Na i wokół pól minowych

Ostatni okres okupacji i obecności Niemców w Buczkowicach wypełniony był przez nich przygotowaniem stref, które miały zapobiec , a w każdym razie utrudnić przesunięcie się Rosjan ku centrum wsi i jej całkowite zajęcie. Elementem tych przygotowań było utworzenie pól minowych oraz zaminowanych zasieków .W Buczkowicach Niemcy urządzili dwa zwarte pola minowe. Jedno z nich obejmowało tereny należące do P. Ignacego Mroczka pod tzw. „kępą”, niemal na wylocie ul Łąkowej od strony północnej. Osłaniać ono miało niemieckie pozycje położone w strefie zabudowanej, na południe od ul. Woźnej. Pole to miało stanowić zaporę przed Rosjanami, którzy zajmowali już Meszną i rejon Jamy. Cała „kępa” od drogi Bielsko- Buczkowice była rejonem potyczek małych grup niemieckich z porównywalnymi co do ilości grupkami wojsk radzieckich. To pole minowe nie zaznaczyło się tak tragicznie w dziejach Buczkowic na przedwiośniu 1945 r., jak pole zorganizowane na przedpolu fabryki mebli Adolfa Wecha i wspólników.
Na pierwszym właściwie nikt nie zginął. Można tak stwierdzić z dużą dozą prawdopodobieństwa, bowiem żaden z moich rozmówców nie wspominał o tym by na tym polu doszło do śmiertelnego zdarzenia. Ma ono jednak również swoją własną historię. Likwidował je, rozminowywał osobiście Ignac Mroczek. Tak go powszechnie nazywano. Człowiek niezwykle odważny, samodzielny i zaradny, choć, jak sam później przyznał, nie za bardzo przewidujący następstwa ewentualnego błędu, który mógł się zdarzyć przy rozbrajaniu min. W całej amatorskiej saperskiej robocie pomagała mu Anna Kubica z ul. Spokojnej. Podział ról był taki: Ignac rozbrajał miny przeciwczołgowe, a Pani Anna przenosiła zawarty w nich materiał wybuchowy na ognisko rozpalone na tzw. „drodze Zoniowej” Spalany na drodze materiał wybuchowy (fosfor) dawał ogromny słup dymu. O tym, że operacja była bardzo niebezpieczna świadczy fakt, o którym wspomina P. Anna .Jeden z zapalników nie został z miny usunięty. Cały ładunek, ulokowany w ogniu wybuchł, zmiatając całe ognisko. Okazało się też, że Niemcy założyli w polu minowym pułapki w postaci min przeciwpiechotnych Gdyby nie spostrzegawczość Pana Ignacego i jego fantastyczny refleks, ofiarą jednej z min pułapek padła by jego córeczka Hania (późniejsza nauczycielka), która bawiła się w pobliżu swojego ojca. Obudowy min P. Ignacy wykorzystywał na opał, jako, że były drewniane Wszystko to skończyło się dla niego szczęśliwie. Nie zmogły go miny, to zmogła go natura. Poniósł śmierć rażony piorunem wiele lat po wojnie.
Drugie pole minowe Niemcy urządzili na gruntach Jana Adamusa i innych właścicieli, niemal na przedpolu fabryki mebli giętych Adolfa Wecha juniora i spólników. Zabudowania fabryczne tworzyły zwarty kompleks, w którym urządzenie stanowisk niemieckich było znacznie ułatwione. Pole minowe, a także zabudowania państwa Jakubców (na tzw wiyrbinie) usytuowane były na kierunku głównego spodziewanego uderzenia oddziałów radzieckich. Na prawym brzegu Żylicy, na tzw Ukrainie, Niemcy utworzyli z kolei korytarz poprzez wypalenie szeregu domów mieszkalnych na przedpolu swoich pozycji ogniowych. Pozycje te zostały utworzone na tzw „kępce” niemal wokół budynku Szewczyków, u Migdałów przy obecnej ulicy Kaniowej oraz u Tomasików. Usytuowanie stanowisk niemieckich umożliwiało dogodny wgląd do „Kowoli” na granicy Buczkowic i Rybarzowic, gdzie zatrzymali się Rosjanie Oczyszczone z domów przez pożary przedpole ułatwiało Niemcom obserwację.
