Inne znaczniejsze zakłady przemysłowe

Inne znaczniejsze zakłady przemysłowe

            W dostępnych, acz rozrzuconych po różnych opracowaniach informacjach na temat działalności przemysłowej w Buczkowicach mowa jest o innych, poza wymienionymi wcześniej,  przedsiębiorstwach. Są to :

-Wytwórnia sznurów i szpagatów (dwie firmy) braci Kolbynhayerów
-folusz Rudolfa Wagnera oraz pralnia i blich szmat, a także wytwórnia wody sodowej, (o tych dwu ostatnich wspomniano  wcześniej),
-mała fabryczka mebli giętych Macieja, Michała i Szymona Wnerków.
Firmy te wymieniała w swojej publikacji Zofia Rączka. Józef Namysłowski, dodał do tego rejestru następne firmy:
-wytwórnię zapałek fosforowych i „maczanych w siarce”, tzw. „siarkownię”,
-dwie nieduże wytwórnie watoliny. (Obie uległy likwidacji wskutek pożarów; pierwsza w 1897, druga nieco później),
-nieokreślony bliżej, jeśli chodzi o rodzaj działalności zakład, należący do barona Klobusa.

By dane te uwiarygodnić należało podjąć próbę ich ulokowania w konkretnych miejscach we wsi. Istnienie części tych przedsiębiorstw potwierdzili świadkowie, którzy bądź osobiście zetknęli się z tymi firmami, bądź zachowali o ich dość ścisłe wspomnienie oparte na relacjach ludzi od siebie starszych.  Pan Antoni Cierniak, Maria Newiger i moja matka Franciszka  potwierdzili fakt  istnienia „siarkowni”, wytwórni szpagatu i sznurów oraz Wagnerowej „walkowni”. P. Cierniak dodał do tego wykazu jeszcze wytwórnię guzików, zaś Władysław Cierniak – drugą siarkownię. Próba ulokowania tych zakładów w terenie dała następujące rezultaty :
Folusz Wagnera pracował nad młynówką, w rejonie dzisiejszej  ulicy Legionów w bezpośrednim sąsiedztwie siedlisk Huczków i Markiewków
(obecnie Górnych i Steczków).  W okresie  po 2. wojnie światowej w miejscu istnienia m. in. tych przedsiębiorstw jeszcze widoczne były mury, ślady koryta młynówki i wykonanych z faszyny umocnień jej brzegów.  Ślady te  były widoczne u zbiegu posiadłości Kłosiewiczów i Byrdych. Folusz i wytwórnie szpagatu i lin korzystające z tego samego koła wodnego istniały tam na wiele lat przed 1. wojną światową. Po zakończeniu działania tych firm tereny po nich zakupili Józef Kubica ( noszący przydomek Kubiczek oraz Waluś znany po przydomkiem „siągowy”, którzy uruchomili tam zakład   obróbki drewna.
Pierwsza ze wspomnianych wytwórni zapałek funkcjonowała w budynku pod tzw. „kurą”, położonym naprzeciw kościoła przy dzisiejszej ul. Grunwaldzkiej, druga zaś działała do wybuchu 1. wojny światowej w budynku Józefa Kubicy (o przezwisku „Kubiczek”) przy zbiegu dzisiejszych ulic Klonowej i Wiślańskiej. Firma ta produkowała do czasu, aż nie strawił jej pożar, który zniszczył zabudowania wytwórni.
Niemożliwe okazało się ustalenie, w którym miejscu ulokowana była Fabryczka Wnerków. Nikt z moich rozmówców nie był w stanie przypomnieć sobie takiego nazwiska wytwórcy mebli. Jest to tym dziwniejsze, że jeśli w fabryczce produkowane były meble gięte, to fabryczka musiałaby istnieć co najmniej na przelomie wieków XIX i XX, jako że wcześniej technologia wytwarzania mebli giętych  metodą Thoneta nie była znana. To jedna uwaga. A druga to taka, że proces produkcyjny przy produkcji tego typu mebli wymaga zapewnienia odpowiednich warunków, a zwłaszcza stosunkowo dużych powierzchni. Do tego dochodzą kotły do naparzania drewna i specyficzne pomieszczenia tzw. giętarni.  Gdyby zatem taka firma istniała, to niemożliwe byłoby, by nikt o niej nie pamiętał. Wydaje się więc, że istnienie fabryczki Werków nie jest potwierdzone.

