Ekonomiczny i społeczny status buczkowickich folksdojczów.

Jedną ze spraw o zasadniczym znaczeniu przy podsumowaniu okupacyjnego okresu w historii Buczkowic było dążenie do poznania i bliższego określenia roli i znaczenia mieszkańców Buczkowic, którzy zdecydowali się podpisać niemiecką listę narodowościową. Ważne też było przybliżenie współczesnym kim przed wybuchem wojny byli ci mieszkańcy, jakie społeczne role pełnili w naszym środowisku , jaki był ich status ekonomiczny. Jednym słowem, chodziło o to, by podjąć próbę odpowiedzi na pytanie : „Jak dzięki swojej pozycji w okresie przed okupacją mogli być pomocni Niemcom”.Rzeczową podstawę dla przeprowadzenia takich rozważań stanowiły podstawowe źródła informacji, a mianowicie: Ewidencja osób, które podpisały Volkslistę, sporządzona w szesnastokartkowym zeszycie, zatytułowanym „Sprawa Volksdeutcherów Buczkowice”. Wykaz imienny obejmował 92 pozycje, z których jedna wprowadzona była do ewidencji bezpodstawnie. Dokument obejmuje wszystkich pełnoletnich członków rodzin, którzy podpisali niemiecką listę narodowościową. „Spis osób które składały podanie jednak im odrzucono volkslistę”[pis. oryginalna.-J.S.]. Wykaz zwierający osiem nazwisk, ma postać luźnej kartki A-4.„Wykaz majątków poniemieckich i opuszczonych w gromadzie Buczkowice”, obejmujący pięćdziesiąt nazwisk. Zestawienie sporządzono odręcznie, wykazując w nim, poza danymi personalnymi i adresem, posiadany majątek w postaci domów mieszkalnych i użytkowych, inwentarza żywego, powierzchni posiadanych gruntów, a także(ogólnie), wyposażenia mieszkań. W wykazie wskazano też informacje na temat wyposażenia sklepów i szynków oraz numer listy narodowościowej osoby wskazanej w wykazie (wedle wiedzy autora spisu).
Żaden z wymienionych zapisków nie nosi daty, pieczątki ani podpisu osoby sporządzającej lub zatwierdzającej wykaz. Ta okoliczność sprawiła, że dane musiały być poddane weryfikacji co najmniej w odniesieniu do personaliów. Wyniki tej weryfikacji wykazały, że dane ujęte w ewidencji są wiarygodne. Wspomniana weryfikacja stanowiła podstawową część pracy nad tym tematem. Składała się na nią cała masa wywiadów środowiskowych przeprowadzonych z mieszkańcami, którzy w czasie okupacji byli ludźmi dorosłymi, czy w wieku zaawansowanym. Wspominam o tych ostatnich szczególnie ciepło, bowiem od nich uzyskałem informacji najwięcej. Wiele z tych osób już niestety odeszło. Poszukiwanie danych trwało bowiem od wielu lat. Przedmiotem dociekań były przede wszystkim dane o osobach, czasami tylko dotykałem spraw majątkowych. Te miały bowiem tylko znaczenie pomocnicze, pomagające ustalić przybliżony stopień zamożności.. Wywiady ukierunkowane były również na działalność społeczną osób, które podpisały niemiecką listę narodowościową. Chodziło bowiem o to, by móc sprecyzować ogóle wnioski dotyczące statusu tych mieszkańców Buczkowic w czasie poprzedzającym wybuch wojny i pierwszy okres trwania okupacji. Uzyskane dane pozwalają na dokonanie uogólniających ocen tego zjawiska, jakim było podpisanie Volkslisty.
Dla oceny statusu ekonomicznego buczkowickich Volksdeutschów najistotniejsze było wspomniane „Zestawienie majątków…”. Z kolei społecznej ocenie pozycji tej grupy mieszkańców pomocne były wywiady, jakie przeprowadziłem z szeregiem osób pamiętających tamte czasy. Badając całość sprawy nabrałem głębokiego przekonania co do tego, że w Buczkowicach to status społeczny osób objętych akcją werbunkową był podstawową przesłanką, którą kierowali się Niemcy. Trzeba wszakże uczynić jedno zastrzeżenie, a mianowicie, że chodzi tu o akcję werbunkową trzonu grupy Volksdeutschów, a nie wszystkich osób, które niemiecką listę narodowościową ostatecznie podpisały.
