Jadwiga Antonina Huczek – Kułas ostatnia z partyzanckiego Oddziału Górskiego Armii Ludowej

Jadwiga A. Kułas z domu Huczek jest ostatnią żyjącą członkinią Oddziału Górskiego Armii Ludowej, dowodzonego przez Józefa Habdasa, więźniarką KL Auschwitz, obecnie aktywną członkinią organizacji kombatantów.

Jadwiga Kułas 27.maja 2015 r

Jadwiga Kułas 27.maja 2015 r

Urodziła się 19. maja 1926 w Buczkowicach pod numerem 352 przy dzisiejszej ulicy Myśliwskiej. Jest córką Macieja (*1881) i Marianny (*1893) z domu Byrdy. Ojciec był rodowitym buczkowiczaninem zaś matka pochodziła z Rybarzowic.Chrzestnymi Jadwigi byli Jakub Gruszecki z Rybarzowic i Genowefa Huczek z Buczkowic. Akt narodzin

Maciej Huczek

Maciej Huczek

zapisany w Liber natorum parafii Buczkowice nosi numer 46/1926. Jej dziadkami ze strony ojca byli Wojciech i Teresa, zaś ze strony matki Michał i Julianna (Julia) z Gruszeckich z Rybarzowic. Maciej Huczek był wykwalifikowanym stolarzem, a także snycerzem. Zajmował się m.in. wytwarzaniem mebli. Był człowiekiem oczytanym, światłym, znającym języki m.in. francuski, włoski i niemiecki. Rzemieślnicze umiejętności ojca Jadwigi były rodzinnym dziedzictwem. Jego ojciec Wojciech, a dziadek Jadwigi był cenionym pracownikiem fabryk mebli

giętych w Buczkowicach. Maciej Huczek był człowiekiem o mocno ukształtowanych poglądach na temat więzi rodzinnych. Gdy okazało się, że jego brat Antoni jest słabego zdrowia odstąpił mu część swego majątku, a także umożliwił zdobycie kwalifikacji upoważniających do pełnienia funkcji kontrolera jakości mięsa przeznaczonego do spożycia. Tym samym Antoni Huczek zyskał powszechny szacunek w okolicznych wsiach jako „weterynarz”. Ze strony Macieja były to gesty świadczące o niecodziennej życzliwości braterskiej wobec chorowitego Antoniego. Maciej uznawał, że mając w ręku dobry zawód będzie w stanie swą rodzinę utrzymać mimo rezygnacji z części swoich praw i możliwości. Jadwiga wzrastała pod opieką takiego człowieka i w klimacie przez niego tworzonym.

Z działalnością Oddziału Górskiego Jadwiga związała się jako siedemnastoletnia dziewczyna. Wyróżniała się ponadprzeciętną urodą, ozdobioną okazałym, długim warkoczem. Podjęcie współpracy z grupą partyzantów kierowaną przez Józefa Habdasa, który w środowisku miał opinię zawadiaki, człowieka o porywczym usposobieniu nie było w rodzinie powszechnie akceptowane. Przeciwny temu związkowi był zwłaszcza ojciec, człowiek głęboko wierzący. Jak wspomina p. Jadwiga gorąco się modlił o to, by związki z partyzantami ustały, jako że wiązały się one z potencjalnym zagrożeniami dla córki i całej licznej rodziny, w której wychowywało się dziewięcioro dzieci.
Jednakże mimo tych niebezpieczeństw, które były realne, ścisłe kontakty Jadwigi z oddziałem stawały się coraz trwalsze. Jadwiga była uosobieniem odwagi, brawury, często nawet zawadiactwa bardziej przystającego mężczyźnie, aniżeli młodej pięknej dziewczynie.  Przejawem mocnych związków z oddziałem i samym Habdasem były częste wizyty Habdasa u Huczków. Jadwiga nie brała czynnego udziału w akcjach oddziału. Pełniła rolę łączniczki, przekazującej informacje, broń i amunicję. Utrzymywała również kontakty z osobami które zaliczały się do politycznego kierownictwa nad oddziałem. Dzięki tym kontaktom oddział dysponował bieżącymi informacjami na temat oczekiwanych od oddziału działań.
Informacje zebrane przez łączniczki przekazywane były Habdasowi w miejscach postoju i odpoczynku. Takim miejscem był m. in. dom Józefa i Karoliny Koniorów w Kalnej. Jak wspominała p. Matylda Konior- Opiłka, jedyna żyjąca z rodziny Koniorów, Jadwiga Huczek bywała w tym domu. Dziesięcioletnia w tym czasie Matylda pamięta Jadwigę jako dziewczynę niezwykłej urody o pięknych długich włosach splecionych w gruby warkocz. Bez żadnego wahania rozpoznała ją na fotografii będącej wycinkiem fotografii zbiorowej byłych więźniarek przebywających w Szwecji w ramach akcji duńskiego i szwedzkiego Czerwonego Krzyża.
Okoliczności związane z działaniami oddziału partyzanckiego Józefa Habdasa i członkostwem w tym oddziale spisałem w oparciu o relację której wysłuchałem 27. maja 2015 r. Poza znanymi już danymi o członkach oddziału, a więc Tadeuszu Koniorze, Józefie Golasiku, Antonim Janicy, Józefie Damku, a także Czesławie Bukowskim i Zofii Tyrała z Bielska i Świergałach, p. Jadwiga potwierdziła, że członkami oddziału byli Sikorowie z Mesznej, zwłaszcza Jan, który był jednym z partyzantów, uczestniczących w napadzie na konwój kart zaopatrzeniowych na moście w Szczyrku. Potwierdziła też członkostwo w oddziale Wojciecha Moczka z Buczkowic z dzisiejszej ulicy Miodowej. Wymieniła również nazwisko Kurysia ze Szczyrku. Inne nazwiska w czasie rozmowy nie padły. Dane o członkach oddziału nie były powszechnie w oddziale znane ze względu na konieczne środki ostrożności.
Pani Jadwiga przekazała informacje na temat zdemaskowania groźnego agenta gestapo ulokowanego w otoczeniu oddziału. Agentem tym był niejaki Smurzyński, o którym jest wzmianka w życiorysie Alojzego Sikory z Mesznej. Smurzyński był tym, który doprowadził do aresztowania i w efekcie stracenia tego wytrawnego organizatora lewicowej opozycji wobec Niemców. Ostatecznym dowodem zdrady Smurzyńskiego- mieszkańca Bystrej były wydarzenia, które rozegrały się w Buczkowicach w budynku nr 338 należącym do Teresy Tarnawa przy dzisiejszej ulicy Lipowskiej (budynek obecnie nie istnieje). W tym domu partyzanci Józefa Habdasa mieli urządzoną kryjówkę, w której w omówionym dniu mieli się spotkać. Do tego spotkania doszło, jednak nie uczestniczył w nim wspominany Smurzyński. Był to dowód jego zdrady. W tym czasie bowiem Niemcy otoczyli dom chcąc ująć partyzantów. Smurzyński nie chciał być wśród partyzantów. Wskazał natomiast Niemcom miejsce i czas ich pobytu w kryjówce, by policyjna obława mogła się skończyć aresztowaniem członków oddziału. Poufne informacje, jakie do oddziału dotarły sprawiły, że nieobecność Smurzyńskiego na zbiórce oddziału była sygnałem do natychmiastowego opuszczenia kryjówki. Akcja policyjna spaliła na panewce. W odwecie za to niepowodzenie Niemcy spalili doszczętnie nędzny dom Tarnawów. Pożar był przez partyzantów obserwowany spod tzw. Filipki na zboczach Skalitego. Teresa Tarnawa i jej syn Stanisław, którego przywoływała mianem „Stanicek” zostali aresztowani. Dokładnej daty tego tragicznego zajścia nie znamy. Jednakże sąsiedzi Tarnawów twierdzili, że było to w okresie między majem, a końcem lipca 1944 r. Oboje Tarnawowie zostali najprawdopodobniej zakatowani w bielskim gestapo, bo ślad po nich się urwał w chwili aresztowania. Nie znaleźli się w żadnych transporcie np. do KL Auschwitz lub do więzienia w Mysłowicach. W chwili śmierci Teresa Tarnawa liczyła sobie 70 lat, a jej syn Stanisław-30. Dziś nawet starsi mieszkańcy Buczkowic nie są w stanie wskazać miejsca w którym stał dom „ubiydowanej”, bo takim przydomkiem określana była Tarnawowa. A miejsce to położone przy ul. Lipowskiej wchłonięte, zostało do terenów składowych Spółdzielni Handlowej Szczyrk z siedzibą w Buczkowicach.
Wiele czasu w rozmowie pochłonęło omówienie sprawy Czesława Bukowskiego, agenta gestapo wmontowanego do oddziału Habdasa. Pani Jadwiga nie miała, jak twierdziła, wiedzy na temat funkcji, jaką w oddziale pełnił Bukowski. Tym, samym nie potwierdziła jednoznacznie, że był od zastępcą Habdasa. Nie mogła jednak tego wykluczyć. W pełni potwierdziła natomiast przebieg wypadków towarzyszących aresztowaniu rodziny Koniorów i Józefy Golasikowej oraz rolę jaką odgrywał w nich Bukowski, którego rozpoznała na przedłożonej jej fotografii pozyskanej przeze mnie ze Szczyrku. Rozpoznanie to jednak było skomentowane słowami: „Chyba ten”.
Innym wątkiem odnoszącym się do Bukowskiego były jego rodzinne powiązania z Józefem Damkiem, członkiem oddziału Habdasa, poległym w Wilkowicach 5. sierpnia 1944 r. Z informacji p. Jadwigi Kułas wynikało, że Bukowski był szwagrem tego Damka. Informacja ta nie jest jednak ścisła jeśli wziąć pod uwagę tradycję obowiązującą w Buczkowicach, a dotycząca zasad określania stopnia i charakteru powinowactwa. Kwestię tę należałoby zatem wyjaśnić odrębnie.
Oddział Habdasa często przebywał w schronisku na Magurce. Ten fakt zdaniem p. Jadwigi zdecydował, że Niemcy schronisko spalili. Miejscem pobytu oddziału był również położony na tzw. Kapli dom małżeństwa Świergałów. Związane to było m.in. z tym, że Władysław Świergała był czynnym członkiem PPR. Pracował na kolei. Ta okoliczność była szczególnie ważna w czasie, gdy oddział rozpoczynał akcje dywersyjne na torach kolejowych. Świergała był tym człowiekiem, który dostarczał, czy dostarczył narzędzia służące do rozkręcania szyn. Była to pomoc ważna ze względu na niedobór materiałów wybuchowych, którymi można było wysadzać torowiska w powietrze. To te kontakty spowodowały, że feralnej nocy z 4/5 sierpnia 1944 r. grupa operacyjna zatrzymała się w domu pod lasem. Partyzanci byli u bliskiego sobie człowieka.