Jednocześnie na zawodziu, począwszy od obecnej ul, Miodońskiego i budynku Juraszków, aż do Wronów („Michałka”) Niemcy zaminowali tzw. kamienice- usypiska kamieni zebranych z pól. Najobficiej miny rozłożone były od ul. Miodońskiego aż do zabudowań Gruszeckich. Były to miny przeciwpiechotne, połączone z sobą plątaniną drutów, napinających zaczepy zapalników. Maskowanie ładunków ułatwiały stosunkowo gęste zarośla, które świetnie kryły zarówno druty napinające, jak i same miny Na przedłużeniu tego pola Niemcy rozłożyli rozbudowane zasieki z drutu kolczastego. Sięgały one głęboko poza strefę zabudowaną. Dodatkowo, zwoje drutu kolczastego uzbroili zawieszonymi na nich ręcznymi granatami Przez zawleczki granatów przeciągnięty był drut, który sprawiał, że jego napięcie powodowało wybuch szeregu granatów, tworząc zwartą linię ognia. Tak rozbudowana linia obronna miała chronić centrum Buczkowic i ich górną część  przed natarciem wojsk radzieckich. Nie wydaje się jednak słuszne przecenianie roli tych zapór i niemieckiej obrony w ogóle. Buczkowice nie miały bardzo ważnego strategicznego znaczenia ani dla wojsk niemieckich, ani radzieckich. Organizowanie przez Niemców linii oporu miało bardziej na celu opóźnianie pochodu wojsk radzieckich w kierunku Szczyrku i Wisły. Miało to ułatwić zamierzone wycofanie się wojsk niemieckich na ziemię cieszyńską. Czas dla odwrotu tych wojsk miał znaczenie zasadnicze, jeśli zważyć fakt, że operacja ta mogła się odbywać bez nadmiernych utrudnień poprzez Biłą w kierunku na Brenną. Tam bowiem, przez przełęcz istniała od dziesięcioleci droga, która pozwalała na poruszanie się pojazdów o różnym przeznaczeniu. Tę tezę mógłby potwierdzać fakt, że obsada pozycji niemieckich była niezbyt liczna, a także to, że o pozycje niemieckie w centrum wsi właściwie nie toczono krwawych zmagań. Były to właściwie potyczki. Zupełnym zaskoczeniem dla wojsk radzieckich była sytuacja, w której żołnierze wtargnęli poza linie niemieckiej obrony, nie napotkawszy żadnego oporu. Pod osłoną nocy Niemcy zmuszeni byli wycofać się w całkiem innym aniżeli planowali kierunku. Musieli uciekać w kierunku granicy ze Słowacją. Taki bieg wydarzeń wywołany był rozwojem sytuacji na toczącym się froncie. O okolicznościach tej operacji wspomniałem w innym miejscu.
wpisują się w historię Buczkowic wydarzenia, jakie miały miejsce na samym polu minowym i w jego otoczeniu – wydarzenia, których ofiarami byli sami mieszkańcy Buczkowic. Pierwsze z nich opisał mi . Adam Dobija z ul. Jasnej.
Rozegrało się ono w dniu i w czasie pożaru budynku Bomskiego na rogu obecnej ul. Wyzwolenia i Łagodnej. Budynek płonął jak pochodnia, bo nikt nie miał odwagi biec na ratunek. W pobliżu przypadkiem znalazła się kobieta o przezwisku „amerykanka”, która bardzo płakała, żałując pięknego domu. Wtedy dała o sobie znać niemiecka obsługa ręcznego lub ciężkiego karabinu maszynowego ulokowana najpewniej  na poddaszu budynku Jakubców. Przez otwór w deskach szczytowych oddała serię w kierunku lamentującej kobiety. Zginęła na miejscu. Jej ciało leżało przez wiele dni w miejscu, gdzie została śmiertelnie trafiona. Trwało to tak długo, że bezpańskie psy zaczęły szarpać zwłoki. Sąsiedzi – świadkowie tej tragedii, nie mogli nic uczynić . Nie mogli nawet schronić jej ciała. Dom Bomskich znajdował się na skraju pola minowego.
