazwisko ogłosił. Życiu każdego więźnia w komandzie Józefa Rusina codziennie towarzyszyło bicie. Bykowcem, nahają z kabla zakończonego metalową kulą, drewnianą specjalną pałką, styliskiem do kilofa, lub namoczonymi w gorącej wodzie batogami. Bicie nie wymagało okazji. Jeśli nie zdarzyło się nic, co mogłoby stanowić pretekst, to nadzorcy najzwyczajniej go stwarzali. Według mego rozmówcy Niemcy byli mistrzami w wymyślaniu „oprzyrządowania” dla ceremonii bicia. Nie wystarczyło tak po prostu bić . Trzeba, by bicie było jednocześnie ostrzegawczym widowiskiem dla tych, którym los w danym dniu sprzyjał. W opisywanym więzieniu osadzeni, poza Polakami byli również Rosjanie, Włosi i Francuzi. Tu meblem do bicia był tak zwany koziołek. Składał się on z desek, które stanowiły jakby podłogę dla całości, pary krzyżaków oraz poprzecznej belki. Ukarany biciem nieszczęśnik musiał stanąć na deskach podłogi, przechylić się przez poprzecznie ułożoną belkę tak, by ciało tworzyło napięty pałąk. Ręce przypinane były do kostek Tak „spreparowany” człowiek był całkowicie bezbronny. Plecy, pośladki i genitalia robotnika były wystawione na zadawane ciosy. Zresztą, żadna część ciała nie była wyłączona spod uderzeń. Perfidia ceremonii bicia przy wykorzystaniu koziołka polegała na tym, że robotnik musiał bić swojego kolegę z komanda. O jednej z takich okrutnych scen nie może Józef Rusin zapomnieć. Tak się złożyło, że na karę bicia został skazany mizernej postury Francuz, zaś egzekutorem miał być zwalisty Włoch. Francuz był pewien, że to bicie będzie dla niego tragiczne w skutkach. Gdy zaczęła się egzekucja okazało się, że Włoch zbytnio się do bicia nie przykładał. Nadzorcy uznali, że nie bije należycie, a w każdym razie nie tak, jak oni to sobie wyobrażali. Zarządzili więc zmianę ról. Włoch został zapięty na koziołek, a Francuz stał się egzekutorem. Nie popełnił on już błędu Włocha. Dołożył się, by zadowolić nadzorców. Skatował Włocha tak dotkliwie, że ten niemal beż życia opadł na ziemię i siedział nago na niej tak długo, aż całkowicie stopniał pod nim śnieg.
Na specjalnych prawach przebywali w więzieniu jeńcy- żołnierze radzieccy. Te specjalne zasady polegały na obostrzeniu już i tak drakońskiego regulaminu. Żołnierzy tych Józef Rusin zapamiętał w sytuacjach, które, oczywiście, związane były z łagodzeniem głodu. Widział, jak zgarniali wraz z błotem i piachem resztki ziarna zbóż, by się posilić. Widział, jak skwapliwie zbierali ziemniaki, również te zmarznięte i upychali je do nogawek spodni, by w załomach ruin pożywić się czymkolwiek. Zboże starali się w miarę oczyścić Zapchali więc muszlę klozetową szmatami i papierem, by zablokować odpływ, następnie wsypywali swoją zdobycz do muszli. Potem spuszczali wodę, która wypłukiwała zanieczyszczenia, a jednocześnie powodowała namakanie i zmiękczanie ziaren. Opłukane, stawały się łatwiejsze do zjedzenia. Tak żywieni żołnierze mieli nadzieję na zwycięstwo nad Hitlerem. Bywało jednak i tak, że w nieco bardziej cywilizowany sposób takimi samymi resztkami pożywiali się Polacy i więźniowie innych narodowości. Wszystko zależało od nadarzającej się okazji. Żołnierze radzieccy w tym więzieniu mogli się w każdej chwili stać zwierzyną łowną. Mój rozmówca wspomina noc sylwestrową , kiedy to na powitanie nowego roku do drzwi baraku więziennego pełnego więźniów drzemiących przy długim stole rozległo się gwałtowne łomotanie. Drzwi się otwarły, a więzień najbliżej drzwi siedzący najbliżej siedzący wszystkich poderwał na nogi groźnym Achtung!. Do wnętrza wtoczył się pijany oficer niemiecki w towarzystwie wystrojonej sylwestrowo damy. Wyjął pistolet i przywołał jednego z Rosjan. Nakazał mu iść przed sobą w odległości kilku kroków. I człapał karnie więzień w wodzie, cieknącej wgłębieniem w podłodze baraku. Nagle rozległ się strzał. Młody Rosjanin padł martwy. Oficer zdał przed damą egzamin ze swych strzeleckich umiejętności. Przekazał pistolet swej towarzyszce, by i ona spróbowała, jak to jest, gdy można celnie strzelić do człowieka. Damę jednak chyba zemdliło to widowisko, bo zgarnęła swego rycerza i wyprowadziła z baraku. A zabitym był bardzo młody, niewysoki Rosjanin, który ze względu na swoje pogodne usposobienie i uczynność wobec współwięźniów, cieszył się przyjaźnią wielu.
