Osadnicy niemieccy w Buczkowicach w czasie hitlerowskiej okupacji

Osadnictwo niemieckie w czasie okupacji było jednym z elementów polityki hitlerowskiej Rzeszy, którą ta uprawiała wobec terytoriów okupowanych. Miało ono zapewnić osadnikom dostatek i życiową przestrzeń, która była filarem mocarstwowości III Rzeszy. Osadzając na zagrabionych terenach swoich obywateli, III Rzesza stwarzała im możliwości tworzenia ich własnej przestrzeni życiowej. To jedna z ważnych przesłanek politycznych osadnictwa. Druga praktyczna strona działań okupanta sprowadzała się do tworzenia kontrolowanych przez władze niemieckie źródeł zaopatrzenia w artykuły rolno – spożywcze tak potrzebne niemieckiej armii w czasie jej pochodu na wschód. Regularne dostawy płodów rolnych ze źródeł leżących bliżej granic ze Związkiem Radzieckim, były niezwykle cenne ze względu na niższe koszty zarówno ich transportu, jak i wytworzenia. Te właśnie były wynikiem bezinwestycyjnego pozyskania gospodarstw, łącznie z żywym inwentarzem, które niejako z marszu rozpocząć mogły produkcję na rzecz armii. Zagarnięcie domów mieszkalnych i zabudowań gospodarskich stwarzało niewątpliwie szczęśliwą dla okupanta sytuację. Koncentracja inwentarza, zwłaszcza bydła i koni, oraz komasacja ziemi, którą odebrano naszym gospodarzom, wyłączyła praktycznie spożycie płodów rolnych przez byłych właścicieli gospodarstw. Można stwierdzić, że tzw. samozaopatrzenie rodzin polskich w tych warunkach zupełnie ustało. A to oznaczało, że zdecydowanie większa część wytworzonych w gospodarstwach osadników płodów rolnych mogła być przeznaczona na potrzeby wojsk okupacyjnych. Można też powiedzieć, iż utworzenie osadniczych gospodarstw niemieckich na rdzennych polskich ziemiach zwalniało władze okupacyjne od tworzenia i nadzorowania kosztownego systemu kontyngentów, bez którego Niemcy mieliby trudności z dostawami żywności dla armii. Do tego obrazu trzeba dodać i to, że system osadniczy stworzył nową postać pańszczyzny, którą świadczyć musieli na rzecz bauerów tak ograbieni ze wszystkiego gospodarze jak i ci, których działek przydomowych formalnie nie włączono do kompleksów uprawianych. Nadano im bowiem status czasowych użytkowników domów, wybudowanych niegdyś własnymi rękami, a także użytkowników gruntowych działek przydomowych.
Bauer miał prawo do wszystkiego, co urodziło się na tych działkach; od kwiatów i warzyw, po owoce z przydomowych sadów. Jego człowiek mógł wejść do ogródka i zabrać wszystko, co tam wyhodowano. W praktyce więc był to stan zupełnego wywłaszczenia prawowitych właścicieli. Początki osiedlania Niemców w Buczkowicach przypadały na rok 1942. Wtedy jeszcze w nasze wsi rozdrobnienie gospodarstw nie było tak głębokie jak obecnie. Dla wielu rodzin rolników odebranie ziemi, pozbawienie ich siedlisk i inwentarza równoznaczne było z uczynieniem z tych ludzi nędzarzy, skazanych na kartkowe racje żywnościowe. Osądu tego nie zmienia fakt, że wielkość gospodarstw rolnych w Buczkowicach w tamtych czasach była zdecydowanie mniejsza od np. rybarzowickich, ale niezależnie od areału  w wielu przypadkach stanowiły one jedyne źródło utrzymania rodzin. Główny, choć nie jedyny, nurt osadnictwa niemieckiego był ukierunkowany niewątpliwie na bauerów. Z bauerami nadciągnęła do Buczkowic cała masa osadników, którzy wcześniej z uprawą ziemi niewiele mieli wspólnego. Była to w większości najzwyczajniejsza biedota z rumuńskiej Bukowiny. Ludzie ci w wielkiej wojennej wędrówce szukali szansy dla siebie, łatwiej ulegając nachalnej propagandzie. Byli w tej liczbie tacy, którzy np. świnie paśli na pastwiskach przywiązane do pali. Byli i tacy, którzy nie umieli obchodzić się z bydłem, które najzwyczajniej zmarnowali. Nie można też wykluczyć innych powodów, które przyczyniły się do pojawienia się w naszej wsi osadników. Wspomnę o tym w innym miejscu opracowania.
Część osadników to rzemieślnicy (krawcy, fryzjer, szewc),którzy w Buczkowicach awansowali na szefów większych zakładów, które. powstawały po spędzeniu do nich naszych rzemieślników. Tak np. było w przypadku niejakiego Zachmanna, który kierował zakładem krawieckim w bliźniaczych wówczas domach Jurów i Gluzów (obecnie Mrożkowie) przy ul. Wyzwolenia). Podobnie rzecz się miała z fryzjerem Wizzingerem u państwa Kubiców przy ul. Ciesielskiej, czy szewcem Langierem, któremu przydzielono dom . Michała Kubicy przy ul. Wiślańskiej (obecnie Gucwa). Rzemieślnicy ci mieli wyłączność na wykonywanie usług w określonych dziedzinach.
Pewną niewielką grupę osadników stanowili krewni bauerów. Były to np. matki, teściowe, córki, osamotnione przez mężów służących w armii, lub inni. Tego typu osadnikiem była np. matka bauera Köllera, którą ulokowano u Marii i Adolfa Newigerów, czy Tseppi (lub Zappi) ulokowana w budynku . Jana Huczka przy ul. Wyzwolenia – róg Łagodnej, czy wreszcie nieznana z nazwiska córka mniejszego bauera, mającego swoje siedlisko w domu Ludwika Gluzy przy ul. Długiej. Wśród osadników były też samotne małżeństwa w dość zaawansowanym wieku (np. u. Józefa Krysty, ul. Woźna 308).
Można więc powiedzieć, że osadnicy niemieccy rekrutowali się z bardzo różnych środowisk. Byli wśród nich i rolnicy mający pojęcie o prowadzeniu gospodarstw, których poziom wiedzy i umiejętności można porównać do bauerów prowadzących gospodarstwa w samych Niemczech, i byli ludzie, którzy z uprawą roli nic nie mieli wspólnego w swych rodzinnych stronach, a tu musieli się zająć produkcją rolną. Byli wśród osadników rzemieślnicy i byli najnormalniejsi rezydenci, których zgarnęła z sobą fala hitlerowskich przesiedleń.
