Wielka orka w środku lata

Nasza władza ustawodawcza – Sejm i Senat naszej Najjaśniejszej Rzeczypospolitej korzystając z większości pozwalającej przegłosować i skierować do Prezydenta RP każdą ustawę, uchwaliła 1.kwietnia 2016 r. (coś na prima aprilis) ustawę o zakazie propagowania komunizmu lub ustroju totalitarnego przez nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej. Pani Premier korzystając z nieocenionej pomocy swej szefowej Kancelarii skierowała ustawę do publikacji, bowiem Pan Prezydent w łaskawości swojej złożył przedtem pod nią podpis. I tak w Dzienniku Ustaw z 1. czerwca 2016 r. pod pozycją 744 publiczność miała okazję zapoznać się z tekstem ustawy o długim i wymownym tytule. Odetchnęło grono zwolenników bezpardonowej walki z komunizmem, który się jeszcze ostał w nazwach ulic, placów, obiektów użyteczności publicznej, nazwach osiedli mieszkaniowych, i innych podobnych artefaktów tamtego okresu. Każdy podmiot publiczny który ośmieliłby się protestować przeciwko metodzie wyrywania historii drogą ustawy będzie miał do czynienia z decyzją administracyjną Wojewody, który będzie musiał się podeprzeć opinią Instytutu Pamięci Narodowej, jedynej instytucji, która przechowuje s`evrski model prawdziwego patriotyzmu i miarę zawartości cech komunistycznych w danym artefakcie, który jest przedmiotem obróbki. Procedura jest zrozumiała dla każdego, kto wie na czym polega ostrożność w tak ważnej sprawie. Poza tym, kto, jak nie IPN ma najdoskonalszych specjalistów od definiowania, czy np. obiekt publiczny propaguje komunizm, czy inny ustrój totalitarny, czy tylko po prostu istnieje jako historyczna pamiątka po czasie, w którym powstał.
Tak w ogóle, to zastanawiam się nad tym, czy autorzy tej ustawy zastanowili się nad znaczeniem słowa „propagować”. Czy przynosi ujmę czasom współczesnym (z pewnością jedynie słusznym) osiedle mieszkaniowe wybudowane w okresie po II wojnie światowej, bo to przecież ono sławi czasy socjalizmu, a nie taka czy inna jego nazwa? Czy zamierza się burzyć te osiedla? Czy Starówka warszawska ostanie się tylko dlatego, że pozostała Starówką, choć odbudowaną z ruin przez cały naród w czasach powojennych, a więc w czasach sowieckiej „okupacji”? I tak dalej, i tak dalej. To przecież byłoby świadectwem obsesji, a więc jakiejś jednostki chorobowej, a w każdym razie świadectwem znacznego odstępstwa od stanu uważanego za normalny.
Mam przed sobą wyrok z 19. Lipca 2010 r.(sygn.akt K/10), który odnosił się do konstytucyjności postanowień ustawy Kodeks karny i pozostałych ustaw regulujących tryb postępowania karnego, które to ustawy miały na celu tzw. penalizację produkowania, posiadania, prezentowania, przewożenia i szeregu innych czynności, które, zdaniem ich autorów są nośnikiem symboliki faszystowskiej, komunistycznej lub innej totalitarnej. Trybunał tym wyrokiem uznał za niezgodne z Konstytucją RP karanie taki czynów. Wyrok zawiera wielostronicowe uzasadnienie.
Trybunał odwołując się do orzecznictwa sądów państw europejskich przywołał m.in. te czyny, które prawo karne tych państw uznaje za niepożądane. Wymienia się tu m.in. nawoływanie do nienawiści narodowościowej, rasowej, rozpowszechnianie w określonym celu materiałów propagandowych i szereg innych czynów, u podstaw których niezbędna jest bezpośrednia aktywność sprawcy, zamierzony cel, którym jest zjednywanie dla upowszechnianych idei nowych zwolenników.
Konstytucja RP w art.13 zakazuje tworzenia partii i organizacji, które odwołują się w swych programach do metod działania i praktyk charakterystycznych dla nazizmu, faszyzmu i komunizmu.
