Losy rodzin wysiedlonych z Buczkowic

Wronowie z dzisiejszej ul. Bielskiej 125

Historia, którą postanowiłem opowiedzieć, dotyczy wysiedlenia z Buczkowic rodziny Jana i Marii Wronów z dzisiejszej ul Bielskiej 125, rodziny buczkowickiego kowala. Opowiedział mi ją Józef Wrona, syn kowala
Był pan Jan kowalem i odlewnikiem i, jak wielu rzemieślników, również gospodarzem na średniej wielkości gospodarstwie rolnym. Miał czworo dzieci: Józefa, Annę, Michała i najmłodszą, Wiktorię. W chwili, gdy wydarzenia zaczęły nabierać rozpędu liczyła ona około dziesięciu lat. Rodzina na biedę nie narzekała, jako że odlewnia różnych przedmiotów, w tym także armatury do wodociągów, prosperowała przyzwoicie. Polityką nikt z rodziny się nie zajmował, więc i wszystkie sprawy, jakie zwiastować mogły nadejście wojennej zawieruchy właściwie toczyły się jakby obok życia rodzinnego. Wybuch wojny, tak jak dla wielu Polaków, okazał się gromem z jasnego nieba. Wejście Niemców do Buczkowic trzeba było po prostu znieść i starać się przystosować do nowych warunków.
Tak minął czas do czerwca 1942 r. O godzinie czwartej po południu w dniu, którego dziś nikt dziś nie pamięta[1], zjawili się w domu Wronów S.A.-mani, ci w brązowych mundurach, i nakazali natychmiast opuścić dom. Nie było czasu na pakowanie rzeczy najpotrzebniejszych. Wronowa „porwała” tylko parę sztuk odzieży i jakieś dokumenty. Należało się pilnie stawić w szkole. Wronowie mieszkali tuż obok, więc nie dowożono ich na miejsce zbiórki, gdzie znalazły się również inne rodziny. Wronowie pojawili się tam niemal w komplecie: małżeństwo Jan i Maria oraz córka Anna i syn Michał. Drugi syn, Józef do rodziny dołączył po dotarciu Wronów do miejsca przeznaczenia. Wraz z cała grupą pociągiem dotarli do Orzesza k Mikołowa[2].. Znajdowali się tam już wysiedleńcy z innych miejscowości. Dozór nad obozem sprawowali strażnicy ukraińscy, a całość była ochraniana przez wojsko. W tym miejscu wypędzeni zostali podzieleni według rejonów do których mieli zostać skierowani. „Nas wywieźli do Raciborza- mówi pan Józef Wrona. Tam była taka willa za miastem tzw. schissenhaus, czyli strzelnica. To było obwiedzione drutem kolczastym na tych betonowych wysokich słupach. Był tam zrobiony taki lagier. Już tam było kilka rodzin. Z Wilkowic niejacy Koniorowie byli, jakaś nauczycielka i jeszcze inni. Całości pilnował strażnik. Kobiety siedziały w strzelnicy. A mężczyźni pracowali w wytwórni kafli.”
Tam przebywali prawie pół roku – do grudnia 1942r. Potem nastąpił wyjazd z Raciborza do miejsca docelowego. W przypadku tej rodziny było nim miasto Stralsund. Nad samym morzem. Ponieważ czystość dla Niemców to jedna z najważniejszych spraw, po przyjeździe całą odzież poddali dezynfekcji, a ludzie musieli się udać do specjalnie przygotowanych łaźni z natryskami; „po wyjściu z łaźni każdy musiał być poddany badaniu lekarskiemu. Lekarz w rękawiczkach na rękach każdego „badał”. Całe badanie polegało na tym, że lekarz każdego chwytał za pośladki. Sprawdzał umięśnienie. Jak był jędrny, to dobrze, jak był wysuszony, to nieszczęśnik był odstawiany do drugiej grupy. Tak się złożyło, że nasza rodzinka znalazła się w jednej grupie, jako ta, która miała umięśnienie porządne”. To była sprzyjająca okoliczność, pozwoliła rodzinie na pozostanie razem. Po wyselekcjonowanych ludzi podjechały furmanki, które miały zawieźć wypędzonych do miejsca zakwaterowania. Rodziną Wronów zajął się znający język niemiecki człowiek, prawdopodobnie Polak, który pracował w Niemczech jeszcze przed wojną . Nazywany był „forschnitrem”, co z grubsza można po polsku nazwać brygadzistą, nadzorcą, lub kimś w tym rodzaju. Później się okazało, że rzeczywiście taką rolę w gospodarstwie pełnił. „Gospodarstwem, w którym mieliśmy pracować było gospodarstwo „Neuhoff”1 położone niedaleko wioski Bransage. Okazało się że w tzw. kazerni, czyli zabudowaniach, w których mieszkali wcześniej dowiezieni do majątku robotnicy nie było żadnej wolnej izby, w której można było ulokować sześcioosobową rodzinę” – relacjonował pan Józef. Z tego powodu całą rodzinę ulokowano w domu rybaka, położonym nad samym morzem, tak blisko, że w jego bezpośrednim sąsiedztwie uformowany był falochron z potężnych głazów, chroniących zabudowania przed zniszczeniem w czasie sztormów. Tu zamieszkała cała rodzina, dzieląc budynek z rybakiem i dwoma jeszcze rodzinami niemieckimi. Do pracy w gospodarstwie codziennie trzeba było dochodzić około kilometr. Właścicielem gospodarstwa, w którym rodzina musiała pracować był Jurgen Hecht. Razem z Wronami w gospodarstwie pracowali robotnicy przywiezieni całymi rodzinami z okolic Sieradza. Poza tym był Litwin i czterech Ukraińców. Ci ostatni jednak mieszkali oddzielnie, i jako wojenni sprzymierzeńcy Niemców, traktowani byli lepiej. Gospodarstwo było imponujące; hodowano w nim 80 krów, 500 owiec, około 150 jałówek, wypasanych na ogrodzonych w czasie orki elektrycznym pastuchem pastwiskach. Były dwa traktory, w tym jeden na gąsienicach, ciągnący z reguły pług pięcioskibowy. Tym traktorem jeździł niejaki Tomczak z sieradzkiego, który też pomagał Janowi Wronie w pracy w kuźni. Później traktorzystą został mój rozmówca -Józef Wrona. Lekki traktor służył przede wszystkim do bronowania ogromnego obszaru gruntów zblokowanymi zestawami bron. Jan Wrona pracował przede wszystkim jako kowal. Potrafił podkuwać konie, co stawiało go w rzędzie pracowników o najwyższej klasy umiejętnościach, cenionych przez gospodarza. Cała rodzina prowadziła własne domowe gospodarstwo, niemal tak jak w kraju. Żywiła się sama, a właściciel ziemi wydzielał Wronom tyle ziemniaków, ile było niezbędne dla całej rodziny. Dwa razy w tygodniu do gospodarstwa przyjeżdżał piekarz, u którego można było kupić chleb na tzw. czerwone kartki. Za symboliczne pieniądze, otrzymywane od gospodarza można było, poza chlebem, kupić jeszcze margarynę. Rodzina pobierała też bańkę mleka „spuszczanego”, czyli odwirowanego z tłuszczu. Trzeba jednak powiedzieć, że ten przydział był po kryjomu zastępowany mlekiem pełnym, a to dzięki znajomościom z oborowymi. Dobre stosunki z rybakiem powodowały, że rodzina miała też dostęp do ryb. W użytku była także melasa z buraków cukrowych, gotowanych w domu na węglu brunatnym, którego przydział wynosił jeden worek na tydzień. Produkcja melasy była dość prosta. Buraki należało rozgotować, następnie wycisnąć z uzyskanej masy sok. Potem zaś uzyskany sok trzeba było gotować, aż do czasu, gdy syrop stał się gęsty. Czasami za niewielkie pieniądze można było kupić mięso pochodzące najprawdopodobniej z padłego bydła. Prowadzenie domu było możliwe z tego względu, że żona pana Jana nie była zatrudniona w gospodarstwie. Musiała dbać o żywienie i opieranie całej rodziny. Młodszy brat pana Józefa – Michał, po pewnym okresie pracy w polu, został zatrudniony przy połowie ryb. Zastąpił pomocnika rybaka, młodego Niemca, który został wezwany do prac na rzecz frontu w ramach przysposobienia wojskowego. Starsza siostra mojego rozmówcy, Anna zajmowała się pomocą w kuchni oraz sprawowała opiekę nad kurnikiem. Najmłodsza, Wiktusia miała za zadanie doglądanie jałówek. To były zajęcia stałe. Jednak w czasie spiętrzenia prac przy burakach cukrowych, żniwach, czy omłotach – wszyscy kierowani byli do takich prac.
Pracowano od siódmej rano do południa. Potem była godzinna przerwa obiadowa. Praca po południu, trwała w zasadzie do czwartej. Był to jednak czas orientacyjny. Faktyczny koniec prac w polu ogłaszał wspominany wcześniej „forschniter”. Jego zejście z pola oznaczało zakończenie roboty. Najtrudniejsza była praca przy przerywaniu buraków cukrowych, bo trzeba ją było wykonywać na kolanach. Nadzorca nie miał względów dla swych rodaków. Zawsze nosił z sobą hak na stylisku. Końcem tego styliska najczęściej lubił uderzyć w żołądek swojej ofiary. Takie nagłe, mocne uderzenie zwalało z nóg. Okazało się jednak, że miał on swoją przypadłość. Była nią padaczka. Atak następował wówczas, gdy ekonom bardzo się denerwował, najczęściej „nielegalną”, bo nie przez niego zarządzoną, przerwą w pracy, lub, gdy zakończenie dniówki, dla kawału, ogłosił Michał gwiżdżąc na palcach. Dni wygnańców upływały dzielone między prace w polu i krótki odpoczynek. Tak cała rodzina doczekała wiosny 1945 r.