Alojzy Sikora

Alojzy Sikora

Ze wspomnień wnuczki Alojzego Sikory z Mesznej wynika, że partyzanci przebywali również, i to dość często w zabudowaniach Kempysów na tzw. Kempysówce na stokach Magury. Miejsce było dla postojów bardzo przydatne, bowiem znajdowało się na uboczu, w bezpośredniej bliskości lasu. Nie było zatem przypadku w tym, że zabudowania te zostały przez Niemców spalone, a rodzina objęta została dotkliwymi represjami. Wprawdzie nie mówi się o tym głośno, ale tragedia rodziny Kempysów została najprawdopodobniej spowodowana donosem wspominanego wcześniej agenta gestapo Smurzyńskiego, na którego później, po zebraniu dalszych świadectw zdrady wydany został wyrok śmierci wykonany przez Habdasa. Był to pierwszy członek oddziału górskiego zidentyfikowany jako niemiecki konfident.
Kolejnym miejscem przebywania grupy był dom Koniorów w Kalnej, gdzie partyzanci mieli możliwość odpocząć i przespać się w warunkach, które zapewniały im bezpieczeństwo. Domownicy Koniorów łącznie z małoletnią Matyldą prowadzili nieustającą obserwację okolicy, by w porę ostrzec partyzantów przed ewentualnym niebezpieczeństwem. Było to możliwe, ponieważ widoczność z domu była doskonała. Wynikało to z faktu, że budynek nie miał bezpośredniego sąsiedztwa, był otoczony uprawnymi polami, w których, w chwili zagrożenia można się było ukryć i niepostrzeżenie oddalić z miejsca zagrożenia. Na trasie między Wilkowicami a Kalną poza strefą zabudowaną w Rybarzowicach partyzanci mieli jakby stację pośrednią, która mieściła się w rozległym zagajniku olszowym porastającym brzegi niewielkiego potoku. Gęsto rosnące olchy tworzyły w tym rejonie nieprzenikniony przez promienie słoneczne głęboki cień. Ta zbita masa koron drzew oglądana z zewnątrz tworzyła ciemną kopułę. Wszystko to sprawiło, że mieszkańcy to miejsce nazywali „cornym” lub „do cornego”. Tu w drodze czy to do Kalnej, czy w kierunku Wilkowic partyzanci mogli odpocząć przez nikogo nie niepokojeni. Dokoła były bowiem tylko łąki lub niewielkie połacie pół uprawnych zwłaszcza na buczkowickiej tak zwanej cerhli, gdzie każdy zbliżający się człowiek był widoczny jak na dłoni, i to z dużej odległości. To do tego miejsca Jadwiga Huczek w towarzystwie swej o wiele lat młodszej siostry Joanny przynosiła w koszyku amunicję i granaty. Siostra zaś, jako dziecko była czymś w rodzaju elementu maskującego faktyczny cel wędrówki po czystych polach.Z opowieści snutej przez panią Jadwigę wynika, że jedną z głównych postaci, która wywierała wpływ na formy działania oddziału był Alojzy Sikora z Mesznej, którego pamięta jako osobę o wielkiej wrażliwości, a także zrównoważoną, ostrożną, temperującą emocje, a także określającą cele działania oddziału. Padło w rozmowie takie stwierdzenie, że dopóki żył Alojzy Sikora dopóty działania oddziału były bardzo uporządkowane. Zaś po aresztowaniu Sikorów w działalność grupy Habdasa wkradły się elementy pewnego rozprzężenia, nadmiernej swobody jego członków. Odnosiło się wrażenia jakby zlecający wykonanie konkretnych zadań nie mieli wyobrażenia o skali trudności z tym związanych. Taka sytuacja wymuszała na oddziale podejmowanie kroków, które zawierały w sobie wielkie ryzyko Tak przynajmniej oceniała to p. Jadwiga biorąc pod uwagę część wykonanych wprawdzie sporadycznie, ale jednak przeprowadzonych przez poszczególnych członków oddziału akcji indywidualnych.
Z relacji Jadwigi Kułas można wnosić, że obieg informacji ważnych dla oddziału nie był  doskonały. Jako przykład tej sytuacji mogą służyć okoliczności związane z aresztowaniem Sikorów. W czasie, gdy Sikorowie zostali aresztowani oddział nie podejmował żadnych konkretnych działań mających na celu ich odbicie lub co najmniej próby odbicia. Na wieść o  ich zgarnięciu przez Niemców Jadwiga Huczek pod pozorem skorzystania z krawieckich usług jednej z córek Sikory (żony Ludwika Walicy) wybrała się do Mesznej do domu Sikorów, by zebrać informacje jak wygląda ich sytuacja. W tym czasie policja przebywała z Janem Sikorą – jednym z synów Alojzego w domu, by ten wskazał miejsce ukrycia kompromitujących rodzinę materiałów. (Skądinąd wiadomo, że miały to być gazety i ulotki oraz maszyna do pisania). W chwili, gdy Jadwiga znalazła się w domu Sikorów Jan wdrapywał się na strych, by tam zapewne pozorować poszukiwania. Dom w tym czasie nie był obstawiony posterunkami policyjnymi, a akcja rozgrywała się wtedy wewnątrz domu. Wbrew normalnemu w takich sytuacjach rozwojowi sytuacji Jadwidze udało się wytłumaczyć powody wizyty właśnie wspomnianą potrzebą skorzystania z usług krawieckich. Niemców udało się przekonać do tej wersji. Jadwiga nie została zatrzymana, ani też nie była poddana przesłuchaniu. Policjanci uwierzyli również w to, że Jadwiga wstąpiła do Sikorów tylko po drodze, jako że właściwie szła do Wilkowic, by zapłacić podatek. Okrężną drogą dotarła do Buczkowic, gdzie u Wojciecha Moczka (przy dzisiejszej ulicy Miodowej) przebywał Józef Habdas, który z Wojciechem grał w karty, jakby nic nie wiedział o aresztowaniu Sikorów. Jak twierdzi, w sposób dość gwałtowny zwróciła się do Habdasa z pretensjami, że nie została podjęta żadna akcja, by Jana Sikorę uwolnić, co jej zdaniem było możliwe jeśli zważyć szczupłą ilość policjantów i gestapowców towarzyszących Janowi Sikorze. Wizyta Jadwigi Huczek u Sikorów była, jak się okazało powodem podejrzenia Jadwigi Huczek o denuncjację Sikorów. Podejrzenia te były upowszechniane przez sąsiadów tej rodziny, którzy sami zachowywali daleko idąca ostrożność w okazywaniu sympatii rodzinie dotkniętej represjami. Nikt tych opinii nie starał się zmieniać. I tak pozostało do dziś, choć coraz mniej ludzi o tym wydarzeniu i sytuacji pamięta.  Należy dodać, że w rodzinie Jadwigi Huczek Jan Sikora cieszył się bardzo dobrą opinią.(4) Był, według pani Jadwigi jedyną osobą, która starała