Warto jednak wspomnieć o tym, że działała w pobliżu dzisiejszej ulicy Kwiatowej mała montownia mebli, składanych z elementów zakupionych
w fabrykach mebli giętych Mundus i A.Wech. Było to rodzinne przedsięwzięcie Huczków. W tej fabryczce- montowni pracowały m.in. Maria Mizerowa oraz Elżbieta Kempys z dzisiejszej ul. Legionów spod nru odpowiednio 15 i 136.
Jedna z wymienionych przez J. Namysłowskiego wytwórni watoliny działała z pewnością w rejonie zabudowań Markiewków, Mizerów
i Huczków przy ul Legionów. Było to w czasie, gdy w tym samym miejscu funkcjonował folusz Rudolfa Wagnera. Firmy tam zgrupowane korzystały
z jednego koła wodnego. O takiej lokalizacji świadczy fakt, że wytwórnia ta spaliła się, a na jej miejscu została wybudowana stolarnia, będąca własnością Józefa Kubicy i Walusia (z ul. Grunwaldzkiej). Działalność stolarni polegała na wytwarzaniu listewek do produkcji zapałek we wspomnianych wcześniej siarkowniach[1]. Ze zderzenia informacji o działalności przemysłowej w rejonie dzisiejszej ulicy Legionów wynika, że był to rejon dość intensywnie wykorzystywany przez drobne firmy, których okres działalności mógł się na siebie nakładać. Okres dużej aktywności firm w tym rejonie zakończył pożar, po którym z tym terenem związali się Kubica i Waluś ze swoją „stolarnią”.
Drugiej wytwórni watoliny nie udało się zlokalizować. Nie można jednak wykluczyć, że mogła ona działać w części zabudowań „starej fabryki”. J. Namysłowski wskazał bowiem rok 1897, w którym uległa ona zniszczeniu. Wtedy spłonęły zabudowania tzw. „starej fabryki”.
Nie ma również pewności co do umiejscowienia wytwórni guzików. Pewne ślady prowadzą w rejon dawnej ubojni zwierząt. Miał to potwierdzać fakt, że w rejonie skarpy nad dawnym korytem młynówki znajdowane były w ziemi duże ilości guzików. Nie można wykluczyć, że te znaleziska miały jakiś związek ze wspominaną w przewodniku „Beskiden” z 1891 r. Jana v. Matzury firmą włókienniczą. Istnienie tej firmy należałoby jednak skonfrontować z tym,  co jest o niej wiadome w środowisku.
Ciekawość wzbudzało przedsiębiorstwo, którego właścicielem według Józefa Namysłowskiego miał być sam właściciel dóbr łodygowickich baron Otto Klobus. Namysłowski wspominał o tym przedsiębiorstwie, ale nie wskazywał ani jego lokalizacji ani nie określił, co było przedmiotem jego działalności.

Wszystko, do czego doszedłem w czasie poszukiwań śladów tego przedsiębiorstwa  świadczy o tym, że chodziło o wytwórnię gontów drewnianych oraz wytwórnię węgla drzewnego. Oba rodzaje produkcji prowadzone były w ramach jednego przedsiębiorstwa. Mieściło się ono w bezpośrednim sąsiedztwie „pańskiej piły”, czyli tartaku.(Teren ten dzisiaj ograniczony jest od północy ulicą Nadbrzeżną, a od strony południowej ul. Grunwaldzką). Gonty łupano w miejscu, gdzie za czasów Leśnictwa Buczkowice mieścił się warsztat naprawczy sprzętu wykorzystywanego do prac w lesie. Stosy drewna, z których wypalany był węgiel drzewny były natomiast układane na placu po północnej stronie dzisiejszego budynku,
w którym mieszczą się sale lekcyjne Szkoły Mistrzostwa Sportowego Szczyrk z siedzibą w Buczkowicach. budynek szkolny w tym czasie oczywiście nie istniał. Lokalizacja przedsiębiorstwa oraz rodzaj prowadzonej w nim działalności zostały oparte na relacjach świadków[2]. Nie ma zatem przesłanek by lokować przedsiębiorstwo Klobusa w sąsiedztwie tzw. „starej karczmy” w rejonie zabudowań Namysłowskiego i Sidziny[3]. Wytwarzanie gontów i węgla drzewnego we wskazanym przez świadków miejscu było logiczną konsekwencją łatwości dostępu do surowca.