Radość z końca wojny i skomplikowany powrót.

Wiadomość o masowej ucieczce Niemców przyszła do majątku niespodziewanie. Niemal równocześnie koło rybaczówki pojawiło się mnóstwo niemieckich żołnierzy, którzy za wszelką cenę chcieli się przedostać na drugą stronę niewielkiej zatoki.. Rybak i pomagający mu Michał Wrona służyli za przewoźników. Łódź wypełniona była do granic bezpieczeństwa. Nad głowami ciasno zbitych żołnierzy, siedzących w łodzi stali następni – na burcie łodzi i, trzymając się za ręce, tworząc jakby konstrukcję dachu. Pojedynczy żołnierze, dla których zabrakło miejsca, uczepieni burty, płynęli wraz z nią. W każdej chwili łódź mogła zatonąć. Żołnierze starali się dotrzeć na tę stronę zatoki, z której mieli możliwość dotrzeć do Stralsundu. Nie wszystkim udał się ten manewr. Jeden utonął, usiłując przepłynąć całą zatokę. Rzucił się do wody w umundurowaniu i z aparatem fotograficznym z długim obiektywem. Drugi z żołnierzy, widząc tragedię swego kolegi, zrezygnował z przepłynięcia zatoki. Ruszył biegiem wzdłuż brzegu, taszcząc dwa ciężkie pojemniki z jakimś sprzętem, czy dokumentami.
Zamieszanie wśród Niemców sprawiło, że senior Wrona pobiegł do majątku. Dom i jego obejście było zupełnie puste. Ani żywego ducha. Nikogo z właścicieli ani robotników nie było już na miejscu. Nie zastanawiając się długo, zajął się dwoma końmi, które nie wiadomo jakim cudem się ostały. Zaprzągł je do ostatniego wozu, jaki stał na placu. Wrzucił do skrzyni płachty od snopowiązałek, z których zamierzał zrobić coś na kształt zadaszenia nad wozem. Ruszył pędem w stronę domu rybaka. Był pewien, że nadarzyła się możliwość ucieczki z przeklętego miejsca. Przygotowanie do wyjazdu z majątku trwały niemal równie krótko, jak przy wysiedleniu z Buczkowic. Zresztą nie było co ładować .W węzełki związali to, co mieli z odzieży, do jedzenia suchary z chleba, przygotowywane przez panią Annę przez cały czas pobytu na robotach – „tak na wszelki wypadek, gdyby trzeba wracać”. Przejeżdżając obok głównych zabudowań gospodarstwa, przezornie załadowali na wóz kilka worków z owsem dla koni. I tak szybko jak tylko było to możliwe, ruszyli w drogę powrotną do Buczkowic. Ale, jak można było przewidywać, droga nie była łatwa. Po przejechaniu sporej odległości rodzina została zatrzymana przez Rosjan, którzy bez ceregieli po prostu zabrali jednego konia. Była to przykra sprawa, jako że ruszając dalej powracający do domu mieli do dyspozycji tylko jednego konia normalnego, choć chorego oraz drugiego, niezbyt wydarzonego, użyczonego przez żołnierzy. Było to zwierzę z gatunku „niskopiennych” i wybiedzony. Pan Józef nazwał go po prostu kozą. Był to przykład żołnierskiego i rosyjskiego „machniom:” (zamieńmy się). Zamienili świetnego konia na byle co. Rosjanom koń pociągowy był potrzebny podobno w oddziale artyleryjskim. Nie było wyboru. Trzeba było na „transakcję” przystać, bo czas płynął nieubłaganie. Droga wiodła w niedalekiej odległości od linii frontu, skąd dochodziły odgłosy gwałtownej kanonady z broni ręcznej i dział. Napotkany na drodze patrol rosyjski dowiedziawszy się, kim są wędrowcy nakazali im tylko posuwać się „bystriej!”, „bystriej!”. Przejeżdżali więc „bystro” przez kompletnie wypalone miasta Greiswald, Passwald, Altlau, które leżały na wybranej przez Wronów drodze na Szczecin. Wygląd tych miast był przygnębiający, drogi były w zasadzie nieprzejezdne. Tylko główne ulice były prowizorycznie oczyszczone z gruzów, zapewne przez rosyjskie „stalińce”- potężne spychacze. To pozwalało na poruszanie się tymi szlakami pojazdom wojskowym.
Tu miało miejsce następne spotkanie z żołnierzami rosyjskimi. Wóz konny jechał pod prąd pojazdów wojskowych. A że wolnej przestrzeni na „ulicy” było zbyt mało, więc doszło do zablokowania się samochodu wojskowego i wozu konnego. Powożący pan Józef wolniutko starał się ominąć samochód. Okazało się jednak, że kierowca samochodu chyba się zbyt mocno wychylił z szoferki i został zahaczony luśnią przy przednim kole tak nieszczęśliwie, że wyciągnęło go z szoferki i przeturlało wzdłuż całego wozu. Nieświadomy tego wydarzenia, bo rozgrywało się ono za jego plecami, jechał Józef dalej. Sojusznik jednak nie popuścił. Podbiegł i z całej siły trzasnął go w głowę pięścią, co uderzony skomentował słowami: „…jakzek chłopie dostoł w łeb, to jesce dzisioj widze taki niebieski gwiozdki przed łocami. Rusek kcioł mi jesce poprawić, ale ojciec go powstrzymoł.” Żołnierz miał pretensje również dlatego, że potraktował to całe zdarzenie, jako dowód braku szacunku dla niego, czterokrotnie rannego w czasie wojny. Cała sprawa mogła się skończyć tragicznie, bo żołnierz z drugiego samochodu, który się zatrzymał w niewielkiej zatoczce wśród gruzu, widząc całe zdarzenie chwycił karabin i zamierzał strzelać do sprawcy wypadku. Skończyło się interwencją pani Anny, matki Józefa, która uprosiła żołnierza, by nie strzelał. Ten „zmiękł” i broń odłożył. Cały incydent zakończył się szczęśliwie.
Tak, na zmianę powożąc zaprzęgiem, cała rodzina dotarła niemal pod Szczecin (od strony niemieckiej) w miejsce, gdzie zostały przerwane roboty przy budowie bodaj autostrady. Tam, jak się okazało, znalazło się kilkanaście podobnych wozów z powracającymi Polakami. Wszyscy zostali przez Rosjan zatrzymani. Na wyjaśnienie powodów postoju nie trzeba było długo czekać. Pojawiło się bowiem czterech lub pięciu żołnierzy sowieckich, którzy nakazali, by wszyscy młodzi mężczyźni stawili się w miejscu, gdzie rozpoczęta została budowa mostu na Odrze. Wszyscy zapędzeni do pracy przerzucać musieli sterty piachu w miejsce, gdzie przy potężnych palach, wbitych w ziemię, miał się znajdować przyczółek mostu kolejowego. Obok tej budowy przygotowano most pontonowy, który służył przede wszystkim pojazdom wojskowym. Furmanki, zdążające w stronę Polski były przepuszczane tylko wtedy, gdy pojawiła się luka w kolumnach wojskowych. Grupę czterech Polaków nadzorował jeden Rosjanin, który miał czuwać nad należytym tempem robót. Z tego czasu jeszcze dziś brzmią w uszach pana Józefa donośne okrzyki „Dawaj! Dawaj!”