Beskidzcy zbójnicy – życie i śmierć

O zbójnikach, ich hetmanach i „honornej śmierci”.

            Zbójnictwo nazywane często zbójowaniem nie było wyłącznie polską, góralską specjalnością. Historia wielu europejskich krajów dostarcza dowodów na to, że nie znało ono granic. Jest jednak niezaprzeczalnym fakt, że przetrwało ono w Karpatach najdłużej.
„Zbójeckie rzemiosło”, bo i tak było nazywane, miało w księstwie oświęcimskim długie tradycje. Bez popadania w przesadę można stwierdzić, że ziemia żywiecka, która związana była przed wiekami z tym księstwem, zajmowała w historii polskiego zbójnictwa szczególną pozycję. Nasza wieś, jako część Żywiecczyzny musiała się stać częścią tej historii.
            Podhale i Orawa, z czołową wśród zbójników postacią, Janosikiem, a także ziemie księstwa cieszyńskiego z Ondraszkiem nie miały absolutnie monopolu na istnienie silnych i groźnych grup zbójnickich. To raczej żywa tradycja i żywa pamięć o tych postaciach, niewątpliwie malowniczych i groźnych zarazem sprawiła, że tak Janosik, jak Ondraszek, stali się publiczną własnością. Żywiecczyźnie podobnych postaci nie brakowało, choć nasi przodkowie poprzestali na zachowaniu czynów naszych żywieckich zbójników w świadomości tylko żywieckich górali. Nie ma istotnego powodu, by zbójnicy beskidzcy nadal pozostawali w cieniu znanych hetmanów. Są bowiem częścią historii naszego regionu tak samo jak Ondraszek i Janosik, są nierozłącznie związani z dzielnicami, po których prowadziły ich zbójnickie ścieżki. Historia Żywiecczyzny bez nich nie byłaby prawdziwa ani pełna. Zbójnicy bowiem bardzo serio traktowali swoją swoiście pojmowaną misję, która zawarta była w takim oto określeniu: Zbójnicy to ci, którzy „czynili sprawiedliwość i równali świat”
            Na Żywiecczyźnie nie brakowało jaskrawych przejawów niesprawiedliwości i krzywd, które krzyczały o ich naprawienie i wyrównanie. Dlatego ten region był przez wieki siedliskiem licznych zbójnickich kompanii. Trzeba wszakże dodać, ze granica pomiędzy zbójowaniem, czyli zbójnictwem o w miarę szlachetnych przesłankach, a rozbójnictwem była zawsze bardzo cienka. Nie zawsze zbójnikom udawało się o każdej wyprawie powiedzieć, że była to wyprawa zbójnicka, czyniąca sprawiedliwość. Czasami bowiem stawała się zwyczajną wyprawą rozbójniczą. Dlatego, co bardziej krytyczni wobec tego zjawiska społecznego mówią wprost, że zbójnicy urośli do rangi ludowych bohaterów tylko w tradycji ludowej podczas, gdy faktycznie było ono od zawsze nieodłącznie związane z grabieżą, przemocą i nieco opacznie rozumianą wolnością.
            Osąd zbójnictwa będzie jednak obiektywny tylko wtedy, gdy poznamy jego genezę, czyli przyczyny i okoliczności jego powstania.Ważne jest, by poznać z której warstwy społecznej rekrutowali się zbójnicy. Wtedy odpowiemy sobie na pytanie, czy istniały obiektywne warunki dla powstania zbójnictwa, czy ludzie mieli powody, by być swoistym biczem bożym na czyniących krzywdę i nierówność. Wtedy odpowiemy sobie na pytanie, czy był to krzyk sprzeciwu przeciwko porządkom pańszczyźnianym, czy też przejaw rzekomo wrodzonego niższym klasom i warstwom społecznym nieróbstwa i zamiłowania do kradzieży, burd i mordów.
            Na Żywiecczyźnie pierwsze wzmianki o zbójnikach pojawiły się już w XIV wieku, kiedy przepędzani z lasów i polan wołoscy pasterze zaczęli się buntować. Część z nich porzuciła swoje stada i zaczęła się osiedlać, stając się przypisaną do ziemi pańską własnością. Druga część dodajmy – mniejsza, zajęła się zbójowaniem. Życie zmuszało do poszukiwania środków na utrzymanie rodzin. Bardzo istotny dla pojawienia się i burzliwego nasilenia zbójnictwa był na Żywiecczyźnie rok 1474, w którym to ziemia ta znalazła się pod władaniem hrabiów Komorowskich.
            Bogaty ten ród, utraciwszy swe posiadłości na Orawie, zapragnął zrekompensować sobie poniesione straty. Najprostszym sposobem osiągnięcia tego celu było zwiększenie obciążeń swoich poddanych zamieszkujących Żywiecczyznę. Jedną z dróg prowadzących ku bogactwu było utworzenie przez hrabiego Komorowskiego pierwszego na tych ziemiach folwarku czyli wyodrębnionego produkcyjnego gospodarstwa, z którego dochody służyły bezpośrednio dworowi. Gospodarstwo to urządzone zostało na ziemiach położonych między Żywcem a wsią Sporysz, na gruntach zabranych chłopom i mieszczanom. Jest oczywiste, że wydzielenie ziemi to jeszcze nie folwark. To zaledwie pierwszy krok ku jego powstaniu. Ktoś musiał tę ziemię uprawiać. Komorowski ustanowił więc nowy rodzaj pańszczyzny, którą nazwano „odrobkiem”. Było to dodatkowe obciążenie, jakie dotknęło chłopów, niezależnie od wcześniej ustanowionych danin tak na rzecz dworu, jak kościoła.
            Słabe gleby, trudne warunki klimatyczne i coraz większe obciążenia gospodarstw chłopskich sprawiało, że cierpliwe uprawianie roli, ciężkie życie i pogłębiający się niedostatek stawały się nie do zniesienia. Porzucali więc chłopi swoje nędzne gospodarstwa i zaczęli tworzyć zbrojne grupy, łupiące i rabujące dwory i zamożnych kmieci. Część zajęła się swoimi ciemiężcami niejako u siebie, a część wędrowała na Orawę, Śląsk i Morawy, a czasami nawet na Węgry. Ci buntownicy, którzy pozostali na naszych ziemiach, korzystali z niewymuszanej pomocy wiejskiej biedoty, która, widząc w zbójnikach swego sojusznika, wspierała ich żywnością i użyczała schronienia. A że panów było mniej niż biedoty, przeto krąg sojuszników zbójnicy mieli bardzo szeroki.
Łatwo więc zauważyć, że pierwszych zbójników, którzy wywodzili się z wędrownych gromad pasterskich, pozbawionych części stad, zastępowali następni. Tym, razem byli to chłopi, pańszczyźniani, którzy nie mogli udźwignąć nakładanych na nich ciężarów. A że pomysłowość panów w odniesieniu do tego, jaką nową daninę lub obowiązek nałożyć na swych poddanych była nieogarniona, więc i powodów do zajmowania się zbójowaniem przyrastało.
            Jan Grzegorzewski i Józef Kantor, badacze zbójnictwa wspominają, że jedną z przyczyn zbójnictwa jest również temperament i charakter górali. Zdaniem tych badaczy, to ta nieokiełznana „dzikość”, ten śpiew nieporównywalny ze śpiewem mieszkańców nizin, niemal wykrzyczany świadczy o głębokich odrębnościach i odmiennościach charakteru ludzi gór. Nie byli skłonni uznawać nad sobą pazernej zwierzchności. W nich była nieogarniona wola i pragnienie wolności. Chociaż, czytając te słowa, odnieść możemy wrażenie, że są one nad miarę patetyczne, to chyba jest w tym spostrzeżeniu coś, co nakazuje odnosić się do niego z szacunkiem. Skłonność do buntu przeciwko wszelkiej nieprawości była nieodłączną cechą górali.  Z niej wypływała jeszcze jedna cecha polskiego zbójnictwa. Był nią patriotyzm. Nasi zbójnicy nie tylko „równali świat i sprawiedliwość czynili”, ale ojczyzny bronili przed wrogiem zewnętrznym, zwłaszcza w czasie szwedzkiego potopu. Wspomnę jeszcze o tym.
Jeżeli mówimy o zbójowaniu, czyli łupieniu, kradzieży, czasami zadawaniu cierpienia i śmierci to trudno przyjąć do wiadomości, że zbójowanie mogło się łączyć ze wspaniałomyślnością i gestami godnymi miana humanitarnych. A jednak…
 Józef Mikś, nauczyciel z Żywca, znany badacz kultury góralskiej, w swoim opracowaniu „Taniec zbójnicki na żywiecczyźnie” (Karta Groni, r. 1980 Nr IX-X) wspominał o tych zaletach zbójników. Wymieniał cieszyńskiego Ondraszka, naszych – Klimczaka i Proćpoka. Tego ostatniego nazywał „szczególnie rycerskim”.
Zbójnicy kojarzeni byli w tradycji ludowej z czymś bardzo szlachetnym i niemal wzniosłym. Wyrazem tego było wspominane po wielokroć już „równanie świata” przekonanie o ich niezwykłej odwadze i hardości, a także swoistej elegancji wyrażonej w bogatym i fantazyjnym ubiorze. 
W podaniach ludowych nie napotykamy nigdy na porównanie zbójników do zwykłych złodziei, czy złoczyńców. Zbójnicy, to prawie zawsze bohaterowie, a zwykli opryszkowie, to po prostu opryszkowie. Jeśli zaś zbójnikowi przytrafił się jakiś czyn niegodny zbójnika, wtedy prosty lud, biedota wiejska natychmiast fakt taki potrafiła napiętnować i bezwzględnie wykorzystać przeciwko niemu. Przykładem takiego właśnie postępowania był przypadek Martyna Portasza z Bystrzycy, należącej w tych czasach do Węgier. Temu znamienitemu skądinąd zbójnikowi przydarzyło się wydanie rozkazu zabicia Marcina Jaszka, ekonoma dworu w Węgierskiej Górce. Ekonom, mimo, że był sługą dworskim, cieszył się szacunkiem prostych ludzi, bo nie był im katem i bezwzględnym ciemiężcą. Został on przez Martyna Portasza w okrutny sposób zamordowany, strzałami pod obie pachy oddanymi. Żeby zaś pewność była, że ekonom ubity został, nakazał pachołkowi odrąbać mu głowę tępą siekierą. Egzekucja się odbyła. mimo iż żona Jaszka wypłaciła zbójnikowi 360 dukatów tzw. dublonów, czyli podwójnych i 470 „talerów bitych”[1]Ta niegodziwość zbójnika została przez chłopów srodze ukarana. Wskazali oni dworskim miejsce, w którym przebywał Portasz, sprawiając, że ten został pojmany, a następnie, po okrutnych męczarniach stracony przez krakowskiego kata na górze Grojec w Żywcu.
Trzeba też wspomnieć o tym, że określony stosunek do zbójników; a więc respekt i podziw, wynikał z faktu, że zbójnicy wywodzili się głównie spośród wiejskiej biedoty. Byli więc jakby z tej samej półki społecznej, co przeciętny wyrobnik, czy komornik. Można stwierdzić, że dla wiejskiej biedoty byli bohaterami, którym udało się wyrwać z nędzy, choć wielka bywała cena tej wolności. 
Fakt, że zbójnickie kompanie na Żywiecczyźnie rekrutowały się spośród wiejskiej biedoty potwierdzają tzw. inwentarze dóbr żywieckich z początku XVIII wieku, w których zapisane zostały nazwiska kmieci, zarębników i zagrodników. Porównanie tych nazwisk z nazwiskami pojmanych zbójników wskazuje, że w tym czasie około 30% nazwisk zbójników pokrywa się z nazwiskami osób posiadających majątek, a szczególnie tzw nadziały ziemi. Ponieważ nie można wykluczyć zbiegu nazwisk, trzeba odnotować, że wspomniany procentowy wskaźnik może być nieco mniejszy. Miejscowościami, z których wywodziło się najwięcej zbójników była Milówka i Kamesznica. Taki wniosek wynika z zapisów proboszcza żywieckiego„ Niemca” oraz ks. Fr. Augustina. Pozostałe wsie Żywiecczyzny miały też swoich zbójników, choć w mniejszej ilości.