Zwykły obywatel ma prawo mieć wątpliwości co do zgodności z Konstytucją Rzeczypospolitej obu ustaw, które walkę z komunizmem sprowadzają do usuwania z przestrzeni publicznej każdego śladu okresu powojennego, kształtowanego po zakończeniu II wojny światowej. To nie walka z wyimaginowanym „komunizmem”, ale walka z całym okresem historycznym, który obecnej władzy kojarzy się bez żadnych ograniczeń z komunizmem. Jedni uważali, że wojna zakończyła się w roku 1989, a inni kojarzą z tą ideologią wszystko co zdarzyło się do roku 1989 i grubo po nim.
Wspomnianych wątpliwości nie rozwieje Trybunał Konstytucyjny w obecnym składzie. Hula więc przysłowiowa dusza, skoro piekło zostało czasowo zamknięte.
Jak to w gruncie rzeczy jest.np. z dekomunizacją nazw ulic, placów mi skwerów. Gdy w miejscowości zamierza się nadać nazwę jakiejś ulicy, która przebiega przez tereny należące do osób fizycznych, to, jak prawo stanowi, należy uzyskać zgodę wszystkich bez wyjątku współwłaścicieli tego pasa gruntu. Gdy zaś Wojewoda uzna, że należy zmienić nazwę podpadającą pod pręgierz ustawy, to może to zrobić bez zgody tych współwłaścicieli. Trzeba dodać, że to nie Wojewoda jest organem właściwym dla nadawania nazw ulicom, placom i tp. budowlom, tylko właściwa Rada (Gminy, dzielnicy, miasta). Czy zatem ustawa o „dekomunizacji” jest tzw. lex specjalis, czyli aktem prawnym mającym pierwszeństwo przed postanowieniami ustawy o samorządzie gminnym? Najwięcej uwag krytycznych wobec tej ustawy odnosi się do nazwisk ludzi znanych, do formacji wojskowych, odłamów antyhitlerowskiego ruchu oporu. To zabieg budzący oburzenie. Jak można uważać, że I Armia Wojska Polskiego, to „bandycka formacja LWP” (podaję za Dziennikiem Trybuna z 21-23 lipca 2017 str.10, która cytuje wypowiedź jednego z czołowych, sprawiedliwych lustratorów), a „żołnierze wyklęci”, to chóry anielskie? Jakie świadectwo dajemy o sobie wyrywając z historii pamięć o ludziach, którzy swoje życie złożyli w walce o lepszą przyszłość klas poniżanych w czasie, gdy komunizm pozostawał tylko na stronicach dzieł filozofów i myślicieli? By to zrozumieć, pomysłodawcy ustaw musieliby się wyzbyć obłąkańczego poczucia misji, która zostanie w przyszłości oceniona tak, jak na to zasługuje.
Ale ustawa kwietniowa z 2016 r. nie wyczerpywała całości spraw związanych z dekomunizacją. Została więc wzbogacona nowelizacją z 22. czerwca 2017 r. (Dz. U. z 2017. poz. 744). W tej nowelizacji postanowione zostało poddanie dekomunizacyjnej surowej ocenie pomników rzekomo propagujących komunizm, bo o innym totalitaryzmie, (jak na razie), w Polsce cicho. Propagujących rzekomo, bo tylko przez to, że stoją nikomu nie wadząc. Oczywiście w grę wchodzą pomniki wspominające „ruskich” i inne niegodziwe postaci, upamiętniające ważne wydarzenia. Ruscy są jednak na pierwszym planie, bo to oni nas poddali ponownej okupacji. Dekomunizatorzy nie chcą przyjąć do wiadomości, że to żołnierze Armii Czerwonej i nasi z I Armii Wojska Polskiego przepędzili Niemców, dobijając hitlerowskich mistrzów śmierci w ich berlińskim gnieździe. Rosjanie nie musieli nas pytać, o pozwolenia na wejście na nasze ziemie, bo walczyli w koalicji antyhitlerowskiej, zadowolonej ze skali zaangażowania wojskowego Związku Radzieckiego. Dzięki temu zaangażowaniu Amerykanie stracili z dala od Polski zaledwie 300 tys. żołnierzy, podczas, gdy straty radzieckie szły w miliony. W tych milionach znalazło się 600 tys. poległych na ziemiach polskich. Dzięki nim ocalało wiele istnień ludzkich, bo zahamowany został proces biologicznego wyniszczenia narodu w hitlerowskich kombinatach śmierci. Trzeba nie mieć odrobiny przyzwoitości, by dociekać, żołnierze której z nacji, tworzących Związek Radziecki wyzwalała KL Auschwitz, albo chcieć intencjonalnie i najboleśniej szarpnąć za najczulszy nerw narodowej pamięci Rosjan. Lekceważenie zbrojnego wysiłku narodów radzieckich tworzących wówczas jedno państwo jest niegodziwością tym większą, że wypowiada ja przedstawiciel polskiej opozycyjnej elity, która uważa się za znawcę stosunków rosyjskich i aspiruje do roli głównego konsultanta Zachodu w sprawach kontaktów z Rosją. Ale, jak widać, jaka elita, taki znawca i konsultant.