Jan Sikora

Jan Sikora

się jej rodzinie pomóc w wyżywieniu licznej rodziny. To Jan Sikora, jako jedyny przyniósł do domu Huczków kartkę na żywność, być może jedną z tych zarekwirowanych Niemcom. Matka Jadwigi jednak odmówiła jej przyjęcia w obawie przed ewentualnymi konsekwencjami. Jan Sikora zamierzony cel jednak osiągnął, bo upozorował zgubienie kartki koło studni. Natknął się na nią ojciec Jadwigi przebywający wtedy w domu w czasie przerwy w pobycie na robotach przymusowych w Brzegu na Dolnym Śląsku. To była, jak oświadczyła p. Jadwiga, jedyna kartka żywnościowa którą rodzina „otrzymała” od członka oddziału Habdasa i którą wykorzystała. Ta historia, jak można sądzić, była tą, która wydarzenia z aresztowanym Janem Sikorą tak mocno zapisała się w pamięci pani Jadwigi. Tłem dla tej zachowanej pamięci była gotowość niesienia przez Jana Sikorę pomocy potrzebującemu i dyskretne jej spełnienie. Historia z kartą zaopatrzeniową była okazją do wymiany zdań na temat rzekomej obfitości towarów i żywności w domu Huczków, o której w pewnych środowiskach było głośno. Opinie o bogactwie żywności w rodzinie były rozpowszechniane we wsi. Moja rozmówczyni zna te opinie i ma na ich temat jednoznaczne zdanie. Były one rozpowszechniane przez nieżyczliwych rodzinie Huczków sąsiadów, którzy z nieznanych powodów starali się jej sprawić przykrość. Pani Jadwiga stwierdziła, że gdyby taki nadmiar żywności w jej domu miał miejsce, to jej matka nie musiałaby hodować indyków, by rodzinę wyżywić. Na dodatek ostatni indyk z niewielkiego stadka został skradziony z piwnicy. Zapewnienie licznej rodzinie wyżywienia było, zdaniem pani Jadwigi, podstawowym zmartwieniem jej matki. Dlatego głoszenie kłamstw o dobrobycie jaki panował w czasie okupacji w domu Huczków uznała za niegodziwość. O wielkiej biedzie, jaka panowała w

Elżbieta Wajdzik, córka Zofii Starczak (lato 2015 r.)

Elżbieta Wajdzik, córka Zofii Starczak (lato 2015 r.)

domu Jadwigi Huczek wspominała 7.września 2015 r. Elżbieta Wajdzik-kuzynka Jadwigi. Te stwierdzenia przeczą przypuszczeniom, że ludzie Habdasa obdarowywali zarekwirowanymi kartkami żywnościowymi zaprzyjaźnione rodziny. Na podstawie tych ustaleń należałoby raczej twierdzić, że wspomniane rodziny raczej z takiej pomocy nie korzystały, by nie sprowadzać na siebie niebezpieczeństwa ze strony Niemców. Jest to przyczynek do przemyśleń  nad sposobem rozdzielnictwa mieszkańcom kart żywnościowych przez partyzantów, bo takie działania bezsprzecznie miały miejsce.