Przełożonym wszystkich osadników był Bauerführer Górecki, który początkowo objął budynek u Migdałów przy ul. Fabrycznej 372 (róg Woźnej), obecnie Wantoła. Sam gospodarstwa żadnego nie prowadził. Na utrzymanie jego rodziny łożyli inni bauerzy, których obowiązkiem było dostarczenie mu potrzebnych produktów rolniczych. Pochodził ze Śląska. On sam, jak i jego żona biegle mówili po polsku, a moi pamiętający go rozmówcy, twierdzą, że był to człowiek o wyjątkowo antypolskim nastawieniu. Był niezwykłym służbistą, wyniosłym wiejskim hitlerowskim funkcjonariuszem. Miejscem Polaków, jego zdaniem, był tylko Oświęcim. Samym osadnikom też raz po raz zachodził za skórę. Niemcy, którym też doskwierały rozkazy władz, nazywali Góreckiego „piratem”. A był to „pirat” bezwzględnie egzekwujący, również od swoich, wykonywanie zarządzeń władz okupacyjnych. Jego pojawienie się w gospodarstwie bauera nie wróżyło niczego dobrego. Zwiastun złego pojawiał się zawsze na czarnym koniu. Osadzanie prawdziwych bauerów, tzn. osób zajmujących się prowadzeniem dużych (w naszych warunkach) gospodarstw rolnych było poprzedzone prowadzoną na dużą skalę akcją wysiedleńczą i przesiedleńczą. Te dwa określenia są potrzebne do określenia działań okupanta. Wspólnym celem wysiedleń i przesiedleń było „oczyszczenie” zabudowań z ich prawowitych właścicieli i przygotowanie siedlisk do przejęcia ich przez osadników. Rozróżnienie to przyjmujemy tylko dla potrzeb tego opracowania, wydaje się że jest to niezbędne z praktycznych względów. Różnica pomiędzy wysiedleniem, a przesiedleniem polegała na sposobie pozbywania się prawowitego właściciela z budynku. Część naszych gospodarzy po prostu wywożono poza Buczkowice albo w głąb ówczesnej Rzeszy albo na tereny Prus Wschodnich. Tak rozumiemy wysiedlenie. Przesiedleniem zaś, w naszym opracowaniu, będziemy określać przemieszczenie dawnych właścicieli domów i gospodarstw np. do sąsiednich domów w granicach naszej wsi lub do innej, niezbyt odległej miejscowości.
Tak np. na tereny w pobliżu Królewca do miejscowości Ostilmen, położonej w odległości około 30 kilometrów od Instenburga (polski Wystruć) wysiedlono rodzinę Michała Huczka z ul. Kwiatowej 403 (budynek dziś już nie istnieje). Drugą rodziną wysiedloną była rodzina Jana Wrony – kowala z Buczkowic (ul. Bielska 125). Ich z kolei wywieziono w nadmorskie rejony dzisiejszych Niemiec (Kreis Stralsund) Wronowie zostali skierowani do gospodarstwa Jurgena Hechta . Nosiło oryginalna nazwę „Neuhoff”, a położone było w pobliżu miasta powiatowego. Oba „oczyszczone” gospodarstwa zostały zajęte przez bauerów. Budynek mieszkalny i zabudowania po rodzinie M. Huczka objął Edward Lang, a po rodzinie J. Wrony inny bauer, i również kowal, o nazwisku Köller lub Koeller. By stworzyć mu warunki do prowadzenia gospodarstwa wywieziona została również rodzina Michała Kempysa z ul. Wójtowej. Budynek tej rodziny przeznaczono dla celów inwentarskich. Kolejny bauer , niejaki Ryppel miał zająć na cele mieszkalne zabudowania Kubiców (u Jyndrysa) przy ul Lipowej, ale okazało się, że są dla niego nieodpowiednie. Więc w ostatniej chwili do grupy wywożonej do Polenlagru dołączono rodzinę Olgi i Szczepana Kubiców z synem i Kubicą seniorem, z tej samej ulicy. Na cele inwentarskie Ryppelowi przeznaczono zabudowania Józefa Kubicy z ul. Wierzbowej. Rodzinę Wronów z ul. Cienistej wywieziono, bo budynek został przeznaczony dla bauera Tandy. Wskazane przykłady są bezwzględnie udokumentowane. Na dopracowanie zasługuje opis losów wywiezionych rodzin. Nie we wszystkich przypadkach będzie to jednak możliwe. Zarówno akcji wysiedleń, jak i przesiedleń towarzyszył bezwzględnie pośpiech, który pozwalał na zabranie tylko rzeczy osobistych, niewielkich zapasów żywności na drogę i odzieży. Wszystko, co pozostało w domach stawało się wianem dla nadchodzących nadludzi. Zwiastunem wysiedleń były nakazy dla rolników z sąsiednich miejscowości, dysponujących końmi, by służyli podwodami. W przypadku Buczkowic taką mobilizację wozaków zarządzono w Szczyrku.
Po opróżnieniu domostw zaczynało się wielkie sprzątanie, do którego zapędzani byli bądź sąsiedzi przymusowych uchodźców, bądź kobiety z sąsiednich miejscowości. Tak było u Michała Huczka, gdzie sprzątaniem zajmowały się córki Wojciecha Dobiji (ul. Kwiatowa) i kobiety ze Szczyrku, lub u Wronów (ul Cienista), gdzie sprzątali pierwsi „z brzegu” sąsiedzi. Przygotowane na przyjęcie nowych gospodarzy domostwa sprawiały dobre wrażenie na osadnikach, którym przekazywano informacje, że obejmować będą gospodarstwa opuszczone, oczekujące na nowych gospodarzy. Nie zawsze jednak ten obraz był tak jasny dla przyjezdnych. Zdarzało się bowiem, że bauer stawał ze swoją rodziną pod domem jeszcze nie opróżnionym. A wtedy oczom osadników ukazywała się rzeczywistość w całej swej okropności. Tak było u Michała i Julii Kręcinów, przy ul. Malinowej, których wyrzucono z budynku, nie bacząc na liczną gromadkę płaczących dzieci i miotających się po obejściu ich zrozpaczonych rodziców. Temu wszystkiemu przyglądała się cała rodzina Köllerów, a wśród nich matka bauera – kobieta w bardzo zaawansowanym wieku, siwiuteńka, której zięć – lotnik niemiecki zginął na froncie. Ta właśnie kobieta była bardzo poruszona tym, co zobaczyła. Ona powiedziała, że nie tak miało być i potwierdziła, iż w ich rodzinnych stronach upowszechniano informację o potrzebie objęcia opuszczonych gospodarstw (podkr. J.S.).Być może scena ta doprowadziła do tego, że matka tego bauera nie zamieszkała w domu Kręcinów, lecz w najbliższym sąsiedztwie – u Marii i Adolfa Newigerów, którzy nie zostali z domu przesiedleni. Obie rodziny – niemiecka i polska – zajmowały dom wspólnie. Było też tak, że budynek na potrzeby osadnika zajmowano pod nieobecność właściciela. Tak było u Jana i Marii Gluzów przy ul. Lipowskiej 435. Do domu po prostu się włamano, rozwalając część drzwi siekierą. Nowa gospodyni – Rosa Materna przejęła budynek ze wszystkim, co się w nim znajdowało, nie wyłączając zabawek córeczki Gluzów. Ten fakt potwierdziła sama Maria Gluzowa. Do dziś stoi jej przed oczyma obraz płaczącej córki, która chciała odzyskać tylko lalkę. Okazało się, że płacz dziecka nikogo nie poruszył. Tak Gluzowie, podobnie jak inni, stracili w jednej chwili dorobek całego życia, pozostając bez dachu nad głową, w tym, co mieli na sobie w chwili, gdy wychodzili z domu. Przewodnikiem i świadkiem tej haniebnej sceny był syn jednego z buczkowickich Volksdeutschów.