            Katalog przedsiębiorstw zaprezentowany w tym opracowaniu jest z całą pewnością niepełny. Nie zawiera bowiem informacji dotyczących zakładów rzemieślniczych, wśród których na czoło wysuwają się kuźnie. To najstarsze w naszej wsi rzemiosło szczyci się zapisem z połowy XVII wieku. Wynika z tego zapisu, że w dobrach panów łodygowickich tylko w Buczkowicach wymieniany byl zakład kowalski, zobligowany do płacenia daniny na rzecz parafii. Rzemiosło to miało swoich następców w osobach Gruszeckich (ojca oraz syna), Wronów, Kubiców, Wyporka. Szkoda, że dziś nie słychać w naszej wsi grania kowalskich młotów. Zamilkło to granie w połowie lat osiemdziesiątych XX wieku, wraz ze śmiercią ostatniego kowala, Michała Wrony.
Cały ten piękny, a jednocześnie brzemienny w skutkach dla historii Buczkowic rozdział traktujący o przemyśle dowodzi, że nie są przesadne stwierdzenia kronikarzy, że nasza miejscowość była jedną z najbardziej uprzemysłowionych wsi w okręgu bialskim. Nie może też dziwić, że rozlewały się stąd szeroko idee walki o poprawę losu robotników, idee, które wydały wiele znanych postaci ruchu robotniczego, które ożywiały niepodległościowe dążenia Polaków w okresie zaborów.

Sądzę też, że obiekt nazywany „starą fabryką” stanie się nam bliższy. To było jedno z najważniejszych miejsc, które kształtowało historię przemysłu w naszej wsi. Od niego rozpoczęła się również historia publicznej szkoły. I choć połączenie tych dwóch dziedzin przemysłowej i oświatowej było przypadkowe, wymuszone okolicznościami, urasta dzisiaj do rangi symbolu. Tu bowiem zaczęła się też edukacja robotników na niedzielnych kursach, prowadzona przez Gustawa Herrglotza. Z tradycją produkcji mebli giętych w obu  buczkowickich fabrykach związana była historia szkolnictwa zawodowego w branży drzewnej. Był to typ szkół, które w innych miejscowościach naszego regionu nie istniał. One kształciły fachowców zaspokajając potrzeby miejscowych fabryk. Zapoczątkowane w „starej fabryce”kursy zawodowe stały się zaczynem stałego szkolnictwa zawodowego we wsi.