 Okoliczności poprzedzające śmierci Józefa Habdasa wedle naocznego świadka

 Po ustaleniu, że pani Jadwiga nie brała udziału w akcjach bojowych prowadzonych przez oddział Habdasa, zaś w czasie jej obecności w grupie partyzantów rozmowy na te tematy nie były prowadzone, skupiliśmy się w rozmowie na sprawie okoliczności śmierci Habdasa oraz osób, które z tym wydarzeniem miały bezpośredni związek. W centrum zainteresowania znalazła się Julia Maks, jako że ta kobieta (wedle publikacji prasowych) złożyła donos na policję o miejscu i czasie pobytu Habdasa w Buczkowicach. Julią Maks „ochrzcili” donosicielkę autorzy artykułu w Panoramie Śląskiej z roku 1959. Tak brzmiące dane nie są prawdziwe. Trudno dziś dociec czy było to świadome przeinaczenie, czy też dowód niedopatrzenia dziennikarskiego. Nazwisko Maks w Buczkowicach nie występowało i nie występuje. To, co w artykule zostało uznane za nazwisko było w rzeczywistości imieniem człowieka o nazwisku Łuczyński. Można zatem mówić o Maksie Łuczyńskim i tylko o nim, bo to on przebywał w tym czasie w Buczkowicach. To z nim związana była historia Julii Wrona (vel Maks). Rzeczywiste nazwisko denuncjatorki brzmiało Julia Wrona.
Losy Maksa Łuczyńskiego to seria ciekawych wydarzeń i sytuacji, wymagająca oddzielnej opowieści. Powodów ku temu było wiele. Po pierwsze był to człowiek, który w Buczkowicach zjawił się nie wiadomo skąd. Po drugie, w okresie przed wybuchem wojny zajmował się oryginalnym rzemiosłem, a mianowicie, budował skrzypce. Był więc lutnikiem (samoukiem?). Wytwarzał też konie na biegunach zapamiętane we wsi z tego względu, że nie były to zabawki wykonane z desek. Korpusy koni i ich głowy wykonane przez Maksa były wystrugane z kloców litego drewna. Były więc, jak na nasze wiejskie warunki i tradycję inne od tych najczęściej spotykanych. Po trzecie, był taki czas, gdy Łuczyński okresowo mieszkał u mojego stryja Józefa przy dzisiejszej ulicy Woźnej 452, a później w niedalekim sąsiedztwie mego rodzinnego domu u Michała Wrony przy ul. Ogrodniczej. Na jego temat przekazywał mi informacje nieżyjący już Jan Cierniak z ul. Woźnej 107a, którego ojciec Antoni, znany w okolicy stolarz, miał okazję gościć go u siebie, jako osobę o zbliżonych zainteresowaniach zawodowych. Wspominany Jan Cierniak jako chłopak został nawet obdarowany skrzypcami własnoręcznie wykonanymi przez Maksa Łuczyńskiego. We wsi, jak ustaliłem po rozmowach z wieloma osobami, Łuczyński postrzegany był jako człowiek niezwykle otwarty na ludzi, sympatyczny, tyle tylko, że zdarzało mu się demontować kładkę nad młynówką w okolicy ogrodu Jana Goryla. Odrywał Maks deski z tej kładki uznając, że drewno wysezonowane w takich warunkach (w bezpośredniej bliskości wody) jest szczególnie przydatne do budowy skrzypiec. Nikt zapewne tego nie sprawdzał, ale wybaczano Maksowi to podkradanie. Tak było do czasu wybuchu wojny. Wspominany Jan Cierniak opowiadał, jak w pierwszych dniach września 1939 r. Maks Łuczyński zawitał do Cierniaków w mundurze niemieckiego funkcjonariusza partyjnego i opisywał, jak wpierał wojsko niemieckie wkraczające do Bielska. Był to już inny Maks Łuczyński. Jego historię w swoim czasie opisałem w artykule „Brunatny lutnik” zamieszczonym w kwartalniku „Zapiski z dziejów…”. Łuczyński stał się naturalnym współpracownikiem- agentem niemieckim, którego nazwisko przewijało się w wielu opowieściach dotyczących życia mieszkańców Buczkowic w czasach okupacyjnych. Jego agenturalność miała swe korzenie w jego narodowości. Był Niemcem. Trzeba jednak dodać, że nie były mi znane (poza informacją o członkostwie w organizacji hitlerowskiej) dowody, wskazujące jednoznacznie na narodowość Łuczyńskiego. Dowodu tego dostarczyła Jadwiga Kułas, która niemiecką narodowość Łuczyńskiego potwierdziła 10. września 2015 r. w czasie kolejnej rozmowy. Sposób bycia Maksa przed wojną  i bardzo polsko brzmiące nazwisko było zapewne dotychczas wystarczająco mocnym argumentem, że nikt nie doszukiwał się jego niemieckich korzeni.
Pani Jadwiga wspomniała, też o innym epizodzie Maksa Łuczyńskiego. Wedle jej wiedzy Łuczyński miał przez jakiś czas pełnić funkcję strażnika albo w niemieckim  więzieniu, albo w którymś z hitlerowskich obozów. Informacja na ten temat nie była upowszechniona we wsi. W czasie wojny okresowe zniknięcie kogoś ze wsi nie było niczym nadzwyczajnym. Dlatego zapewne czasowa nieobecność Łuczyńskiego w Buczkowicach nie została odnotowana.
Ten odmieniony po wkroczeniu Niemców do Buczkowic Łuczyński stał się partnerem życiowym Julii Wrona z Buczkowic. Związek ten miał charakter konkubinatu. Ten fakt zdecydował, że poszukiwanie aktu zawarcia małżeństwa w księgach stanu cywilnego nie przyniosło rezultatu. Zawarcie formalnego związku małżeńskiego nie było możliwe, bowiem rzeczywisty mąż Julii przebywał w Stanach Zjednoczonych i choć nie dawał znaków życia, związek małżeński formalnie trwał stanowiąc przeszkodę dla małżeństwa Julii z Maksem Łuczyńskim. Konkubinat był związkiem trwałym. Urodziło się z niego dwoje dzieci. Dane te wskazują, że Julia formalnie nie nosiła nazwiska „Łuczyński”. Pozostawała przy swoim nazwisku z pierwszego małżeństwa.
Przypomnienie Maksa Łuczyńskiego i jego związków z Julią Wrona wiąże się z wydarzeniami poprzedzającymi śmierć Józefa Habdasa. Jednocześnie historia ta dowodzi, że wymienione w artykule w Panoramie nazwisko donosicielki zostało określone błędnie. Faktycznie denuncjatorka nazywała się Julia Wrona. Pod takim nazwiskiem została ujęta w spisie buczkowickich volksdeutscherów sporządzonym po ustaniu działań wojennych. Nie ma wszakże niezbitych dowodów, że Julia podpisała DVL. Wspomniany spis jest jedynym śladem wskazującym na taką sytuację.
Należy też wspomnieć, że według wiedzy pani Jadwigi Kułas Maks Łuczyński miał odwodzić swa konkubinę przed złożeniem donosu w sprawie miejsca nocowania Habdasa. Miała się za tym kryć kalkulacja na łagodniejsze potraktowanie jego czynów z czasów „strażniczych” przez władze radzieckie i polskie, gdyby Habdas ocalał. Dowódca oddziału górskiego AL miał być, według Łuczyńskiego, swego rodzaju kartą przetargową, która miała go uratować przed surową karą za kolaborację z Niemcami. Za taką argumentacją przemawiał zbliżający się i nieuchronny koniec wojny, zakończonej klęską Niemiec. Trudno odmówić racji takiemu rozumowaniu. Wszak uchroniony od śmierci Habdas, jako dowódca oddziału partyzanckiego, współpracującego pośrednio z partyzantami radzieckimi operującymi w naszym regionie mógł rzeczywiście spełniać rolę mocnej karty przetargowej po wejściu Rosjan.
Bardzo otwartej rozmowie z panią Jadwigą Kułas zawdzięczam poznanie faktycznych okoliczności poprzedzających śmierć J. Habdasa i tych, które po niej nastąpiły. Mówię o faktycznych okolicznościach, bowiem wokół tej śmierci stworzona została seria mitów i półprawd, które zaczęły żyć własnym bogatym życiem. Było ono tym bogatsze, że pojawiali się coraz to nowi komentatorzy tamtych wydarzeń, którzy uznawali za stosowne dodawać do nich swoje interpretacje, ubarwiali je o coraz bardziej sensacyjne rzekome szczegóły. Pani Jadwiga jest jedyną żyjącą osobą, która była naocznym świadkiem końcowego fragmentu zasadzki na Habdasa i świadkiem jego śmierci.

Rozbicie Oddziału Górskiego Armii Ludowej

Ostateczną rozprawę z partyzantami Armii Ludowej dowodzonymi przez Habdasa Niemcy przygotowywali od dłuższego czasu. Niezależnie bowiem od tego, co o działaniach tej grupy sądzą dyspozycyjni historycy, partyzanci dawali się Niemcom we znaki powodując utrzymywanie ich w stanie podwyższonej gotowości. Przyczyniała się do tego ruchliwość oddziału i brawura jego dowódcy, które połączone sprawiały, że działania te były nieprzewidywalne. Wspominał o tym w swoich relacjach Stanisław Kania z Bielska-Białej. To było też powodem wyznaczenia nagrody dla osoby, która przyczyni się do ujęcia Habdasa. Można zatem powiedzieć, że determinacja Niemców w sprawie likwidacji Habdasa była pełna. W czasie bezpośrednio poprzedzającym urządzenie na niego zasadzki docierały informacje o konkretyzowaniu się niemieckich planów. Wspominała o tym niejaka Maria W. ze Szczyrku, pracująca w komisariacie policji w Szczyrku, a także sama p. Jadwiga, do której dotarła wiadomość od Stanisława Dobii z Buczkowic o przygotowywanej obławie. Pierwsza z tych wiadomości najprawdopodobniej do Habdasa nie dotarła, a drugą chyba zlekceważył wierząc w swoją dobrą passę.
Tymczasem Niemcy od 28. Lipca 1944 r. prowadzili akcję ukierunkowaną na likwidację ludzi związanych z oddziałem Habdasa-Kwaśnego.