            Wszystko to prowadzi do wniosku, że zbójnickie grupy powstawały z reguły tam, gdzie ucisk pańszczyźniany był szczególnie dotkliwy. Można nawet wprost stwierdzić, że zbójnictwo było dzieckiem nędzy, zgotowanej chłopstwu przez rządzących ziemskimi dobrami. Istnieje wiele dowodów, świadczących o tym, że na naszych ziemiach warunki bytu chłopstwa należały do bardzo trudnych. 
Jednym z tych dowodów jest rozwój administracji kościelnej. Powołanie każdej nowej parafii, czyli tzw. erygowanie związane była z wydaniem aktu erekcyjnego, który określał świadczenia, jakie na rzecz plebana musieli ponosić mieszkańcy danej wsi lub grupy wsi. Zasadą było bowiem, że plebana utrzymywała wieś, a częściowo szlachecki dwór (zwłaszcza jeśli prawo do erygowania parafii przysługiwało właścicielowi ziemskiemu – szlachcicowi). Ustanowienie nowych danin i świadczeń na rzecz plebana nie powodowało obniżenia danin, wnoszonych na rzecz właściciela ziemskiego. W rzeczywistości więc dla chłopskiej rodziny utworzenie parafii oznaczało zwiększenie obowiązków, pogłębienie ubóstwa. Dla chłopstwa rozrost administracji kościelnej był równoznaczny ze wzrostem obciążeń ich gospodarstw domowych. Nie może więc dziwić, że treść aktu erekcyjnego parafii, a szczególnie ta jej część, która dokładnie określała rodzaje i wysokości danin na rzecz plebana zawsze znajdowała się w centrum uwagi władzy kościelnej od najniższego szczebla poczynając, a na biskupach kończąc. Wysokość należnych plebanowi danin określała status majątkowy administratora parafii i jego pozycję w kościelnych strukturach. Dlatego plebani często nie zadowalali się zawartością faktycznego aktu erekcyjnego, ale uciekali się do fałszowania tych dokumentów. W miejsce rzeczywistych aktów utworzenia parafii, pojawiały się dokumenty sfałszowane przez specjalizujących się w tym niegodziwym procederze fałszerzy. Ci uczynili z tego zajęcia niemal profesję, która przynosiła im niezłe dochody.  Za sfałszowanie aktu erekcyjnego parafii w Witkowicach k. Kęt fałszerz zainkasował 28 złp. czyli kwotę zbliżoną do rocznej daniny jaką Buczkowice płaciły plebanowi łodygowickiemu w ciągu całego 1630 roku. Za falsyfikat takiego samego dokumentu w Czańcu fałszerz przyjął 8 złp. Wśród zlecających fałszowanie tego rodzaju dokumentów byli również przełożeni domów zakonnych, jak przeor klasztoru w Tyńcu Bogdal (1437-1452), czy inny jeszcze opat z tego samego klasztoru Stanisław Baranowski, dla którego szpetną robotę wykonali szlachcice Stanisław Morawski i Krzysztof Janikowski. Manipulacje dotyczyły przypisywania prawa do czerpania różnych dochodów nie tylko z danin, ale na przykład prawa propinacji, czyli wyszynku piwa i innych trunków. To tylko na pozór błahe fałszerstwo, ale jeśli uwzględnimy fakt, że za tym prawem pojawił się nakaz wykupywania w karczmach plebańskich określonej ilości trunków, to oznaczało nałożenie nowej pieniężnej daniny.  Z fałszerstwem mieliśmy do czynienia również w odniesieniu do erekcji parafii w Łodygowicach, ale dotyczyło ono jedynie nazwiska dobrodzieja, którym według falsyfikatu miał być niejaki Brandys oraz roku utworzenia, który określony w podróbce na rok 1312[2].
Problem z fałszerstwami zwłaszcza danin i innych obciążeń na rzez plebana był o tyle istotny, że wizytacje biskupie, przeprowadzane w parafiach przyjmowały zapisy z falsyfikatów, za świadczenia rzeczywiście pobierane przez plebana. Tym samym tworzony był casus, na który pleban mógł się powoływać i żądać dodatkowych danin od parafian. Nie ma wątpliwości, że skala fałszerstw w omawianej dziedzinie była masowa. Potwierdził to sejm w roku 1635, który odebrał moc dowodową księgom „…uposażeń diecezji krakowskiej”. Kuria biskupia uznawała bowiem za prawdziwe akty, których treść była wyraźnie sprzeczna z dokumentami wydanymi przez władze kościelne. 
Jeśli o fałszerstwach aktów tworzenia parafii wspominam dość obszernie to dlatego, że stawały się one źródłem dodatkowych obciążeń finansowych chłopstwa i jego postępującego ubożenia. To zaś stawało się zarzewiem buntu i zaczynem zbójowania.
            Rosły też, wraz z upływem czasu, potrzeby szlacheckiego dworu. W naszych, żywieckich warunkach, źródłem wzrostu tych potrzeb było postępujące rozdrabnianie wielkich dóbr szlacheckich. Efekt tego był fakt, że mniejsza ilość chłopskich gospodarstw musiała utrzymać szlachecki dwór i zaspokajać coraz to nowe jego potrzeby. A że nowy pański dwór żadną miarą nie mógł odstawać na minus od dawniej zasiedziałych właścicieli dóbr, więc powinności względem dworu musiały rosnąć.
Tak sprawa przedstawiała się po podziale dóbr żywieckich na trzy tzw. państwa : suskie, ślemieńskie, żywieckie i łodygowickie.
Sytuacja osadników – chłopów w każdym z tych państw nie była identyczna z punktu widzenia skali obciążeń i danin. W samym np. państwie żywieckim, niezależnie od obciążeń na rzecz dworu szlacheckiego i kościoła, mieszkańcy obciążeni byli daninami na rzecz króla w czasie, gdy ziemie te przeszły pod bezpośrednie jego władanie, a więc, gdy stały się tzw. „królewszczyzną”. Król bowiem sam ziemiami się nie zajmował, lecz miał dzierżawcę, który władał nimi jak właściciel. Ten zaś utrzymywał swój własny dwór, a także musiał zapewnić królowi dochody z majątku.
            Ten cały obraz trzeba jeszcze uzupełnić o panujące w kraju niepokoje. Ich owocem były różnorakie konfederacje, związki zbrojne, które, aby się utrzymać i funkcjonować, nakładały na chłopstwo i mieszczan dodatkowe ciężary nigdzie w prawie niezapisane ale z całą stanowczością egzekwowane. Chodziło tu głównie o obowiązek dostarczania paszy dla koni, jadła i kwater dla uczestników zbrojnych grup szlacheckich. To wszystko daje, w miarę pełny, obraz społecznych uwarunkowań dla działania zbójnictwa.
Zwróćmy również uwagę na to, że rozkwit zbójnictwa następuje w XVII wieku, a więc okresie słabości ówczesnej Rzeczypospolitej uosabianej przez króla, którego zewsząd otaczali szalejący samowolą szlacheccy możnowładcy.
            Być zbójnikiem oznaczało być człowiekiem wolnym od ciężarów i trosk. Być zbójnikiem oznaczało być postrachem dworu, plebana, a czasem i oddziałów wojska W tym momencie i wobec takich faktów nieważne było to, że zbójnika z reguły karano śmiercią poprzedzoną okrutnymi torturami. 
Byłoby jednak daleko idącym uproszczeniem sprowadzanie genezy zbójnictwa tylko do sytuacji z wieku siedemnastego. Trzeba się nieco cofnąć do czasów początków osadnictwa na naszych ziemiach.
Przypomnijmy sobie, jak to wędrowni pasterze wołoscy ze swymi stadami byli rugowani z lasów szlacheckich i królewskich. Wielcy właściciele ziemscy coraz bardziej niechętnym okiem spoglądali na koczowników, dla których lasy były naturalnymi pastwiskami. Właścicieli nie zadowalały niskie, ich zdaniem, dochody, jakie osiągali z danin, wnoszonych przez Wołochów za prawo korzystania z pastwisk w pańskich lasach i na śródleśnych polanach. Panów interesowały stałe i to coraz większe dochody. Tych nie gwarantowali wędrujący pasterze. Po prostu, raz się pojawili, a raz nie. Panowie woleli więc widzieć na swych ziemiach osadników, uprawiających ziemię, uzależnionych od swych dobrodziejów. Tylko od takich uzależnionych od pańskiej woli rolników właściciel mógł żądać stałych opłat (danin), zasilających dworską kasę systematycznie. Takim osadnikom pan ziem mógł nakazać, by zasilali spiżarnię dworską tzw. danią w naturze. A były to sery, jagnięta, kapłony, masło miody i inne wytwory chłopskich gospodarstw. Panowie woleli widzieć z okien swego dworu nie przepędzającego stada koczownika, ale niewolnika bezwzględnie zależnego od woli swego właściciela dóbr. Woleli widzieć istnienie, które przypisane było do ziemi. Kiedy indziej nazywano to „istnienie” duszami. 
Ta pańska wizja rzeczywistości była daleka od tej, która mieli wędrowni pasterze, ludzie wolni w pełnym tego słowa znaczeniu. Ci wolni ludzie musieli zareagować na zapędy dworów. Porzucali swoje zajęcie, przestali troszczyć się o stada, a zaczęli się utrzymywać ze zbójowania. Korzystali w ten sposób z kasy dworskiej i spiżarni nic do nich nie wkładając. Tak rodziło się ludowe zbójnictwo. Ci pokorniejsi stawali się osadnikami, gospodarującymi na wydzielonych terenach.
            Zbójnicy nie działali w pojedynkę, lecz tworzyli grupy. Liczyły one od 3-5 osób z tym jednak, że w okresie rozkwitu zbójnictwa oddziały o takiej liczebności zdarzały się rzadko. Wtedy pojawiały się kompanie sięgające 25 osób, a nawet liczniejsze, które składały się z kilku mniejszych grup operujących oddzielnie lub, jeśli zaszła taka potrzeba, całości. 
Na czele grupy zbójnickiej stał dowódca nazywany harnasiem lub hetmanem, rzadko kapitanem. To ostatnie określenie-kapitan pojawiło się u nas u schyłku siedemnastego wieku. Na naszych ziemiach powszechnym określeniem wodza grupy było hetman. Przywódcę kompanii wybierali współtowarzysze. Hetman był tym członkiem zbójnickiej kompanii, który wyróżniał się spośród swych towarzyszy nie tylko dzielnością ale również bogatym ubiorem. Kolejni badacze dziejów zbójnictwa polskiego panowie Ochmański i Delaveaux tak opisywali te ubiory :[Proćpak] nosił „…kapelusz obszyty wstęgą”. W innym miejscu piszą, że zbójnicy (a więc i hetman – przyp JS.). nosili „magirki” z pióropuszami z orlich piór oraz pękiem barwnych wstążek-kaftan niebieski, czerwono podszyty, spodnie tej samej farby, sznurkiem obszywane, kierpce miał jak zwykle góralskie, brunatne, skórzane-tylko przy świętach wkładał buty węgierskie, koszulę cienką białą, z gorsem i u rękawów z pięknymi mankietami, pod szyją mosiężną spinkę”(pisownia oryginalna). Uzupełnieniem tego stroju był skórzany pas zbójnicki podobny do tego, jaki nosili zbójnicy podhalańscy oraz ciupaga.
W jednej z zachowanych pieśni o Proćpaku – Kroćpoku czytamy:

Nie ma nad Proćpaka
Tęższego chłopaka
On kieby pan jaki
Mo kabot złocisty
Cerwone chodaki
Pas rzemienny cysty
Za pasem toporem
I dukatów worek

Wiele sporów wśród badaczy dziejów zbójnictwa wywołała sprawa ciupagi u zbójników z Żywiecczyzny. W tym sporach chodziło o to, czy nasi zbójnicy używali ciupag, czy też tzw.„palic”, czyli lasek z naturalnie ukształtowanym wygięciem takim, jakie spotykamy we współczesnych laskach. Spór zakończony został rozstrzygnięty jednoznacznym werdyktem. Nasi zbójnicy posługiwali się nie palicami, ale ciupagami. Palice natomiast były wykorzystywane tylko przez pasterzy. Ciupaga w rękach zbójnika była nie tylko dopełnieniem stroju, czy ozdobą, ale groźną bronią. Była też narzędziem pierwszej potrzeby, służącym przygotowaniu drewna na ognisko, czy wykonywania przecinki w gęstych zaroślach. Że tak właśnie było świadczą opisy krwawych sprzeczek z udziałem zbójników, które kończyły się ciosami tzw. obuszkiem lub tylcem czyli druga stroną ciupagi. Ciupazka, bo tak ja pieszczotliwie nazywano, służyła również do podpierania się w czasie marszu. Umożliwiał to wydłużony uchwyt. Z całą więc pewnością można stwierdzić, że tak zbójnicy podhalańscy, jak zbójnicy beskidzcy posługiwali się ciupagami. Wygląd ciupag z jednego i drugiego regionu niewiele od siebie odbiegał. Zbójnicy uzbrojeni byli w rusznice, półhaki, flinty, pistolety, noże i siekierki. Te ostatnie wykorzystywane były niezależnie od ciupag. Osobliwą bronią zbójników były tzw. czekany. Był to rodzaj grubego kija – laski, wykończonej od góry rączką. Jedna stronę rączki była siekierka, a druga hakiem. Pod rączką, w zasięgu palców często umieszczany był zamek strzelby, a lufa tej osobliwej strzelby ukryta była we wspomnianej lasce. Była to broń uniwersalna. Można nią było rąbać, kłuć, strzelać, a nawet rzucać do celu.  August Wrześniowski i Franciszek Klein tak ją scharakteryzowali w opisie : „Czekanem tym dawszy z niego naprzód strzał celny potrafią górale zręcznie rzucać i rąbać”.
Jeżeliby w tym miejscu porównać uzbrojenie naszych zbójników z uzbrojeniem podhalańczyków, to trzeba stwierdzić, że zasadniczych różnic też nie można tu dostrzec. 
            Tym, co różniło zbójników podhalańskich i beskidzkich był strój. Zbójnicy podhalańscy nosili koszule czarne lub zielone, spodnie bogato haftowane: Harnaś czerwone, a jego towarzysze białe Serdak i cucha uzupełniały strój. Do tego należy dodać skórzane kierpce, skórzany pas i magirkę, czyli charakterystyczne nakrycie głowy przystrojone orlimi piórami.
Ilość zbójnickich oddziałów zwiększała się w miarę nasilania się ciężarów pańszczyźnianych. Była też zależna od skuteczności oddziałów wojskowych, czy też grup parawojskowych, tworzonych przez możnowładców –właścicieli ziemskich specjalnie dla „znoszenia zbójców”. Ostatnie z  wymienionych oddziałów nazywane były na Żywiecczyźnie „harnikami” lub „wybrańcami”. 
W państwie łodygowickim bez wątpienia oddziały wybranieckie istniały, a ich członkowie płacili daniny na rzecz plebanaw Łodygowicach. Z takim przypadkiem mieliśmy do czynienia w Wilkowicach, gdzie wybrańców płacących daninę było czterech. W późniejszym okresie, gdy powstała Kalna, również i tam osadzono „wybrańców”. Podobnie było początkiem XVII wieku w Biernej gdzie osadzonych było 9 wybrańców, w Rybarzowicach, gdzie było ich siedmiu  oraz we wsi Glemieniec, która zamiennie nazywana była Potokiem Wybrańców. Ludwik Huczek w „Dziejach Łodygowic i ich okolic” (str.17) starał się wyjaśnić związek pomiędzy „harnikami” a hajdukami i wybrańcami. Harnikami wg Huczka, który opiera się w swoim rozumowaniu na protokóle z wizytacji biskupiej z lat 1655-1690) nazywano robotników, których zadaniem wyło wypalanie drewna i produkcja tzw. potażu czyli swoistego nawozu, który był przedmiotem handlu. Ponieważ byli to bardzo doświadczeni ludzie związani z lasem, dlatego z ich grona dwory tworzyły specjalne grupy zbrojne służące „znoszeniu zbójców”. Występujący w tej roli harnicy nazywani byli z węgierska hajdukami lub „po naszemu” wybrańcami. Rozpatrywanie problemu w kategoriach językowych prowadzi do wniosku, że wszystkie trzy nazwy stosowane były zamiennie.
Skąd wiemy, że tak byli nazywani członkowie oddziałów zwalczających grupy zbójnickie? 
Z określeniem uczestników oddziałów ekspedycyjnych tworzonych przez panów spotykamy się w „Chronografii albo Dziejopisie Żywieckim” Andrzeja Komonieckiego pod rokiem 1632. Żywiecki wójt tak opisuje wyczyny harników : „Tegoż roku, w dzień czwartkowy po święcie świętej Anny wybrańcy, albo harnicy wielmożnego J.M. pana Wojewody ruskiego, miecznika i starosty lanckorońskiego, to jest Rykała, Stachowiec i Kudzia…przybywszy do Państwa Żywieckiego…w kamienicy Macieja Kantorowskiego popili się na winie, gdzie hałas i gwałt czynili, bowiem tegoż Macieja Kantorowskiego gospodarza najpierw ubili i skrwawili, aż uciekł do Krzysztofa Mrzygłodowicza, pisarza miejskiego, za którym tamże wpadli i tego pisarza przy księdzach dwóch obuchami utłukli i pałaszem w głowę uderzyli…”[3]Zabili harnicy również wójta Mateusza Regulusa oraz burmistrza Sebastiana Miodonę, znacznych mieszczan żywieckich. Dostało się też i innym, nie wymienionym z nazwiska, mieszczanom. Ci sami zbrojni w Juszczynie zabili siedmioro ludzi. Wojewoda ruski wypłacił rodzinom zabitych 300 złotych polskich. „…za każdą głowę zabitą tylko złotych 42 wyliczono i rozporządzono”[4].
            Jak z przytoczonych faktów wynika, harnicy, albo wybrańcy nie tylko na zbójników nastawali, ale również bogobojnym mieszczanom i chłopom dawali się we znaki. Fakt jednak, że zbójnikom przeciwstawiano specjalnie tworzone zbrojne oddziały dowodzi, że mocno dopiekli oni plebanom, panom a nawet zamożniejszym chłopom. Choć zdarzały się przypadki rabowania dobytku osób wcale nie bogatych nadmiernie. Jedno z takich wydarzeń przytacza w swoim opracowaniu Ludwik Huczek, wykorzystując zapisy z ksiąg sądowych, opisujących rozprawy przeciwko zbójnikom m.in. w Łodygowicach. 
„Bartek Kotman z towarzyszami z Kasprem Timowym z Bystrej,Jadamem Miodorczykiem z Pietrzykowic, Jędrysem Kozikiem z Lipowej, Jędrysem Jeżykiem z Rybarzowic, Maćkiem Słowiakiem z Buczkowic, Kasprem Tomasikiem z Wilkowic i Stanikiem Dudą dokonali napadu rabunkowego na stara kobietę w Straconce…”[5].  Kobieta, przypalana ogniem, wskazała schowek z pieniędzmi. Zbóje zabrali znaczną ilość pieniędzy, garniec masła i połeć słoniny. Dziedzic państwa łodygowickiego Krzysztof Rorowski zażądał dla przywódcy bandy Bartka Kotmana kary śmierci. Po poddaniu go okrutnym torturom, które nazywano wtedy „trapieniem” herszt bandy zbójców został stracony 7.listopada 1618 roku. Wszyscy pozostali rabusie zostali straceni w ciągu następnych dwóch dni.
Zdarzenie to przytaczam dlatego, że jest to jedyny zapis, na który napotkałem, potwierdzający fakt, że w grupie rozbójniczej wymieniony jest z imienia i nazwiska mieszkaniec Buczkowic. Jest to również zapis o tyle nietypowy i jakby odbiegający od ideału rozbójniczej roboty, że opisany jest napad na bezbronną kobietę, choć, jak widać, w miarę  zamożną skoro zrabowano jej większą ilość pieniędzy. Przyznać jednak trzeba, że jest to wydarzenie mimo wszystko nietypowe, nie pasujące do zbójników. Znalazł się więc Maciek Słowiak w kompanii, która zakończyła swoje działanie w niezbyt chwalebny sposób.
           W przytoczonym wyżej opracowaniu autorstwa Ludwika Huczka napotykamy nazwiska innych rozbójników. Na przykład Marcina Jeżyka (brata Jędrysa) z Rybarzowic, który został stracony 6.lipca 1602 roku za napad na młyn i zabójstwo jednego ze swych towarzyszy. Są też nazwiska Tomasików, znanych rozbójników z Wilkowic. Z tego rodu aż czterech braci trudniło się zbójowaniem. Byli to: Kasper, Paweł, Walek i Jan. W swej pracy L. Huczek wymienia też  i innych, jak:

 Jakub Wojciura ze Szczyrku, stracony przez ścięcie i ćwiartowanie w dniu 30.sierpnia 1615 roku za napad w Skoczowie
Mikołaj Bożek z Rybarzowic, którego żywcem ćwiartowano15.kwietnia 1705 roku
Marek Wojciura ze Szczyrku, któremu 15.kwietnia 1705 roku obcięto rękę  i przybito do tzw. „pręgi”, a gdy i po tym wydarzeniu rozboju nie porzucił, ściętego i ćwiartowanego 4.lipca 1714 roku.
Paweł Kubica nazywany Szaławitym, ścięty i poćwiartowany na granicy Łodygowic i Pietrzykowic za dokonanie 40 rabunków
Tomasz Kubica – Szaławity z Rybarzowic, któremu 13 listopada 1709 r. najpierw obcięto prawą rękę, następnie, po udaremnieniu ucieczki, poćwiartowano w Łodygowicach.

Są tam wymienieni inni zbójnicy z naszych terenów, jak:  Jędrzej i Wawrzyniec Walęgowie oraz ich wspólnicy z Łodygowic: Szymon Mniszek, Wojciech Pilarz, Bartek Szwedek, Paweł Sidzina i Jędrys Klecek, których ścięto i potem poćwiartowano 10. marca 1744 roku.
Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że pamięć o tych ludziach trwała w naszym środowisku bardzo długo. Moja niezapomniana mama wielokrotnie używała określenia „sałowity” dla opisania kogoś nieobliczalnego, gwałtownego w postępowaniu, sięgającego po silne trunki. To nikt inny tylko ktoś „szalony”.
Przytoczone nazwiska i miejscowości, z których wywodzili się zbójnicy to tylko przykłady, pokazujące, że zbójowanie było niejako we krwi mieszkańców. „Dziejopis Żywiecki” jest pełen opisów czynów, popełnionych przez zbójników „głębokiej” Żywiecczyzny. Można zatem stwierdzić, że działalność taka w naszych stronach była zjawiskiem niemal powszechnym i, co tu dużo mówić, bardzo uciążliwym dla panów, plebanów i zamożnych kmieci. Ksiądz Jan Nemetius (Niemczyk) proboszcz chrzanowski i łodygowicki w swoich „zapiskach, odnoszących się do kościoła parafialnego we wsi Łodygowice” stwierdził, że kapłani nie mogli się na tym probostwie utrzymać z obawy przed zbójnikami. Nie musimy przypominać że w tym czasie Buczkowice przynależały do parafii Łodygowice.
Bardzo znamiennym dokumentem, świadczącym o rozmiarach zbójnictwa, mającego swe korzenie w naszych stronach, jest list księży dekanatu pszczyńskiego z roku 1694 do biskupa krakowskiego, który w tym czasie był ich zwierzchnikiem. List ten był skargą na czyny zbójników, a także prośbą o interwencję u panów żywieckiego i łodygowickiego, by ci ukrócili samowolę swoich poddanych.
Oto fragmenty, które przytaczam za L.Huczkiem:
„Niewątpliwie wiadomem jest Waszej Wysokości, jakich prześladowań i szyderstw doznali wielebny kler oraz kościoły diecezji krakowskiej ze strony świętokradzkich zbójów w bieżącym roku 1694. Lecz najbardziej myśmy przez nich cierpieli, którzyśmy przez całe lato aż do tej chwili, opuszczając nasze probostwa, chronić się musieli do najbliższych miast, czy to ukrywać się po polach lub też gdzie indziej, a to dla ratowania życia lub też uchronienia mienia czy też sprzętów kościelnych, z widoczną szkodą dla zbawienia dusz nam powierzonych. To tylko nadmieniamy ,że z naszego dekanatu dwu proboszczów, Miedźwiński proboszcz oraz proboszcz Niemieckiej Wisły, ograbieni ze swych rzeczy, ledwo przy życiu zostali; a to przy zastosowaniu ze strony baronackiego urzędu pszczyńskiego wszelkich środków do ujęcia zbójów, trudno bowiem jest i omal niemożliwością ująć tego rodzaju świętokradzkich górali, którzy dniami po lasach się ukrywają, nocą zaś ( w) największej ciszy i tajemnicy wykonują nad nie spodziewającymi się swe niecne dzieło…Wspominani zbóje zestawiają swoją szajkę z obwodu żywieckiego oraz z Łodygowic, a jak powszechnie podawają, ma ich być przede wszystkim dwóch, zwanych Klimczykowie, a trzeci Talik, ich podherszt, wraz ze swym krewnym, zwanym Franciszkiem, ci z państwa łodygowickiego pochodzą z dziedziny łodygowickiej pochodzi zaś nie jaki Pietruszka, który to wraz z innymi zbójami był u wspomnianego proboszcza miedźwińskiego w naszym dekanacie…
Idą jednak pogłoski, że najjaśniejsi i przesławni panowie starostowie, żywiecki i łodygowicki, mianowicie panowie Wielopolski i Warszycki, na ich /zbójników/ żądanie oraz z innych względów wystawiają i wydają takowym w autentycznych pismach glejty i wolności, dozwalają skrycie na tak okropne wyczyny i większość tych zbójów puszczają na wolność, a osobliwie mówi się to powszechnie o ekonomie żywieckim, że w ten sposób dalszą i większą sposobność do rozbójstwa daje tym i innym rozbójnikom, a dostarcza im silnej podpory”[1].