Unikalne budowle hydrotechniczne w Buczkowicach

            Wiek XVIII i początek XIX był okresem bardzo intensywnej, a nawet, jak niektórzy badacze dziejów regionu określają, okresem rabunkowej eksploatacji lasów tak w Buczkowicach jak w Szczyrku. Był to jednocześnie czas zagłady buków i dębów w naszych lasach, tego ogromnego bogactwa, którym natura nas obdarzyła. Te właśnie zasoby zdeterminowały rozwój i określiły pozycję Buczkowic na wiele dziesiątków lat, stając się jednym
z czynników sprzyjających rozkwitowi specyficznej gałęzi przemysłu meblarskiego, produkcji mebli giętych.
Budowle hydrotechniczne, o których istnieniu na terenie Buczkowic warto wiedzieć, miały bezpośredni związek z pozyskiwaniem drewna bukowego i dębowego, głównie z Salmopola i Szczyrku. Jest dla nas oczywiste, że cały proces pozyskiwania drewna z tego rejonu był niezwykle trudny i to na każdym jego etapie. Od ścinki przez tzw. zrywkę po transport. Stromizny, parowy, trudno dostępne miejsca nie ułatwiały pracy ludziom i koniom. Brak dróg (traktów) przysparzał mnóstwa problemów transportowych. Tak jak w wielu przypadkach, tak i w tym musimy uruchomić swoją wyobraźnię. Drogi główne w tamtym czasie to właściwie zwykłe pasy zajeżdżonego gruntu, czasami tylko powierzchniowo utwardzone kamieniem. Podobnie przedstawiały się, zwłaszcza w Szczyrku i Salmopolu, skotnie prowadzące w kierunku polan, czy do małych pól uprawnych. Od strony Buczkowic w kierunku Szczyrku prowadziła jedna, podobna do opisywanej droga, dzisiejsza Grunwaldzka, która nazywana jest do dziś przez starszych mieszkańców Buczkowic starą drogą szczyrkowską. Po niej odbywał się ruch kołowy w kierunku Szczyrku, a także przegon kierdli owiec ku dolinom, zwłaszcza jesienią. Druga droga w Buczkowicach, prowadząca od mostu w kierunku kościoła pomiędzy korytem Żylicy a zabudowaniami Jukrów miała znaczenie bardzo lokalne. Była skrótem, pozwalającym ominąć „starą fabrykę”. Nie istniała wtedy droga
o takich parametrach, z jakimi dziś mamy do czynienia, a która obecnie nosi nazwę ulicy Wiślańskiej. Trakt, po którym poprowadzono tę drogę kończył się na wysokości „pańskiej piły”czyli w bezpośredniej bliskości granicy Buczkowic ze Szczyrkiem. Nie istniał żaden most przez Żylicę
w miejscu, w którym istnieje dziś ( w ciągu ul. Wczasowej). Mieszkańcy placu Motyków przechodzili na drugą stronę rzeki po kładce ulokowanej nieco poniżej wylotu ulicy Woźnej na ulicę Wiślańską (poniżej budynku pp. Walusiów).
Ten bardzo uproszczony obraz sytuacji, w układzie dróg w górnych Buczkowicach i w dolnej części Szczyrku przesądził o tym, że tylko Żylica stwarzała realne możliwości transportowania bali drewna w kierunku Buczkowic do miejsca dogodniejszego przede wszystkim z punktu widzenia załadunku i dalszego przesyłania. A taką drogę musiało pokonać drewno pozyskane w lasach szczyrkowskich i salmopolskich. Pojawił się więc  problem jego spławiania korytem Żylicy.
Aby spław był możliwy, konieczne było uregulowanie koryta, by wezbrane wody mogły być wykorzystane. Tak się też stało. W pierwszej połowie wieku XIX Żylica[4] została uregulowana na odcinku od Salmopola do granic Buczkowic. Jeśli mówimy o regulacji rzeki, to mamy na uwadze te odcinki koryta Żylicy, które wymagały korekty. To stwierdzenie jest o tyle konieczne, że rzeka płynęła  w tym rejonie w dużym stopniu w rynnie utworzonej przez bloki skalne. Nie było więc potrzeby korygowania trasy koryta na całym wspomnianym odcinku. Ten fakt jest również odpowiedzią na pytanie, które musi się rodzić w tej sprawie. Pytanie to brzmi: „Jak możliwe było na przestrzeni niespełna jednego roku uregulowanie tak znacznego odcinka górskiej rzeki?”.
W sytuacji o której piszę, było to możliwe. Księciu chodziło o to, by skorygować trasę koryta, usunąć wyraźne przeszkody zakłócające nurt rzeki
i utrudniające spływ bali drzewnych. Jeśli w ten sposób rozumieć będziemy regulację Żylicy, to  uznamy, że wykonanie prac było możliwe
w tym czasie.