Dom Pilarzów

Dom Pilarzów

Wtedy doszło do aresztowania Józefa i Karoliny Koniorów a także ich córki Józefy Golasik. Główną rolę w nalocie na te rodziny wypełniał Czesław Bukowski- gestapowski konfident o pseudonimie Bubi II. Druga odsłona tej akcji rozegrała się w nocy z 4/5 sierpnia 1944 r. Jej tragicznym rezultatem była likwidacja pięciu członków oddziału Habdasa, a także aresztowanie sprzyjających partyzantom rodzin Władysława i Franciszka Świergałów. W obławie na wilkowickiej Kapli Czesław Bukowski członek oddziału, a jednocześnie niemiecki agent odegrał również rolę główną. On bowiem, jako znany partyzantom doprowadził do ich zatrzymania na noc pod pozorem zapewnienia im odpoczynku, a także doprowadzenia broni do porządku. On też w umówiony sposób przekazał Niemcom informacje o ilości przebywających w domu Świergałów partyzantów. Jeśli można mówić o pewnym stopniu niepowodzenia niemieckiej akcji w Wilkowicach to tylko takim, że wraz z partyzantami nie udało się zlikwidować samego Habdasa, który na miejsce spotkania nie dotarł. Ale już nazajutrz, bo 6. sierpnia 1944 r. liczna grupa policjantów otoczyła dom Pilarzów przy dzisiejszej ulicy Lipowskiej w Buczkowicach. Tam bowiem odpoczywał Józef Habdas.Nikt dotychczas nie starał się wyjaśnić jak to się stało, że Józef Habdas znalazł się w budynku Pilarzów w rejonie wsi nazywanym potocznie „Podgodziszką”. Było to niezrozumiałe zwłaszcza, że nikt spośród rozpytywanych osób nie mógł wskazać okoliczności świadczących o bliższej znajomości Habdasa i Pilarzów. Oczywiste więc jest, że odpowiedź na pytanie co spowodowało, że Habdas odpoczywał w tym domu a nie w innym miejscu lub kryjówce, które przecież miał była niezwykle ważna. Wbrew pozorom przypadek ten okazał się być bardzo prosty. Dom Pilarzów wraz z przynależnymi do niego gruntami został przez Niemców przekazany Łuczyńskiemu – Niemcowi, na zasadach identycznych, jak przyjezdnym bauerom. Całe siedlisko Pilarzów było przez Niemców opróżnione wcześniej w następstwie akcji wysiedleńczej, jaką przeprowadzili w połowie roku 1942 przygotowując pole dla osiedlenia niemieckich kolonistów, a także podejmując akcję represji wobec wybranych we wsi osób. Rodzina

Pilarzowie w ewidencji obnopzowej nJ. Urody

Pilarzowie w ewidencji obnopzowej nJ. Urody

Pilarzów znalazła się w grupie wysiedlonych. Zabudowania i gospodarstwo było do dyspozycji władz niemieckich. Fakt ten jest dowiedziony ponad wszelką wątpliwość i opisany m.in. w „Historii Buczkowic” (str.362).Fakt pobytu rodziny Wojciecha i Anny Pilarzów w Polenlagrze w Kietrzu (Katscher) wynika z zapisów dokonanych przez więźnia tego obozu pochodzącego z Buczkowic-Józefa Urodę. W pozycjach 610 i 611 tego zapisku, który się zachował, i który miałem w rękach, widnieją nazwiska Pilarz Wojciech ( lat 75) i Pilarz Anna (lat 76). Następstwem wysiedlenia Pilarzów było, jak już wspomniano, przekazanie ich siedliska Maksowi Łuczyńskiemu i jego konkubinie. Habdas znalazł się zatem w domu zajętym przez Maksa i Julię, która go zadenuncjowała Niemcom. Habdas postanowił przenocować w

Adnotacja na ewidencji Urody

Adnotacja na ewidencji Urody

jedynej w tym domu izbie. Na drugim łóżku spały Jadwiga Huczek ze swą kuzynką Elżbietą, córką Julii Wrona. Wczesnym rankiem 6. sierpnia 1944 r. Jadwigę rozbudziły nienaturalne odgłosy dochodzące spoza budynku. Zaniepokojona podejrzanym hałasem zbudziła Habdasa. Wtedy z łomotem otwarły się drzwi do izby. Stanęli w nich dwaj policjanci z bronią gotową do strzału. Za ich placami stała przerażona Julia Wrona. W izbie znajdowała się bowiem jej córka Elżbieta. Habdas, który nie miał przy sobie broni, bo przed snem położył ją na stole poza zasięgiem ręki, chciał sięgnąć po nią, ale policjanci błyskawicznie wpadli do wnętrza izby i znaleźli się tuż przy łóżku Habdasa. „Kwaśny” był bezbronny. Akcja potoczyła się błyskawicznie. Pani Jadwiga wspomina, że była przy łóżku Habdasa, bo nie zdążyła się cofnąć po wybudzeniu „Kwaśnego”. Habdas odruchowo szarpnął ją za rękę ku sobie jakby z zamiarem zasłonięcia się jej ciałem. Nie do końca się to udało. Wtedy ”Kwaśny” błyskawicznym ruchem złapał za lufę broni jednego z policjantów. Chciał mu wyrwać skierowany w jego stronę MP. Wtedy padła seria strzałów, która wielokrotnie trafiła Habdasa począwszy od nóg, a na korpusie skończywszy. Część z nich była śmiertelna. Cała akcja rozegrała się w ciągu paru sekund. Pani Jadwiga nie może jednoznacznie stwierdzić, kim był policjant, który oddał strzały Nie mogła zatem ani zaprzeczyć ani potwierdzić, czy był to osławiony w Szczyrku i okolicach Lasik vel Lacik. Ten fakt, być może, został dowiedziony i potwierdzony już w trakcie postępowania powojennego i wpisał się trwale w tamto wydarzenie.

Podobnie szybko potoczyły się dalsze wydarzenia. Ciało Habdasa ułożone zostało na wozie tak, ze z tyłu skrzyni zwisały nogi partyzanta. Ten widok zapamiętało wielu buczkowian. Wóz odjechał w stronę siedziby policji w Szczyrku. Siedziba ta mieściła się w dawnym budynku Żyda Reicha. Wtedy jednak, gdy historia ta się rozgrywała, budynek był już najprawdopodobniej własnością Michała Tarnawy, znanego i aktywnego wolksdeutschera buczkowickiego, który prowadził sklep z artykułami spożywczymi nieopodal skrzyżowania „na kolanie”. W odległości parunastu

Zofia Starczak ok 1965 r.

Zofia Starczak ok 1965 r.

kroków za wozem szły aresztowane Jadwiga i Elżbieta. Przed budynkiem policji Habdas pozostał na wozie, a aresztantki zostały zamknięte w podziemiach budynku przystosowanego na cele aresztanckie. Aresztowane umieszczono w jednej celi, co jak stwierdziła p. Jadwiga było celowe, by móc podsłuchać prowadzone rozmowy. Na posterunku policji Jadwiga nie była przesłuchiwana. Do więzienia bielskiej gestapo aresztowane zostały przewiezione nazajutrz, 7. sierpnia 1944 r. Tu spotkały aresztowaną Zofię, krewną p. Jadwigi, przerażoną myślą o następstwach
osadzenia w areszcie. Pojawiały się w rozmowach z nią różne myśli nawet te najbardziej czarne. Przeciwko ich spełnieniu przemawiały warunki panujące w więzieniu, a także fakt, że ciągle powracała myśl o nadchodzącym końcu wojny. Wszystkie aresztantki szczęśliwie przeżyły. Pani Jadwiga podkreślała, że w czasie przesłuchania w bielskim gestapo nie była bita. Zawdzięczać to mogła temu, że przesłuchiwał ja niemiecki agent, który w jej obecności miał wcześniej powiedzieć, żeby jej nie bić, bo ona jest jego. Być może agenta urzekła uroda pani Jadwigi. Innego racjonalnego uzasadnienia nie można znaleźć. Nie znalazła go również sama pani Jadwiga.