Chwile grozy towarzyszyły zawsze nalotowi specjalnej ekipy zabójców, którzy zjawiali się w więzieniu niespodziewanie. Szczególnie pamiętny był czas pracy na tzw. Holzplatzu, czyli w składzie drewna, gdzie się pojawiali. Nosili charakterystyczne okrycia –ni to płaszcze, ni peleryny. Wszyscy byli rosłymi dryblasami z twarzami rasowych morderców. Ich zadaniem było tylko bicie. Potrafili to robić po mistrzowsku – opanowali do perfekcji swoje rzemiosło. Wyposażeni byli w stosunkowo krótkie ni to pałki, ni bykowce, które były zakończone metalowymi kulami. W czasie bicia pałki-bykowce, zapewne dzięki owym zakończeniom, wydłużały się jakby były sprężynami. Po uderzeniu takim narzędziem więźniowie padali jak muchy. W trakcie bicia nie chodziło o zabicie, ale po prostu o bicie do nieprzytomności. W czasie najazdu tej ekipy więzienna straż, znana ze swego okrucieństwa, stawała na uboczu. Musiała uznać wyższość i lepsze opanowanie morderczego rzemiosła przez „gości”. Patrzyła pilnie i brała nauki. Tak, jak w wielu innych miejscach kaźni, tak i w tym okrutnym więzieniu znaleźli się księża. Było ich trzech. Wszyscy z poznańskiego. W miarę swoich możliwości nieśli pociechę współwięźniom. Józef pamięta pasterkę, odprawianą na skraju pryczy otoczonej ciasno więźniami, tak by straże nie zauważyły ceremonii . Żadnych praktyk religijnych uprawiać w więzieniu nie było można. Józef Rusin pamięta też mobilizację wszystkich więźniów w poszukiwaniu sznurka, który był potrzebny jednemu z księży. Jakoś uzbierało się parę kawałków, które połączone z sobą i z zawiązanymi supełkami spełniać zaczęły rolę różańca dla księdza. Modlił się gorliwie odmawiając sznurkowy różaniec. Tak upływał dzień za dniem okrutnej więziennej rzeczywistości.