            W rejonie dzisiejszej granicy między Szczyrkiem i Buczkowicami gdzie Żylica omijała stok Bieniatki, bloki kamienne wcinały się w koryto rzeki tworząc tak zwany „ostróg”. Żylica omijając ten występ skalny tworzyła rozległe zakole zajmujące tereny na południe od stoku góry. W tym miejscu, wykorzystując naturalne warunki zdecydowano zbudować tak zwany „zakład drzewny”. Podstawą jego funkcjonowania były urządzenia- budowle, które ułatwiały wychwytywanie płynących korytem Żylicy bali drzewnych i ich gromadzenie w specjalnych kanałach.  Z tych  kanałów bale wyciągano i przygotowywano do konnego transportu.
Zespół tych budowli, które nazwałem budowlami hydrotechnicznymi, powstał właśnie w Buczkowicach w miejscu, które swymi naturalnymi warunkami zamiarowi takiemu sprzyjały. Nazwałem ten system budowli unikalnym nie bez powodu. Unikalny był ze względu na to, że nie był powszechnie stosowany, a nadto, w naszym regionie był jedyny. Podobne urządzenia na terenach związanych z dawnym księstwem oświęcimskim wybudowane były na Sole[5] w samym Oświęcimiu Drugi podobny zakład drzewny funkcjonował w Węgierskiej Górce na potoku Żabniczka u jego ujścia do Soły. Buczkowicki zakład drzewny związany był oczywiście z Żylicą.
Trzeba jednak dodać, że w Oświęcimiu i w Buczkowicach budowle hydrotechniczne służyły do spławiania bali drewna, a w Węgierskiej Górce przeznaczone były niemal wyłącznie do spławiania tzw. szczapu drewnianego, czyli przerąbanych na ćwiartki króciaków czyli kloców o długości 2 -2,5 m. Niezależnie od istnienia zakładu drzewnego przejmującego „szczapy” dawniej Sołą spławiane były aż do Oświęcimia bale drzewne metodą stosowaną przez flisaków. O tej metodzie spławiania drewna pisał już Andrzej Komoniecki w swoim Dziejopisie Żywieckim. Wskazując  zaś  na Żabniczkę mam na uwadze fakt, iż spław drewna potokiem, wychwytywanie, gromadzenie i wywóz innymi środkami transportu był podobny do tego, jaki wcześniej stosowany był w Buczkowicach. O spławie szczap wspominam  mając wzgląd na skalę tej działalności. O jej rozmiarach świadczy ilość tak transportowanego drewna. Rocznie było to między 22.000 –27.000 metrów przestrzennych.
Trzeba również uwzględnić fakt, że drewniany „szczap” wykorzystywany był w hucie w Węgierskiej Górce do wytopu żelaza, a także,
w odrębnym zakładzie, do przeprowadzania suchej destylacji drewna. Te dwa podstawowe zastosowania „szczapu” sprawiały, że musiał on być spławiany masowo.
Nieco inaczej sprawa przedstawiała się ze spławianiem pojedynczo płynących bali drewna, które wymagało znacznie wyższego poziomu wody. Spław mógł się więc odbywać w zasadzie w czasie wiosennego wezbrania Żylicy i trwał do czasu, gdy stan wody pozwalał na przemieszczanie się dłuższych bali. Ponieważ z zakładu w Buczkowicach były wysyłane na Śląsk również bale – króciaki dla hutnictwa, ich spławianie mogło się odbywać przy niższych stanach wody. Niezależnie jednak od tego, czy spławiano szczapy drzewne, czy bale, zespół urządzeń wybudowanych
w korycie rzeki i w jego bezpośrednim sąsiedztwie był ten sam. Przeznaczenie poszczególnych budowli było niemal identyczne. Można jedynie mówić o tym, że pewne elementy składowe zespołu budowli musiały być wzmocnione ze względu na wielkość (masę) spławianego drewna.
Nie mamy, niestety, żadnych dokumentów, które zawierałyby bliższe dane lokalizacyjne czy techniczne tego rodzaju budowli w Buczkowicach. Wiemy, a wynika to z pewnych publikacji, że w naszej wsi takie obiekty istniały i były intensywnie wykorzystywane[6].

Pojawia się kolejne pytanie: kiedy to wszystko się działo? Dokładnej odpowiedzi udzielić nie można, bo nie ma na ten temat żadnych zapisanych informacji. Można jednak sądzić, że miało to miejsce od II połowy lat 30. XIX wieku. Nie wiemy również kiedy „zakład drzewny” przestał działać. Domniemywać  jednak można, że kres istnienia zespołu budowli mógł nastąpić pod koniec XIX wieku lub na przełomie XIX i XX wieku. Jeśli coś po zakładzie pozostało, to raczej zniknęło w pierwszych 5 do 8 lat po zaniechaniu tej formy pozyskiwania drewna na wywóz. Taką hipotezę stawiam, opierając się na tym, iż po roku 1910 zaczęły się pojawiać pierwsze fotografie ważniejszych obiektów we wsi (kościoła, szkoły, restauracji „Na Kolanie”, fabryki „Mundus”). Jest mało prawdopodobne, by tak unikalne budowle,które umożliwiały spławianie drewna, uszły uwadze dokumentalistów. A jest faktem, że nie natknąłem się na żadne rysunki, fotografie, czy szkice ukazujące zespół tych budowli. Nie wspomina o nich również p. Józef Namysłowski, który zapisał w swoich notatkach z dziejów fakty, których był świadkiem bądź uczestnikiem . A on urodził się w roku 1892.
Następne pytanie, jakie należy sobie postawić, brzmi: w którym miejscu kompleks ów wzniesiono? Dokładnej lokalizacji nie znamy. Możemy jedynie próbować określić to miejsce, uwzględniając racjonalne i obiektywne przesłanki lub zaledwie wzmianki, pochodzące od wiekowych mieszkańców tamtego rejonu.
Biorąc pod uwagę dostępne informacje uważam, że zespół budowli hydrotechnicznych znajdował się w bezpośrednim sąsiedztwie koryta Żylicy i na prawym jej brzegu, poniżej budynku Reicha. Tam, gdzie znajdują się budynki p.p. Tarnawów, Starczaków, częściowo tereny dawnej „Łabędzianki” (obecnie Kłusków).