 Obozowe przejścia  Jadwigi Huczek

Blok-nr-11-blok-śmierci

Blok-nr-11-blok-śmierci

Po zakończeniu przesłuchań w Bielsku cała grupa związana ze sprawa Habdasa i jego oddziału, a więc Koniorowie, Golasikowa, rodziny Świergałów z córką Anielą, Zofia Tyrała z Bielska oraz pani Jadwiga, Elżbieta i Zofia Starczak, krewna pani Jadwigi, zostali wywiezieni do KL Auschwitz. Wszyscy też zostali umieszczeni w Bloku 11, w bloku śmierci. Okoliczności i miejsca aresztowania tych osób sprawiały, że nowi lokatorzy tego najstraszniejszego bloku w obozie nie znali całości przebiegu wydarzeń towarzyszących aresztowaniu Koniorów, likwidacji oddziału i śmierci Habdasa. Każda z aresztowanych osób znała tylko fragment zajść, w których bezpośrednio uczestniczyła. Kluczową, a nieznaną aresztowanym była rola, jaką w całej akcji policyjno-wojskowej odegrał Czesław Bukowski- Bubi II, agent gestapo, ulokowany wewnątrz oddziału górskiego. Blok 11 i  możliwość bezpośrednich kontaktów pomiędzy więźniami pozwoliły na dokładne odtworzenie całości operacji antypartyzanckiej i ról jakie spełniały w niej poszczególne osoby- konfidenci. Wtedy też wszyscy poznali tragiczne skutki obławy, jaka miała miejsce w Wilkowicach. A skutkiem tym była śmierć pięciu partyzantów: Tadeusza Koniora i Józefa Golasika związanych z rodziną Koniorów z Kalnej, Józefa Damka, Antoniego Janicy z Buczkowic i Józefa Herzyka z Żywiecczyzny. Zadziwiające było, że wszystkie osoby aresztowane w związku ze sprawą Habdasa i jego partyzantów zostały ulokowane w jednym bloku i że osoby te miały możliwość kontaktowania się z sobą. Być może przyczyną takiego stanu było to, że więźniowie mieli już w większości zapisany na siebie wyrok śmierci, a także to, że główna postać tych wydarzeń, Józef Habdas – Kwaśny już nie żył. Takiemu biegowi zdarzeń zawdzięczamy możliwość odtworzenia niemal wszystkich okoliczności związanych z likwidacją oddziału Armii Ludowej.

Wprost niewiarygodna wydała się relacja o okolicznościach w jakich odbywały się przesłuchania pani Jadwigi w KL Auschwitz. Nie to było ważne, w jakim czasie po dotarciu do obozu przesłuchania te miały miejsce, ale to, co się w czasie ich trwania działo. Relacjonując przebieg przesłuchań pani Jadwiga z przekąsem wypowiadała się na temat przesłuchującego. Podkreślała jego niewydarzoną posturę. Niski wzrost i pulchne ciało esesmana pozwalało określić go niezbyt wyszukanym mianem – kurdupel. Atrybutem jego przewagi był okazały bykowiec, który miał mu dodać powagi i czynić groźnym. Rozpoczęło się przesłuchanie dość prozaicznie, bo od wertowania pokaźnego albumu z fotografiami różnych osób. Esesman oczekiwał, że przesłuchiwana wskaże te, które rozpoznała. Ale pani Jadwiga mimo swego młodego wieku była odporna na tego typu zabiegi. By przypadkiem nie dać po sobie poznać, że rozpoznała kogoś z fotografii po prostu nie patrzyła do albumu, ale nieco obok, ale tak, by ten zez nie mógł być zauważony przez przesłuchującego, który uważnie wpatrywał się w jej twarz. Czym ten fragment przesłuchania się zakończył, wiadomo. Pani Jadwiga nikogo nie rozpoznała. Esesman sięgnął więc do swego towarzysza bykowca, który zamaszyście położył z trzaskiem na stole oświadczając jednocześnie, że daje przesłuchiwanej 5 minut do namysłu, by zdecydowała się mówić. Wtedy pani Jadwiga ku wielkiemu zaskoczeniu esesmana zaczęła się po prostu śmiać. Stwierdziła, ze o niczym mówić nie będzie. Tego było już za wiele jak na przesłuchania w takim miejscu, jakim był Auschwitz. Mając przed sobą dziewczę esesman kazał się jej wyłożyć na taborecie tak, by mógł ja bykowcem złoić. Pani Jadwiga owszem wyłożyła się na taborecie, ale esesman nie zdążył bykowca użyć, bo ta zerwała się z nieciekawej pozycji i zaczęła uciekać dokoła stołu i pozostałych mebli. A esesman niczym woźnica starał się ją dosięgnąć choćby tylko końcem bykowca. To była jednak płonna nadzieja. Miał przed sobą zwinną i szybką dziewczynę, która skutecznie unikała razów. Sytuacja stawała się dla esesmana kompromitująca. Wściekły grubas wezwał na pomoc dwóch oczekujących w korytarzu na przesłuchanie Polaków, by przytrzymali znarowioną dziewczynę. Ci jednak przerażeni całą sytuacją nie byli w stanie polecenia wykonać, bo trzęśli się ze strachu tak, że byli po prostu nieużyteczni. Chyba mieli przed oczyma to, co w każdej chwili mogło się przykrego zdarzyć. Podobnie sprawa się miała z protokólantką (prawdopodobnie Żydówką), której wszystko leciało z rąk. Przesłuchujący przywołał więc na pomoc młodego esesmana. Panią Jadwigę ujarzmiono i przykuto do czegoś, co przypominało rodzaj kozła. Unieruchomiono jej nogi i ręce. Dla pewności młody pomocnik oprawcy stanął tuż przy głowie pani Jadwigi, a przesłuchujący bykowcem zaczął wymierzać kolejne razy. Gdy ból stał się niewyobrażalny pani Jadwiga dosięgnęła zębami uda młodego esesmana i tak mocno go ugryzła, że jak stwierdziła, czuła, jak mięso na nodze ustąpiło. Ukąszenie musiało być rzeczywiście wyjątkowo silne, bo esesman musiał go boilkesnie odczuć mimo solidnego munduru. Ugryziony młodzieniec z wrzaskiem odskoczył od kozła, ale zamiast rzucić się na sprawczynię tej nietypowej kontuzji, którą odniósł, wściekły zwymyślał karzącego i to po polsku (był prawdopodobnie Ślązakiem, jak twierdzi p. Jadwiga). Te słowa Pani Jadwiga zapamiętała: „Co ty chcesz od takiego dziecka?!” Ale to harde dziecko upokorzyło Niemca. Zaczęło się bicie, seriami przerywanymi omdleniami i cuceniem wodą. Przesłuchanie zakończyło się tym, że zmasakrowaną więźniarkę ukarano tzw. stójką pod dozorem starszego wiekiem strażnika. Ten miał jeszcze w sobie ludzkie odruchy. Odpiął panią Jadwigę od słupa przy którym odbywała karę i pozwolił jej skorzystać z latryny. Tak zakończyły się przesłuchania. Te wydarzenia opowiedziane 27. maja 2015 r. pani Jadwiga skomentowała stwierdzeniem, że w całym jej partyzanckim i więźniarskim życiu towarzyszyło jej po prostu niewyobrażalne szczęście. Wspomniała w tym miejscu swego ojca, który, jako głęboko wierzący gorąco się modlił o jej ocalenie. W tym wspomnieniu wyrażała się wielka wdzięczność wobec ojca.