. Po każdej godzinie intensywnej pracy następowała pięciominutowa przerwa. Na tzw „zakurkę”, czyli na papierosa. Kto palił to palił, niepalący mógł wesprzeć się na łopacie. Niektórzy, tak jak pan Józef , wyczerpany długą jazdą, po prostu zasypiali na stojąco, oparci na łopatach. Po całym dniu pracy wydawany był obiad. Jadł go jednak tylko ten, kto miał z sobą miskę lub jakieś inne naczynie .Pan Józef i jego brat Michał „nie załapali się” na pełne danie. Dostali tylko to, co zostało po wypłukaniu kotła. Zamiast następnie iść na miejsce odpoczynku, po prostu uciekli, chroniąc się w jakiejś budowli, która miała postać długiego tunelu. Sądzili, że tym sposobem oddalą się od żołnierzy. Okazało się jednak, że byli w wielkim błędzie. Zaraz przy wyjściu z tunelu przejęli ich Rosjanie i odprowadzili do ogrodzonego drutem kolczastym sadu. Tu po raz pierwszy od wielu dni zostali tak naprawdę nakarmieni żołnierskim jadłem. Był to jednak interesowny posiłek, bowiem zaraz po nim zaprowadzono ich na miejsce budowy odcinka toru kolejowego, zniszczonego w wyniku wybuchu pocisków. Tak stali się przygodnymi pracownikami budującymi linię kolejową. Było to niedaleko odbudowywanego mostu, skąd wcześniej zwiali.
Po skończonej pracy, zwolnieni przez Rosjan, ruszyli w dalszą drogę. Przed następna „łapanką”, jaką żołnierze rosyjscy urządzili na jadących do Polski bracia rozdzielili się. Każdy szedł na własna rękę. Pan Józef wspomina o niecodziennym odpoczynku, który sobie zafundował przy piaszczystej drodze, w środku wypalonego sosnowego lasu. Nie to było jednak niecodzienne. Niezwyczajne było to, że spał na siedząco na znalezionym przy drodze krześle. Obok przejeżdżały furmanki, które słyszał, lecz nie miał siły otworzyć oczu. Nikt też z jadących nie starał się go obudzić. Mało brakowało, by po przebudzeniu, całkowicie zdezorientowany w stronach świata, nie zaczął wracać do Niemiec. Spragniony i wyczerpany dotarł pan Józef do małej rzeczki, gdzie nie tylko do woli się napił, ale również napotkał znajomych z sąsiedniego majątku, którzy również wracali do domu. Mieli z sobą mały wózek, do którego zaprzęgnięty był mały wybiedzony konik, któremu każdy krok sprawiał wielki ból, wskutek starcia kopyt, nie pomagały nawet worki, w które zawinięte miał kopyta, a właściwie, co kiedyś było kopytami. Mizeria konika sprawiła, że żaden z chłopaków nie siedział na wózku. Jedynym „ładunkiem” były walizki i skromne tobołki z rzeczami osobistymi. W tym towarzystwie wyruszył pan Józef w kierunku Stargardu. Nie wiadomo jak zakończyłaby się ta wyprawa z wynędzniałym koniem, ale los zrządził, że dostrzegli wędrowcy na pobliskiej łące trzy inne, pasące się na łące. Jeden wydawał im się taki nasz, chłopski. Dwa pozostałe to konie bardzo silne pociągowe, „…taki jak były u Neumanna we młynie w Bielsku”. Doświadczony w obchodzeniu się z końmi pan Józef schwytał tego „chłopskiego”i wykorzystując uprząż po okaleczonym koniku, zaprzągł go do wózka. Inwalidę zaś puścili wolno na pastwisko. To wszystko stało się dziełem przypadku, bo jeden z ciężkich koni po prostu spłoszony uciekł, a drugi niemal w tym samym momencie padł i zdechł. Pozostał jeden i ten zaczął służyć w nietypowym zaprzęgu. Teraz się dopiero zaczęła się prawdziwa jazda.
W końcu furmanka dotarła do Stargardu i trafiła na jakiś wielki plac, pełen wozów konnych. Tu znajomi się rozstali. W Stargardzie, pan Józef natknął się na ślady pozostałości po pierwszomajowej manifestacji. Śladem tym był najzwyczajniejszy czołg radziecki, ustawiony na wysokiej konstrukcji, wykonanej z potężnych bali drewnianych. Musiał to być fragment trybuny honorowej, bo całość była umajona zielenią. Napotkany znajomy z sąsiedniego majątku wskazał mu miejsce, w którym zatrzymali się Wronowie. Od niego też dowiedział się, że po przybyciu do Stargardu zmarła najmłodsza siostra p. Józefa, Wiktusia.  Rodzina nie była jednak w komplecie nie tylko ze względu na śmierć Wiktorii. Brakowało Michała, który, jak się później okazało, po dotarciu do Stargardu wsiadł w pierwszy lepszy pociąg zdążający na południe i dotarł aż do Częstochowy. Zmarła Wiktusia została pochowana na stargardzkim cmentarzu, a cała rodzina zatrzymała się w tym, mieście na ponad siedem miesięcy. Odezwało się w nich chłopskie sumienie. Tu obsiali zbożem bezpańskie pola, zasadzili ziemniaki, jednym słowem zaczęli gospodarować, by nie wrócić na swoje z pustymi rękoma. W międzyczasie ojciec p. Józefa – Jan dojechał do Buczkowic, gdzie chciał przygotować dom na powrót rodziny. Tu się dowiedział, że w ich gospodarstwie w Buczkowicach osiadł niejaki Keller, kowal. Osiadł na gotowym. Urządził się po swojemu, po nowemu. Budynek mieszkalny zamienił na kuźnię i magazyn materiałów, a odlewnię po prostu rozburzył. Skorzystali na tym bielscy przyjaciele Niemców: niejaki Tyrna i Bronclik, którzy w Bielsku prowadzili odlewnię metali. Zagarnęli wszystkie, niepotrzebne Kellerowi, formy, modele i przyrządy służące odlewni. Mieli dodatkowo satysfakcję, bo zlikwidowali dość aktywnego konkurenta, który psuł im interes. zwłaszcza, że rozmiary działalności odlewniczej Wrony były znaczące; armaturę wodociągową „surową” dostarczał do dalszej obróbki do firmy Hoffmana w Bielsku. Wraz z bauerami znikła z Buczkowic odlewnia z tradycjami. Wolno stojące zabudowania odlewni znajdowały się na północ od budynku mieszkalnego nr 125 przy dzisiejszej ulicy Bielskiej, niemal dokładnie naprzeciw starej szkoły. Nie było po nich śladu.
Było więc mnóstwo roboty, by przywrócić dom do stanu używalności. W ścianach budynku były wyrwy po pociskach lub granatach, dach został uszkodzony. Po prowizorycznym ogarnięciu całości pan Jan wrócił do Stargardu. Z opowieści Józefa Wrony można wnosić, że w rodzinie toczyła się dyskusja na temat powrotu do Buczkowic, lub pozostania w nowym miejscu. Szalę na korzyść powrotu przechylili radzieccy sojusznicy, którzy najnormalniej zabronili zbierania z pól nieuprzątniętej reszty tak zboża, jak ziemniaków. Wronowie zebrali więc to, co mogli na wóz i wyruszyli do Buczkowic. Było ich stać na opłacenie wagonu, do którego załadowali konia zboże i część ziemniaków.