Matka szukała wszelkich sposobów, by Józefa z więzienia wydostać. Znalazła drogę do wspomnianego wcześniej Juraszka, który bywał w rodzinnych Łodygowicach i przekonywał kolejnych miejscowych do podjęcia pracy w głębi Rzeszy. Łapówką dla komendanta więzienia, którą werbownik zobowiązał się go przekupić, był wypasiony królik. To, jak się okazało, była wystarczająco wysoka danina za uwolnienie Józefa Rusina. Ale ten, który miał nadzieję na zwolnienie,  jeszcze za bramą więzienia nie był. Trzeba było zaliczyć gehennę apelu, który odbywał się codziennie, ale dla zwalnianego w danym dniu miał znaczenie nadzwyczajne. Przed ustawionymi w kolumny więźniami stawał komendant, który w pierwszej kolejności wyczytywał numery więźniów zwalnianych. W czasie pobytu w Lipsku człowiek nie miał nazwiska. Był numerem. Ten zaś nie był naszywany na ubraniu, ale zapisany na twardej tekturowej płytce, zawieszonej na szyi niczym upiorny ryngraf. Tragizm wyczytywania numerów więźniów zwalnianych polegał na tym, że komendant chronił swoje gardło, nie podnosił głosu, by być dobrze słyszanym w oddalonych rzędach kolumn. Sprawą więźniów było starć się usłyszeć swój numer . Krzyknąwszy „Jawohl!” wyczytany numer musiał szybko podbiec przed oblicze komendanta i zameldować się. Ten starannie sprawdzał czy wywołany przez niego numer zgadza się z numerem więźnia. Biada temu, kto meldował się, lecz był innym od wyczytanego numerem.  Więzień taki oskarżony był o próbę oszustwa i wyłudzenia zwolnienia. Karą za taki czyn było bicie, bicie, bicie… Dlatego Józef Rusin stojący w głębi placu apelowego, gdzie głos komendanta był słabo słyszany z duszą na ramieniu dopiero po trzecim wywołaniu zdecydował się zameldować i podać swój numer. Okazało się, że dane były zgodne. Józef został skierowany do rozliczenia się z rzeczy obozowych, które spakowane były w niedużym worku z jego numerem. Po ceremonii rozliczenia pod bramę więzienia podjechała „suka”- samochód przystosowany do przewozu więźniów. Rozpoczynała się podróż do Altenburga, gdzie musiał się stawić w Arbeitsamcie. Podróż sama w sobie była katorgą, którą porównać można było jedynie z pobytem w obozowym karcerze. Cały czas o głodzie, w pozycji siedzącej, wymuszonej przez specjalną klatkę, których na „pace” samochodu było kilka. Ta swoista „cela” pozwalała jedynie na wsunięcie się do niej. Uniemożliwiała wykonywanie ruchów, ponieważ jej szerokość była niemal równa szerokości tułowia dorosłego człowieka. Wsadzony do niej człowiek siedział przez cały czas trwania podróży jak w ciasnej, zamkniętej, niskiej szafie. W Altenburgu oczekiwał na Józefa Niemiec z czeskich Sudetów Carl Schwach, który rozumiał po polsku. Umiał też skorzystać z hojności Józefa Rusina, który „postawił” mu 12 dużych piw. Schwach wypił je jedno po drugim. Potem z Altenburga powrót do Halle an der Salle. Przez wiele godzin bez kropli wody i odrobiny jedzenia. Od miejsca, gdzie wysiadł musiał do obozu robotników przejść na piechotę. Skrajnie wyczerpany upadł na poboczu drogi, prowadzącej do lagru. Komanda przechodziły, nie dostrzegając leżącego niemal bez życia. Wszystko zdawało się trwać wieki. Dopiero jeden z Holendrów, niejaki Wilii Rosenkrantz rozpoznał w leżącym ich dawnego kolegę z komanda. Koledzy wzięli Józefa pod ramiona i dowlekli do obozu. Każdy ze swej głodowej porcji odstąpił mu okruch chleba lub łyk napoju. Józefowi powoli powracała świadomość, ale nie miał sił, by stanąć na nogi. Powracał jednak do grona żywych. Zdecydowanie szybciej biegły wiadomości z lipskiego więzienia do baustelle. Gdy historia ta się rozgrywała, w lagrze była już wiadomość o zwolnieniu Józefa z więzienia i polecenie, że należy się nim odpowiednio zająć. I zajęto się. W baraku niespodziewanie pojawił się on, dryblas o potężnej posturze, mówiący dobrze po polsku, o swojsko brzmiącym nazwisku