Potem było „normalne” obozowe życie. Po trzech miesiącach pojawiła się wiadomość, że więźniarki mają wrócić do domów. Okazało się jednak, że tym domem miał być KZ Ravensbrück osławiony złą sławą obóz dla kobiet. Drogę do niego wypadło pokonać w późnych miesiącach jesiennych w przejmującym zimnie. Przedtem jednak zanim zamknęły się za więźniarkami bramy obozu Niemcy postanowili pokazać berlińczykom wrogów narodu niemieckiego. Sznur więźniarek prowadzony był ulicami Berlina w szpalerze strażników z psami i tłumów mieszkańców stolicy Niemiec. Miał to być pochód hańby wrogów Rzeszy. Jadwiga Kułas „zaliczyła” również pobyt w berlińskim więzieniu, które było etapem przejściowym do obozu koncentracyjnego. Gdy wreszcie więźniarki znalazły się w obozie okazało się, że muszą przejść kwarantannę, która miała zapobiec zawleczeniu chorób do obozu. Była to kwarantanna oryginalna. Przez tydzień, a było to w listopadzie więźniarki oczekiwały na kąpiel śpiąc w zimnie na gołej posadzce w cywilnej odzieży. Oczekiwana kąpiel też się zapisała w pamięci, bo odbywała się w strugach lodowato zimnej wody. Jeśli wspominamy o cywilnej odzieży, w którą ubrane były więźniarki to trzeba przypomnieć, że aresztowanie Jadwigi Huczek miało miejsce 6. sierpnia, a więc w środku lata. Wtedy niepotrzebna była odzież na chłodne i zimne dni. Teraz, w Ravensbrück w listopadzie cienka bluzka z krótkimi rękawami i sandałki nie zapewniały ciepła. Grupka Polek (około 6, czy osiem)) ogrzewała się nawzajem ciepłem swoich ciał przytulonych do siebie. Doszło wtedy do kradzieży koca innym więźniarkom, które nie były skłonne użyczyć go Polkom. Koc ochronił polskie kobiety tylko przez krótki czas, bo musiał wrócić do właścicielki. Jadwiga Huczek ulokowana została na trzecim piętrze prycz.

Należy dodać, że deportacja do obozu na ziemiach niemieckich nie była dziełem przypadku. Pochód wojsk radzieckich na niemieckim froncie wschodnim był tak dynamiczny, że Niemcy zaczęli zwijać obóz Auschwitz-Birkenau. Zwijanie to polegało głównie na wywożeniu części więźniów w głąb Rzeszy, a także ewakuacji obozu poprzez wysyłanie kolumn więźniarskich na trasy prowadzące w tym samym kierunku, ale pieszo. To co działo się z tą grupą więźniów określone zostało z czasem „marszami śmierci”. Pani Jadwiga znalazła się w grupie młodych więźniarek, która z racji wieku i przydatności do pracy została przetransportowana do KZ Ravensbrück, obozu, okrytego ponurą sławą katowni kobiet. Świadomość, że w obozie dokonywane są straszliwe pseudomedyczne eksperymenty, które czyniły z kobiet inwalidkami do końca życia sprawiła, że Jadwiga Huczek, gdy tylko nadarzyła się taka okazja zgłosiła się „do transportu”, a to oznaczało wyjazd do innego miejsca pobytu. Wyjazd oznaczał oddalenie groźby włączenia do grupy poddawanej eksperymentom. Wigilię w roku 1944 r. Jadwiga Huczek spędziła jeszcze w Ravensbrück.
Za bramą tego obozu pozostawiła przykre, ale także cieplejsze wspomnienia. Do wspomnień przykrych zaliczyła brak życzliwości i chęci wzajemnej pomocy ze strony więźniarek. Tu brakowało  gotowości do niesienia pomocy innym, tu najważniejszy był własny los, własne bezpieczeństwo, własna nawet najmniejsza wygoda, czy przyjemność. Tu większość myślała tylko o sobie. A jak wiele dobrego można było uczynić dla innych zwykłą życzliwością wskazała opowiadając o swoim przejściowym dozorze przy ubikacjach obleganych przez więźniarki cierpiące na rozstroje żołądka. Wystarczyło, by choć na chwilę pozwolić zatrzymać  się im w ogrzewanym kantorku dozorczyni, by zyskać wdzięczność wyziębniętych więźniarek.
Do wspomnień przykrych Jadwiga Huczek zaliczyła tez przypadki kradzieży kosztowniejszych drobiazgów osobistych. Mistrzynią w tej niechlubnej sprawie była pochodząca z Warszawy niejaka Regina K. która kradzieże uznała za rzecz normalną. Ona też namawiała młode kobiety w tym Polki do zgłoszenia swego akcesu, do pracy w obozowym pufie. Wykorzystywała niewiedzę tych kobiet na temat tego czym zajmuje się taki przybytek. Nawet jeden z niemieckich funkcjonariuszy obozu odniósł się z wielką dezaprobatą dla działań Reginy K. określając jej działania jako przejaw zepsucia. Pani Jadwiga przypisuje sobie zasługę uchronienia od funkcjonowania w pufie poznanianki Anielki, która nie rozumiała znaczenia słowa „puf”. W tej odczłowieczonej obozowej rzeczywistości spotykały Jadwigę dowody szacunku i zaufania. Jeden z więźniów powierzył jej na przykład kosztowności, by po dotarciu do Polski przekazała je jego żonie, gdyby jemu nie udało się przeżyć. Sama też otrzymała upominek w postaci serca z dedykacją „ Dla kochanej Jadzi ofiaruje Miśko”. Ten sam mężczyzna podarował jej pierścień z polskim orłem. Jak te kosztowności mogły się ostać w obozowej rzeczywistości nie wiadomo.
Wspominanym transportem Jadwiga Huczek dotarła do fabryki amunicji w Grünebergu (Zielona Góra). Z tego czasu utrwaliły się wspomnienia o  wielkiej przyjaźni z młodą mieszkanką Ukrainy, Stasią Zajkowską. Ta niezwykle uzdolniona muzycznie i sportowo dziewczyna była córką Rosjanki i ojca Polaka. Była uroczą dziewczyną o pięknym głosie, którym się popisywała śpiewając. W przedobozowym życiu była zdobywczynią wielu nagród w zawodach w pływaniu. Te nieprzeciętne uzdolnienia Stasi podziwiała i podziwia do dziś p. Jadwiga. To one i osobisty urok Zajkowskiej scementowały ich przyjaźń na resztę obozowych (i nie tylko) obozowych miesięcy umacnianą zdałoby się powiedzieć drobnymi wydarzeniami. Jedno z nich dotyczyło więźniarskiej chustki.
Tak się przyjęło, że więźniarki obdarowywały panią Jadwigę chustkami, noszonymi na co dzień w obozie. Gdy okazało się, że któraś z więźniarek została skazana na śmierć za popełnione wykroczenie, darowała swa chustkę pani Jadwidze. I zdarzyło się, że jedna z takich chustek przypadła do gustu ukraińskiej kapo, która zażądała od Jadwigi jej wydania. Ponieważ ta odmówiła, kapo zameldowała o niesubordynacji więźniarki swej ukraińskiej przełożonej. Sprawa mogła się zakończyć tragicznie. Wtedy w obronie swej przyjaciółki wystąpiła Stasia, rówieśnica Jadwigi. Skończyło się wszystko w miarę szczęśliwie, jeśli nie wziąć pod uwagę, że ta ostatnia została skierowana do cięższej pracy. Praca ta polegała na obsłudze maszyny do nabijania pocisków karabinowych do łusek wypełnionych prochem strzelniczym. Maszyna poruszana była ręcznie przez cztery kobiety. Przypominała sieczkarnię. Kręcąc kołami napędzającymi maszynę więźniarki powodowały osadzanie pocisków w gilzach. Praca na tym stanowisku była niebezpieczna, bowiem dochodziło tu często do wybuchów nabojów na skutek tarcia pocisków o gilzy z pozostałościami prochu w miejscu osadzania pocisków. Dobrze, że pociski kierowane były ku górze hali produkcyjnej. Pracę w tej fabryce pani Jadwiga przypłaciła trudną chorobą, której nie leczyła w obozowym lazarecie. Lazaret, jak dowodziło życie, był miejscem, gdzie owo życie kończyło nadspodziewanie szybko. Pani Jadwiga chorobę pokonała.