Za taką lokalizacją przemawiają następujące okoliczności:

  1. Wskazany teren stwarzał wystarczające warunki przestrzenne dla poszerzenia koryta Żylicy i stworzenia czegoś w rodzaju małego zalewu, pozwalającego spiętrzyć wodę do wymaganego poziomu.
  2. Teren wychodził poza strome skaliste zbocza Bieniatki, tworzące wspominany wcześniej ostróg. W tym miejscu mogło się kończyć uregulowane koryto. Tu możliwe było zbudowanie niezbędnych umocnień brzegów zbiornika, utworzenie trwałych przyczółków dla podstawowych elementów budowli. Było to również miejsce, w którym przejęcie spływającego drewna było najbardziej racjonalne z punktu widzenia ekonomicznego.
  3. W tym rejonie po obu stronach koryta rzeki istniały już trakty komunikacyjne, które umożliwiały transport drewna zaprzęgami konnymi.
  4. Nie bez znaczenia było istnienie w sąsiedztwie zakładu wodnego dużego tartaku, tzw. „pańskiej piły” zasilanego wodą z młynówki połączonej z Żylicą przez „przykopę”. Po drobnych przeróbkach mogła ona z pewnością pełnić rolę jednego z podstawowych kanałów, do którego mogły wpływać również bale drewna. Tartak zaś poprzez spiętrzenie wody miał zapewniony jej zapas, pozwalający na nieprzerwaną pracę tartaku zwłaszcza w okresie lata.

Budowle tworzące zespól dla spławu drewna.

            Mówimy o zespole budowli, bowiem pozyskiwanie spławianego drewna wymagało wzniesienia szeregu obiektów. Zespół taki składał się z:

jazu, który służył do piętrzenia wody w korycie i tworzenia stosunkowo rozległego zbiornika,

jaśli – które służyły celom komunikacyjnym dla robotników wyłapujących bale, których nie zdołano wcześniej skierować do kanałów,

kanałów spławnych, służących do przechwycenia kloców z głównego nurtu rzeki, a następnie ich przechowania do czasu wydobycia na brzeg,

urządzeń pomocniczych, jak śluzy, odbojnice i formanty.

Idąc w górę rzeki, we wspomnianym wcześniej rejonie, napotkać można było jaz, czyli rodzaj przegrody w korycie rzeki. Powodował on piętrzenie wody. Jaz przegradzał Żylicę pod kątem prostym. Ze względu na gwałtowność spływu wód, zwłaszcza w okresie roztopów, był on zapewne zbudowany w taki sposób, by można było jego część poświęcić, dopuszczając do jej zniszczenia gdy napór wody był duży. Brzeg koryta w miejscu zakotwienia jazu był umocniony głazami.
W górnej części tak utworzonego zbiornika wybudowane były tzw. jaśla (jaśle). Był to rodzaj niezbyt szerokiej kładki osadzonej na palach, wbitych w dno. Biegła ona ukosem ponad akwenem. Żyjąc nad Żylicą wiemy, że jej koryto w czasie wezbrania wód musi być wolne od wszelakich przeszkód, które hamują swobodny przepływ wody. Jeśli jest inaczej, mogą powstawać zapory z krzewów, gałęzi, czy pni podmytych drzew, które powodują zmianę koryta rzeki. Dlatego zasadne jest pytanie, jak gęsto były posadowione pale podtrzymujące jaśla.  Trudno to jednak jednoznacznie określić.