Drugie wydarzenie zrelacjonował mi .Władysław Szewczyk, jako naoczny świadek i niemal uczestnik. A było to tak :
Cała liczna rodzina została wyrzucona z domu, a to ze względu na przebiegającą w tym rejonie niemiecką linię obrony. Ulokowali się więc Szewczykowie, wespół z innymi rodzinami, w domu Walusiów o przezwisku „siągowy” w rejonie byłego tartaku – pańskiej piły. Ponieważ głód doskwierał stłoczonym tu rodzinom. 5. kwietnia 1945 r. Antoni Szewczyk ze swym synem Władysławem postanowili wybrać się do Wilkowic, do córki po żywność. Podążali, jak to było wtedy w zwyczaju, a także jak to było wówczas możliwe – tzw „wsią”, czyli ścieżkami prowadzącymi między płotami. Tym sposobem można było skrócić nieco drogę, a poza tym łatwiej było się przemknąć pomiędzy stanowiskami na linii frontu . Po dojściu do zabudowań Kubiców (obecnie ul. Woźna 22) ostali zatrzymani przez niejakiego. Kubicę, który przestrzegał ich by dalej tymi opłotkami nie szli, bo cały pas gruntów przy ścieżkach jest zaminowany. Mówił to tak przekonująco, że .Antoni Szewczyk, mimo że był starym wojakiem, który miał za sobą I wojnę światową i wojnę polsko-bolszewicką i byle drobiazgów się nie bał, postanowił zawrócić. Nie uszli w tej powrotnej drodze nawet parunastu kroków, gdy potężny wybuch targnął powietrzem. Dostrzegli jedynie kłęby czarnego dymu, charakterystyczne dla wybuchu miny przeciwpiechotnej. Wybuch zmasakrował ciało Kubicy, tego samego, który przestrzegał Szewczyków przed niebezpieczeństwem. Ich dwóch ocalało, a on został śmiertelnie zraniony. Bliższe szczegóły śmierci pana Michała Kubicy, zamieszkałego w Buczkowicach, ul. Spokojna 34, ustaliłem 20. marca 2000 r . w czasie rozmowy z jego żoną, Anną, liczącą w dniu rozmowy niemal 85 lat. Z całą pewnością można powiedzieć, że Michał Kubica był pierwszym  mieszkańcem  Buczkowic, który został śmiertelnie ranny w pierwszym dniu  wolnym od Niemców. 5.kwietnia 1945 r., kiedy pędził do swoich teściów Kosarzów (obecna ul. Młyńska), by zabrać od nich żonę i prawie dwumiesięczną córeczkę Józię. A że chciał je zobaczyć jak najszybciej, więc wybrał się po nie ścieżką, prowadzącą opłotkami. Ani Kubica, ani obaj Szewczykowie nie zdawali sobie wtedy sporawy z tego, że Niemców już we wsi nie było. Wybrali drogę wówczas najprostszą. Wtedy można było, nie wychodząc na główną drogę, przemierzyć całe Buczkowice od Szczyrku aż do granicy Rybarzowic.