Jan Wrona (kowal) -pierwszy z prawej - po powrocie z Niemiec

Jan Wrona (kowal) -pierwszy z prawej – po powrocie z Niemiec

Do Buczkowic wrócili w listopadzie 1945 roku. Okazało się jednak, że ich dom zajęli sąsiedzi, którzy uznali widać, że skoro przez tyle czasu prawi właściciele się nie pojawili (od wyzwolenia Buczkowic do dnia przyjazdu Wronów minęło osiem miesięcy), to zapewne już nie powrócą. Poza tym, jednym z zajmujących bezprawnie dom był funkcjonariuszem Urzędu Bezpieczeństwa, który sądził, że taka samowola ujdzie mu na sucho. Stało się inaczej. Po interwencji milicji, a ściślej komendanta posterunku – Śliwy. Sytuacja wróciła do normy, a Wronowie wreszcie mogli się zabrać za przywrócenie domu do jego właściwych celów. Tak dla tułaczej rodziny zaczął się okres powojenny na starych buczkowickich śmieciach.

 

Historia Wronów z dzisiejszej ul. Cienistej: przez Orzesze i Olsztyn do Instenburga

Rodzina Zofii i Józefa Wronów z dzisiejszej ulicy Cienistej była kolejną wysiedloną z Buczkowic. O przejściach jej członków opowiedziała jedyna z żyjących a wysiedlonych, p. Antonina Jakubiec z ul. Lipowskiej. Rodzina była liczna, składała się z dwóch synów dorosłych, samodzielnych: Władysława, rzeźnika i Ludwika, prowadzącego piekarnię. Drugą wiekowo grupę dzieci w niej tworzyli Hanka, Antosia i Józef, którego koledzy nazywali po prostu Józofkiym. Gdy wybuchła wojna w domu rodzinnym zamieszkiwała z rodzicami tylko wspomniana trójka młodszych dzieci, które urodziły się po powrocie ojca z Ameryki. Józef Wrona (ojciec) prowadził gospodarstwo, dowoził także towary do sklepu Michała Tarnawy, który podpisał Volkslistę. Zdarzyło się kiedyś, że Wrona z niewiadomego powodu nie pojechał do Żywca po towar dla Tarnawy. Ten, bardzo zdenerwowany, miał powiedzieć, że Wrona ciężko tego pożałuje. Z tym właśnie epizodem, zdawałoby się drobnym, rodzina wiązała dalsze wydarzenia. Gdzieś w połowie maja 1942 r. zjawiło się w obejściu Wronów dwóch Niemców, prawdopodobnie S.A.-manów, którzy dokładnie obejrzeli wszystkie zabudowania. Nie towarzyszył im nikt z buczkowian. Mieli natomiast wykaz niektórych budynków i ich właścicieli. Wrona podejrzał, że jego nazwisko zakreślone było czerwona kredką. Zaczął przewidywać kłopoty. W ostatnich dniach czerwca 1942 r. rodzina otrzymała nakaz natychmiastowego opuszczenia domu i pilnego stawienia się w szkole. Całe wyposażenie domu, wszystkie zwierzęta gospodarskie pozostały na miejscu. Dwójka najmłodszych dzieci, Hanka i Józek zostali na miejscu pod opieką rodzin swych starszych braci: Ludwika i Władysława. Rutynowe sprzątanie i odkażanie domu zostało połączone z wyrzuceniem mnóstwa książek i map, które przywiózł Wrona z Ameryki. Zerwano ze ścian wszystkie obrazy i inne detale wystroju mieszkania. Wszystko, rzucone na stos nieopodal domu zostało spalone.
Miejscem czasowego pobytu wspomnianych rodzin było Orzesze, gdzie urządzony został obóz dla wysiedleńców. Wygląd budynków i ich rozkład bardzo przypominał zabudowania szpitalne. Każda z rodzin otrzymała do swojej dyspozycji małą izbę, która miała jej służyć za mieszkanie. Gdy pomieszczenie było większe, kwaterowano w niej dwie rodziny. Tylko część osób miała możliwość wychodzenia poza obręb obozu. A było to związane z pracą. w kuźni lub w pracowni krawieckiej. Tak więc w kuźni pracowali Wronowie, a Szczepan Kubica -krawiec, szył w pobliskiej pracowni czy fabryce. Sytuacja pracujących na zewnątrz była o tyle szczęśliwsza, że osoby te miały możliwość spotykania się ze swymi bliskimi i otrzymywania niewielkich paczek żywnościowych. Niektórzy buczkowianie z takiej pomocy korzystali. Takiej możliwości byli pozbawieni pozostający cały czas w obozie.

Józef Wronaw czasie pobytu w Ostilmen

Józef Wronaw czasie pobytu w Ostilmen

Józef Wrona został skierowany do pracy przy koniach poza teren obozu. Prawdopodobnie był to Chorzów (bo w pamięci utkwiła nazwa podobna do Królewskiej Huty). W Orzeszu przebywał tylko na krótkotrwałych przepustkach. Reszta rodziny, podobnie jak inne, pozostawała na terenie obozu w całkowitej izolacji od otoczenia, jak w typowym obozie. Niemcy w sobie właściwy sposób starali się rozwiązać problem ludzi starych, z którymi nie mogli wiązać nadziei na ich wykorzystanie w pracy. Takich osób w czasie, gdy Wronowie przebywali w obozie, mogło być około piętnaścioro. Grupę tę ulokowano w odrębnym budynku. Osobą, która miała za zadanie przygotowywać im posiłki była nauczycielka z Wilkowic, niejaka Imielska. Jej polecono, by do posiłków systematycznie dosypywała truciznę. Imielska jednak tych poleceń nie wykonywała. Truciznę spłukiwała do kratki kanalizacyjnej w podłodze kuchni. Niemcy, widząc, że staruszkowie trzymają się dzielnie, wzięli sprawy w swoje ręce i sami zaczęli zadawać truciznę. Bez skrępowania wsypywali ją garścią do kotłów Zaczęły się zgony biedaków. Były coraz częstsze. Wczesnym rankiem przez kolejne dni nagie trupy starców, owinięte tylko w papier i ułożone w wiklinowych koszach na bieliznę (podłużnych,) wynoszone były za bramę obozu i niedaleko ogrodzenia chowane w płytkich dołach, wrzucane jak zwierzęta. W tej mordowni zmarł Jan Kubica ojciec Szczepana Kubicy, krawca.