W WęgierskiejGórce, gdzie popod jaślami przepływał szczap drzewny a sporadycznie tratwy z drewnem w kierunku Żywca i Oświęcimia, odległość ta wynosiła 2- 3 sążnie, tzn. 3,9 –5,7 m a sam przepływ dla tratew mierzył 4 sążnie (7,6m).
U nas tratwy oczywiście nie pływały; rzeka nie jest tak szeroka, jak w Węgierskiej Górce. Trzeba było uwzględnić to, by jaśle nie ulegały uszkodzeniom w czasie gwałtownego przyboru wód czy powodzi.
Bardzo istotne uzupełnienie jaśli stanowiły tzw. szczeble. Były to pale wbijane w dno koryta i zbiornika wody, mocowane w gniazdach czyli wyżłobieniach belek nośnych pomostu – kładki. Szczeble były zakładane tylko w czasie trwania spławu. Po jego zakończeniu wyjmowano je, by ułatwić spływ wody. Podstawowym zadaniem jaśli było, jak wspomniałem, wychwytywanie kloców drewna, których nie udało się skierować do kanałów spławnych. Szczeble zadanie to ułatwiały. Dodam tylko że nazwa „jaśle” związana jest z narzucającym się podobieństwem do jaśli służących do zadawania siana koniom w stajni. Podobieństwo to rzuca się w oczy, gdy konstrukcję nad wodą wyobrazimy sobie z wbitymi w dno rzeki szczeblami.
             Kanały spławne to rodzaj stosunkowo głębokich rowów, których dno znajdowało się mniej więcej na poziomie koryta Żylicy. Dokładnej szerokości kanału głównego nie znamy. Możemy jednak domniemywać, że mógł on mieć około 3- 3.5 sążnia czyli od 5.7m do 6.60m.
Domniemanie to opieram na porównaniu tych parametrów kanału w Węgierskiej Górce, gdzie szerokość w koronie kanału wynosiła 2 sążnie, czyli 3.8m. Trzeba jednak uwzględnić fakt, że do kanału w Węgierskiej Górce wpływały tylko szczapy o długości 2-3m, a więc o niepokaźnej objętości.
W Buczkowicach natomiast trzeba było w kanały wprowadzać bale drewna w całości, a więc o stosunkowo dużych średnicach oraz o długościach sięgających 4 do 5 metrów. Gdyby więc kanały miały mniejsze wymiary, wprowadzanie do nich takich bali byłoby zdecydowanie utrudnione lub wręcz niemożliwe.
„Wejście” do kanału głównego od strony zbiornika wody zamykane było śluzą, podnoszoną i opuszczaną przy pomocy łańcuchów i kołowrotów, poruszanych ręcznie. Była to również śluza główna. Pozwalała ona napełniać wodą kanał główny i kanały boczne. Te drugie odchodziły od kanału głównego na podobieństwo palców w dłoni. Służyły bezpośrednio przechwytywaniu kloców oraz ich przejściowemu magazynowaniu do czasu wyciągnięcia na brzeg i odtransportowania.
Każdy kanał boczny był wyposażony w dwie śluzy. Pierwsza była umiejscowiona w miejscu jego połączenia z kanałem głównym (od strony Szczyrku).Służyła ona skierowaniu wody do kanału. Po jego wypełnieniu wprowadzano bale drewna aż do czasu jego zapełnienia drewnem. Wtedy podnoszona była druga ze śluz, spustowa, która pozwalała opróżnić kanał z wody. W ten sposób kanał był osuszany, a drewno można było wyciągać na brzeg. Tę pracę wykonywano przy pomocy koni, podobnie, tak jak to miało miejsce przy przetaczaniu bali na tartakach. I tak cykl napełniania kanałów wodą, wypełniania balami, osuszania i wyciągania pni z kanałów powtarzał się nieprzerwanie, aż do czasu zakończenia spławu drewna.

            Warto dodać że bale były kierowane do kanałów dzięki tzw. odbojnicom, czyli belkom umocowanym w korycie rzeki ukośnie w stosunku do kierunku spływu wody. Bale natrafiając na ukośną  trwałą przeszkodę, ześlizgiwały się po niej, zmieniając kierunek na pożądany, czyli w stronę kanału. Dla uzupełnienia całego obrazu funkcjonowaniu zespołu spławnego warto dodać, że np.: Węgierskiej Górce dodatkową „atrakcję” przy spławie szczap drzewnych stanowiły tzw. „forbanty”. Były to małe tratewki, złożone z ześrubowanych trzech stosunkowo krótkich pni, zamocowanych na łańcuchach do słupów specjalnie w tym celu wbitych w dno zbiornika. To umożliwiało im swobodne pływanie. Na „forbantach” stali z bosakami robotnicy i kierowali szczapy do kanału spławnego, lub też zawracali te, które ominęły wlot do kanału.