Bauer Leopold Tanda z grupą robotników.

Bauer Leopold Tanda z grupą robotników.

Rodzina kowala Jana Wrony, znanego pod przydomkiem „Jonka spod zielonek”, dostała na opuszczenie domu „aż” 10 minut. Trzeba było zostawić wszystko, nie wiedząc, jaki los rodzinie zgotowali nadludzie. Niezależnie jednak od zdarzających się tu i ówdzie incydentów, opinia moich rozmówców była jednoznaczna: Akcja przyjmowania osadników była ze strony niemieckiej dobrze przygotowana. Na ten aspekt sprawy zwracał uwagę Jan Cierniak, człowiek o rozległej wiedzy na omawiany temat. W trakcie rozpoznawania szczegółów dla potrzeb tego opracowania tej akcji stwierdziłem tylko jeden przypadek, w którym bauer odmówił zamieszkania we wskazanym budynku uznawszy, że jest on nieodpowiedni. Osadnikiem tym był wcześniej wspominany Ryppel. To dowodzi starannego przygotowania przez Niemców akcji osiedleńczej. Nikt z rozmówców nie zauważył, by w procesie osadzania, zwłaszcza bauerów, doszło do sąsiedzkich nieporozumień pomiędzy nimi na tle wielkości i granic gospodarstw. Być może sprzyjał tej zgodzie układ pól który dyktował takie, a nie inne rozdysponowanie ziemi pomiędzy Niemców. W dolnej części Buczkowic na przykład bauerzy otrzymywali grunty położone pomiędzy tzw. skotniami, czyli drogami prowadzącymi do pól. W górnej części wsi natomiast, gdzie ukształtowanie terenu nie zawsze rysowało tak wyraźną sieć pól – takie rozgraniczenia nie zawsze były możliwe.
Sprawność w objęciu przez Niemców nowych gospodarstw i to w krótkim czasie wskazuje na to, że plany osadnicze musiały być przygotowywane wcześniej. Druga możliwość, jaką należałoby uwzględnić przy rozważaniu osadnictwa jest taka, że władze okupacyjne korzystały z porad znających nasze realia miejscowych sprzymierzeńców. Tej możliwości nie należy lekceważyć szczególnie dlatego, iż w Buczkowicach wśród Volksdeutschów pojawiły się osoby, mające bardzo dobre rozeznanie w sprawach wiejskich. Byli to pracownicy gminy. Wszyscy rozmówcy podkreślali np. niemal encyklopedyczną pamięć w sprawach granic działek i gruntów, właścicieli i związanych z nimi zagadnień ksiąg wieczystych, jaka posiadł Michał Gębala To stwierdzenie nie zawiera w sobie żadnej sugestii co do roli Gębali. w procesie przygotowania osadnictwa, a jedynie wskazuje na powszechnie znaną i skądinąd cenioną w Buczkowicach jego wiedzę w sprawach gruntowych. Można również przyjąć za wysoce prawdopodobne i takie przesłanki, że bauerom zostały przypisane połacie gruntów (np. miedzy skotniami) na podstawie map. Następnie szukano dla nich siedlisk już istniejących, lub takich, które można zagospodarować przy wykorzystaniu sąsiedzkiej zabudowy bądź niewielkim nakładzie środków.Taką tezę mogłyby potwierdzić konkretne lokalizacje: np. Köller u Kręcinów mieszkał, a budynek mieszkalny. Bronisławy i Józefa Bielaków zamienił na oborę i stajnię; Schafhauser – u P. Migdałów mieszkał, a stodołę wybudował rekwirując cegłę należąca do Elżbiety i Alojzego Steców, przeznaczoną przez nich na budowę domu mieszkalnego; Edward Lang– u. Huczków (403) siedlisko miał gotowe Leopold Tanda zamieszkiwał u Świerczków (Buczkowice 7), a później u Siudów przy ul. Wiśniowej. Stajnie urządził bez nadmiernych kosztów w domu mieszkalnym Anny i Szczepana Wandzlów przy ul. Ogrodniczej. Za tą tezą przemawiać może również praktyka tworzenia dużych gospodarstw, która sprowadzała się do likwidacji miedz i nieoglądania się na poprzednich buczkowickich użytkowników. Niemcy dokonali komasacji gruntów we wsi jednym pociągnięciem ręki. Przeprowadzili operacje, której do dziś nie udało się przeprowadzić w naszej wsi z naszej własnej inicjatywy. Praktyka ta świadczyła o tym, że osadnicy niemieccy nie liczyli się z opuszczeniem zagarniętych ziem. Przyszli jak na swoje. I zamierzali tu zostać. Jan Cierniak tak to określił: „Wielu z nich miało swoich synów w wojsku niemieckim. Stąd według zasług dostawali najładniejsze domy i tereny rolnicze do swojej działalności osadniczej w jednych ciągach (podkr. J.S.) wyłączając nieużytki. Osadnicy byli wdzięczni za to co otrzymali. Polaków traktowali jako służbę nisko płatną…”
W ten przestrzenny układ gospodarstw, utworzonych na użytek bauerów niemieckich wpisywane były gospodarstwa tych buczkowickich gospodarzy, którzy podpisali Volkslistę. Jednym powiększano gospodarstwa kosztem gruntów ich sąsiadów, a innym przydzielano ziemie w innym miejscu, gdy tereny ich gospodarstwa stały się częścią areału zajętego przez bauera. Pierwszy ze sposobów docenienia Volksdeutsha miał miejsce w dolnych Buczkowicach, a drugi „nad kolanem”. W tym przypadku dobre gospodarstwo zajął Franz Welisch, a buczkowianinowi przydzielono grunty w rejonie dzisiejszych magazynów dawnej Gminnej Spółdzielni.

Bauerzy i osadnicy niemieccy w Buczkowicach w czasie II wojny światowej

Nazwisko (imię) bauera Prawowity właściciel gospodarstwa
Köller Julia i Michał Kręcinowie, ul. Malinowa
Lang Edward Anna i Michał Huczkowie, ul. Ogrodnicza
Tanda Leopold Anna Świerczek, ul. Ogrodnicza 7(Teresa Siuda, ul. Wiśniowa 196[1]
Schafchauser Anna i Franciszek Migdałowie, ul. Ciesielska
Zachmann Maria i Antoni Gluzowie oraz Jurowie, ul. Wyzwolenia 508
Koeller Genowefa i Jan Jakubcowie, ul. Wyzwolenia 363
Wizzinger Franciszka i Rudolf Kubicowie, ul. Ciesielska 494
Fridolin Kolarz Stanisław Migdał, ul. Wyzwolenia
Brandlowa Baltazar Kwaśny, ul. Wyzwolenia 474
Kwastnik ( Kwaśnik Franciszka i Rudolf Dobijowie ul.Jasna
Fejdych Anna i Kazimierz Gurdkowie, ul. Wyzwolenia 433
Brand Leo Józef Kubica i Franciszek Kłosiewicz, ul. Wiślańska
brak danych       Pawlik (obecnie Antoni Pindel)
.Ciutka Jan Nikiel (obecnie Pezdek), ul. Woźna 48
Berger Kruczek (obecnie Krystyna Kopeć)
Welisch Franz Jan i Maria Kopaczkowie, ul. Spokojna
Köller Jan Wrona – kowal, ul. Bielska 125
Altman Józef Krysta, ul. Woźna 308
Tanda Wrona, ul. Cienista
Langier Michał Kubica, ul. Zielona (róg Wiślańskiej)
Materna Rosa Maria i Jan Gluzowie, ul. Lipowska 435
Kletsch Joseph Cader i Waluś, ul. Świerkowa
Szirowski Szwajcakowie (d. Gluzowie), ul. Długa
Szirowski Migdałowie, ul. Długa
Hoenig Maria i Józef Migdałowie (ślusarz) ul. Długa
brak danych Ludwik Gluza, ul. Długa
Güntner Moczek – Briss, ul. Miodońskiego
Tseppi (lub Zappi) Jan Huczek, ul. Wyzwolenia 397
Hass Józef Gluza, ul. Wyzwolenia 160
Górski Antoni Wantoła, ul. Fabryczna
Ryppel Olga i Szczepan Kubicowie, ul. Lipowa 232
Weiss (?)[2] Jan Sanetra, ul. Grunwaldzka
Michael Seniuk Władysław i Marta Kubicowie, ul. Bielska 172
brak danych Wojciech Przybyła, ul. Grunwaldzka
brak danych Jan Zemanek, ul. Grunwaldzka
Jakub Müller Ludwik Sternal, ul Lipowska 533( stolarz)
brak danych Bronisława i Józef Baron, ul. Lipowska
Karol Kallot  Józef Kociołek Kalinowa 450 i Ludwik Sternal Lipowska
brak danych Anna i Józef Walusiowie, dr.Romana Białka
Müller Stefan Kubica, ul. Lipowska i Michał Tarnawa ul. Kasztanowa
brak danych Jan Repak, ul. Kasztanowa(budynek nie istnieje)
brak danych Anna i Wojciech Gluza, Grunwaldzka
brak danych Julia i Jan Gorylowie, ul. Myśliwska
Schirowski Franciszka Kubala, ul. Lipowska
Zajdel Tomasz Kłosiewicz, Woźna i Genowefa Jakubiec, Woźna
Sinderlej Władysław Dadok, ul. Radosna 418 i Maria Dobija, ul. Radosna 163.

Uwagi:
  1.W budynku A i W. Gluzów przy ul. Grunwaldzkiej mieszkał policjant o nazwisku Tschiba, lub Tsiba. Osadnik właściwy o nieznanym nazwisku prowadził piekarnię.
2.Koloniści: Kalot, Köller( poz.1), Müller oraz Zajdel zajmowali po dwa zespoły budynków w każdym przypadku jedno z tych zabudowań przeznaczone było dla celów mieszkalnych, a drugie dla potrzeb inwentarskich.