Nie jest chyba przypadkiem, że w gronie osób nakłonionych do przyjęcia listy narodowościowej znalazł się jeden z przedwojennych naczelników gminy, dwóch pracowników urzędu gminnego, policjanci, właściciele sklepów i restauratorzy, działacze liczących się organizacji społecznych (w tym Sokoła i Związku b. Powstańców Śląskich), działających we wsi. Znaleźli się też szanowani gospodarze-właściciele gospodarstw rolnych, skłonni współpracować z władzami okupacyjnymi. Nie ma większych wątpliwości co do tego, że w ostatniej z wymienionych grup (wśród rolników) były osoby o niewątpliwych zasługach dla lokalnego Kościoła. Wspominam o tym dlatego, że dla obiektywnej oceny zjawiska, jakim było podpisywanie listy narodowościowej, niezbędna jest znajomość całokształtu życia społecznego wsi przed wybuchem wojny, a nawet zdecydowanie wcześniej. W przeważającej części przypadków zaangażowanie w działalność społecznej we wsi, pełnienie funkcji na eksponowanych stanowiskach w okresie poprzedzającym okupację, szły w parze z dobrą sytuacją ekonomiczną osób, które zadeklarowały niemieckość i podpisały listę narodowościową. Tak na przykład wśród właścicieli sklepów znany jest tylko jeden przypadek niepodpisania listy. Pozostali kupcy, a było ich pięciu, stali się Volksdeutschami. Jeśli skoncentrować się na „ludziach interesu”, to można z pewną ostrożnością przyjąć, że była to grupa ludzi, która chciała aktem deklaracji narodowościowej uratować swój warsztat pracy, poziom życia, a także dorobek. Rolnicy, prowadzący zorganizowane gospodarstwa rolne, są skromnym ułamkiem ogólnej liczby Volksdeutschów.
Jeśli za rolnika uznać właściciela gruntów o powierzchni powyżej jednego hektara, to wśród sygnatariuszy listy narodowościowej wyodrębnić można następujące ich kategorie:
1.0 ha – 1,5 ha włącznie-6 gospodarzy
1.51 ha – 3.0 ha włącznie-6 gospodarzy
3.01 – 5,0 ha włącznie-2 gospodarzy1

Razem 14 gospodarzy

Jeśli zaś odnieść się do całości majątku, który został wskazany we wspomnianym „zestawieniu” to do Volksdeutsche buczkowiccy posiadali po zakończeniu wojny
32 domy mieszkalne
1 barak
34,33 ha gruntów rolnych i częściowo zabudowanych
16 krów
3 konie
2 kozy
5 kompletów urządzeń sklepowych
1 komplet wyposażenia szynku
1 komplet wyposażenia warsztatu stolarskiego
41 kompletów wyposażenia mieszkań (meble)

Dane te dotyczyły majątku własnego, nie powiększonego w trakcie trwania okupacji niemieckiej. Z obu zestawień wynika, że buczkowiccy Volksdeutsche nie należeli do wiejskich krezusów. Zdecydowaną większość stanowili przeciętniacy, nie dysponujący znaczącym majątkiem. Ci bardziej majętni stanowili niewielką część tej grupy. Pozostali Volksdeutsche to krewni lub powinowaci najbogatszych, a także różnej maści urzędnicy, czy funkcjonariusze przedwojennej administracji i służb publicznych. Trzeba też wspomnieć o pewnej grupie biedniejszych mieszkańców, którzy znaleźli się wśród nominalnych zwolenników Hitlera z przyczyn nie dających się uzasadnić względami interesów. Do tej grupy można zaliczyć między innymi wielodzietną rodzinę. Katalog współpracowników Niemców uzupełniają osoby, które uległy intensywnej propagandzie lub liczące na łatwiejsze życie. W tej grupie można ująć również tych mieszkańców wsi, które listę podpisały w obawie przed spodziewanymi represjami. Ten skład grupy Volksdeutschów, wskazujący na ekonomiczną pozycję poszczególnych rodzin pozwala stwierdzić, że mieszkańcy Buczkowic z podpisaną listą narodowościową nie byli ludźmi zamożnymi nawet w stopniu średnim. Wszelkie dowody na