Anna Kubica tak to zdarzenie relacjonowała. Tragiczny wypadek miał miejsce na styku parcel Więzików, Adamusa i Jana Kubicy z dzisiejszej ulicy Woźnej – brata Michała. Po lewej stronie ścieżki, wzdłuż parceli  Więzików i Kubicy rósł zaniedbany żywopłot, w dużej swej części bukowy. Gdy Kubica zbliżył się do feralnego miejsca, zauważył, że jakby środkiem parceli, po północnej stronie żywopłotu, w stronę „kolana” szedł Wojciech Gluza nazywany Hulankiem. Ponieważ Kubica i Hulanek byli sąsiadami, więc Gluza zagadnął Kubicę i ostrzegł go, że miejsce, w którym się znajdują jest zaminowane. Pan Michał, nie wiadomo dlaczego, chciał

Michał Kubica - ofiara pola minowego

Michał Kubica – ofiara pola minowego

się przedostać przez krzewy żywopłotu. Gluza, widząc to krzyknął, lecz było już za późno. W tym bowiem momencie nastąpił wybuch, a skrwawione ciało Kubicy odrzucone wybuchem leżało nieopodal miejsca eksplozji. Okazało się, że Niemcy pozostawili niezaminowaną ścieżkę Wykorzystali plątaninę zalegające w krzewach gałęzi i suche liście, i ukryli w nich mnóstwo min przeciwpiechotnych. Jedna z nich wybuchła pod stopami Michała Kubicy. Tragedia mogła być większa, bowiem bracia i ojczym P Anny wezwani na pomoc chcieli rannego ratować, nie zdając sobie w pełni sprawy ze skali niebezpieczeństwa. Przydało się doświadczenie Kosarza , który miał za sobą I wojnę światową i który dostrzegł zamaskowane miny. Upłynęło dużo czasu zanim rannego, ułożonego na drewnianym wózku z Mundusa przewieziono do Kosarzów, a następnie do szpitala. W tej drodze, pełnej cierpienia, towarzyszyli mu brat Jan, Józef Gąsiorek i Antoni Kosarz (własny i przyrodni bracia Pani Anny Kubicy). Michał Kubica zmarł na stole operacyjnym w szpitalu w Bystrej. Jedno wydarzenie i dwie relacje, które połączone z sobą dały pełny obraz przebiegu tragedii. Następne zdarzenie, związane z tym samym polem minowym opisał mi w bezpośredniej rozmowie Pan Adam Dobija – naoczny świadek.
Rzecz działa się już po wyzwoleniu, a więc po 5.kwietnia 1945 r. kiedy radzieccy saperzy przystąpili do rozbrajania pola minowego. Jeden z Rosjan, w średnim wieku, w randze starszego podoficera, prowadząc prace rozpoznawcze na polu jakimś niepotrzebnym, nieostrożnym stąpnięciem spowodował wybuch, który oderwał mu nogę do kolana. Ciało żołnierza było całe w ranach. Broczącego krwią, ze sterczącym z noszy kikutem, osmalonym od wybuchu miny, zniesiono go z pola. Żyły w nim szeroko otwarte oczy i wykrzywiona bólem twarz bogata w sumiasty wąs. Był cały okopcony Biała była jedynie wystająca z rany pogruchotana kość. Trzeba było pilnie żołnierza ratować, lecz na miejscu nie było warunków. Na dodatek grupka saperów rozminowująca pole, nie dysponowała żadnym pojazdem, którym można by rannego zawieźć do szpitala lub punktu sanitarnego. Traf chciał, że od strony Rybarzowic nadjechała furmanka, powożona przez rybarzowickiego Volksdeutscha[1] Żołnierze zatrzymali furmankę i chcieli ją zarekwirować, żeby rannego dowieść do Bystrej. Właściciel oponował, wykrzykując, że jeśli Rosjanie raz konia z wozem zabiorą nigdy już ich nie odzyska. Utarczka trwała do czasu, gdy jeden z buczkowickich milicjantów nie zdzielił Volksdeutscha kolbą w piersi A że sił nie żałował, wiedząc z kim ma do czynienia, więc nasz woźnica zwalił się do skrzyni wozu jak nieżywy. Ściągnięto go na ziemię, gdzie zaczął dochodzić do siebie. Sapera zaś załadowano na wóz i zaprzęg popędził w kierunku Bystrej. Żołnierz zmarł w drodze do szpitala. Był to jeden z ostatnich Rosjan, który stracił życie w związku z działaniami wojskowymi Buczkowicach, ale związanymi z akcją rozminowania terenów.