Nie mamy, jak na razie, niezbitego dowodu na to, że w Buczkowicach korzystano z „forbantów”. Wspominam więc o nich tylko z kronikarskiego obowiązku. Można jednak się domyślać, że u nas, gdzie spławiano duże kloce drewna forbanty w opisanej formie nie były raczej wykorzystywane. Duże kloce płynąc stwarzałyby zagrożenie dla pracowników na tratwach. Na dodatek trzeba wziąć pod uwagę wielkość naszej rzeki. Mało jest prawdopodobne korzystanie z tratew w naszych warunkach. Można jednak z dużą dozą prawdopodobieństwa przyjąć, że musiało istnieć inne (obok odbojnic) rozwiązanie, które pozwalało na kierowanie bali we właściwym kierunku, czyli do kanałów. Mało prawdopodobne jest, by zdecydowano się na  „wyłapywanie” zabłąkanych bali dopiero na jaślach. Byłyby one bowiem nieustannie narażone na niebezpieczeństwo uszkodzenia. Jak ten problem był w praktyce rozwiązany w Buczkowicach, po prostu nie wiemy.
Ze względów oczywistych, spław nie trwał cały rok. Czynnikiem limitującym czas trwania spławu była obfitość wody, z którą mieliśmy do czynienia wiosną, czasami w porze letniej oraz jesienią. Poza sezonem kanały spławne były nieczynne, poza jednym- głównym. Spełniał on wtedy rolę tzw „przykopy”, doprowadzającej wodę do tartaku. Tu rozpoczynał się na terenie Buczkowic kolejny, pracowity odcinek odnogi naszej poczciwej Żylicy, dzięki której miały pracę setki ludzi zatrudnionych w młynach, fabrykach mebli, tartakach, czy innych drobnych i większych zakładach przemysłowych, rzemieślniczych i usługowych.

            Żylica była w tym czasie jedną z najpracowitszych rzek w całym regionie. Warto i dziś o tym pamiętać, gdy służy ona wypoczynkowi mieszkańców Buczkowic (i nie tylko), których obowiązkiem jest szanować naturę.



[1] O stolarni, jej właścicielach, rodzaju produkcji oraz okolicznościach jej zlikwidowania wspominała p. Bronisława Kruczek wnuczka właściciela (Kubicy, ur. w roku 1834). r. Zakład podupadł na skutek wyjazdu Walusia do Ameryki w czasie, gdy drugi z właścicieli nie mógł pracy stolarni poświęcić niezbędnego czasu. Siarkownia i współpracująca z nią stolarnia zostały zniszczone w pożarach które najpierw strawiły siarkownię,
a później stolarnię. Pozostałe po napędzie wodnym urządzenia, a głównie koła zębate i pasowe (stalowe) zostały wedle relacji rozmówczyni zabrane w czasie okupacji do tartaku Franciszka Kubicy z Rybarzowic. Wspomnienia spisałem 12. lutego 2007. Notatka w moim posiadaniu. Warto dodać, że
w sąsiedztwie tych przedsiębiorstw koryto młynówki przebiegało inaczej aniżeli obecnie. Koryto biegło wzdłuż nieruchomości Kłosiewiczów
i Byrdych, a następnie skręcało w prawo do rynny, prowadzącej na koło wodne. Zarówno zarysy koryta młynówki, jak ruiny fundamentów na niewielkiej skarpie przed budynkiem pp Markiewków widoczne były jeszcze w latach sześćdziesiątych XX wieku.

[2] Zarówno rodzaj produkcji, jak lokalizację dla obu zakładów Klobusa wskazał mi latem 2006 r. Jan Waluś (syn Józefa -siągowego), mieszkający
w Szczyrku, którego dziadek o tej produkcji opowiadał, ale również pracował w tzw. zakładzie drzewnym na Żylicy (spław i gromadzenie drewna w systemie kanałów wodnych) Relacja w moim posiadaniu.

[3] Por. Foryś B. Z dziejów parafii pw. Przemienienia Pańskiego w Buczkowicach, str.21.

[4] Roboty regulacyjne zostały wykonane na zlecenie księcia pszczyńskiego Ludwika Anhalta v.Cothen , który nabył dobra łodygowickie, a wraz z nimi ogromne obszary leśne. Prace regulacyjne zostały zakończone w roku 1841

[5] Zakład drzewny w Oświęcimiu ma najstarszy rodowód, jako że służył do przejmowania tratw z drewnem z głębokiej Żywiecczyzny XVI i XVII wieku

[6] Rączka Z.:Wody Zylicy w służbie człowieka (Kal. Besk. r.1980)