Antonina Wrona (Jakubiec) w czasie pobytu w Ostilmen

Antonina Wrona (Jakubiec) w czasie pobytu w Ostilmen

Tak Niemcy całkowicie uwolnili obóz od obecności osób starszych,. niezdolnych do pracy. Bezruch, a jednocześnie symboliczne racje żywnościowe sprawiały, że większość uwięzionych przypominała kościotrupy. Zofia Wronowa (matka) ważyła po trzech miesiącach pobytu w Orzeszu 42 kilogramy, a Antonina 36 kilogramów. Jadłospis był niezwykły: Śniadanie: cieniutka kromka chleba (tak cienka, że była widać przez nią na drugą stronę), mała łyżeczka marmolady i kubek czarnej niesłodzonej kawy. Obiad: zupa o nazwie „saga” z trzema kawałkami ziemniaka i dodatkiem suszonej krwi zwierzęcej, która przydawała zupie obrzydliwego smaku. Kolacja była powtórzeniem śniadania z wyjątkiem marmolady, której nie dodawano.
W tej sytuacji beznadziei i pewności, co do niechybnej śmierci, Zofia Wronowa, bez wiedzy swego męża zdecydowała się przyjąć propozycję wyjazdu do pracy majątku na terenie Niemiec. Józef Wrona był temu zdecydowanie przeciwny, ale klamka zapadła. W przeddzień opuszczenia obozu rodziny otrzymały polecenie spakowania rzeczy i przygotowania się do wyjazdu. Z buczkowian jechali Huczkowie, Kempysowie i Wronowie. Podróżowali pod strażą, koleją, normalnymi wagonami, o głodzie. Pierwszy kubek czarnej zbożowej kawy dostali w Olsztynie, gdzie przeżyli ciężkie bombardowanie. Dotarli do Instenburga (Wystruć), które było miastem powiatowym. Tu cała grupa wysiedleńców została skierowana do łaźni. Odzież zabrano do odwszenia, a ludzi do kąpieli, która odbywała się w grupach z podziałem wedle płci. Dla wszystkich ten moment był głębokim wstrząsem, zwłaszcza dla dzieci.
Potem był Arbeitsamt, czyli Urząd Pracy. Przygotowana tam była hitlerowska aukcja niewolników. Rodziny ustawiono w rzędzie, a „kupcy”- bauerzy wybierali najbardziej przydatne dla ich gospodarstw. Bauer, który dokonał wyboru, płacił urzędnikowi za każdą wybraną osobę po 5 marek. Sprawa wyboru Huczków i Kempysów została załatwiona sprawnie. Na placu licytacji pozostała tylko rodzina Wronów, na którą nie było chętnego. Nie stanowili atrakcyjnego „towaru”. Józef Wrona, liczący ponad 61 lat, Zofia w wieku zbliżonym do mężowskiego byli za starzy, by można było z nich mieć pociechę w gospodarstwie. Małoletnia Antonina była z kolei za młoda. Wydawało się, że rodzina nie zostanie „kupiona”. Bauer Kossak, który wybrał poprzednie dwie rodziny wymawiał się brakiem miejsca do zakwaterowania kolejnej. Nie chciał Wronów. W końcu uległ namowie urzędników i dołączył rodzinę do reszty buczkowian. Cała ta uwłaczająca godności transakcja rozgrywała się na oczach zapłakanej Zofii, która zdawała sobie sprawę z tego, że w jakimś stopniu była pośrednią sprawczynią tego widowiska.

Arbeitskarte Józefa Wrony

Arbeitskarte Józefa Wrony

Takim to sposobem wszyscy znaleźli się w miejscowości Ostilmen w gospodarstwie niejakiego Kossaka (vel Kossacka). Każda z rodzin otrzymała izbę o powierzchni około 25m2 z małą kuchenką w zabudowaniach czworacznych, z których każde dawało schronienie czterem podobnym rodzinom. Budynki były dość oryginalne, bowiem posadowione były na gruncie w taki sposób, że pod podłogą była pustka. W tej bezpiecznej przestrzeni miały siedlisko szczury, myszy i ropuchy. Kuchnia zaś (w przypadku rodziny Wronów) służyła również za kurnik, bo na każdą osobę przysługiwało robotnikom po półtorej statystycznej kury. A że nie było ich gdzie trzymać, więc musiały się zmieścić w kuchni.
Gospodarstwo Kossaka było ogromne. Mówiło się o około 1800 morgach gruntów ornych i 1800 morgach lasu. Hodowane tam były krowy dojne (około 56), jałówki (około 40). Były konie robocze – nie mniej niż 12, którymi opiekowali się Huczkowie. Każdy z nich (poza Anną) miał pod opieka cztery.