Pietrzykowski. Był jednym z nadzorców komanda. Rozkazał Rusinowi wstać i zaczął wypytywać o to, jak się przybyszowi wiodło w więzieniu. Wachmeister przed wywiadem odpiął od pasa długi bykowiec, sięgający prawie do ziemi i zaczął się nim w charakterystyczny sposób bawić. I pytał: „Czy cię tam bili ?” Józef Rusin całe to wydarzenie tak opowiedział: „I co odpowiedzieć? Jeśli odpowiem, że bili, to oprawca będzie miał prawo powiedzieć, że oczerniam Niemców, naród przepojony kulturą i wspaniałomyślnością. Jeśli odpowiem, że nie bili, to Pietrzykowski ze swej strony przypomni mi swoją pałą gdzie jest moje miejsce, i co stanie się częścią mojej codziennej rzeczywistości w lagrze, do którego dotarłem. W głowie kłębiły się różne myśli, które mogłem wypowiedzieć. Ale żadnej nie uznałem za sensowną w mojej sytuacji. Po prostu milczałem. A Pietrzykowski stał w rozkroku trzymając w ręku długa pałkę. Czekał na odpowiedź. Zapanowała chwila grobowej ciszy. Wtedy niezawodni koledzy przyszli z pomocą. Jeden z nich Rudek Barteczko z Wilkowic nieśmiało, jakby pół żartem powiedział: „Pewnie, że bez niczego nie było”. Wszystko to działo się tak szybko, że niepodobna było pozbierać myśli. Wyobraźnia tylko pracowała. Widziałem przed oczyma śmierć. Ja wybiedzony i żyjący tylko jakby siłą woli nie miałem żadnych szans w zderzeniu z pałką Pietrzykowskiego. Bezgłośnie szeptałem słowa antyfony „Pod twoja obronę uciekamy się święta Boża Rodzicielko…” W tym momencie byłem pierwszym, który pod tę opiekę się uciekał i o którą zabiegał. I stała się rzecz, której nikt się nie spodziewał. Pietrzykowski przypiął pałę do pasa. A ja wróciłem znad przepaści, w której była tylko śmierć. To było wydarzenie, które zaliczam do przypadków wykraczających poza kategorię szczęśliwych zbiegów okoliczności.”
Po dołączeniu do komanda utrzymania torowisk Józefa czekała ciężka praca. W rozmowie pada cała masa nazw niemieckich stacji kolejowych na trasie od Halle do Lipska (Leipzig Hanbanhof). Dieskau, Gröbers, Grosskugel, Schkeuditz, Lützchena, Pegau, Jena, Eutra, a potem Witschensdorf k. Chemnitz.[3] Z pracą w ich obrębie związanych było mnóstwo trudnych do zapomnienia przeżyć. W jednej z miejscowości – w Penig Józef Rusin kupił na przesłaną z domu kartkę ubranie do I komunii dla swego młodszego brata. Pomagał mu  je wybierać właściciel sklepu. W miejscowości Schkeuditz miało z kolei miejsce wydarzenie związane z dziećmi z miejscowej szkoły. Oto, gdy komando szło do pracy, przechodzić musiało obok placu szkolnego. Gdy nadchodziła kolumna robotników, a dzieci były na podwórzu nauczycielka pozwalała im urządzać harce. Polegały one na tym, że dzieci podbiegały do robotników  i dla zabawy kopały ich po łydkach. Tylko tak wysoko zdołały dosięgnąć. Jednemu z napastników dostało się od Staszka Bożka, który nie zdzierżył zniewagi. Nieprawdopodobna historia miała miejsce na jednej ze stacji. Tam tory kolejowe przebiegały obok ogrodzenia z siatki metalowej i drutu kolczastego. Wewnątrz ogrodzenia, mieścił się w starych barakach obóz radzieckich jeńców. Na torach stały kolejowe platformy, służące do przewozu materiałów pod remontowane torowisko. Komandu, podążającemu wczesnym rankiem na miejsce robót ukazał się wstrząsający widok. Oto na jednej z platform leżał czerwony od zakrzepłej krwi ludzki szkielet, całkowicie „obrany” z mięsa. Nikt nie ustalił, kim ten człowiek był za życia. Całe komando było przekonane, że szkielet został przerzucony przez ogrodzenie, okalające obozowisko czerwonoarmistów i, że to oni, z głodu, po prostu zjedli zmarłego kolegę. Widmo tego krwawego szkieletu człowieka, stoi przed oczyma Józefa Rusina do dziś. To jednocześnie widmo okrucieństwa wojny, obłędu głodowego, który jest w stanie wyzwolić najniższe instynkty i odrzucić wszelkie moralne i etyczne ograniczenia, wrodzone człowiekowi.