Pani Anna Kubica wspomniała również o innych ofiarach tego pola minowego. Tuż po wyzwoleniu na polu minowym zginął Władysław Kubica, syn stolarza (Kubica z baraku) oraz jego ojciec, który, widząc zmasakrowanego przez wybuch miny syna, ruszył mu na ratunek. Trzecią ofiarą nieszczęsnego pola był Władysław Jakubiec (obecna ul. Wyzwolenia 160), który z okna swego domu widział rozgrywającą się tragedię. Chciał ratować przyjaciela i sąsiada. Przesadził płot, oddzielający jego podwórko od pola minowego i biegł w kierunku rannych. Ten też trafił na minę i padł martwy. Jeden dzień i trzy ofiary zdradliwego pola. Nie był to koniec tragedii obu rodzin. Okazało się bowiem, że następną ofiarą pola był brat Władysława- Józef Jakubiec, który poniósł śmierć od miny znacznie później, bo w czasie, gdy rozbrajaniem min również na tym polu zajmował się znany nam już Ignacy Mroczek.
O innym wydarzeniu związanym ze strefą zaminowana w rejonie Adamusa wspominała Anna Laszczak  z d. Mizera. Jej wspomnienia związane były z pogrzebem jej zmarłej cioci Marii Mizera, położnej o przydomku „Maślonkula”, bo pochodziła z Maslańków (bud. Nr 136 przy dzisiejszej ul.Legionów). Maria Mizera zmarła 3 kwietnia 1945 r. Niepewność co do możliwości poruszania się po wsi sprawiła, że ciało zmarłej leżało w domu. Najbliżsi zdecydowani byli na wykopanie grobu nieopodal domu. Na wieść o tym, że Niemców we wsi nie ma, postanowili trumnę załadować na mały wózek i dzisiejsza ul. Woźną zamierzali jak najszybciej dotrzeć do cmentarza. Okazało, się, że na znacznych odcinku tej drogi rozłożone były jakby w nieładzie miny przeciwpiechotne, które trzeba było ostrożnie omijać. Gdy zmarłą pochowano, Stanisław Mizera i dwaj bracia Wandzlowie z sąsiedztwa rozpoczęli „rozminowywanie”, rzucając w miny kamieniami. Tym sposobem część drogi oczyścili. To działo się 6. kwietnia 1945 r.[2]
Z tym polem związana jest jeszcze jedna historia, której „bohaterami” byli buczkowiccy Volksdeutsche. Ich to zapędzono do pchania ogromnego wału po polu minowym po to, by powodować wybuchy min i oczyszczać z nich teren. Ten okrutny eksperyment zgromadził ogromną liczbę gapiów, którzy chcieli widzieć strach w oczach hitlerowskich sprzymierzeńców.
Historia tego miejsca znaczona dosłownie krwią i wieloma ofiarami zakończyła się w latach pięćdziesiątych. Przez wiele lat parcele nie były uprawiane. Wszyscy obawiali się orki. Okazało się, że obawy były słuszne. Niemcy, zaminowując przedpole swoich stanowisk, zastosowali miny przeciwpiechotne i przeciwczołgowe. Te ostatnie ukryte zostały pod murawą tak starannie i głęboko, że miejsca ich założenia były całkowicie niewidoczne, a likwidujący miny lekkie saperzy nie potrafili ich zlokalizować. Nie nastąpił też ich wybuch, albowiem pod niewielkimi ciężarami (człowiek, wał) zapalnik miny nie mógł zadziałać. Zakończenie tragicznej historii tego pola śmierci nastąpiło, jak wspomniałem w latach pięćdziesiątych, kiedy to natrafiono w czasie orki na minę przeciwpancerną. Wezwani saperzy dokończyli dzieła oczyszczenia całego pola.

                                                                                                                      Józef Stec


 

[1] Jego nazwisko rozmówca wskazał.
[2] Zarówno data śmierci, jak i dzień pogrzebu Marii Mizera jest potwierdzony w księdze zmarłych parafii Buczkowice