temat działań folksdojczów w Buczkowicach wskazują, że ich społeczna pozycja, ukształtowana przed wojną, aktywność w życiu publicznym wsi odegrały ogromną rolę w łamaniu postaw patriotycznych pozostałych mieszkańców. Dla buczkowianina nie mogło być bowiem obojętne, kto podjął współpracę z okupantem. Nie mogła pozostać niezauważona kolaboracja m.in. przedwojennego naczelnika gminy, znanych urzędników gminnych (w tym sołtysa) znających doskonale niemal wszystkich, ludzi prowadzących sklepy, zakłady rzemieślnicze, czy piastujących czołowe funkcje w przedwojennych organizacjach społecznych, których działalnością cała wieś się chlubiła. To musiało być dla pozostałej części mieszkańców Buczkowic przygnębiające. To musiało kształtować poczucie beznadziei, zniechęcać do oporu wobec okupantów. Mniejsze znaczenie miała liczba Volksdeutschów, zdecydowanie większe ich pozycja społeczna. Należy tez podkreślić, że ten swoisty społeczno-ekonomiczny klucz przy doborze kandydatów do podpisania listy narodowościowej nie odnosił się tylko do Buczkowic. Podobnie sprawy miały się w sąsiednich Rybarzowicach. Tu akces do listy zgłosił były poseł na sejm właściciele dużych tartaków i restauracji, znani rzemieślnicy i im podobni. Można więc i w tym przypadku postawić twierdzenie, że współpracę z okupantem zadeklarowali niektórzy ludzie znani w środowisku i poza nim, a także ludzie o niewątpliwych zasługach dla kształtowania pozycji  wsi w okresie przedwojennym.
Na tle ogólnej liczby mieszkańców Buczkowic, wynoszącej w tamtym czasie około 3.000 wszyscy Volksdeutsche stanowili zaledwie 3%. Ton działalności tej grupy w środowisku nadawała niewielka garstka: około 0.5-0.7% wszystkich buczkowian. Była to jednak grupa, która wieś znała na wylot. I wiedzą tą po części służyła okupantowi. Dziś wiemy, że wyłowienie z naszej wiejskiej społeczności tych postaci nie było przypadkowe. Nie ulega wątpliwości, że nasze środowisko zostało bardzo dokładnie spenetrowane zanim wojna wybuchła.
Uwagę zwraca również fakt, że wśród pozyskanych do współpracy znajdowali się ludzie zajmujący wysoką pozycję w hierarchii miejscowych fabryk i tartaku barona Klobusa. Nie można pominąć faktu, że wśród osób objętych ewidencją były również osoby napływowe, jednak od szeregu lat pracujące we wsi i tu zamieszkałe. Ich liczba była niewielka, ale, niestety kompensowana aktywną działalnością kolaboracyjną z okupantem. Postacią, która nierozerwalnie wiąże się z działalnością V kolumny jest wspominana w innym miejscu postać „Maksa” Łuczyńskiego, który pojawił się w Buczkowicach na przełomie roku 1938 i 1939[1]. Ten pogodny i życzliwy wszystkim człowiek, parający się ciekawym rzemiosłem, bo lutnictwem i wyrobem koni na biegunach, zjednał sobie sympatię niemal całej wsi. Stały przed nim otworem wszystkie domostwa. Można rzec, że w Buczkowicach znalazł dla siebie nowy dom. Nie było przed wybuchem wojny nikogo, kto miałby złe zdanie o tym przybyszu. We wrześniu 1939 roku okazało się, że poczciwy „Maks” jest aktywnym członkiem NSDAP, który zadziwiał ludzi opowieściami, jak to bielscy Niemcy sposobili się do ułatwienia wojskom niemieckim zajęcia miasta. Otwarty na wszystkich „Maks” okazał się bardzo aktywnym współpracownikiem niemieckiej policji[2]. Za niemieckich czasów porzucił swoje „muzyczno – zabawkarskie” zajęcie i pojawiał w tle licznych aresztowań, jakie Niemcy przeprowadzali we wsi. Kolejny raz wspominam o tych wyjątkowych predyspozycjach osobowościowych Łuczyńskiego, by podkreślić jego zgubną dla wielu mieszkańców rolę.