Arbeitskarte Antoniny Wrona-Jakubiec

Arbeitskarte Antoniny Wrona-Jakubiec

W Ostilmen każda rodzina otrzymywała niewielki przydział żywności w postaci mąki i ziemniaków, a także mleko. Każdy pracujący dorosły otrzymywał symboliczne miesięczne wynagrodzenie. Mężczyzna – 24 DM, a kobiety 18 DM. Za te pieniądze można było dokupić żywność w sklepie rzeźniczym w miejscowości Kreutzhausen, lub chleb innych miejscowościach pod warunkiem, że kupujący posiadał tzw. Reisekarte, czyli rodzaj przepustki, uprawniającej do wyjścia poza teren gospodarstwa. Przepustki takie wydawane były przez Bürgemeistra. Jego siedziba oddalona była od majątku Kossaka ok. 3km. Do sklepu po chleb trzeba było iść piechotą 8 kilometrów. Antonina Wrona pomagała w dokonywaniu zakupów rodzinie Kempysów dla których taka droga była zbyt uciążliwa.
Praca w czasie lata trwała do 16 godzin każdego dnia, zaś w zimie 6 godzin. Wtedy robotnicy pracowali przy wyrębie lasu, dzięki czemu mogli uzyskać deputat drewna opałowego dla ogrzania czworaków – po cztery wozy konne na rodzinę na zimę. Drewno to woził m.in. Eugeniusz Huczek. Węgla do ogrzewania mieszkań w ogóle się nie stosowało. Zarobione pieniądze wydawano niezwykle oszczędnie. Wszyscy bowiem wierzyli głęboko, że nadejdzie czas powrotu w rodzinne strony, a to będzie wymagało finansowego zabezpieczenia. Należy wspomnieć, że w gospodarstwie Kossaka pracowało więcej Polaków, między innymi dwaj młodzi Masłowscy Józef i Emilian, Regina Klimaszewska i Halina Słomkowska, małżeństwo Chromiaków (żona o imieniu Józefa), Kazimierz Kochaniewicz z Białegostoku, Józef Burak, Czesław Gałażyn, Janina i Helena Zulichówny. Pomiędzy wysiedlonymi Polakami zawiązały się silne więzy trwałej przyjaźni. W roku 1944 pracowali w gospodarstwie również Litwini. Specjalną grupę robotników stanowili Rosjanie, którzy, jako jeńcy wojenni pracowali tylko sezonowo. Warunki, jakie im stworzono, były nie do opisania. Pozostawali cały czas pod wojskowa strażą. W sąsiednim majątku pracowali Francuzi, którzy sporadycznie spotykali się z rodziną Chromiaków, znającą język francuski.
Jak wszędzie, tak i tu, z dala od stron rodzinnych, spotykało się porządnych ludzi również wśród Niemców. Nie należały do rzadkości przypadki, że Niemki zabierały nasze dziewczyny do sklepów, a nawet do miasta przypominając, że należy schować pod klapę żakietu znak „P”, że należy udawać niemowę, gdyby doszło do spotkania z niemiecką policją. Antonina Jakubiec wspomina rzeźnika z Kreutzhausen, który z jawnej sympatii dawał jej pęto kiełbasy, kaszankę lub kości wołowe gdy w sklepie nikogo nie było, a w innym miejscu właścicielka sklepu ukradkiem wsuwała jej do ręki rolkę landrynek. W tym zdawało się bezwzględnie wrogim kraju byli ludzie, o dobrym, współczującym sercu. Kossak nie zapisał się dobrze w pamięci Antoniny Jakubiec. Był bezwzględny w egzekwowaniu obowiązku pracy. Pewnego razu zimą, widząc w czasie wyrębu lasu siedzące na stercie gałęzi kobiety, wściekły na ich lenistwo chciał je stratować koniem. Innym znów razem doszło do wydarzenia, którego pretekstem było zachowanie się Bolka -piętnastoletniego syna Chromiaków, który w sposób dość zdecydowany odburknął niegrzecznie bauerowi, czy odmówił wykonania jakiegoś polecenia. Kossak wtedy wezwał policję i urządził widowisko. Na ustawionej na podwórcu ławie ułożyć kazał niepokornego chłopaka, a dwóm dziewczynom Reginie Klimaszewskiej i Halinie Słomkowskiej kazał trzymać chłopca – jednej za nogi, a drugiej za głowę. Karę okrutnego bicia małolata wymierzali policjanci, którzy walili go pałkami po całym ciele. Tak Kossak zmusił Chromiaka do posłuszeństwa.
Około połowy stycznia 1945 r. właściciel gospodarstwa uciekł na zachód, zabierając część swego dobytku. Część robotników, w tym członkowie rodziny Wronów, otrzymali od niego polecenie pędzenia stada krów i jałówek na zachód. Nie doszło jednak do tego. Niemcy, wycofujący się przed Rosjanami zmuszeni byli w okazałym domu gospodarza urządzić coś w rodzaju składu broni i amunicji. Było to spowodowane faktem, że zabrakło im paliwa do samochodów, którymi zapasy te wieźli. Żeby zaś nie dostały się one w ręce Rosjan, Niemcy podpalili budynek. Nastał sądny dzień w gospodarstwie. Wybuchająca amunicja różnego kalibru stworzyła w Ostilmen istne piekło. Grozy wszystkiemu dodawało ryczenie dziesiątków przerażonych krów, które szalały w zamkniętych oborach. Tego wszystkiego z bliska nie oglądali już Niemcy, którzy w pospiechu opuścili Ostilmen 25 stycznia 1945 r.
Nastąpiły potem prawie dwa tygodnie, podczas których dawni niewolnicy byli gospodarzami w majątku. Niemców już nie było, a Rosjanie jeszcze nie nadeszli. Ale jednak w końcu się pojawili. Wydawałoby się, że zapanować powinna była radość z tego, że pojawili się pogromcy Niemców. Ale niestety, stało się inaczej. Doszło do zderzenia z całkiem inna kulturą, sposobem zachowania. Jedno z większych wrażeń związane było z ubojem krów, przeznaczonych dla żołnierzy sztabu pułku, stacjonującego w pobliżu. Krowę ubijano wewnątrz czworaka (w jednej z izb). Krew spuszczano do ziemi przez otwór w podłodze, powstały po wyrwaniu deski. Krowie wnętrzności rzucane były na prycze. Odciętą głowę pozostawiano w izbie. Uzyskane mięso dzielono i wywożono. Powszechną praktyką części żołnierzy było poszukiwanie skarbów, ukrytych przez Niemców w ziemi. Jest faktem, że Niemcy starali się w ten sposób uchronić swe wartościowe przedmioty przed kradzieżą lub zniszczeniem, a Rosjanie o tym wiedzieli. Żołnierze więc specjalnymi długimi niby bagnetami, zatkniętymi na karabinach, nakłuwali ziemię w sąsiedztwie domów mieszkalnych. Po natrafieniu na zakopane rzeczy wydobywali je i po prostu niszczyli. W ten sposób utracone zostały np. piękne komplety porcelanowe. Zmorą wszystkich kobiet była napastliwość żołnierzy, którzy każdą okazje chcieli wykorzystać dla zaspokojenia swoich chuci. Dotyczyło to nie tylko o prostych żołnierzy ale również o podoficerów, a nawet oficerów. Nie chodziło tylko o bezpośredni przymus, czyli gwałt, ale również o stopniowe osaczanie co atrakcyjniejszych dziewcząt. Zabierano je od rodzin w inne miejsca pracy, by nie miały w rodzicach oparcia. Rosjanie składali niedwuznaczne propozycje i zmuszali kobiety do uległości. Jeden ze znaczniejszych oficerów wyspecjalizował się w zadawaniu cierpień kobietom (bez względu na narodowość) które nie chciały mu ulec. Aby je poskromić i upokorzyć, a także zadać ból, miał w swoim pokoju specjalnie przygotowaną skrzynię, której wieko od wewnątrz było naszpikowane wystającymi gwoździami. Niepokorne kobiety zniewalał ułożone na tych drzwiach. Tak miało wyglądać spełnienie w wydaniu tego oficera.
Ale oprócz żołdaków byli ludzie szlachetni. O dwóch z nich opowiadała Antonina Jakubiec. O obu pamięta, jako o ludziach, którzy mimo wielu wojennych przeżyć zachowali normalne ludzkie uczucia i potrafili zrozumieć człowieka dbającego o swoją cześć. Obecność Rosjan nie zwolniła niewolników od obowiązku pracy ponad siły. Kobiety najczęściej musiały ręcznie doić stada krów. Na jedną przypadało dwanaście krów. Nie było tu względu na wiek czy narodowość. Obowiązek ten dotyczył również Rosjanek. Mężczyzn zapędzano natomiast do zbierania ścierwa padłych zwierząt, którego było wszędzie pełno. Ich obowiązkiem było zagrzebywanie w ziemi krów i koni.
W końcu, dzięki zapobiegliwości Józefa Wrony, który postarał się o parę koni i wóz, całej rodzinie udało się opuścić Ostilmen. Rodzina wyjechała z tego trudnego do zapomnienia miejsca 1. maja 1945 r. Podróż z przeszkodami na trasie do Olsztyna trwała 14 dni. Wraz z Wronami jechała rodzina z Przasnysza. W Olsztynie Wronowie zatrzymali się na dłużej, bo trudno było utrafić na pociąg, zmierzający w nasze strony. Zresztą ruch pociągów w tamtym czasie nie podlegał żadnej kontroli. Wszystko działo się żywiołowo. Trzeba było liczyć przede wszystkim na szczęście i dbać o to, by być razem, by w tym powszechnym zamieszaniu nie stracić najbliższych z pola widzenia. Pozostawiwszy konie i wóz w Olsztynie, wsiedli do pociągu i dotarli do Czechowic. Jechali również drezyną, szli na piechotę. W końcu dotarli do własnego zamkniętego domu, przed którym stała skulona wychudła siostra Hanka, która doświadczyła u nas przykrych przeżyć odczuwanych dolegliwiej, bo zgotowanych, przez ludzi sobie znanych. Dom był pusty, wysprzątany ze wszystkiego, co mogło służyć jego wyposażeniu. Były trudności z jego odzyskaniem. Znaleźli się ludzie, którzy uznali, że Wronowie do Buczkowic nie wrócą. Jedyne, co cieszyło, to obsiane i obsadzone pola. Zadbali o to starsi synowie Józefa Wrony. Zaczęło się nowe życie we własnym gnieździe. Choć od tamtych wydarzeń minęło już wiele lat, systematycznie ożywają w pamięci czasy nieopisanego głodu, upokorzenia, trudnych przeżyć, związanych z wkroczeniem wojsk radzieckich, a także marzenia o powrocie które utrzymywały przy życiu. W życzliwej pamięci ciągle pojawiają się postacie Polaków- towarzyszy niedoli i oddanych przyjaciół, których stałą symboliczną obecność dokumentują listy i pocztówki sprzed lat.

Dzieje wypędzonej rodziny Huczków[1] z dzisiejszej ulicy Ogrodniczej.