Baczna obserwacja poczynań obozu rządzącego i głównej partii opozycyjnej wskazuje na dużą zbieżność poglądów na sprawy naszej powojennej historii. Jeśli mówić o różnicach, to  można mówić jedynie o temperaturze działań, o formie, w której się one rozgrywają. I z jednej i z drugiej strony ujawniają się z ogromnym nasileniem nastroje antyrosyjskie. To co uznajemy za cenione nasze cechy: poczucie godności narodowej, szacunek dla własnych doświadczeń historycznych, duma narodowa uznawane jest przez nasze elity państwowe za naszą wyłączną własność. Kto naszym elitom politycznym dał prawo do tego, by tych samych cech, czy uczuć odmawiać naszym sąsiadom ze Wschodu, którzy, na dodatek, mają za sobą drogę w wielu momentach swej historii zdecydowanie trudniejszą, często przez nas niewyobrażalną? Obóz rządzący Polską posługuje się często wobec opozycji określeniem „histeryczna opozycja”, „histeryczne reakcje”. Nie dostrzega przy tym, że przedkładając pod obrady Sejmu  projekty ustaw, które rujnują podstawy możliwych dobrych stosunków z Rosją działa po trzykroć bardziej histerycznie. Działa przy tym w przekonaniu, że ustawą zmieni historyczne fakty, że może bez poniesienia konsekwencji naruszać międzypaństwową umowę dotyczącą ochrony miejsc pamięci i grobów wojennych, że może naruszać dobre obyczaje w sprawach szacunku dla poległych żołnierzy armii sojuszniczej w trakcie II wojny światowej, a jednocześnie chce uchodzić za wzorzec etycznego postępowania.
Ustawa czerwcowa, (n.b. nosząca datę w rocznicę napaści Niemiec Hitlerowskich na Związek Radziecki) odziera budowniczych pomników wdzięczności i innych tego rodzaju obiektów prawa do wyrażania ich uczuć radości z zakończenia niemieckiej okupacji, zwycięskiego zakończenia wojny. Czy urodzeni w latach pięćdziesiątych i później mają prawo do takich zachowań i kto im to prawo przyznał? Czy oni budowali te pomniki, by bez pytania lokalnych społeczności nakazywać ich burzenie i wywózkę do enklawy w zachodniopomorskiem, by oczu sprawiedliwych nie drażniły?
W Buczkowicach ćwiczyliśmy próbę usunięcia pomnika poświęconego pamięci żołnierzy radzieckich poległych w okresie od połowy lutego do 3. kwietnia 1945 . Stało się to za sprawą posłów na Sejm Zbigniewa Girzyńskiego ( Kujawsko-Pomorskie) i Stanisława Piętę z mojego okręgu wyborczego. Swoją kampanię zapoczątkowali występem przy pomnikach ofiar wojny 23. maja 2014 r. w towarzystwie prezeski Klubu Patriotycznego im. Por. Antoniego Bieguna ps. „Sztubak”, Marceliny Sierackiej z Gilowic.
Pryncypialną postawę zaprezentowała pani prezes, która w swym „podaniu” skierowanym do Wójta Gminy napisała wprost: ”…zwracam się za stanowczą prośbą o podjęcie decyzji w sprawie definitywnego usunięcia pomnika ku czci żołnierzy Armii Czerwonej w Buczkowicach, który jest symbolem gwałtów, rabunków i komunistycznego zniewolenia”. Jest w swych żądaniach nieustępliwa pisząc :”…pomnik ku czci żołnierzy Armii Czerwonej w Buczkowicach powinien zostać natychmiastowo usunięty”. Twardość stanowiska godna pochwały zwłaszcza, jeśli się uwzględniło fakt, że pani prezes była wtedy początkującą studentką Wydziału Prawa Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Dobry materiał na partyjnego janczara.