W pamięci Józefa Rusina utkwiło wydarzenie w miejscowości Eutra, gdzie pracowała jego grupa Były tam silne stanowiska niemieckiej artylerii przeciwlotniczej. Niespodziewanie rozległy się syreny, zwiastujące alarm lotniczy. Rzeczywiście nadleciały samoloty amerykańskie. Tylko Amerykanie latali za dnia. Robotnicy rozpierzchli się szukając schronienia. Józef Rusin z przyjacielem ukrył się pod niewielkim mostem nad potokiem. Obaj byli niewidoczni z powietrza. W czasie bombardowania artyleria zestrzeliła jeden samolot. Amerykanie ratowali się skacząc na spadochronach Gdy usiedli zaczęli uciekać do pobliskiego olszynowego zagajnika. Schronili się do gęstych zarośli jeżyn. Niemcom nadarzyła się możliwość pojmania lotników. Po drodze zgarnęli Józefa Rusina i jego towarzysza, by ci wskazali im kryjówkę lotników. Nasi „zwiadowcy” nie mieli interesu by się nadmiernie wysilać i Niemcom pomagać. Amerykanie zostali jednak ujęci. Jednego z lotników, który miał kontuzjowaną nogę Niemcy nieśli na  drabinie niczym na marach.
Niezwykle tragiczne chwile komando Józefa Rusina przeżywało w czasie ciężkich bombardowań alianckich. Celem nalotów były między innymi ukryte pod ziemią i starannie zamaskowane zakłady przemysłowe o kluczowym znaczeniu dla armii niemieckiej. Chodziło tu o Merseburg Werke, Buna Werke. Alianci bombardowali dniami i nocami. We dnie latali Amerykanie, a nocą Anglicy. Ze względu na charakter zakładów i ich ulokowanie w podziemnych halach stosowali wszystkie rodzaje dostępnych bomb. Szczególnie groźne dla Niemców były tak zwane kettbomben[4] , które były bombami burzącymi o ogromnej sile niszczenia. Służyły do rozbijania podziemnych umocnień. Przypominały beczki, połączone łańcuchem. To powodowało zwielokrotnienie siły uderzenia. Używane były bomby fosforowe, których wybuchy przypominały feerie świetlistych wybuchów przypominających pokaz sztucznych ogni. Te ognie nie były zimne. One paliły wszystko co napotkały, a na dodatek nie można było ich niczym ugasić. Wybuchały bomby o nazwie luftbomben.[5] W centrum tego piekła, znajdowali się robotnicy, których nikt nie zwoływał do schronów. Każdy z nich musiał szukać schronienia na własną rękę. A złudzenie schronienia dawała każda nierówność terenu, wykrot lub lej po wybuchu. Niemcy ze swej strony starali się wszelkimi sposobami utrudnić lotnikom trafienie naziemnych celów. Jedną z tych osłon było detonowanie pojemników, wytwarzających sztuczną mgłę – künst nebel[6] Zdetonowaniu zbiornika wytwarzającego mgielną zasłonę towarzyszyło uruchomienie specjalnych dysz, z których pod ciśnieniem, w różnych kierunkach wyrzucana była mgła, która dokładnie zasnuwała teren gęsta warstwą. W takiej mgle Józef Rusin przeleżał w zagłębieniu w ziemi. Po odwołaniu alarmu Niemcy chodzili po terenie, na którym spodziewali się zastać ludzi-robotników i sztychem bagnetów zapędzali ich do podjęcia pracy. Chyba tylko wystającym żebrom Józef może zawdzięczać, że bagnet ześliznął się po nich nie czyniąc, poza dotkliwym bólem, większej szkody. Każde bombardowanie, które za swój cel miały poza zakładami