Rozpoznając okoliczności osiedlania w Buczkowicach bauerów i osadników niemieckich zwróciłem uwagę, że Niemcy mieli bardzo dokładne rozeznanie co do tego, w których budynkach należy bauerów umieścić, jakie grunty należy im przydzielić, kogo wysiedlić, a kogo przesiedlić. Wiedza, którą dysponowali, prowadząc kampanię osiedleńczą, nie była świeżo uzyskaną. Choć nigdy nie można mieć absolutnej pewności w sprawach dotyczących zdarzeń historycznych, to w tym przypadku można przyjąć za pewnik, że wspomniany Maks, a także współpracujący z okupantem byli urzędnicy gminni, zdali egzamin z absolutnej znajomości warunków panujących we wsi. Nie ma też wątpliwości co do tego, że to Maks przyczynił się w sierpniu 1943r. do śmierci Józefa Habdasa, ps. „Kwaśny” siejącego postrach wśród Niemców partyzanta Gwardii Ludowej. W trakcie samej obławy na Habdasa Maks pozostawał w cieniu operacji. Bezpośrednio zaangażowany w nią był Czesław Bukowski. Inny prominent wśród kolaborantów, działacz przedwojennego Sokoła, doskonale znający mieszkańców, zaangażowanych w życie polityczne i społeczne Buczkowic, oddał z własnej woli Niemcom nieocenione usługi w ustalaniu list osób przeznaczonych do czasowego lub całkowitego wyeliminowania.
Można natknąć się również na rdzennych buczkowian, którzy przyjęli listę w nadziei, że wzbogacą  swój stan majątkowy o dodatkowe grunty i tym sposobem poprawią swój społeczny status. Specyficzną grupę Volksdeutschów stanowili jednak ludzie, którym wielu zawdzięcza być może nawet ocalenie. Wymienić tu warto uchronienie od niechybnej śmierci członków b. Związku Powstańców Śląskich i uratowanie sztandaru tej organizacji, działającej w Buczkowicach, czy ostrzeżenia przed wywózką na przymusowe roboty. Trzeba wspomnieć o zwracaniu uwagi na potrzebę większej konspiracji w kontaktach z więźniami KL Auschwitz, czy pomoc w ukrywaniu zbiorów biblioteki TSL. Trzeba też wymienić uchronienie dorobku Ochotniczej Straży Pożarnej przez jej okupacyjnego prezesa. Nie mogę powiedzieć, by ustalanie okoliczności, o których zaledwie wspominam w bardzo ogólnych zarysach ze względu na ich bardzo złożony charakter, wiązało się z osobistą satysfakcją , którą winno za sobą nieść poznawanie historii swojej rodzinnej miejscowości. To, co udało się odkryć przy rozpoznawaniu okupacyjnej rzeczywistości świadczy o wielkim skomplikowaniu ludzkiej natury, o wątłości poglądów, o chwiejności postaw. Ten temat uczy też pokory wobec historii i ostrożności w formułowaniu arbitralnych ocen zachowań ludzi. Nie możemy przecież powiedzieć, że poznaliśmy wszystkie okoliczności, które składały się na rzeczywistość okupacyjną. Część z nich zapewne pozostanie nieznana.