Kolejna smutna historia dotyczy rodziny Anny i Michała Huczków z dzisiejszej ulicy Ogrodniczej 403. Anna urodzona 17 kwietnia 1900 r.,  Michał 27.kwietnia 1897 r. W rodzinie było jeszcze dwoje dzieci: Eugeniusz, urodzony w 1925 r. i Wanda, urodzona w roku 1928.
Utrzymywali się głównie z handlu, ale zajmowali się też rolnictwem, na dość dużym gospodarstwie odziedziczonym po Szymonie i Teresie Huczkach. Mieszkali w obszernym, jak na ówczesne warunki domu, wokół którego rozlokowane były zabudowania gospodarcze. Przed wybuchem II wojny światowej żyli w miarę dostatnio. Wojna i okupacja wprowadziła do ich życia tragiczne zmiany, wystawiła ich na ciężkie próby. W połowie roku 1942, rozeszły się wieści, że Niemcy będą wysiedlać. Nikt dokładnie nie wiedział jaka będzie skala tej operacji. Każdy miał jednak nadzieję, że jego ona nie będzie dotyczyć. Mimo szeregu ograniczeń w komunikowaniu się, informacje rozchodziły się z zadziwiającą szybkością. Wiadome było więc, że zwiastunem wysiedleń było nałożenie na gospodarzy, dysponującymi zaprzęgami konnymi obowiązku stawianie się w konkretnym punkcie zbornym, by służyć podwodami. Tak się działo w całym naszym regionie. Dlatego bacznie śledzone były sygnały o tym, gdzie następuje mobilizacja furmanek. Był to bowiem znak, że wysiedlenia będą się odbywać w którejś z miejscowości sąsiednich. Tak też było w przypadku akcji w Buczkowicach. Tym razem stanem pogotowia zostali objęci posiadacze zaprzęgów konnych ze Szczyrku. W zasadzie nie było wątpliwości, że wysiedleniami będą objęte Buczkowice. To wszystko działo się końcem czerwca 1942 r. Najprawdopodobniej 27 lub 28 czerwca. W tym dniu, bez żadnego uprzedzenia, w gospodarstwie Huczków zjawiło się trzech umundurowanych funkcjonariuszy niemieckich. Dwóch mężczyzn i kobieta. Wypowiedzieli wyuczony rozkaz, brzmiący mniej więcej tak: Z rozkazu Adolfa Hitlera nakazujemy opuszczenie tego domu w ciągu piętnastu minut. Od strony drogi głównej przerażona przybiegła siostra Michała Teresa z krzykiem, że furman szuka domu, w którym mieszkają Huczkowie. W ogromnym pośpiechu, który nie pozwalał na zabranie nawet najpotrzebniejszych rzeczy osobistych, cała czwórka została zapakowana na furmankę. Zabrać zdążyli zaledwie niewielki garnek ze smalcem. Nie mieli jednak ani kawałka chleba, bo akurat ostatni bochenek, jaki był w domu, został zjedzony na śniadanie. Na furmance zostali przewiezieni do szkoły, gdzie, jak się okazało, był zborny punkt dla wszystkich, podlegających wywózce w tym dniu rodzin. Po wyczyszczeniu i sprzątaniu domu  osiadł w nim bauer o nazwisku Lang.

Wanda i Eugeniusz-dzieci Huczków przed wybuchem wojny (1)

Wanda i Eugeniusz-dzieci Huczków przed wybuchem wojny (1)

Po krótkim czasie, w którym urzędnicy dopełnili w szkole formalności ewidencyjnych, wszystkich zgromadzonych furmankami odwieziono na stacje kolejową do Łodygowic Dolnych i wyprawiono pociągiem w dalszą drogę. Pierwszy etap tej podróży zakończył się w Orzeszu na Górnym Śląsku.
Tu wszystkie rodziny zostały umieszczone w obozie stworzonym w budynkach (najprawdopodobniej) poszpitalnych, wybudowanych z czerwonej licowej cegły. Budynki otaczało wysokie ogrodzenie z drutu kolczastego. Płot był podwójny. Pomiędzy dwoma pasmami ogrodzenia rozwinięte były zasieki ze zwojów drutu kolczastego. Obóz był strzeżony. Nikt nie wiedział, jak długo trwać będzie pobyt w tym obozie. Mężczyzn zapędzono do pracy. Pan Michał pracował w hucie szkła położonej nieopodal obozu, zaś Eugeniusz, jako rosły, silny i młody skierowany został do pracy przy budowie drogi. Praca w hucie była o tyle interesująca, że jeńcom wolno było spotykać się z odwiedzającymi ich krewnymi, a także korzystać z pomocy żywnościowej. Było to możliwe tylko dzięki życzliwości nadzorcy robotników, który okazał się być normalnym człowiekiem. Pani Anna nie miała w Orzeszu stałego zajęcia, lecz dorywczo była zatrudniana do prac na dworcu kolejowym. Niemal dokładnie w połowie września 1942 r. wygnańcy zostali załadowani do bydlęcych wagonów i wyruszyli w dalszą drogę. Większa ich część, w tym Kempysowie, Wronowie (bez kowala) zostali skierowani do Prus Wschodnich. W tej grupie znalazła się rodzina Huczków. Cała grupa buczkowickich wygnańców dotarła do miasta Instenburg (polski Wystruć), a następnie do miejscowości Gardauen (polska Gerdawa).

Michał Huczek

Michał Huczek


Insterburg był miastem powiatowym,
w którym siedzibę miał Arbeitsamt (Urzad Pracy). Tu odbył się swoisty, bo w wydaniu niemieckim, targ niewolników, którzy usadowieni całymi rodzinami na skromnych tobołkach, wystawieni zostali na coś w rodzaju licytacji. Na plac podjeżdżali bowiem kolejni gospodarze i wybierali tych, których uznali za najbardziej przydatnych do pracy w ich gospodarstwach. Największą obawę wśród naszych budziła ewentualność podzielenia rodziny, ponieważ łączność pomiędzy gospodarstwami nawet najbliżej położonymi była utrudniona. To miało się jednak okazać dopiero później. Instynkt nakazywał jednak, by trzymać się razem. Wszystko stało się jasne, gdy rodzinę Huczków (całą), a także Kempysów i Wronów (tych z ul. Cienistej- przyp. J.S.) wybrał niejaki Paul Kossak z zawodu masarz, a po nabyciu gospodarstwa, rolnik.

Znak przynależności robotnika przymusowego

Znak przynależności robotnika przymusowego

Otrzymali Arbeitskarty i odznaki w kształcie kwadratu o bokach 4,7 x 4,7 cm w kolorze żółtym. Na obwodzie kwadratu wykonany był rodzaj ramki w kolorze ciemnego fioletu. Na środku odznaki umieszczona była litera „P” o miarach 2,7 x 1,8cm, wykonana pismem blokowym. Ten znak musiał był przypinany do wierzchniego okrycia w przypadku wychodzenia poza obręb gospodarstwa. Niemiec-pan gospodarował na przeszło 2000 morgach ziemi ornej i lasów w miejscowości Ostilmen, położonej około 30 kilometrów od Insterburga. Gospodarstwo zajmowało się hodowlą bydła, którego było ponad 140 sztuk. Gospodarstwo nie było zmechanizowane. Pracował w nim zaledwie jeden traktor, a w czasie żniw uruchamiana była snopowiązałka. Wszystkie pozostałe prace wykonywano końmi i ręcznie. Dlatego potrzebni w nim byli robotnicy.

Anna Huczek

Anna Huczek

A byli nimi Polacy, Niemcy, Rosjanie i Litwini. Wraz z wymienionymi buczkowickimi rodzinami byli tam Polacy z różnych stron, zwłaszcza z ziem wschodnich: A byli to Emilian i Józef Masłowscy z powiatu Suchowola, Janina i Helena Zulichówny, Helena i Regina Klimaszewskie z białostockiego. Trzeba tu wspomnieć o tym, że zatrudnieni w tym gospodarstwie Niemcy nie byli zdolni do służby wojskowej, zaliczyć ich było można do grupy z upośledzeniami umysłowymi. Ci ludzie tylko pomiędzy sobą mogli zawierać małżeństwa, lecz pozbawiani byli możliwości płodzenia dzieci. Było wiadome, że zostali poddani odpowiednim zabiegom medycznym. Moja rozmówczyni zapamiętała nazwisko jednego z takich Niemców. Brzmiało ono najprawdopodobniej Malon (pisownia nie jest pewna).