Osadnictwo niemieckie w liczbach

Jednym z szeregu zasadniczych pytań, jakie nasuwają się przy rozpatrywaniu spraw niemieckiego osadnictwa, jest pytanie o liczbę osadników, a także o łączną liczbę osób narodowości niemieckiej, które Buczkowicach się pojawiły w związku z tą akcją. Mimo upływu czasu, z jakim mamy do czynienia, można dziś stwierdzić, że ilość rodzin osadników niemieckich została ustalona – było ich 45. Wydaje się, iż liczba ta jest ostateczna[3]. Jej określenie nie daje jednak wyobrażenia o tym, jak liczna grupa ludzi wraz z nimi znalazła się w naszej wsi. Na tę kwestię znajdujemy odpowiedź w publikacji wydanej przez parafię Chrystusa Króla w Bielsku-Białej -Leszczynach[4], a głównie w „Wykazie katolików według narodowości w Wikariacie Generalnym Archidiecezji Krakowskiej włączonych do Rzeszy”. Fragmenty tego wykazu w układzie dostosowanym dla celów tego opracowania przedstawiają się następująco:
Stan na 01.VII.1943 r.[5]

Miejscowość Ogólnie Polacy Niemcy Udział % Niemców[6] Niemcy wg spisu z r. 1921(osoby)[7]
W tym: 246.291 222.179 24.112 10,85 %  
Buczkowice 3.250 3000 250 7,60 % 3
Łodygowice 4.787 4.313 474 9.90 % 4
Żywiec 16.000 15.000 1.000 6.25 % 513
Hałcnów 3.224 849 2.375 73.67 % [8] 1786

 W tym samym źródle zamieszczone są dane o tym, ile osób narodowości niemieckiej zamieszkiwało w Buczkowicach w 1941 r. A było ich 15. Z porównania tych dwóch liczb (250 i 15) wynika, że w trakcie akcji osadniczej mogło się do Buczkowic przemieścić 235 osób. Można wątpić, by w tym wykazie na równi z rdzennymi Niemcami ujęci byli Volksdeutsche. Można więc z dużą dozą prawdopodobieństwa przyjąć, że w trakcie niemieckiej nawałnicy w Buczkowicach zjawiło się łącznie 250 osób. Do roku 1941 12-osób, a do połowy roku 1943 dalszych ok. 232 do 235 osób.

W spisie, którego wyniki zawarte są w wykazie, ujęte zostały wszystkie osoby narodowości niemieckiej osiadłe w Buczkowicach. Są to typowi koloniści – rolnicy i pozostałe osoby- jak urzędnicy, policjanci, położna[9], nauczyciele. By upewnić się, czy liczba podana w wykazie oddaje rzeczywisty obraz całości osadnictwa, rozpoznane zostały sprawy wyznania osadników. Istniało bowiem prawdopodobieństwo, iż w tym gronie mogli być np. luteranie lub wyznawcy innych odłamów chrześcijaństwa. Gdyby tak było, dane archidiecezjalne należałoby poddać korekcie. Okazało się jednak, że w Buczkowicach osiadł tylko jeden luteranin[10]. Nie pochodził on, jak większość osadników, z Rumunii. Ta okoliczność stanowi, moim zdaniem, dodatkowy argument na zupełność materiału statystycznego Archidiecezji. Osadnicy ulokowani w Buczkowicach wywodzili się głównie z Bukowiny, a więc z dala od historycznej reformacji, a terenów bliższych Rzymowi i katolicyzmowi. Dlatego brak było pośród nich przedstawicieli innych wyznań.
Warto zwrócić uwagę na to, że przeprowadzenie spisu osób wyznania rzymsko – katolickiego wg stanu na dzień 1 lipca 1943 dowodzi, że nie był to termin przypadkowy. Był to czas graniczny, przed którym zakończona została niemiecka akcja osadnicza zakrojona na szeroką skalę. Akcja ta rozegrała się bowiem w drugiej połowie 1942 roku. Pani Maria Gluzowa (Lipowska 435) w swoich relacjach wspomniała, że osadzona w jej budynku Rosa Materna wprowadzona została do mieszkania 8 grudnia 1942r. Była to ostatnia rodzina osiedlona w Buczkowicach. Po tym terminie osadnicy do Buczkowic nie przybywali.

Strony rodzinne niemieckich kolonistów.