            Klimczykowie, wspominani w liście księży, to nikt inny, tylko bracia Klimczakowie, albo Klimczokowie. Andrzej Komoniecki w swoim „Dziejopisie żywieckim” podaje imiona Klimczoków. Byli to Wojciech (starszy) i Matus (Mateusz- J.S.). To jego sława zbójnicka była tak wielka, że przetrwała do naszych czasów. Dzięki swoim niezwykłym odważnym czynom, już za życia obwołany został przez lud hrabią Beskidów[2]. Po latach jego nazwiskiem nazwano jeden ze szczytów górujących nad kotliną żywiecką, a mianowicie szczyt Goryczka (albo Goryczna) Skałka, na którym zbiegały się granice państwa łodygowickiego księstwa cieszyńskiego i państwa bielskiego. Teraz nie ma już Goryczki Skałki, a jest Klimczok.
A oto, jak Andrzej Komoniecki opisywał metody zbójowania Klimczoka i chwilę jego pojmania. Działo się to w roku 1697.
„Tegoż roku zbójców w kompaniej kielkanaście grasowało, nad któremi był Wojciech Klimczak hetmanem, mając dziada jednego, który po prośbie jałmużny rzekomo chodził do różnych domów i przyglądał, i zanocowawszy gdzie, otwierał im, że na ludzi śpiących nachodzili i rabowali. A co przyszedszy w nocy do Rajska /k. Oświęcimia/ do pana tamecznego, kazali sobie dawać pić i jeść. Których pan popiwszy, dał znać pobliskim panom i szlachcie, aby zbójców łapali…i niespodzianie pijanych dziesięciu pobrali i do Oświęcimia oddali. A tych razem dziesięciu wespół z tym dziadem egzekwowano, na haku Wojciecha Klimczaka, jako hetmana zawiesiwszy, innych wszystkich ćwiartowano, wieszać ćwierci ich, aż strach patrzeć było[3].” 
W tym samym roku pojmano Matusa Klimczoka – Klimczaka. Dokonał tego niejaki Michałowski- ordynowany księstwa oświęcimskiego „…na szukanie i pojmanie zbójców u niejakiego Kubice mieszkających u kościółka świętej Barbary…”[4] w Mikuszowicach. „Zbójcy do obrony się dali i tego pana Michałowskiego w sieni z góry zastrzelili, że zaraz umarł. Tam tedy pojęto trzech zbójców, dwa w Oświęcimiu zginęli, a Matus Klimczak ich pryncypał do Krakowa wzięty i na krzemionkach egzekwowany”. Jan Rusnok informację tę potwierdza pisząc, że miejscem kaźni Matusa Klimczaka były Krzemionki, w których stracono również wiele lat wcześniej przywódcę buntu podhalańskich górali Aleksandra Kostkę Napierskiego[5].
Księża pszczyńscy wspomnieli w swoim liście następnego zbójnika- podherszta w kompanii zbójnickiej Klimczoków, niejakiego Talika z państwa żywieckiego. Los był dla tego zbójnika nieco mniej łaskawy, bo ujęto go wcześniej o prawie trzy lata aniżeli Klimczoków. Andrzej Komoniecki pod rokiem 1694 zamieścił opis ostatnich dni życia tego zbójnika oraz jego śmierci w męczarniach. Malcher (Melchior) T a l i k pochodził z Gilowic. Znany był powszechnie jako zbójnik, który najchętniej rabował dwory szlacheckie, a jeszcze chętniej plebanie. Będąc w gościnie u proboszcza rychwałdzkiego ks. Andrzeja Plucińskiego, nieopatrznie obchodząc się z bronią, postrzelił się. Ksiądz Pluciński, zapewne niewolny od strachu, otoczył go opieką. Fakt, że Talik przebywa na plebanii pod opieką proboszcza nie uszedł uwadze podstarościego żywieckiego, Gabriela Drozdowskiego, który w celu pojmania zbójnika zorganizował całą wyprawę. Jego „zbrojnymi” byli tzw gajni, czyli strażnicy lasu.
Ks. Pluciński ukrył Talika w zakrystii rychwałdzkiego kościoła i potajemnie udał się do sufragana krakowskiego, by wyprosić łaskę dla zbójnika. Żywczanie wymogli jednak wydanie im zbójnika. Akt oskarżenia był na tyle obszerny, że trudno się było spodziewać łagodnego wyroku. Najcięższe z zarzutów dotyczyły oczywiście grabieży dworów i plebanii. Wątpliwą przysługę wyświadczyli Talikowi jego kompani, którzy odsłaniali przed katem prowadzącym śledztwo coraz to nowe zbójnickie wyczyny swego herszta. Sądzono go w Żywcu. Tam też go stracono. Na żywieckim rynku udarto mu dwa pasy skóry, a  na górze Grojec, gdzie go uśmiercono, został wpleciony w koło. Dzielny Talik, kompan Klimczaków, został zgładzony 21. listopada 1694 r. 
Skarżący się krakowskiemu biskupowi księża pszczyńskiego dekanatu, zapewne odetchnęli z ulgą po tej serii dobrych dla siebie wiadomości, a takimi niewątpliwie były informacje o śmierci „świętokradzkich górali.
Opisane wydarzenia miały miejsce pod koniec XVII wieku. Ale przecież zbójowanie miało już wtedy długą historię. Andrzej Komoniecki w swoim „Dziejopisie” niemal od początku tego wieku przytacza opisy wyczynów zbójników, historię ich pojmania i okrutnej śmierci umęczonych torturami. Dzieje kompanii zbójnickich i ich hetmanów, zawarte czasem w kilku wierszach, czyta się z zapartym tchem. Dowodzą one bowiem zuchwałości, odwagi i fantazji, a także prawdy o wielkim cierpieniu, zadawanym publicznie, na oczach zgromadzonego tłumu. 
Dzieje żywieckich – beskidzkich zbójników wieńczy historia jednego z najsławniejszych zbójników, którym był Jerzy Fiedor zwany „Proćpakiem” lub, bardziej swojsko,„Kroćpokiem”. Wszystko to działo się pod koniec XVIII wieku .
Była to zapewne postać o niezwykłej charyzmie, skoro w tradycji ludowej tak mocno została utrwalona. Moja matka jeszcze w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku używała określenia „ty kroćpoku”, gdy chciała określić kogoś krnąbrnego, nieposłusznego lub „odmieńca”. Jego wieś rodzinna to Kamesznica k. Żywca. Działania jego kompanii były niezwykle uciążliwe dla dworów, plebanii i co zamożnych kmieci. Ten sławiony w ludowych pieśniach zbójnik dokonał 65 napadów, a jeden z jego kompanów o nazwisku Rułka dowodzący jedną z grup wchodzących w skład całej kompanii dokonał takich napadów aż 95. Dlatego ujarzmienie niepokornego zbójnika było jednym z najważniejszych zadań zbrojnych oddziałów dworskich. „Polowanie” na niego urządzono niemal w całej Żywiecczyźnie, a nawet w okolicach Babiej Góry i na Śląsku…O tym, jak wielki mir miał Kroćpok” na całej żywiecczyźnie świadczy fakt, że wraz z nim ujęto kilkadziesiąt osób, które wchodziły w skład kompanii lub też były z nią powiązane. „Siedemdziesięciu siedmiu pomocników wychłostano rózgami, czterdziestu dwóch osadzono w Wiśniczu w więzieniu, sześćdziesięciu wypuszczono na wolność. Wszystkich towarzyszy „Proćpaka” powieszono na haku”. Była to kara niezwykła, bo zastrzeżona dla samych hetmanów. W tym zaś przypadku hetmańska śmiercią, „honorną” ukarani zostali wszyscy kompani związani z hetmanem. Musiała ta śmierć wywrzeć na mieszkańcach niezatarte wrażenie skoro powstała z tej okazji ludowa przyśpiewka, która przytacza Józef Mikś we wspominanej wcześniej publikacji:

„Zapłaces,zapłaces moja kochanecko
jak uwidzis na mnie siwe łodzionecko”