Józef Masłowski  w gospodarstwie bauera (1)

Józef Masłowski w gospodarstwie bauera (1)

Gospodarz mieszkał w okazałym i zadbanym pałacyku. W charakterze pomocnic domowych zatrudniane były wspomniane panny Zulich. Wszyscy robotnicy natomiast mieli wydzielone kwatery w czworakach. Każda rodzina miała maleńkie mieszkanie. Mieszkanie Huczków składało się z maleńkiej kuchenki i większej izby. Pod tym względem nie było widać różnic pomiędzy Polakami i Niemcami. Rosjanie i Litwini mieli status jeńców wojennych. Ciekawe było, że tak wielkie gospodarstwo funkcjonowało w miarę sprawnie, mimo niezatrudniania żadnych urzędników. Gospodarz sam je prowadził. Jego pomocnikiem, pracującym na równi z innymi był miejscowy Niemiec liczący sobie około 60 lat o nazwisku Goerlitz.
Każda z rodzin, polskich czy niemieckich, zatrudnionych w gospodarstwie, dostała do dyspozycji niewielki kawałek gruntu, który miała obowiązek zagospodarować. Ważne jednak było, że praca na tej działce mogła się odbywać wyłącznie w niedzielę, a więc bez uszczerbku dla pracy w gospodarstwie właściciela. Rodzina otrzymywała kartki na żywność identyczne, jak pracujący w gospodarstwie Niemcy. a także symboliczne wynagrodzenie, z którego musieli pokrywać wydatki związane z funkcjonowaniem mieszkania. Jeśli zebrane z działki przypisanej rodzinie plony na to pozwalały, można było hodować drób, a nawet świnie. Dzień pracy w gospodarstwie trwał w lecie 12 godzin i był w całości przeznaczony na pracę w polu. W okresie zimy dniówka trwała 8 godzin i była przeznaczona na prace przy wyrębie lasu. Koniec roku 1944 i początek roku 1945 zwiastował niechybny koniec III Rzeszy. Odgłosy działań wojennych zastępowały radio i prasę. Coraz lepiej słyszalne było głuche dudnienie artyleryjskiej kanonady. Nadchodził front. Jeden z zapobiegliwych Niemców, o polsko brzmiącym nazwisku Wischniewski, który wrócił dotkliwie ranny z frontu, odprawił wcześniej w głąb Rzeszy swoją żonę i dwoje dzieci. Gospodarz natomiast trwał zdecydowanie dłużej w swoim majątku, aż do bodaj 21, czy 22

p.Masłowska

p.Masłowska

stycznia 1945 r. Na przygotowane do długiej drogi wozy, zaopatrzone w zadaszenia z plandek załadował dużą część swego ruchomego majątku. Pan Michał i syn Eugeniusz, jako obeznani dobrze z końmi wyznaczeni zostali do powożenia tymi wozami. Pozostała część rodziny Huczków pozostała w gospodarstwie. Kolejny Polak o nazwisku Chromiak kierował traktorem, za którym ciągnął naładowany wóz. Żeby móc wrócić do gospodarstwa umyślnie zepsuł traktor. Wrócił go gospodarstwa pod pretekstem zabrania części do jego naprawy. Michał i Eugeniusz porzucili swe zaprzęgi i starali się również wrócić, by zabrać resztę rodziny. Do spotkania całej rodziny doszło w miejscowości Bokelen, która była cała w płomieniach. W tym miejscu, jako jedynym na całej trasie było ciepło. Domy po obu stronach ulicy płonęły. Pan Michał przezornie wyrwał cegły z rozgrzanych pożarem murów jednego z domów, by można na nich było ogrzewać nogi. Tam zdobytą przemysłem furmanką dotarli do Gardauen, gdzie formalnie zajęli się nimi Rosjanie. Uciekinierzy byli różnej narodowości. Zawiadywanie tą swoistą wieżą Babel stało się dla Rosjan nie lada wyzwaniem. Dlatego, jak można sądzić, jednym z podstawowych ich zadań, ułatwiających opanowanie takiej masy ludzi było organizowanie czegoś na kształt obozów przejściowych. Regułą w nich było oddzielanie mężczyzn od kobiet. Nie miało tu znaczenia, czy jest to rodzina, czy ludzie sobie obcy. W krótkich chwilach wspólnego przebywania pani Wanda podawała za męża swego brata Eugeniusza, co w zasadzie wykluczało zaczepki ze strony żołnierzy radzieckich.

Wanda Huczek z kolega z czasów wygnania Masłowskim po wojnie

Wanda Huczek z kolega z czasów wygnania Masłowskim po wojnie

Powrót do Buczkowic odbywał się przez wiele tygodni, drogą okrężną przez dzisiejszą Litwę, cały czas po terenach wolnych już od Niemców. Wagony bydlęce, wyposażone w piętrowe prycze, z małym piecykiem o jajowatym kształcie i niewielkiej płytce, na której zaledwie mieściła się jedna menażka wojskowa były w tym czasie ich domem. A droga do domu niewypowiedzianie się dłużyła. Wielogodzinne i częste postoje sprawiały, że wszystko to ciążyło coraz bardziej. Najdotkliwiej odczuwano brak wody do picia. Na dodatek p. Wanda ciężko zachorowała. A że o medykamentach nie można było nawet pomarzyć, więc jedynym lekarstwem okazał się być bimber wyhandlowany z ruskimi, wedle zasady „machniom”- zamieńmy się. Ojciec Wandy „machnął” jakieś spodnie czy starą marynarkę, a Rosjanin bimber. Siwucha okazała się zbawienna dla zdrowia, ale obrzydliwa w piciu. Drugim lekiem zastosowanym przez ojca była ciepła woda, wyproszona od maszynisty kolejowego. Widać że dostatek tego deficytowego napoju stał się drugim cudownym lekiem. Pani Wanda wyzdrowiała. Była chyba jedyną, która nie cierpiała  w tym, czasie na brak wody. Reszta powracających stale odczuwała pragnienie. W takich warunkach, z trudem, po wielu tygodniach dotarli do Siedlec. Zaczęło się poszukiwanie pociągu, jadącego w kierunku Katowic. Traf chciał, że nadarzył się pociąg towarowy załadowany częściami do samolotów. Huczkowie skorzystali z okazji i dotarli najpierw do Katowic, a później do Komorowic, gdzie pan Michał doszukał się znajomych z czasów przedwojennych. Rodzina nie mogła jednak wrócić do swego domu, bo w naszej wsi stali jeszcze Niemcy.

Wrócili do Buczkowic pieszo 7. kwietnia 1945 r., a więc w trzy dni po ucieczce Niemców. Wrócili do własnego domu, wolnego od Langa, ogrzanego przez siostrę. Michała, Teresę, która została uprzedzona o powrocie całej rodziny. Dla wszystkich zaczęło się normalne życie. Byli u siebie.[2]

Józef Stec


Do historii Huczków
[1] Całą relację oparto na opowieści p. Wandy Książkiewicz z d. Huczek z 3. listopada 2005r. przekazanej autorowi
[2] W relacjach Antoniny Jakubiec ( z d. Wrona) i Wandy Książkiewicz można zauważyć pewne rozbieżności nap. Odnośnie do powierzchni gospodarstwa, ilości bydła, czy czasu pracy. Ich wyjaśnianie i uzgadniania uznałem za niecelowe, ponieważ nie miały one, jak mniemam większego znaczenia dla istoty opisywanych warunków pracy i pobytu w Ostilmen. Relacje zapisałem tak, jak zostały mi przekazane.


[1] Wiele wskazuje na to, że było to 27 lub 28 czerwca.  Rodzina Wronów była w tym samym czasie w transporcie, co Huczkowie. Wanda Książkiewicz wymieniła rodzinę kowala jako tę, którą pamięta z  punktu zbornego w szkole. A to było w jednym z wymienionych dni. Wspomnienie p. Wandy Książkiewicz spisałem 3. listopada 2005 r.
[2] W Orzeszu, zostały zorganizowane dwa Polenlagry. Ten opisywany nosił numer 28. W tym przejściowym lagrze dokonywany był podział na inne obozy.
1 W sąsiedztwie tego majątku były inne gospodarstwa: m.in. Mitterhagen, Bringhoff, Niderhoff, Tschenghoff