Na wstępie tego fragmentu opracowania należy stwierdzić, ze zawarte w nim informacje są oparte na zaledwie śladowych danych, które wynikają głównie z ksiąg zawieranych małżeństw, odnoszących się do Buczkowic. Istotnym przyczynkiem do danych z zapisów parafialnych z naszej wsi jest „Historia Rybarzowic” autorstwa Franciszka Kubicy, który pisząc tę kronikę w początkach lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku[11], podawał przy niektórych nazwiskach bauerów miejscowości, z których się wywodzili. Pewna zbieżność brzmienia nazwisk bauerów osiedlonych w Buczkowicach i Rybarzowicach może wskazywać, że pochodzili oni z tych samych stron. Należy przy tym dodać, że stwierdzenie to dotyczy osadników, którzy zajmowali się rolnictwem. Nie mamy dowodów na to, by z tych samych okolic pochodzili rzemieślnicy, czy inni osadnicy. Wykluczyć tego jednak nie można.
Najwięcej informacji o miejscu zamieszkania kolonistów przed akcją osadniczą wskazuje na miejscowość Gura Humora. W jednym przypadku wymieniona jest miejscowość Watra Mołdawica. Pojawia się nazwa miasta powiatowego impolung Te dane dotyczą niektórych osadników osiedlonych w Buczkowicach. W Rybarzowicach natomiast wymieniane są: Gura Humora[12], Petroutz [13] Komorete i Hernsdorf, Katharinedorf, Zawoda, Beiberg[14].
Najczęściej pojawiające się miejscowości znajdują się na tzw. Bukowinie. Jest to kraina o bardzo bogatej i ciekawej historii. W pierwszym tysiącleciu po Chrystusie była częścią Rusi Kijowskiej. W wiekach późniejszych zajęli ją Mołdawianie. Z historią tej krainy związane są losy Chocimia i Kamieńca Podolskiego. Na jej ziemiach znajdują się także Czerniowce, oblegane nieszczęśliwie przez polskiego króla Jana Olbrachta pod koniec XV wieku. W swoich dziejach Bukowina ma też okres pozostawania pod panowaniem Turków, wreszcie Habsburgów – włodarzy Austrii i Węgier.
Panowanie tych ostatnich ukształtowało Bukowinę jako region o daleko idącej autonomii, złożonej strukturze narodowościowej, która była nie tylko efektem bogatej przeszłości, ale przemyślanej polityki cesarza, który osobiście decydował o doborze kadry urzędniczej, nauczycielskiej, czy kościelnej, kierowanej na tereny Bukowiny. Stała się ona w połowie XIX wieku tak zwanym krajem koronnym, wyłączonym formalnie z Galicji. Miała własny Sejm Krajowy i tzw. Wydział Krajowy (rodzaj rządu). Stolicą tej części Bukowiny stały się Czerniowce. Mówimy o „tej części Bukowiny” mając na względzie fakt, iż część wschodnia tych rozległych ziem znalazła się pod wpływami Rosji. Nas interesują południowe rejony Bukowiny.
Z punktu widzenia etnicznego Bukowina była mieszaniną różnych narodowości: Rumunów, Rusinów (Ukraińców) Polaków, Żydów, Niemców Romów. Cechą charakterystyczną bukowińskiego rolnictwa, które stanowiło podstawę bytu ludności wiejskiej, były bardzo małe obszarowo gospodarstwa. Wyznaczały one niski poziom życia ludności wiejskiej. Zachodzące w czasach austriackich zmiany w strukturze gospodarki, ukształtowały wprawdzie nowe jej dziedziny, ale nie były to zmiany, które potrafiłyby całkowicie odmienić los wszystkich mieszkańców. Oprócz rolnictwa, należy wspomnieć o przemyśle wydobywczym (kopalniach) oraz hutnictwie żelaza i szkła. Część z tych wymienionych rodzajów przemysłu miała swoje korzenie ukształtowane w odleglejszej historii, a część kolejno wyłaniała się w okresie bliższych nam czasów. Wokół tych zakładów przemysłowych powstawały miejscowości o przewadze robotników i inteligencji, związanej z przemysłem. Wspominam o tym z tego względu, że struktura gospodarki wywierała istotny wpływ na strukturę społeczną ludności Bukowiny, na jej majątkowe zróżnicowanie. Warto wspomnieć również o wielkiej mozaice wyznaniowej, z jaką mieliśmy do czynienia w Bukowinie. Obok dominującego prawosławia byli żydzi, rzymscy katolicy, katolicy obrządku ormiańskiego i protestanci (luteranie i kalwini). Względy narodowościowe i wyznaniowe nie były podłożem wzajemnej niechęci. Nie wywierały negatywnego wpływu na życie społeczne Bukowiny. Wszyscy żyli z sobą w miarę zgodnie. Zawierali mieszane małżeństwa, uczyli się w szkołach z narodowymi językami, chodzili do swych świątyń i miejsc modlitwy, kultywowali swoje zwyczaje i kulturę. Władza nie starała się naruszać tego stanu spokoju społecznego. Można było więc dostrzec w Bukowinie krainę faktycznej, daleko posuniętej tolerancji i szacunku dla odmienności, wynikających z pochodzenia, kultury, wyznawanej religii.
Z punktu widzenia celu naszego opracowania należy przyjrzeć się Polakom i Niemcom bukowińskim. Polacy to albo chłopi z ziemi cieszyńskiej i górale z okolic południowej Żywiecczyzny, albo inteligencja(nauczyciele, urzędnicy, duchowni), ziemianie, czy ludzie wolnych zawodów. Niemałą grupę stanowili również górnicy z okolic Wieliczki i Bochni, którzy zatrudniani byli w bukowińskich kopalniach soli. Polska ludność tworzyła dość zwarte skupiska w miejscowościach, których polski charakter był widoczny wówczas i jest dostrzegalny dzisiaj.
Niemcy, mimo że stanowili grupę liczebnie mniejszą od Polaków, zyskali dość mocną pozycję w czasach habsburskich. Byli to głównie wykwalifikowani robotnicy, inteligencja, ale też rolnicy. Ci ostatni zostali tu osiedleni z wyraźnym zamiarem oddziaływań germanizacyjnych na ludność miejscową. Podobnie jak Polacy, Niemcy w niektórych miejscowościach stanowili liczebnie znaczącą grupę. Były to nie tylko miejscowości o charakterze przemysłowym, ale i osady rolnicze. Wśród miejscowości o znacznym udziale liczebnym Niemców wymieniane są nie tylko Czerniowce, górnicza Suczawa czy Seret, ale również Gura Humora i silny ośrodek jakim było miasto Kimpolung.
Gura Humora to miejscowość w rumuńskiej części Bukowiny nad niewielką rzeką Mołdawą[15]. Dziś jest to druga po Kimpolungu miejscowość regionu. Nazwę swą zawdzięcza temu, że znajduje się u ujścia do Mołdawicy niewielkiej rzeczki Humor. W luźnym zatem tłumaczeniu można powiedzieć, że Gura Humora to miejscowość Gura nad rzeką Humor. Podobnie, jak Domašov n.Bytřici w Czechach, czy Frankfurt n. Odrą w Niemczech.
Wymieniana, a zlokalizowana na Bukowinie rumuńskiej druga miejscowość, z której pochodził jeden z niemieckich osadników w Buczkowicach – Watra Mołdawica to również miejscowość w dolinie rzeki Mołdawicy, a więc w tym samym regionie, co Gura Humora
Lata II  wojny światowej zmąciły stosunki narodowościowe na Bukowinie. Przyczyną tego stanu był najpierw sojusz Hitlera ze Stalinem, a potem napaść Niemiec na Związek Radziecki. To sprawiło, że tereny Bukowiny przechodziły z rąk do rąk. Część tej krainy została włączona do Ukrainy, a część wchłonęła Rumunia. Wtedy Niemcy nie tylko pacyfikowali miejscowości ze znaczną liczbą ludności polskiej, ale również dokonywali wysiedleń ludności pochodzenia niemieckiego.
Nie jest zatem wykluczone, że część kolonistów niemieckich, Przybyłych na nasze tereny została u nas osiedlona niejako w zamian za utracone majątki w Bukowinie. Wątpliwość co do takiej tezy może budzić jedynie rozbieżność czasowa miedzy przemieszczeniami ludności niemieckiej w Bukowinie (rok 1940) i okresem osadnictwa w Buczkowicach i Rybarzowicach (rok 1942). Problem ten można wyjaśnić poprzez dalsze poszukiwania w dokumentacji, a także bliższe rozpoznanie czasu w którym wysiedlenia Niemców z Bukowiny miały miejsce. Nie można bowiem wykluczyć, że proces ten był rozłożony w czasie, obejmując kolejne rejony Bukowiny rumuńskiej.
Łączenie wysiedleń Niemców z Bukowiny z przenoszeniem ich na nowe zagrabione tereny to jedna z możliwych okoliczności bauerskiego najazdu na nasze wsie. Możliwe jest także założenie, że Niemcy bukowińscy, zważywszy na rozdrobnienie gospodarstw w miejscu ich zamieszkania widzieli w terenach zajętych przez Niemców możliwość poprawy swojego bytu, utworzenia większych gospodarstw, a więc wzbogacenia się niewielkim kosztem. Częściowo się to udało, choć na krótko.
Mam pewność, że przedstawiona tu problematyka, mająca związek z niemieckim osadnictwem na ziemiach polskich, w tym nam najbliższych, jest zawężona. Pozwala jednak dostrzec sprawy bauerów, czy jak ich tam Niemcy nazywali – kolonistów w pełniejszym świetle. Ograniczenie informacji do spraw, które wydały się niezbędne, było konieczne ze względu na zakres opracowania. Mam też nadzieję, że rzut oka na stosunki panujące w Bukowinie pozwolą lepiej zrozumieć szereg zjawisk i zachowań, towarzyszących osiedlaniu bauerów na terenach naszych wsi.