przemysłowymi również linie kolejowe oznaczało nową ciężką pracę dla komanda kolejowego. Niemcy dla prowadzenia walk musieli mieć pewność dostaw zaopatrzenia, które gwarantowała kolej. Dlatego tak wielkie znaczenie przywiązywane było do szybkiego tempa robót przywracających drożność linii kolejowych. Jednak w tych niewyobrażalnie ciężkim czasie przy torach kolejowych po bombardowaniach w miejscowości Witschensdorf k. Chemnitz los jakby starał się wynagrodzić ten nieludzki wysiłek. Komando zostało tu skierowane by niemal od nowa uformować rozbite nasypy kolejowe. W pobliżu nie było żadnych większych obiektów ani baraków, które mogłyby służyć za miejsce do przenocowania. Miejscowość była schludna i tym charakterystyczna, że wszystkie domy rozlokowane na niewielkiej przestrzeni w rozwidleniu linii kolejowych były identyczne. Mieszkańcom pozwolono (lub nakazano), by robotników w swoich domach przenocowali. Józefowi Rusinowi trafiła się starsza pani z synową i wnuczkiem o imieniu Franz. Syn był żołnierzem i, jak się później okazało, walczył w Grecji. W tym domu po raz pierwszy od lat Józef Rusin spał w czyściutkiej pościeli, mając pod sobą pierzynę. Tu po raz pierwszy w życiu wykąpał się w wannie. Rankiem zaś mógł ubrać wyprane i wyprasowanie ubranie. Tu mały Franz wziął go z ufnością za rękę, jak swego ojca. Tu zjadł do syta pożywnego ańtopfu. Józef Rusin znalazł się w innym świecie. Okazało się, że syn walcząc w Grecji spotkał Greczynkę, która Niemca-wroga potraktowała z życzliwością. Nakarmiła, oprała i odwszyła. Niemka z Witschensdorf chciała innemu cudzoziemcowi spłacić dług, który zaciągnął jej syn w dalekiej Grecji. Dobry czas spędzony w tej rodzinie zakończyły dwa kieliszki kminkówki, której smak Józef pamięta do dziś.
Józef Rusin był świadkiem panicznego strachu Niemców przed wkraczającymi na rdzennie niemieckie ziemie wojskami radzieckimi. To był czas apokalipsy dla niemieckich kobiet. Chcąc zjednać sobie życzliwość zwycięzców zbierały kwiaty i starały się je wręczyć żołnierzom. A im nie kwiaty były w głowie. W niewybredny sposób wyrównywali czas przymusowej wstrzemięźliwości. Czy robotnik zmuszany przez wiele lat do pracy ponad siły miał w sobie współczucie dla zwyciężonych?  Odpowiedzią na to pytanie niech będzie łamiący się w czasie opowiadania tych epizodów głos i pojawiające się łzy. Wtedy zabrzmiały mi w uszach strofy wiersza zatytułowanego „Takie jest polskie serce” autorstwa mojego nauczyciela, Kazimierza Wójtowicza, więźnia obozu koncentracyjnego Auschwitz oraz Buchenwaldu. Serce Polaka, człowieka sponiewieranego przez nazistów, ale współczujące wtedy, gdy katowi dzieje się krzywda. Ono współczuło oprawcy i odsuwało na dalszy plan swoje osobiste złe przeżycia. Wspaniałomyślnie wybaczało doznane od Niemców krzywdy.
Tylko głupiec mógł wymyślić powiedzenie- „Prawdziwi mężczyźni nie płaczą”. Ci mężczyźni, którzy przeszli piekło na ziemi, którzy potrafią odczuwać i sięgać do głębin swej duszy, łez się nie wstydzą. Z nimi wylewa się gorycz, ból i pamięć o niegodziwościach ciemiężców i tych, którzy im się zaprzedali.