„Brunatny lutnik”
Był to człowiek, który pojawił się w Buczkowicach nie wiadomo skąd. Śmiało można go określić jako „człowieka z nikąd”. Nikt też go specjalnie nie pytał skąd przybył i po co. A było to końcem 1938 czy początkiem 1939 r. Przez sąsiadów nazywany był Maksem. Było to jego imię, a nazywał się Łuczyński. Maks Łuczyński. Ten człowiek z nikąd został do dziś doskonale zapamiętany przez niemal wszystkich moich rozmówców z początku 2000 roku. I znacznie wcześniej – przez moich rodziców i Teresę Stec zam. w Buczkowicach ul. Woźna 452 (dzisiaj już nieżyjącą). Doskonale pamięta go mój brat, Stanisław Stec (zam. w Buczkowicach, ul. Kaniowa 518), P. Władysław Szewczyk, Maria Gluzowa i P. Jan Cierniak.Maks Łuczyński mieszkał kolejno u Pani Teresy Stec i u Pani Wronowej (dziś nieżyjąca) przy ul. Ogrodniczej. I w jednym i w drugim domu miał mały warsztat stolarski, gdzie trudnił się wyrobem skrzypiec i wiolonczel, a także strugał konie na biegunach z pełnych kloców drewna. Mój brat, który z racji pokrewieństwa z Teresą Stec i swoimi kuzynami, Marią i Władysławem, bywał częstym gościem w pracowni Maksa, wspomina, iż nasz nieznajomy bardzo chętnie do wyrobu skrzypiec i wiolonczel wykorzystywał deski zrywane z kładki nad młynówką. Kładka ta była położona w ciągu ścieżki przebiegającej wzdłuż ogrodzenia sadu Jana Goryla, koło budynku Szczepana Palucha. Zerwane z kładki deski, zdaniem Maksa, były świetnym, bo „wypracowanym” materiałem do wyrobu pudeł rezonansowych skrzypiec i wiolonczeli. Deski, z reguły grube, przecinał na cieńsze płaszczyzny, szlifował, równał i następnie sklejał.Pan Jan Cierniak tak wspomina swoje kontakty z Maksem: Przed jesienią 1939 r. do warsztatu stolarskiego taty {Antoniego Cierniaka-stolarza] przychodził młody mężczyzna nazywany „Maksem”. Był dobrym stolarzem, a jednocześnie z amatorstwa lutnikiem. Mieszkał u dziewcząt Wronowych przy drodze za ogrodnikiem Bojdysem. W mieszkaniu jego byłem kilka razy. W wynajętym pokoju stał warsztat stolarski, a na ścianach wisiało kilkanaście sztuk w stanie surowym skrzypiec i wiolonczeli. Jedne gotowe skrzypce dał mi w nagrodę. Nadszedł wrzesień 1939 r. Jak Cierniak tak opisał spotkanie z Maksem: „Jakież było nasze zdumienie, gdy w kilka dni po wejściu Niemców do Bielska przyszedł do nas (Maks – J.S.) w żółtym mundurze członka NSDAP. Wiele się chwalił jak to bielscy Niemcy organizowali zajęcie miasta przez te bojówki (niemieckie – J.S.) jeszcze przed wkroczeniem wojsk niemieckich.”
Po wejściu wojsk okupacyjnych do Buczkowic, brunatny lutnik został niemundurowym policjantem, działającym na pozór z boku, a w rzeczywistości w samym centrum policyjnych działań. Wraz z ujawnieniem prawdziwego oblicza, zmieniły się Maksowi upodobania w odniesieniu do pań. W odstawkę poszła dotychczasowa przyjaciółka, a jej miejsce zajęła inna kobieta. Ta dama naszego buczkowickiego chowu była przyczyną zabójstwa jednego ze znanych partyzantów Gwardii Ludowej. Traf chciał, że zabójcą bezpośrednim partyzanta był policjant niemiecki o nazwisku Lasik, rezydujący w Szczyrku – bliski współpracownik Maksa Łuczyńskiego. Kojarząc szereg faktów, jakie udało się zebrać, a dotyczących naszego bohatera sądzę, że nie będzie błędem, jeżeli zaliczymy go do V Kolumny hitlerowskiej w naszej wsi[3]. Świadczą o tym jego własne wypowiedzi wskazujące na udział, jeszcze przed wybuchem wojny, w spotkaniach bojówek hitlerowskich w Bielsku, na których omawiana była i planowana akcja przejmowania miasta pod okiem władz niemieckich. „Brunatny lutnik” zniknął z Buczkowic równie niepostrzeżenie jak się pojawił. Zastosował swoją dewizę, wielokrotnie wśród znajomych wypowiadaną: „Oj Maksie, Maksie kochany, bierz nogi za pas i uciekaj”.Wszelki ślad po nim zaginął. Nie wiadomo, czy wrócił do poznańskiego, skąd, jak sam mówił pochodził, czy też historia wymierzyła mu sprawiedliwość w inny sposób.


1  w tabeli ujęto również rolnika, który złożył wniosek o ujęcie na listę narodowościową. Wniosek załatwiony został odmownie.
[1] Por. fragm „Brunatny lutnik”
[2] Wspomnienia Jana Cierniaka, zapisane przez autora
[3] Wykorzystano m.in. informacje z wywiadu (w posiadaniu autora)

Józef Stec