Koloniści niemieccy się żenią

Niemieccy bauerzy, czy jak ich nazywano wedle języka ksiąg parafialnych, koloniści, mieszkając w Buczkowicach, zaczynali tworzyć nowe rodziny. Bardzo interesujące dane wynikają z tzw. Liber copulatorum, czyli księgi zawieranych małżeństw za lata 1943-1944, prowadzonej dla parafii Buczkowice.
Oto w latach 1943-1944 pomiędzy parafianami z Buczkowic, wywodzącymi się spośród niemieckich osadników zostało zawartych w sumie pięć małżeństw. Bliższe zapoznanie się z danymi o osobach wstępujących w stan małżeński jest pouczające co najmniej z dwóch powodów. A mianowicie: z zestawienia par wynika więcej danych o nazwiskach osadników przebywających w naszej wsi, a także wsiach sąsiednich. Okazuje się bowiem, że do zawierania małżeństw dochodziło pomiędzy osobami, które nie były nam znane z imienia i nazwiska. Wynikało to stąd, że osoby te nie były głównymi osiedleńcami, a znalazły się u nas jako ich bliscy krewni. Uzyskujemy też informacje o imionach dzieci osadników, które zawierały związek małżeński. Poznajemy nazwiska świadków ślubów, miejsce ich zamieszkiwania , a czasem i zawód wykonywany. Wszystko to poszerza nasza wiedzę o skali i szczegółach niemieckiej akcji kolonizacyjnej.
Drugim ważnym i jednocześnie pouczającym doświadczeniem wynikającym z prześledzenia zapisów w księdze zawieranych małżeństw jest uzyskanie informacji o miejscu zamieszkania osiedleńców zanim znaleźli się w Polsce. Po tej kwerendzie nie ma już w zasadzie wątpliwości, że regionem, z którego przybyli do nas koloniści byli mieszkańcy Bukowiny. Mówiąc ściślej, byli to mieszkańcy tzw. Bukowiny Południowej, która na mocy porozumień niemiecko rosyjskich stała się częścią Rumunii.
Można zatem powiedzieć, że wszystkie pary miały swe korzenie w Rumunii. Uzasadnione jest zatem przekonanie, że zdecydowana większość niemieckich kolonistów została przewieziona do Buczkowic z Bukowiny, z doliny rzeki Mołdawicy. Trzeba tez dodać, że z tego samego regionu pochodzili koloniści osiedleni w Rybarzowicach.
Nowożeńcy stawali na ślubnym kobiercu, będąc w bardzo różnym wieku. Większa część mogłaby być zaliczona do grupy osób dojrzalszych, bo bliskiej „trzydziestce”. Do wyjątków należą osoby liczące około lat dwudziestu.
Niezwykle intrygujące jest to, że matkami jednej pary nowożeńców były kobiety o polsko brzmiących nazwiskach. Matka pana młodego nosiła panieńskie nazwisko Brodacz, a panny młodej – Ćwikła. Ślubu tej parze udzielał w Szczyrku ksiądz Piotr Krzywdziński. Nazwiska matek zostały w księdz ślubów odnotowane poprawnie w polskim brzmieniu.
Z niektórych zapisów wynika też od kiedy narzeczeni zamieszkują w Buczkowicach. Tak jest np. przy nazwiskach Józefa Langa i Marii Seidl, gdzie widnieje zapis, że panna młoda, zamieszkuje w Buczkowicach. od 1942 r. To potwierdza fakt, iż niemiecka akcja osiedleńcza miała miejsce właśnie w 1942, roku.
A oto bliższe dane o zawartych małżeństwach.
Rok 1943
poz. 4 Liber copulatorum
W dniu 7.marca stali się małżeństwem Wieńczysław (oryg. zapis Wenceslaus) Haas syn Piotra i Leontyny z d. Lindner, ur. 6. czerwca 1912 w miejscowości Bori w Rumunii Dystrykt Kimpolung i Natalia Schaffauser, c. Wieńczysława i Anny Neimeier, ur. 29. listopada 1919 w miejscowości Góramuhowa w Rumunii (nazwę Góramuhowa w tak zapisanej postaci uznaję za błędną) Ze świadków wymieniony jest Laurenty Haas zamieszkały w Wilkowicach 449. Dodać trzeba, że Haasowie[16] byli osiedleni w budynku Genowefy i Józefa Gluzów przy dzisiejszej ul,. Wyzwolenia 160 (na tzw. „wiyrbinie”) zaś rodzina Schaffauserów zajmowała zabudowania Migdałów przy dzisiejszej ul. Ciesielskiej 9 (obecnie Nowakowie)

poz. 5
Józef Lang ur. 20. lipca 1916 w Rumunii Góramuhowa[17] i Maria Seidl ur. 12. września 1922 również w Rumunii i w tej samej miejscowości., co narzeczony. Świadkami na ślubie byli: Georgius (Jerzy) Lang oraz Martinus (Marcin) Tanda. Lang zajmował budynki Anny i Michała Huczków przy dzisiejszej ul. Kwiatowej, którzy zostali wysiedleni, zaś Tandów było w Buczkowicach dwóch. Jeden z nich, Leopold, był osiedlony najpierw w zabudowaniach Anny Świerczek przy dzisiejszej ul. Ogrodniczej 7, a później (po pożarze tego budynku) w zabudowaniach Siudów przy ul. Wiśniowej. Drugi z Tandów mieszkał u Wronów, na ulicy Cienistej. Imię Martinus wskazuje, że świadkiem ślubu był Tanda z ul. Cienistej.

poz. 6
Michael Femelie(lub Femeliz) ur. 20.lipca 1920 w miejscowości Bacan w Rumunii i Olga Kwaśnik, córka Jana i Doroty z d. Weiss, urodzona w miejscowości Pohorlolitz w Rumunii. Kwaśnikowie (vel Kwastnikowie[18]) mieszkali w budynku u Franciszki i Rudolfa Dobijów przy dzisiejszej ul. Jasnej. Nazwisko Femelie (Femeliz) w Buczkowicach nie zostało odnotowane. Jest zatem możliwe, że pan młody mieszkał w innej miejscowości lub też był np. urzędnikiem.

poz 9.
Pod datą 20 sierpnia 1943 r. zapisano:
Paweł, Antoni Hering, ur. 31. sierpnia 1907 w Dreźnie, ewangelik, Wachmeister (strażnik, wartownik), zamieszkały w Buczkowicach pod nr 43 (wg książeczki gminnej) budynek Jana Kubicy u Palecznego, dzisiejsza ul. Gminna. Budynek obecnie zajmuje rodzina Trzopków. Anna Rippel, ur. 23. maja 1906 w Górahumora w Rumunii, c. Piotra i Cecylii Koller. Świadkami ślubu byli Günter Greisser z Winner Neustadt (ewangelik) i Bruno Loy.Bauerzy o nazwisku Rippel mieszkali w budynku Olgi i Szczepana Kubiców przy dzisiejszej ulicy Lipowej. Kubicowie zostali wywiezieni i zostali osadzeni w jednym z Polenlagrów.
Rok 1944
poz.1 (z adnotacją, że ślub odbył się w Szczyrku)
Rudolf Schirowski, s. Rudolfa i Marii z d. Brodacz, ur. 23. 12 1913 w miejscowości Jakobini w Rumunii i Emila Hopp c. Brunona i Marii Ćwikła, ur. 21. sierpnia 1923 w miejscowości Watra Moldowice w Rumunii.Miejsce zamieszkania panny młodej nie zostało w księdze wskazane. W znanych materiałach, nazwisko takie w Buczkowicach nie występuje. Panna młoda mogła być więc mieszkanką innej miejscowości, lub należała do grupy osadników nie zajmujących się rolnictwem lub rzemiosłem. Świadkami ślubu byli: Jakub Müller z Buczkowic D. 533 Bauer o tym nazwisku osiedlony był w budynku Elżbiety i Michała Tarnowów przy ul. Kasztanowej, natomiast numer domu wskazuje, że świadek Müller wskazał adres zamieszkania tak, jakby chodziło o budynek Elżbiety i Ludwika Sternalów z ul. Lipowskiej 533. Z posiadanych danych wynika, że w budynku Sternalów mieszkał bauer Karol Kalot. Ten przypadek niemożliwy jest do skomentowania przy aktualnym stanie naszej wiedzy. Drugim świadkiem był Franciszek Jałowy z miejscowości Altenberg. Schirowscy (nazywani przez naszych mieszkańców Szarowskimi[19]) osiedleni byli pod Godziszką w budynkach Marii i Józefa Migdałów przy ul. Długiej, Gluzów- Szwajcaków przy ul. Długiej oraz u Kubalów przy ul. Lipowskiej. Brak wskazania numeru domu pana młodego uniemożliwia ustalenie o którego z Schirowskich chodziło.Uwagę zwracają w przypadkach obu narzeczonych polsko brzmiące nazwiska rodowe ich matek. Oba zostały starannie w księdze zapisane tak, że nie może być wątpliwości co do takiego, a nie innego ich brzmienia. Trzeba też zauważyć, że brzmienie nazwiska jest bliskie polskiemu. Nie można wykluczyć iż Schirowski miał polskie korzenie, co na Zakarpaciu nie było wyjątkiem. Mieszka tam bowiem do dziś polska grupa etniczna, kultywująca polskie tradycje i staropolski język. W sumie, w latach 1943 i 1944 zostało zawartych pięć małżeństw, z tym, że cztery w roku 1943. Stan zapisów w roku 1944 i 1945 wskazuje, że w tym okresie w Buczkowicach nie dochodziło do zawierania małżeństw. Godny uwagi jest również fakt że w jednym przypadku (Hering) ślubu udzielono małżeństwu mieszanemu z punktu widzenia wyznania (ewangelik-katoliczka). W tym przypadku także jeden ze świadków był ewangelikiem. Ta informacja jest istotna z tego punktu widzenia, że w dociekaniach na temat liczby osiedlonych kolonistów i innych Niemców, zamieszkałych w Buczkowicach w czasie okupacji przywoływane są dotychczas wyłącznie dane, wynikające z dokumentów parafii katolickich. Wskazany przypadek dowodzi, że Paweł Hering, jako ewangelik był poza tą ewidencją. Ten fakt jednak nie zmienia zasadniczo przybliżonych danych o liczbie Niemców zamieszkałych w Buczkowicach w latach 1939-1945. Uzupełnieniem tych danych niech będzie informacja o małżeństwie zawartym 6. czerwca 1943 r. przed ks. Krzywdzińskim w Szczyrku, osadników związanych z Rybarzowicami[20]. A oto dane o nowożeńcach i świadkach ceremonii.
Rok 1943
poz. 4.
Liber copulatorum dla parafii Rybarzowice.
Joseph Haas ur. 21. stycznia 1918, w miejscowości Bori powiat Kimpolung[21], -Buchenland,[22] syn Mateusza i Reginy Rippel i Maria Lang, ur.6. grudnia 1924 r.w Gura Humora district (powiat)  Kimpolung, Buchenland, córka Stefana i Marii Tanda. Świadkami zawarcia małżeństwa byli Jakub Tanda, osiedlony w budynkach Jakuba Szkaradnika oraz Ludwik Haas, którego miejsca zamieszkania niepodobna obecnie ustalić ze względu na brak dodatkowych informacji w księdze ślubów. Należy dodać, że było to jedyne małżeństwo zawarte wedle obrządku rzymsko-katolickiego w parafii Rybarzowice pomiędzy młodymi Niemcami z rodzin osadniczych. W okresie trwania osadnictwa okupacyjnego na terenach nam najbliższych nie zostało zawarte żadne małżeństwo wywodzące się z kręgu bauerów w parafii Godziszka. 