Skazańcy właśnie w takim siwym „łodzionecku” byli prowadzeni pod szubienice, z których zwisały przygotowane dla nich solidne haki. Szli na „honorną” śmierć. Tak skończył się, tym razem ostatecznie, kolejny wiek, w którym zbójnickie kompanie wędrowały po Żywiecczyźnie i poza nią pełniąc rolę boskiego bicza, smagającego panów. Wcześniej, mówiąc o zbójnictwie w jego patriotycznym wydaniu, wspomniałem o najeździe szwedzkim na Polskę i o tym, że nasi zbójnicy stanęli po stronie swego kraju. Najazd szwedzki sprawił, że panowie na dobrach żywieckich, łodygowickich, suskich i ślemieńskich nie mieli głowy do zwalczania grup zbójnickich. Zaprzątały ich inne problemy: Szwedzi raz po raz docierali pod bramy miasta, nie mówiąc już o wsiach państwa łodygowickiego. Ponieważ przestały funkcjonować tzw sejmiki, które ustanawiały specjalne daniny służące zwalczaniu – „znoszeniu” zbójców, brakło również środków, na utrzymanie harników. Miejsce tych danin zajęły kontrybucje na rzecz Szwedów. Zawieszeniu też uległy zarządzenia, na podstawie których ścigani byli zbójnicy. W pewnym sensie działania te podyktowane były faktem, że wielu aktywnych dawniej zbójników wielce się krajowi przysłużyło zwalczając oddziały najeźdźców. Do łaskawego spojrzenia na lokalnych zbójników dołożył ręki również sam król, który osobistym swym listem polecił staroście żywieckiemu takich zbójników jak: Jan Klimczak, Szymon Domarzałka, Bartłomiej i Jan Łysieniowie, Stanisław Krupa i Tomasz Dudka. Król m.in pisał tak.„…pod teraźniejsze rozruchy…wiernie i odważnie posługi czynili, a teraz się wyrzekają wszystkich z tamecznymi zbójcami trzymania przewodni i rozbojów i dobrowolnie od tej odstępują swawoli, obowiązując się przyzwoitą bawić robotą…” Na szczególne łaski u króla liczyć mogli trzej dowódcy grup z kompanii naszego Wojciecha Klimczaka, hersztowie: Klimczak, Miziak i Łyśniański, którzy w roku 1662 walnie pomogli w zwalczaniu konfederatów Lubomirskiego. Dalsi dwaj hersztowie z tej samej kompanii: Krzysiek i Koczur zbierali zasługi „…z namowy państwa zebrawszy kilkadziesiąt pachołków…” uderzyli na oddział konfederatów, stacjonujący w Pietrzykowicach i zmusili go do odwrotu. Stracili wtedy trzech kamratów: Sidora, Gembaliczka i Łasuta. Trzeba też g’woli sprawiedliwości powiedzieć, że nie wszyscy zbójnicy, którzy przeżyli wojenne przygody ze Szwedami czy konfederatami, wytrwali w swym postanowieniu służenia ojczyźnie i królowi. Część z nich powróciła do tradycyjnego zbójowania.

Czasy wspomnianego Kroćpoka, zakończone w 1795  roku przez Austriaków zbiorową egzekucją, zamknęły księgę zbójnictwa na Żywiecczyźnie.

Niektóre kompanie zbójnickie na Żywiecczyźnie

LATA/ROK

PRZYWÓDCA

LICZEBNOŚĆ/SKŁAD ODDZIAŁU ZBÓJNIKÓW

1592- 1593   Szymon Czarniecki jeden ze zbójników-Stefan Tomczyk. Brak danych o liczebności   oddziału
r. 1594      Jędrys z Milówki-„Milow” brak danych o liczebności oddziału
r. 1622 

Kuba Popielarz z Cięciny

m.in;
brat Kuby o nieznanym imieniu,
Walenty Popielarz – ojciec Kuby,
Bartosz Rurka,
Walenty Mitręga,
Marcin, Kuba i Wojciech Klimczakowie,
Marcin Jurasz,
Stanisław Rus,
Jan Mikocik – fornal, współpracujący z oddziałem.
r. 1622   Łukasz Łoparz ( rejon Cięciny) Bieniek,
Krawiec,
Szymon Wantolik,
Wojciech Litwa,
Hubczyk,
Czącz
r. 1622    Bartłomiej Kotman z Rybarzowic Oddział liczył 11 osób, a miedzy nimi:
Kasper Timowy z Bystrej,
Jan Sidorczyk z Pietrzykowic,
Jędrys Kozik z Lipowej,
Jędrys Jeżyk z Rybarzowic,
Maciek Słowiak z Buczkowic,
Kasper Tomasik z Wilkowic,
Stanik Duda
r.1622.- (?)        Warecki z Suchej oddział liczył najprawdopodobniej 7 osób
r.1623-1624  Targosz oddział liczył 12 osób spoza Żywiecczyzny
r.1623-1624  Tomasz Masny z Szarego oddział liczył 17 osób
r.163o-( ? ) Sebastian Bury  oddział liczył 25 osób
r.1688 Martyn Portasz z Bystrzycy liczebność oddziału nieznana. Jednym z kompanów był brat Martyna Paweł Portasz
r. 1688     Wojciech Miczek ze Słotwiny liczebność oddziału nieznana
r. 1689  brak danych o hetmanie brak danych o liczebności całego oddziału. Jego członkami  byli m.in.
Jakub Byrtus
Mikołaj Fujak
r. 1689    Maciej Wakuła z Rycerki – dziesiętnik z Oddziału Martyna Portasza liczebność oddziału nieznana
r. 1693  Sebastian Doboszewicz-Gruszecki z Radziechów liczebność oddziału nieznana
r. 1694  Malcher Malik z Gilowic     brak danych o liczebności oddziału
r. 1696  Wojciech Klimczak z Lipowej dowódcy oddziałów:
Miziak,
Łyśniański,
Koczur,
Krzysiek.
W oddziale był Matus Klimczak, brat Wojciecha
r. 1697 Wojtek Podiobro lub Pobiodra (rejon Jeleśni) Oddział liczył 9 osób, a wśród nich: Paweł Rusnak,
Jurek Masarz,
Piotrek Radwan,
Jędrys Grzywa,
Moreziak,
Michał z Tarnawki,
Krzysztof Kempka,
Janek Słowik
r. 1702  Franciszek Miczek ze Słotwiny  liczebność oddziału nieznana
r. 1702 brak danych o hetmanie Tomasz Greń z Juszczyny,
Szczepan Szczygieł z Bystrej,
Jerzy Stokłosa

Koniec XVIII wieku – Jerzy Fiedor – Proćpak /Kroćpok/ –  liczebność oddziału nieznana.

Zbójnicy, wymieniani w źródłach pisanych, lecz w okolicznościach uniemożliwiających przyporządkowanie ich do konkretnej kompanii zbójnickiej: Jan Klimczak, Szymon Domarzałka, Bartłomiej i Jan Łysieniowie, Stanisław Krupa, Tomasz Dudka, Sidor, Gembaliczak, Łasuta, Hara, Łyszczek, Adamczyk, Baczyński, Włodarczyk, Rułka , Malcher Talik, Paweł Kupczak, Siudek, Bartek Drozd, Tomek Kubica, Marcin Jeżyk, Paweł Tomasik, Walek Tomasik, Jan Tomasik, Jakub i Marek Wojciura, Paweł Kubica, Tomasz Kubica, Jędrzej i Wawrzyniec Walęgowie, Szymon Mniszek, Wojciech Pilarz, Bartek Szwedek, Paweł Sidzina, Jędrys Klecek, Basik, Tkacz, Duda, Adam Kubala, Jan Góra, Jędrzej Świerczek, Maciej Świerczek, Rogacz, Matus Szczotka, Piotr Szczotka, Maciej Witosz, Mikołaj Bożek, Wacław Krzos.

            Przytaczając nazwiska zbójników, które pojawiają się przede wszystkim w „Chronografii albo Dziejopisie Żywieckim” mam świadomość, że faktyczna liczba zbójników, działających na naszych ziemiach była o wiele większa. Część z nich straciła życie, być może po mniej spektakularnych widowiskach, z zadawanych mąk, a to nie stwarzało wystarczającej okazji do zamieszczania o tym śladów w kronikarskich zapisach. Może się rodzić pytanie, dlaczego snując opowieść o historii Buczkowic  tak obszernie wspominam o zbójnikach. Zwłaszcza, że pojawiały się głosy, iż zbójnicy to nikt inny tylko zwyczajni złodzieje, rabusie, którzy uciekali się do popełniania czynów okrutnych dla zagarnięcia łupu. Te łupy nie zawsze były rozdawane  biedocie, a często służyły hulaszczemu życiu. Z pewnością nie można odmówić racji również takim sądom. Ale niepodobna pomijać genezy zbójnictwa, warunków w jakich ten typ czynienia sprawiedliwości został ukształtowany i na jakim gruncie on się zrodził. Buczkowice powstawały i rozrastały się w tamtych czasach. Były więc częścią ówczesnej rzeczywistości tak
w społecznym, jak ekonomicznym wymiarze. Poza tym, nasza wieś z powodów czysto naturalnych, geograficznych musiała nie jeden raz znajdować się na trasach zbójnickich przemarszów, była miejscem, „którędy chadzali zbójnicy do prawa”, czyli czynić sprawiedliwość i wyrównywać prawo.

Ostatni beskidzki zbójnik w ludowej tradycji       

Historia ziemi żywieckiej przez wiele wieków związana była nierozerwalnie ze zbójnictwem. Zbójowanie raz przybierało na sile, to znów słabło, ale zawsze jego skutki były dotkliwie odczuwane przez dwory, plebanie a także zamożniejsze gospodarstwa kmiece. Nie hamował zbójnictwa strach przez okrutnymi karami i szubienicą, nie hamowały zbrojne oddziały harników- dworskich wojaków mających znosić zbójnickie kompanie, które niestrudzenie starały się osaczać kryjówki buntowników. Aż nadszedł czas, w którym tylko jeden zbójnicki hetman w Beskidach się ostał. Przez jednych nazywany był Proćpakiem, przez innych Kroćpokiym. Był już ostatnim z całej plejady zbójników. Był wiek XVIII. Jego legenda żyła jednak wśród prostego ludu na całej Żywiecczyźnie przez kolejne dziesiątki lat.

   Oto opowieść zapisana w roku 1956, a opowiedziana przez Annę Kubikową z Kamesznicy, mówiąca o jego wyczynach, gdy w lasach żywieckich zbójował
i o ostatnich chwilach jego życia.