KZ Ravensbruck

KZ Ravensbruck

Pobyt w Ravensbrück wypełniony przede wszystkim pracą został zakończony akcją Międzynarodowego. Czerwonego Krzyża i organizacji humanitarnych z Danii i Szwecji. Akcja ta polegała na wywiezieniu z Niemiec blisko 2000 więźniarek do Szwecji by mogły przejść okres poobozowej rekonwalescencji, powrócić do normalnego życia. W tej grupie znalazła się również ukraińska przyjaciółka. Trasa tego osobliwego transportu w kierunku Szwecji prowadziła przez Danię, a środkiem lokomocji był pociąg. Więźniarki zostały na drogę wyekwipowane jednym niewielkim bochenkiem chleba, który miał starczyć aż do granicy z Danią. Pani Jadwiga wspomina, jak doświadczenie obozowe przydało się jej przy dozowaniu chleba na trasie. Najprościej było pochłonąć bochenek i potem mieć kłopoty. Ona wydzielała sobie dzienne porcje tak oszczędnie, że na granicy z Danią miała jeszcze jego zapas. Podkreśla tez, jak wielkie znaczenie w czasie podróży miała koleżeńska grupka złożona z dziesięciu więźniarek, w której się znalazła, które pomagały sobie w razie potrzeby. Na granicy z Danią do wagonu wszedł ksiądz, który rozdawał więźniarkom kanapki. Wtedy tez w transporcie pojawiła się czekolada, którą zostały obdarowane. Z czekoladową historią związane były zdrowotne kłopoty wielu więźniarek. Zachęcone tym smakołykiem, którego nie miały możliwości zaznać przez czas wojny, pochłonęły czekoladę. Spowodowało to rozstroje żołądkowe i niestety zanieczyszczenie stacji kolejowej. Żołądki po prostu nie wytrzymały. Pani Jadwiga mówi, że miasto po odjeździe więźniarek wyglądało źle. Transport dotarł do portu, skąd miał wypłynąć prom do szwedzkiego Malmö. W porcie oczekiwali na więźniarki pracownicy polskiego konsulatu, którzy wyczytywali nazwiska i sprawdzali, czy w transporcie nie ma ich krewnych lub znajomych. Tak to w każdym razie ocenia pani Jadwiga.

Jadwiga Huczek ( z prawej) z przyjaciólką Ukrainką w Szwecji

Jadwiga Huczek ( z prawej) z przyjaciólką Ukrainką w Szwecji

Kolejnym po Malmö etapem było miasto Ystad. Tu więźniowie zostali podzieleni na grupy wedle narodowości, a potem „uposażeni” w kieszonkowe. Wysokość kieszonkowego zapadła w pamięć pani Jadwigi. Żydówki otrzymały po 10 koron szwedzkich, zaś Polki tylko po 5 koron. Każda z grup narodowych została rozmieszczona w innej miejscowości. Polakom przypadło zakwaterowanie w miejscowości Ronneby. Pierwsze dni w Szwecji Jadwiga Huczek wspomina również jako czas spędzony w swoistego rodzaju obozie, w którym na wygrodzonym terenie znajdowały się więźniarki. W tym obozie-ośrodku musiały one przejść kwarantannę zapobiegającą przeniesieniu ewentualnych chorób.
Ten czas pani Jadwiga wspomina z mieszanymi uczuciami, jako że Polacy, niestety nie przynosili swoim zachowaniem chwały Polsce. Pojawiły się bowiem kradzieże, których w tej miejscowości dotąd nie znano, a ich sprawcami byli Polacy. Było to niezwykle przykre, zwłaszcza że Szwedzi odnosili się do gości życzliwie. Znali przecież, przynajmniej w zarysie, ich przejścia. W pamięci mojej rozmówczyni zachowało się wspomnienie o firmowym daniu serwowanym w stołówce. Były to ryby w sosie chrzanowym.

Kamień, jedna z pamiątek ze Szwecji

Kamień, jedna z pamiątek ze Szwecji

Pani Jadwiga miała możliwość pozostania w Szwecji na pobyt stały. Wybrała powrót do kraju. Nikt ani nie zachęcał do powrotu do Polski, ani też od takiego zamiaru nie odwodził. Wybór dalszej drogi zależał wyłącznie od samych kobiet. Jedną z pamiątek z tamtego czasu jest granitowa spłaszczona kula z wytartym dziś malowidłem i charakterystyczna niewspółmiernym do wielkości ciężarem, a także fotografia zbiorowa grupy polskiej z ich szwedzkimi opiekunami.

Szwecja-byłe więźniarki z grupa Szwedów

Szwecja-byłe więźniarki z grupa Szwedów

Historia pani Jadwigi byłaby niepełna, gdyby nie znalazło się w niej odniesienie do okoliczności związanych z wyjazdem do Szwecji. Ten epizod jest ważny dlatego, że we wsi, gdzie zabrakło rzetelnej informacji na temat inicjatywy Międzynarodowego Czerwonego Krzyża i ich szwedzkich oraz duńskich narodowych ekspozytur wyjazd p. Jadwigi do Szwecji przedstawiany był jako efekt jej rzekomej współpracy z wpływowym funkcjonariuszem obozowej administracji. U podstaw tej współpracy, wedle upowszechnianej historii miały być kontakty natury osobistej. To one miały spowodować wysłanie pani Jadwigi do Szwecji. Faktycznego biegu

J.Kułas w okresie pracy w spółdzielni  Podhalanka w Rajczy

J.Kułas w okresie pracy w spółdzielni Podhalanka w Rajczy

wydarzeń i okoliczności transportu do Szwecji nikt we wsi nie przedstawił. Dlatego plotka rzucona w tłum utrwaliła się jako rzekoma prawda. Z plotką nikt nie walczył ani nie starał się przedstawić rzeczywistych przesłanek wyjazdu. To wspomnienie jest pierwszym, które całość sprawy stara się przedstawić i wyjaśnić, by prawda zwyciężyła.

Najbardziej wzruszającym momentem związanym z powrotem do Buczkowic było spotkanie z ojcem, który bardzo przeżywał obozową tragedię córki. On głęboko wierzył w jej ocalenie. Ona wróciła do kraju, w którym panowała powojenna bieda. Wspominając swoją wizytę we władzach powiatowych podkreśliła, że w gabinecie znaczącego urzędnika została ugoszczona ziemniakami z kwaśnym mlekiem.
Potem nastała krajowa rzeczywistość. Nauka, zamęście, praca w Spółdzielni Pracy Podhalanka w Rajczy, w żywieckim przedszkolu i Browarze Żywiec, skąd przeszła na emeryturę. Pani Jadwiga A. Kułas z d. Huczek jest członkinią związku kombatantów, odznaczoną Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżem Oświęcimskim, a także honorowym Krzyżem Zasługi dla organizacji kombatanckiej.

Patent kombatancki

Patent kombatancki

Legitymacja kombatanta

Legitymacja kombatanta

Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski

Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski

Krzyż Oświęcimski

Krzyż Oświęcimski

Krzyż Zasługi dla Związku Kombatantów i Więźniów Politycznych

Krzyż Zasługi dla Związku Kombatantów i Więźniów Politycznych