Wolność dla Józefa Rusina przyszła 16 kwietnia 1945r., wraz z 69 dywizją amerykańską. Był świadkiem spotkania się żołnierzy armii sojuszniczych nad Łabą, a potem ich przemieszczania się na granice ustanowionych przez aliantów stref okupacyjnych. Zapamiętał szczególnie charakterystyczne postaci żołnierzy radzieckich. Byli krępi, mieli azjatyckie rysy. Twarze ich i szyje nie różniły się kolorem od mas pyłu na drodze, a mundury były niewyobrażalnie brudne. Oficerowie poruszali się na niskich, podobnych do huculskich, konikach. Wszystko to było przemieszane z masą zdezelowanych ciężarówek i innych pojazdów.
Rusin wybrał się do strefy zajętej przez wojska amerykańskie. Tu spotkał część swoich niedawnych nadzorców, którzy, chcąc ratować swoją skórę przypominali o bardzo drobnych zdarzeniach, które miały świadczyć o ich dobroci i wyrozumiałości wobec niedawnych niewolników. Józef Rusin okazał im godny człowieka gest łaski. Dzięki napotkanemu w strefie amerykańskiej znajomemu por. pilotowi Karolowi Workowi zaciągnął się do polskiej cywilnej policji, pracującej w ramach organizacji sił amerykańskich. Jego zadaniem stało się wyszukiwanie i dowożenie do miejsc zgrupowań Polaków i obywateli innych narodowości. Uzbierała się ich w czasie kolejnych ekspedycji pokaźna grupa. Polacy zostali umieszczeni w trzech ośrodkach – obozach: w okolicach Stuttgartu, w Göppingen i Ulm. Z czasów pobytu w obozie w Göppingen utkwiła mu w pamięci postać księdza biskupa Ignacego Jeża, po wojnie ordynatora jednej z diecezji w Polsce. W obozie wszyscy nazywali go proboszczem, bo wykonywał pracę podobną do proboszczowskiej. Szczególnie dużo czasu poświęcił włożył na wyjaśniania i ewentualne legalizowanie z punktu widzenia kanonicznego związków małżeńskich, których wysyp był imponujący. Bohater tej opowieści po paromiesięcznej służbie w formacjach polskiej armii gen. Andersa powrócił do kraju w listopadzie 1945r., po latach niewolniczej pracy. Jedynym dokumentem, którym mógł się w kraju legitymować, był dokument wystawiony przez Polski Urząd Repatriacyjny- PUR.[7] Inne zostały na granicy państwa zarekwirowane przez polskie służby bezpieczeństwa i graniczne. W rodzinnym domu ojciec nie rozpoznał w nim swego syna. A ten syn wrócił należycie odżywiony, w pełni sił, jako ukształtowany mężczyzna. Przed laty wyjeżdżał jako podrostek. Powróciwszy do domu, niezależnie od oschłego przyjęcia na granicy postanowił, że do końca życia jego noga nie postanie na ziemi niemieckiej. Słowa dotrzymuje.
W czasie wielogodzinnych rozmów Józef Rusin wspominał cały szereg nazwisk ludzi z naszych stron, z sąsiednich miejscowości. Niewolnicze drogi tych ludzi splotły się z jego osobistymi przeżyciami. Życzeniem Józefa Rusina było, by w jego wspomnieniu znalazło się miejsce i dla nich. Czynię zadość tej prośbie. Oto nazwiska, które padły: Józef i Stanisław Bożkowie, Antoni i Józef Wantołowie, Linder, Franciszek Klima, Franciszek, Julian i Jan Wandzlowie, Karol Worek i jego syn Andrzej, Ządek, Jan Kania, Michał Faber, Michał Pach, Ludwik Maślanka, Szkaradnik, Antoni Kufel, Józef Loranc, Jan Gluza, Antoni Jakubiec, Józef Jakubiec, Alojzy Cader późniejszy ksiądz.