„Kroćpok był strasnym zbojnikiym, miyskoł w lasach, i grasowoł pło wioskach. Kiedy mojo babka a już temu jakich 180 lot- mieła 18 roków to Kroćpoka wiysali. Kroćpok pochodził z Kameśnicy, z Cyrwiyńskich, z Prepinatorów[1] Dzisioj jus ród jego wygos. Herc Kroćpok był dla jednyk dłobry, a dla drugich zły. Ale tam biydnymu nigdy nie krod. A miał ci siumną siajkę. Kryli się łuni nojwiyncyj na Nowokówce. Złoto chowali na „Niemcowym Groniu”. Tam to mieli pełniutko w ziymi korytarzy. Jabyś tam wseł to byś nie wyseł. Pryndzy chodzili po wsi tacy łolyjkorze, co mieli łolejki, no i tez ich złapoł Kroćpok na Barani. Co mieli to im zabroł a Robie kazali łobyjść ich dookoła i wpakować nóz do brzucha. Inni łolyjkorze uciekli a troche ich wytłukli. Roz seł chłop, nazywali go stary Marcin, no i seł na jarmak. Spotkali go zbojnicy. Herc Kroćpok pyto go : powiydze[2] Na jakos jest tyn Kroćpok ? Cy dobry? Cy zły? Wszyscy miyrzą. A chłop pado: „Nady tez tyn Kroćpok, jest dobry, dobry, bo złym bierze a biydnym daje”. Mos za to i idź se kupić krowe, bo nimos mlyka dlo dzieci, a jak powiedzies kupioną z jarmaku to ją tu przywiyź, bło my jom piyrsy roz podojemy. Kroćpok chłopu doł gorz[3] piyniyndzy i kozoł chłopu iś. Chłop kupił krowe, przywiod do lasu, a Kroćpok nastawił kapelus, podoił , napił się i kozoł iść chłopu do chałupy. Jesce zawołoł za nim : „Ty, ale zaś ło tym powiydz wszystkim”. Roz zaś baba sła na torg. No i spotkała tyk zbójników a Herc Kroćpok pyto się ją. No tak jak chłopa. A łuna jak nie zacyła scekać na nich, godo, ze Kroćpok to gid nad gidy, pierojski złodziej. A łuni się tolko uśmiychają. Nareście Kroćpok prosił ją żeby kupiła mu gwozko[4] z duzymi copkami. Kiedy wrociła kozali jej ułozyć te gwożdzie na szerokim pniu, tak żeby stoły na copkach. Płotym wzion , Kroćpok chycił babe i z gołą kiecką wsadził ją na te gwoździe. He ! Mos za to ześ tak piyknie godała na nos. A zaś drugiej babie ze dobrze godała o nich to łodmierzył jej 5 razy od smreka do smreka materii i doł jej.
Ku dziywce Kroćpok chodził 3 roki, jak ją zastał syć to ji wdy godoł : „Syj tak, abyś się nie popchała[5], bo mie się nie bydzie darzyć.” Zwiedzieli się o tym urzydnicy, dziywke dali miyndzy belki[6] a bili na grabine[7], skozali do Chabadzioka ze bydzie obława. Wiecor przyseł Kroćpok do dziywki. Boli mnie tez głowa godo dziywka. No może już ześ powiedziała o mnie? Kroćpok usnoł Ona spuściła się po kachlu do kurnika , jak urzędnicy przyśli robić sarmache[8] Kroćpok się przebudził. Patrzy – dziywki nie ma. Och! Już się zmiarkowoł co się świynci. Wyjął rewolwer, strzelił przez okiennice do chałupy, chcioł ją zabić. Potym rozerwoł swoje gacie, jesce inne wzół[9], wyloz na strych, ze strychu na dach, z dachu na ziymie chip. Zmiysoł się z chłopami, kiej było ciymno. Potym rzyką, od gory uciekł do Czerwińskich. No do swojej chałupy. 
Roz tez jedyn zbojnik z siajki Kroćpoka chodził ku dziywce. Dziywka urodziła dwóch chłopców. Bojąc się rodziców, zakopała je zabite w lesie. Gdy się dowiedzioł o tym zbojnik, odnaloz ich mogiłe odkopoł i tyle im tam wsół złota, ile się mogło zmiyścić. Wypisał tablicki i powiesił na grobie, ale jej nik niemog przecytać.
Było roz wesele u Zawady u Kacmorki. Zbojnicy tez przyszli. Herc Kroćpok tajcowoł z gospodynią i śpiywoł ji :

Tajcuj ze se tajcuj Kacmarecko tłusto,
 A bydzie za niedługo stajynecka pusto”[10]

Tym casym zbojnicy ukradli 5 krowy ze stajni. Jak wyseł Kroćpok na pole to śpiywoł:

„Doliną doliną, za cerwonom kaliną
pochyl se kłobuka, zachyl[11] się za buka

Już doś było ich grasowania. Zacyli chytać zbójników. Herc Kroćpok roz ukrywoł się w Zydowej chałupie pod powałem. Ale kiedy jezuici dali na jego intencyjom[12] to Kroćpok oślep, odtąd ukrywoł się w kaplicy u łupodku[13]. Tam lezoł miyndzy powałami. Ojciec jego przynosił mu jeść. Ale i tak go później złapali. Koło Milówki wybudowali szubienice i tam mieli zbójników wiysać. Kroćpok na szubiynicy wywinoł się 3 razy i paczkę tabaku wykurzył. Nigdy tego nie widzieli. Posłali telegram do Papieża. Telegram przyszedł, ale było za późno. Kroćpok. Skonał”.
 W tekście zachowano pisownie dosłowną zawartą w opracowaniu uczennicy. Uwagę tę przytaczam z tego względu, że tekst jest tylko z pozoru tekstem gwarowym. Nie jest możliwe, by osoba licząca sobie w roku 1956 82 lata, urodzona w roku 1882 posługiwała się taką gwarą, jak to zostało zapisane. Tekst jest pełen wyrażeń współczesnych. Przytaczam ten zapis nie ze względu na wartości gwary lecz ze względu na okoliczności dotyczące działalności ostatniego wielkiego zbójnika beskidzkiego, a także wspomnienie jego ostatnich dni. Opowieść Pani Reginy Kubikowej, jako jedyna, wskazuje na to, że Kroćpok przed pojmaniem był człowiekiem ociemniałym, a więc całkowicie niegroźnym, bezbronnym O tym fakcie kroniki nie wspominają. Wielkie kalectwo, uczyniło z kaźni i śmierci Kroćpoka wydarzenie do głębi poruszające. Śmierć zbójnika utrwaliła w tradycji ludowej postać tego wielkiego obrońcy ubogich[14].

                                       Kat – mistrz sprawiedliwości świętej.

 Opowiadając o zbójnikach nie sposób nie wspomnieć o ludziach, z którymi złoczyńcy, a za takich uważani byli przede wszystkim hetmani zbójniccy i zbójnicy niżej w hierarchii zbójnickiej usytuowani, mogli się spotkać. Najczęściej to spotkanie było i pierwszym i zarazem ostatnim.
Tymi ludźmi byli kaci.
Osądzaniem przestępców zajmowali się sędziowie, a wykonywaniem wyroków, zwłaszcza tych, które skazywały złoczyńców na pozbawienie życia zajmował się kat. Różnie go nazywano. U jednych nosił miano mistrza poprawnego, u drugiego był mistrzem sprawiedliwości świętej
a przez jeszcze innego nazywany był małodobrym.
         Ubiór kata rekonstrukcja (zbiory Muzeum w Żywcu)   Aby zostać katem, kandydat musiał przede wszystkim skalkulować, czy aspirowanie do tego urzędu przyniesie mu więcej korzyści, czy strat. Bycie urzędnikiem miejskim samo w sobie było zachęcające, jednak kandydat musiał liczyć się z tym, że społeczność miejska odsunie się od niego. Urząd katowski bowiem nie cieszył się społecznym szacunkiem. Uznania współmieszkańców nie budziły wysokie dochody, jakie związane były 
z pełnieniem funkcji mistrza poprawnego. A dochody te były znaczące do tego stopnia, że sytuowały kata wśród ludzi zamożnych. Poza wynagrodzeniem, jakie pobierał za wykonanie wyroków, otrzymywał dodatkowe wynagrodzenie, tak zwane „obrywki”. Ta część dochodów związana była z przeprowadzaniem przesłuchań oraz z torturami, jakie były zadawane  złoczyńcom w trakcie przesłuchań. Do „obrywek” zaliczana była również opłata za oczyszczanie miasta ze „…ścierwa końskiego, krowskiego i świńskiego” często zalegającego na miejskich traktach.
Kat nie musiał się martwić o mieszkanie, bowiem miasto które go zatrudniało, było zobowiązane mu je zapewnić. Jeśli małodobry miał rodzinę, obowiązek zapewnienia „dachu nad głową”  odnosił się do całej rodziny, a także pomocników, którzy asystowali katowi w jego pracy, lub wykonywali niektóre prostsze czynności np. przy torturach, usuwaniu ścierwa zwierzęcego, czy wyłapywaniu zwierząt bezpańskich. Z tego zapewne czasu wywodzi się określenie „hycel” używane do dziś, ale odnoszące się tylko do wyłapywania wałęsających się zwierząt.
Utrzymywanie w mieście kata, bo tylko w miastach miewał on swoje miejsca pracy, było bardzo kosztowne. Jak mówią kroniki, Cieszyn, który w XVIII wieku był, obok Bielska i Oświęcimia, jednym z trzech miast naszego regionu, które miało własnego kata, rocznie musiał wydać na ten luksus 50 talarów śląskich. Nie bez przyczyny nazwałem utrzymanie kata luksusem. Było na niego stać tylko większe i zamożne miasta. Jeśli 
w miastach uboższych powstał problem ukarania przestępców, wtedy miasto bogatsze użyczało odpłatnie swego urzędnika – kata miastu potrzebującemu. Jednym słowem – miasto bogate świadczyło usługi katowskie uboższemu.
           