Opieka duszpasterska nad kolonistami

Istotnym uzupełnieniem obrazu rzeczywistości wytworzonej przez osadnictwo niemieckie była troska o potrzeby duchowe „gości”. Władze okupacyjne zadbały i o duchową opiekę, a więc duszpasterstwo dla osiedleńców. Nie mogło być inaczej, skoro hasło „Gott mit uns” było nawet na klamrach żołnierskich pasów. Jakże Boga mogłoby zabraknąć żywym wysłańcom III Rzeszy?
Administratorem parafii Buczkowice w chwili wybuchu wojny i w pierwszych latach okupacji, do września 1942r.był ks. Kazimierz Majgier. Rozstał się on z parafią Buczkowice w pierwszych dniach września 1942 r. po dziewięciu latach pełnienia funkcji proboszcza. Objął parafię Jeleśnia.
Do Buczkowic od 9.IX.1942 r. skierowany został ks. Józef Kolber pochodzący spod Wadowic, b. administrator parafii na Leszczynach k/Białej. W środowisku naszpikowanym Niemcami nie mógł się ostać. Odmówił podpisania Volkslisty[23]. Biegle władał językiem niemieckim. Była to wielce pożyteczna umiejętność. Jan Cierniak w czasie rozmowy ze mną opowiadał wiele o niezwykle pożytecznej roli, jaka odegrał ks. J. Kolber w czasie zarządzania parafia w Buczkowicach. Proboszcz nasz utrzymywał dobre kontakty z proboszczem ze Szczyrku ks. Janem Martinczakiem, który był źródłem informacji o planowanych przez niemieckie władze działaniach represyjnych. Wyciągał je od niemieckich policjantów. Te, które odnosiły się do buczkowian przekazywał ks. Kolberowi, a ten odpowiednio je wykorzystywał . Uprzedzał dyskretnie zainteresowanych o nadchodzącym niebezpieczeństwie. Starał się ludzi ratować dostępnym sobie sposobem. Specjalnie do obsługi Niemców otrzymał on pomocnika, ks. Piotra Krzywdzińskiego– salezjanina rezydującego w Szczyrku. Ślady pracy księdza Piotra z Niemcami odnajdujemy w parafialnych księgach stanu cywilnego.
Dla osadników wprowadzono odrębną Mszę. Niemcy zażądali również od ks. Kolbera wydzielenia w obrębie cmentarza części przeznaczonej dla swoich zmarłych. Ks. Kolber uznał, że nie jest to możliwe w granicach już istniejącego cmentarza. Wtedy Niemcy zadysponowali na te potrzeby tereny, które rozciągały się na południe od obecnej drugiej bramy cmentarnej aż do nowego dzisiejszego cmentarza. Urządzaniem tego fragmentu cmentarza zajmowała się grupa budowlana przy Urzędzie Gminy w Szczyrku, w którym był zatrudniony mój rozmówca, wspominany wcześniej Jan Cierniak. Roboty urządzeniowe polegały m.in. na ogrodzeniu terenu, zasadzeniami świerków i wytyczeniu chodników. Drugim zadaniem, które podjął i zrealizował w czasie swojego administrowania parafią Buczkowice ks. Kolber, było wybudowanie przez grupę szczyrkowską chodnika głównego od ogrodzenia kościoła do wejścia do świątyni. Ten chodnik trwał niemal do roku 2002. Poznać go można było po nazwisku wytwórcy płyt chodnikowych i znanego bielskiego kamieniarza – Grögera.
Tak to osadnicy mieli zapewnione wszystko, co było im do życia potrzebne: gospodarstwa, najlepsze budynki mieszkalne, tanią lub całkiem darmową siłą roboczą świadczona przez rdzennych mieszkańców Buczkowic, a także duszpasterska opiekę zorganizowana przez Kościół.
W miarę jak działania wojenne postępowały, zwłaszcza na wschodzie, część (nieznaczna) osadników została powołana do armii, która raz po raz, po początkowych sukcesach, otrzymywała tęgie baty na froncie wschodnim. Armia potrzebowała też systematycznego zaopatrzenia, które miało być zapewnione przez gospodarstwa m.in. na terenach wschodnich III Rzeszy; do tych zaliczane były również Buczkowice.
Wysysanie przez front wszystkiego, co zostało wyprodukowane sprawiło, że gospodarstwa niemieckie coraz bardziej odczuwały niedostatek, a także braki w zaopatrzeniu np. w materiał do produkcji. Stan niedostatku był pogłębiany w jakimś stopniu również przez pracujących w gospodarstwach wyrobników. Polskie rodziny, cierpiące niedostatek i często głód mimo przydziałów kartkowych, wykorzystywały każdą okazję, by zdobywać żywność w dostępny sposób. Dotyczyło to głównie ziemniaków i żyta. Jedni nazywali to „zdobywanie” kradzieżą, a inni zabieraniem swojego.
Wszystko to, nakładając się na siebie, sprawiło, że bauerom żyło się u nas coraz gorzej. Wtedy dla nadludzi stało się jasne, że uniknięcie zagłady możliwe będzie tylko dzięki rejteradzie do Reichu. Zwiastunem odwrotu stał się Otto Röhnert, kierownik miejscowej szkoły, który każdemu osadnikowi przekazywał nakaz przygotowania się do wyjazdu. Początkiem lutego 1945r., w czas bardzo silnych mrozów, władze okupacyjne zarządziły ewakuację osadników. To był odwrót faktycznie pokonanych.
Rzędy wozów konnych, zadaszonych plandekami, bądź odsłoniętych, ustawiły się wzdłuż drogi do Rybarzowic. Z nich wyglądały opatulone postacie niepewne jutra. Tylko niektórzy starali się zachować spokój i udawali, ze wycofują się na z góry ustalone pozycje. Jutro dla uchodźców było absolutnie niepewne, brakowało żywności. Jak wspomina p. Antonina Babińska – jej rodzice oddali swój ostatni bochenek chleba wyjeżdżającym Niemcom, którzy zajmowali ich dom przy ul. Długiej. Ten sam dom, w którym w miejscu dwóch izb mieszkalnych niemieccy osadnicy urządzili oborę. We wspomnieniach p. Anny Laszczak z ul. Wiosennej przewinął się inny jeszcze wątek, który dotyczył rodziny Zajdlów osiedlonych w zabudowaniach Tomasza Kłosiewicza przy ul. Woźnej. W rodzinie tej poza rodzicami był podrostek Franz i dwie dziewczynki: niepełnoletnie: Mitzi i Nelli. Najstarsza z trzech sióstr Steffi była zamężna. Jej mąż był żołnierzem frontowym. W Buczkowicach nie przebywał. Wychowywała więc sama malutkie dziecko korzystając z pomocy rodziców i sióstr. W czasie ucieczki bauerów, panujący ostry mróz zagrażał dzieciom. Sąsiedzi-Polacy proponowali, by Steffi pozostawiła w Buczkowicach swoje maleństwo pod ich opieką. Mogło by to uchronić dziecko przed niebezpieczeństwem. Proponowali, by po wojnie matka odebrała dziecko. Ta jednak nie przystała na taką propozycję. Wyjechała z dzieckiem. Sąsiedzi byli pewni, że dziecko drogi nie wytrzyma i stąd tak bardzo naturalny był ich gest. Wszyscy życzyli jej dobrze. Być może to życzenie się spełniło, choć nie znamy  dalszych losów matki i dziecka. W tej relacji pojawiła się informacja, która w innych opowiadaniach nie występowała. Chodziło mianowicie o to, że według p. Anny na wozach zakrytych zadaszeniami z plandek było ustawione niewielkie piecyki, przy których można było się ogrzać i podgrzać posiłki. Informacje tę podaję z kronikarskiego obowiązku, choć inne osoby na ten szczegół wyposażenia wozów nie zwróciły uwagi.
Zdarzył się też przypadek, że wyjeżdżający Leopold Tanda pozostawił rodzinie Wandzlów nieco zboża i innych wiktuałów jako swoisty rodzaj odszkodowania za stracone przez nich lata i poniesione straty. Było to jednak wydarzenie odosobnione. Były też pojedyncze przypadki pozostawiania niezdolnego do dalekiej drogi bydła. Stało się ono mieniem odzyskanym przez  buczkowian. Te gesty nie miały jednak w sobie niczego, co nazwać można było zadośćuczynieniem za krzywdy. Tak nakazywał uczynić rozsądek, wyobrażenie trudów dalekiej drogi, która była przed uciekinierami. Osadnicy przybyli do Buczkowic jako zwycięzcy, a odjeżdżali pełni niepokoju o własne życie. Nie znamy losów buczkowickich bauerów i innych osadników. Nie wiemy, czy dotarli w spokojne miejsca, gdzie urządzili się na nowo wyłącznie swoim wysiłkiem, a nie pracą i mieniem podbitych Polaków.
Wiemy jednak na pewno, że do swego Charlottenburga nie dotarł Otto Röhnert, kierownik szkoły niemieckiej w Buczkowicach, który wystrzelał swoją rodzinę i popełnił samobójstwo. Nie wytrzymał świadomości klęski i widoku tłumu uciekających w popłochu rodaków, przed którymi kreślił miraże nieugiętej Rzeszy. Dziś, gdy minęło już ponad 70 lat lata od tych wydarzeń patrzymy na to wszystko z większym dystansem, myślę, iż nawet z dozą współczucia – zwłaszcza dla dzieci i starców, którym zgotowano tak okrutny w swych następstwach odwrót. Wtedy jednak dla mieszkańców Buczkowic był to widok radosny, budzący nadzieję i wiarę w zupełne oczyszczenie wsi z obcego, wrogiego i znienawidzonego elementu. Miejsca na chrześcijańską miłość zabrakło. Zaczęło się wielkie oczekiwanie na dzień wyzwolenia, wyczekiwanie, które trwało jeszcze prawie dwa miesiące. Z wielkim niepokojem na dzień wyzwolenia oczekiwała liczna pozostała na miejscu grupa Volksdeutschów.