Posłowie zaś, jako bardziej wprawni w stawianiu problemów postarali się o to, by kmiotkom z Buczkowic przypomnieć (?) postanowienia Konstytucji RP, która (podobno) zakazywała eksponowania symboli komunistycznych (sierpa młota i gwiazdy). Dawali do zrozumienia, że jeśli akceptujemy istnienie pomnika, znaczy naruszamy Konstytucję. Na domiar nie baczymy na fakt, że narażamy się na sankcje zapisane w kodeksie karnym. Przypomnę, że wydarzenia te miały miejsce już po opublikowaniu wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 19 lipca 2011 r.
Zarzutem nie do odparcia był ten. że m.in. żołnierze Armii Czerwonej przyłożyli rękę do popełnienia okrutnego i podstępnego mordu na partyzantach VII Okręgu Narodowych Sił Zbrojnych, czyli tych z ugrupowania Henryka Flame, ps. „Bartek”. Problem tkwił w tym, że  partyzanci „Bartka” pojawili się w naszych stronach dopiero w maju 1945 r. i nie mieli bezpośredniego kontaktu z wojskami radzieckimi.
Interwencja posłów bez wątpienia była próbą zaszantażowania Rady Gminy poprzez intencjonalne naginanie przepisów Konstytucji oraz kodeksu karnego. O wadze żądań pani prezes trudno było poważnie rozmawiać. Wystąpienia zostały rozpatrzone tak, jak na to zasługiwały.
Żołnierze Armii Czerwonej (ci którzy przeżyli) pomogli polskim „komunistom” Polskę urządzić, jak się mawia, na wzór i podobieństwo swojego kraju. A że polscy komuniści się pojawili, to Stalin Polski nie uczynił jedną ze swych republik. Krasnoarmiejcy ze wstrętem patrzyli na polską reformę rolną, kosym okiem spoglądali na wytyczanie nowych granic naszego państwa na linii Odra i Nysa Łużycka, na przyłączanie do Polski Szczecina i części Prus Wschodnich. Stali jak zmrożeni, gdy spoglądali na tempo odbudowy kraju z wojennych zniszczeń, likwidację analfabetyzmu i rozwój szkolnictwa. Jedyne, co rozumieli, to elektryfikację, bo sami ją wdrażali u siebie w myśl Leninowskich planów. Ale to nie zacierało ich kulturowego zacofania wobec nas. Wiadomo. Jak ktoś urodził się ciapatym, kacapem, to nim pozostanie.( To już współczesne określenie Rosjan przez potomków jaśnie urodzonych po lewej stronie Bugu). To język panujący w obozie dekomunizatorów.
Choć te „ruskie” byli tacy jacy byli, to powstał klimat (wspomagany przez władze państwowe) do wznoszenia pomników wdzięczności dla tej kolejnej zaborczej armii. Teraz te martwe obiekty, świadkowie historii, kłują oczy radzieckimi symbolami sierpa i młota i czerwonej gwiazdy, naruszając, zdaniem dekomunizatorów naszą publiczną przestrzeń.
Może gdyby ci wiecznie oburzeni na rosyjską obecność na naszych ziemiach spotkali na swej drodze Polaka służącego w Armii Czerwonej Pułkownika Zygmunta Z. Barchacza, żołnierza wojsk pancernych wyzwalających Polskę może zamilkliby po jego wykładzie historii Polski. Miałem szczęście i możliwość go słuchać w roku 1987, gdy prowadziłem harcerski obóz w okolicach Riazania. Chciałoby się zapytać autorów tych ustaw: Gdzie wam do niego? Może gdyby spotkali na swej drodze Polaka –oficera Armii Czerwonej, którego wspomina w swoich wojennych zapiskach szczyrkowska nauczycielka Gawrońska. On zginął w czasie walk o bliski mi Szczyrk. Może gdyby natknęli się na kolejnego mówiącego po polsku żołnierza Armii Czerwonej w stopniu kapitana, który w szczyrkowskiej willi k. tartaku Palarusów przesłuchiwał niemieckich żołnierzy schodzących z gór, oddających się w niewolę strzelców górskich, a także organizował transport lokalnych volksduetcherów do obozu jenieckiego, nie byliby tak stanowczy w potępianiu żołnierzy Armii Czerwonej. O tym ostatnim wspomina liczący obecnie 87 lat buczkowiczanin Antoni Więzik, zamieszkały obecnie w Gorzowie Wielkopolskim. Te przypadki, nie po to przytaczam, by przekonywać, że Polacy „uszlachetniali” tę Armię, ale po to, by uświadomić że nakazując burzenie pomników odbieramy takim ludziom prawo do pamięci.