Żywiec, który był dla dawnego państwa żywieckiego i wydzielonych z niego mniejszych dóbr rodzajem małej metropolii, swego własnego kata nie utrzymywał. Dlatego był tym miastem, które musiało o użyczenie kata zabiegać u bliższych lub dalszych sąsiadów. Wynajęty kat  za wykonanie wyroku w Żywcu lub w państwach ościennych pobierał wynagrodzenie wedle własnej taryfy, łącznie ze wspomnianymi wcześniej „obrywkami”. Pensja to odnosiła się do czasu poświęconego na tortury i wykonanie wyroku na złoczyńcy. Miasto użyczające kata pobierało zapłatę od miasta, które korzystało z usług katowskich. Były to kwoty niemałe. Czeski Frysztad  na przykład  zalegał Cieszynowi z zapłatą 86 talarów aż za 43 lata. Dlatego jedną z ważnych spraw przy poszukiwaniu mistrza sprawiedliwości świętej było znalezienie miasta, które miało niższe opłaty za korzystanie z usług mistrza poprawnego. Takie poszukiwania prowadził również Żywiec. Wiemy o tym z „Chronografii albo Dziejopisu Żywieckiego” Andrzeja Komonieckiego, który wymienia miasta użyczające kata i kwoty zapłacone za usługi przez niego wykonane.
Miasta uboższe, których nie było stać na utrzymywanie stałego kata ustanawiały w XVI i XVII wieku specjalnego wójtowskiego sługę, nazywane był „szergą” lub „sergą”, który wykonywał niektóre z czynności przypisane katowi. Jednak jego zakres obowiązków nie obejmował egzekucji. Nie wiemy dokładnie, czy Żywiec zatrudniał takiego człowieka, ale określenie „serga” to nie jest obce starszym mieszkańcom Buczkowic. Jeszcze w latach osiemdziesiątych ub. wieku spotkałem się z takim słowem, używanym wtedy, gdy trzeba było określić obdartusa, człowieka niechlujnego, niestarannego, albo kogoś, kto z zasadami moralnymi miewał kłopoty. Słowo „serga” jednoznacznie negatywnie się kojarzyło; gdy chciało się komuś ubliżyć, rzucało się w jego kierunku „Ty sergo!”. Jeśli te wymienione okoliczności brać pod uwagę, można bez groźby popełnienia błędu stwierdzić, że jest wielce prawdopodobne, że Żywiec posiadał takiego „wice kata”.
Wspomniałem na wstępie opowieści o katach, że stawali się oni poprzez spełnianie tej funkcji ludźmi pozostającymi na marginesie społeczności miasta. Już nawet z bliskiego nam żywieckiego podwórka można wnosić, że skoro „serga” był człowiekiem pogardzanym, to co dopiero kat. 
Nie ma wątpliwości, że był osobą, której wszędzie i w każdych okolicznościach towarzyszyła pogarda. Było to dziwne, bo wszyscy uznawali potrzebę istnienia takiej funkcji, wszyscy wiedzieli, że jego praca wyzwala społeczność od złoczyńców, że dostarcza gapiom widowisk, które sprawiają zastyganie krwi w żyłach, a jednak wszyscy nim pogardzali. Skutkiem tego kat musiał każdemu ustępować drogi, musiał się pierwszy kłaniać tak miejscowym, jak przyjezdnym. W kościele miał wyznaczone miejsce – z dala od innych parafian. Nie mógł liczyć na przyjaźnie, a nawet bliższe znajomości z mieszczanami, bo każdy, kto dopuścił się zbliżenia się do niego, spotykał się od razu z potępieniem otoczenia. Miasto odcinało się nie tylko od samego kata, ale i całej jego rodziny. Kat z rodziną żył w mieście i z miasta, ale był jakby poza nim. Nikt z szanujących się mieszczan nie mógł sobie pozwolić na najmniejszy choćby przejaw spoufalania się z katem i jego najbliższymi. Gdyby stało się inaczej, oznaczałoby to początek kłopotów. Nie może więc dziwić, że perspektywa spotkania z mistrzem zadawania śmierci, zwłaszcza u potencjalnego skazańca, budziła sama w sobie grozę.
Kat musiał znać gruntownie swoje rzemiosło, musiał się do niego sposobić i doskonalić swoje umiejętności. A były to umiejętności szpetne, dotyczące sztuki zadawania wymyślnych tortur, bólu, wymyślania katuszy, odstraszających ewentualnych przyszłych przestępców od czynienia zła. Częścią tych umiejętności było wymyślanie narzędzi, które w sposób wyrafinowany zadawały cierpienie. 
pisy tych narządzi i ryciny przedstawiające zadawanie mąk wskazują na niezwykłą wyobraźnie mistrzów sprawiedliwości świętej. Tak zwane „trapienie” odbywało się przy pomocy łańcuchów, tzw. „tragarzy”, powrozów kun, pałecznic, czyli śrub do zaciskania palców, zacisków, butów hiszpańskich, blach, kajdan, kół, kołowrotów do rozciągania i zrywania stawów, konwi do tortur wodnych, kleszczy i szczypiec, haków do wyrywania mięśni, noży, mieczy i toporów. A wszystko to służyło temu, by przesłuchiwany doznawał cierpień odpowiednich do rodzaju popełnionych zbrodni i przestępstw. Część mąk, zwłaszcza zadawanych w czasie przesłuchań, kat zadawał w specjalnych pomieszczeniach, nazywanych katowniami. Opisywanie zadawanych cierpień budzi grozę. Niektórych nawet nie sposób sobie wyobrazić. Obcinanie rąk i przybijanie ich do odrzwi, darcie pasów skóry, wbijanie na pal, obcinanie uszu, wplatanie w koło, wyrywanie ciała rozpalonymi obcęgami, przypiekanie nad ogniem i przypalanie pochodnią, ćwiartowanie przed i po śmierci skazańca to tylko część z bogatego repertuaru tortur i profanowania zwłok, które wymyślili i stosowali kaci. Wszystkie one mogły spotkać zbójników, którzy uznawani byli za szczególnie groźnych przestępców. Hetmani mogli liczyć na tak zwana śmierć honorną A polegała ona na powieszeniu na szubienicy na haku wbitym między żebra. Honorna śmierć hetmana zbójnickiegoWielu hetmanów zginęło właśnie w ten sposób. Tradycja przekazuje, że hak wbijany był hetmanowi pod piątym żebrem. Tak w 1630 roku został stracony jeden  ze słynnych hetmanów z Żywiecczyzny  nazwisku Bury, który zachęcał hycli, by wyżej go podnosili. Zawieszony na szubienicy zginął ostatni beskidzki zbójnik Kroćpok, który, ociemniały, nikomu już nie zagrażał. Trzeba jednak dodać, że Kroćpok zawisł na hetmańskim haku przygotowanym przez Austriaków, a nie kata miejskiego.Kat pracuje-skazaniec łamany kołem
Z rąk mistrzów sprawiedliwości świętej po „trapieniu” w okrutnych mękach dusze Bogu oddało bardzo wielu zbójników.
Trzeba jednak dodać i to, że nie tylko zbójnicy byli „klientami” kata. Inni, uznani za przestępców i osądzeni, również stawali przed jego zakapturzoną postacią. Spotkanie kończyło się albo śmiercią, albo trwałym kalectwem.

 


[1] Chodzi najprawdopodobniej o rodzinę, której przysługiwało prawo propinacji (być może chodziło o prawo wyszynku trunków)
[2] powiedz, powiedzże
[3] gorz –garść ( pieniędzy)
[
4] gwozdko- gwoździ ( gwózdków)
[5] popchać- ukłuć
[6] najprawdopodobniej do tzw. gąsiora, w którym głowa i obie ręce znajdowały się między  belkami.
[7] w poprzek pleców
[8] zasadzkę
[9] ubrał
[10] Ta przyśpiewka dochowała się do naszych czasów. Moja Mama śpiewała ją jeszcze w roku 1986  jako jedną z przyśpiewek weselnych, śpiewanych w początkach XX wieku przez weselnych „ rozrabiaków”. Często była ona początkiem bijatyki.
[11] schowaj się, ukryj się
[12] zapewne chodzi o zamówienie mszy w intencji złapania Kroćpoka, bądź zapalenie świec w miejscu do tego przeznaczonym
[13] chodzi najprawdopodobniej o kaplice poświęconą jednemu z upadków Chrystusa w czasie drogi krzyżowej
[14] Tekst oparty jest na opowieści Reginy Kubikowej z Kamesznicy, urodzonej w roku 1882. Sama zaś opowieść została spisana w roku 1956 przez Anne Brączek, uczennicę Liceum Pedagogicznego w Żywcu.


[1]  Huczek L, tamże str. 41
[2] Rusnok  J.:- Ondraszek inni zbójnicy, (Kal. Besk.1980 str 182-186)
[3] Komoniecki  A.:  Chronografia…str.289
[4] Komoniecki A.: tamże…str. 291
[5] Rusnok J.: Ondraszek..  (Kal. Besk. 1980,str.182-186)  Kostka Napierski został stracony w 1651 r.


[1] Komniecki A.: Chronografia…, str. 243-244.
[2] Wszystkie dane dotyczące przytoczonych fałszerstw w aktach erekcyjnych przytoczyłem za Józefem Putkiem. Ograniczyłem się jedynie do przytoczenia tych przypadków, które dotyczą miejscowości bądź znanych, bądź niezbyt oddalonych.
[3] Komoniecki A.: Dziejopis…str.182
[4] tamże, str. 182
[5] Huczek L., Dzieje Łodygowic i ich okolic,  str.37 i 38