Ostatnim epizodem w kontaktach Józefa Rusina z Niemcami były wydarzenia, które miały miejsce końcem zimy 1947 r. w Międzylesiu (niem. Mittelwalde) w powiecie kłodzkim. Przyjechał tu by odszukać swego starszego brata, a także, by kupić żywność dla rodziny w Rybarzowicach. Chodziło o mięso, olej rzepakowy, grysik. Pobyt Józefa zbiegł się z akcją ewakuacji, wysiedleń osiadłych na tych ziemiach Niemców do Niemiec. Chodziło o migrację ludności zarządzoną przez kraje zwycięskie w wojnie. Ciekawa to była migracja. Niemcy zamieszkali m.in. w Międzylesiu, zdaniem Józefa Rusina byli wzywani do urzędu gminnego, gdzie mieli możliwość złożenia oświadczeń o woli pozostania na tych ziemiach jako przedstawiciele ludnosci autochtonicznej. Otrzymywali trzy miesiące na podjęcie ostatecznej decyzji. Gdy nie chcieli zdecydować się na miano autochtona, musieli w wyznaczonym przez władze terminie opuścić swoje gospodarstwa.
W tym czasie w rejon Międzylesia przybyło dużo Niemców z Czech, którzy uciekali do Polski w obawie przed bardzo zdecydowanymi i dotkliwymi dla nich represjami ze strony Czechów. Tam rozprawa z Niemcami była bezwzględna. W Polsce, zdaniem Józefa było inaczej.
Józef Rusin wyręczył brata, który miał odwozić Niemców na stację kolejową. Powoził saniami drabiniastymi, ciągnionymi przez woły nazywane tam powszechnie „oksami”. Wspomina, że „wypędzeni” załadowali sanie po brzegi. Mogli bowiem zabrać wszystko co tylko było możliwe do przewiezienia Atmosfera panująca przed wyjazdem, a także w drodze i na samej stacji była niemal wycieczkowa. Były śpiewy i powszechna wesołość. Pociąg, którym wyjeżdżali złożony był z wagonów przystosowanych do przewozu żołnierzy. Wewnątrz każdego z nich była zamontowany piecyk. Przed odjazdem, każdy miał możliwość napełnienia tzw. ferflaszy[8] kawą i zupą. Józef Rusin był naocznym świadkiem tego swoistego wypędzenia, ba nawet można powiedzieć, że uczestniczył w całej akcji. Wspomina o tych wydarzeniach przywołując sposób w jakim Niemcy w czerwcu roku 1942 prowadzili wysiedlenia polskich rodzin i skazywali je na wieloletnią poniewierkę. To wspomnienie żywe było w rodzinie jego teścia- rybarzowickiego organisty.

                                                                                                                       Józef Stec


[1] To „koło Altenburga” należy traktowac umownie. Steinach leży na południe od Altenburga.
[2] Franciszek Kubica, Historia Rybarzowic, Rybarzowice 1972 str. 28 i następne.
[3]Na współczesnej mapie miejscowość Witschensdorf nie jest ujęta. Istnieje prawdopodobieństwo, iż jej tereny zostały włączone do miasta Chemnitz. Przemawiałoby za tym to, że miejscowość przylegała do granic miasta.
[4] Z niem. Kette-łańcuch
[5]  To najprawdopodobniej bomby wybuchające nad powierzchnią ziemi
[6]  Jest to najprawdopodobniej skrót od niemieckiego künstlich – sztuczny, sztucznie wywołany oraz Nebel – mgła
[7] Zaświadczenie wydane przez PUR zostało Józefowi Rusinowi wraz z portfelem skradzione w czasie napaści niezidentyfikowanej bandy partyzanckiej w Wilkowicach, gdzie był z odwiedzinami u swego znajomego niejakiego Pawełka. Odnalezione w Huciskach było kompletnie zniszczone.
[8] Ferflaszami nazywane były manierki i spłaszczonych kształtach i uchwytem, ułatwiającym nalewanie. Zamknięcie pojemnika wykonane było tak jak w starych butelkach z piwem lub lemoniadą  W ferflaszach robotnicy jadący do pracy zabierali głównie kawę do śniadania, spożywanego w fabryce.