Na temat wyjątków od fali demontażu pomników, o których to wyjątkach mowa jest w ustawie z 22. czerwca 2017 r. trudno mówić. Majstersztyk prawotwórstwa.
To ustawa, która obraża zdrowy rozsądek, poczucie zwyczajnej przyzwoitości burzy nasze wyobrażenie o szacunku należnym żołnierzom i tym, którzy polegli w boju i tym, którzy zwycięstwa doczekali. Ta ustawa jest przykładem podejmowania tematów, które jątrzą stosunki z naszym sąsiadem, który ma prawo nie rozumieć naszego zapamiętania w szerzeniu nieukrywanej wrogości. To Polsce dobrze nie służy dziś i nie będzie dobrze służyć w przyszłości. Burzyć potrafi każdy głupiec (nawet mu to lepiej wychodzi), lecz budowanie zaufania trwa latami.
Cała ta niszczycielska kampania, która ma na celu zaoranie naszej historii taka, jaką ona była, ma jeszcze jeden detal, o którym, jak dotąd nikt nie wspomina. A mianowicie, bezprecedensową ingerencję w majątek jednostek samorządowych. Pomniki są składnikiem mienia komunalnego i jako takie, mają swoją wartość, którą ma się „wyzerować” w imię spokoju duszy dekomunizatorów, a pogwałceniem woli ich budowniczych.
Moje wypowiedzi mogą być potraktowane jako głos zatwardziałego rusofila, bezkrytycznie patrzącego na całą naszą powojenną historię. Nie zdziwię się, jeśli takie głosy się pojawią, bo w zapamiętaniu antyrosyjskim część moich rodaków zabrnęła tak daleko, że każda wypowiedź inaczej brzmiąca traktowana jest jako przejaw zaprzedania się naszemu  rzekomemu śmiertelnemu i odwiecznemu wrogowi. Wypowiadam swe opinie jako człowiek szanujący każdy fragment naszej bardzo skomplikowanej historii. Okazuje się bowiem, że dużej części naszej społeczności historia nie służy za nauczycielkę, a za pole do manipulacji, fantazjowania, omijania niewygodnych faktów i sytuacji geopolitycznej, w których się nasza najnowsza historia kształtowała. Rozum został poddany sezonowej przecenie, a świadomość historyczna stała się polem do zaorania. Jako człowiek urodzony i związany do dziś ze wsią wiem, jak trudno iść po zaoranym polu.
Choć jestem zdeklarowanym przeciwnikiem działań Józefa Piłsudskiego w drugim okresie jego życia, to zastanawiam się nad tym, czy nie przywołać w tym miejscu jego jednego osławionego cytatu o politykach, którym zaleca kury, sz…ć wyprowadzać, a nie politykę robić.
Na koniec, dla równowagi, przedstawiam pomnik braterstwa broni wzniesiony w Riazaniu i wspominanego w tekście Pułkownika Zygmunta Barchacza.

Płk Zygmunt Barchacz w czasie przeprawy przez Okę. Na drugim planie Andrzej Poraniewski

Płk Zygmunt Barchacz w czasie przeprawy przez Okę. Na drugim planie Andrzej Poraniewski

Pomnik Braterstwa Broni w całej okazałości

Pomnik Braterstwa Broni w całej okazałości

Defilada przed żołnierska mogiłą

Defilada przed żołnierska mogiłą

Garść piachu sprzed mogiły żołnierzy polskich w Sielcach

Garść piachu sprzed mogiły żołnierzy polskich w Sielcach

Apel poległych przy pomniku Braterstwa Broni w Riazaniu (1988 r.)

Apel poległych przy pomniku Braterstwa Broni w Riazaniu (1988r.)

Posłowie Stanisław Pięta i Zbigniew Girzyński 24. maja 2014 w Buczkowicach

M. Sieracka i Orkiestra Owsiaka

Podanie Sierackiej

wystąpienie posłów 001

                                                                                                          Józef Stec