Józef Stec

 


[1] Siedziba zmieniona po pożarze budynku A. Świerczek

[2] Nazwisko bauera nie jest pewne, stąd znak (?)
[3] Do liczby tej dochodziłem stopniowo. W „Zapiskach z dziejów1) „ Nr 1/2000 wymienione zostały 33 rodziny. W” Zapiskach nr 1/2001 kolejnych 10 rodzin, zaś kolejne miejsca osiedlenia rodzin nie zostały dotąd publicznie wskazane.
[4] Ks. dr.Józef Boguniowski SDS, Bielsko-Biała 1998,”Zarys dziejów Parafii Chrystusa Króla w Bielsku-Białej-Leszczynach, „str.286 i dalsze
[5] Akta Archiwum Kurii Metropolitalnejw Krakowie (OK. II A)
[6] Kolumna dodana dla celów porównawczych przez autora
[7] Kolumna określa ilość osób narodowości niemieckiej wykazanych w czasie spisu ludności z roku 1921. Ten fragment tabeli nie jest częścią publikacji ks. Boguniowskiego, a kolumną dodaną przez autora (J.S.) dla zobrazowania ruchu ludności narodowości niemieckiej w naszym regionie.
[8] Miejscowości (parafie) ukazano w ograniczonym wyborze mając na uwadze sąsiedzkie parafie, a w przypadku Hałcnowa chodziło o podkreślenie stopnia nasycenia Niemcami tej miejscowości.
[9] Wiemy, że taka była. Mieszkała u Szymona Kubicy „na Łącku”. To samo dotyczy nauczycieli. Jedna z nich mieszkała na rogu ul. Lipowskiej i Grunwaldzkiej.
[10] Był to niejaki Hering, mieszkający przy ul. Długiej.
[11] Franciszek Kubica Historia Rybarzowic Autor umieścił na końcu swego opracowania notatkę następującej treści: „Skończyłem 1.kwietnia 1972 roku w dwudziestosiedmioletnią rocznicę wyzwolenia wsi”. W treści kroniki nie są podane źródła pisane lub wywiady, które stanowiły podstawę dla określenia miejsca pochodzenia niektórych bauerów. Można jednak z dużą dozą prawdopodobieństwa sądzić, że czas od zakończenia wojny był stosunkowo nieodległy, więc relacje mieszkańców Rybarzowic musiały odegrać w tej sprawie niepoślednią role.
[12] Tę nazwę miejscowości wymienia autor w czterech przypadkach
[13] Petroutz, rum Patrǎuti
[14] Nazwy miejscowości podałem za F. Kubicą. Ich lokalizacji  nie ustaliłem.
[15] Rzeka Mołdawia nazywana jest również Mołdawicą
[16] W „Zapiskach z dziejów…”Nr 1/2000 (wrzesień) podałem nazwisko Hass, co w świetle zapisów w akcie małżeństwa należy uznać za nieścisłe.
[17] Nazwa miejscowości urodzenia jest błędna. Chodzi o miejscowośc Gura Humora. Zapis jest mało czytelny.
[18]  W „Zapiskach z dziejów…” nr 1/2000 z września 2000 podałem nazwisko w brzmieniu Kwartnik, tak, jak świadkowie –rozmówcy je wymawiali. Jak widać, poprawne nazwisko to Kwaśnik. Zwraca uwagę jego polskie brzmienie
[19] Takie brzmienie nazwiska Schirowskich podałem  „Zapiskach z dziejów…”Nr 1/2000
[20] Z całą pewnością panna młoda mieszkała w Rybarzowicach w budynku Jana Dutki. Wskazuje na to imię jej ojca, Stefana. Pan młody mógł mieszkać albo w Buczkowicach, albo w Rybarzowicach. Haasowie mieszkali bowiem w obu wsiach. Dlatego jednoznaczne wskazanie miejsca zamieszkania pana młodego jest w tym przypadku niemożliwe. Skłonny jestem jednak wypowiedzieć się za tym, że Józef Haas był mieszkańcem Rybarzowic .
[21] Kimpolung to miasto powiatowe w południowej, rumuńskiej części Bukowiny.
[22] Buchenland z niem. „Buche”-buk. Buchenland-Bukowina – kraina buka .(Podr. Słownik niemiecko-polski, T. I. str. 155.
[23] Foryś B.: Z dziejów parafii pw. Przemienienia Pańskiego w Buczkowicach, str.45