W 72 rocznicę wyzwolenia Buczkowic spod niemieckiej okupacji.

W 72 rocznicę wyzwolenia Buczkowic spod niemieckiej okupacji.

Poświęcam tym, którzy nie znają lub nie chcą znać faktów z historii własnej wsi ( i nie tylko)

Pieczęć burmistrza gminy Jana Knapka z 1940 r.

Pieczęć burmistrza gminy Jana Knapka z 1940 r.

Urodziłem się 8. Decembra 1940 r. w Gemeinde Butschkowitz, Amtsbetzirk Bistrai- Nord in Schirk, Kreis Bielitz-Biala, Ober Schlesien, jako Polak-obywatel niemieckiej III Rzeszy (Deutsche Reich). Jako przeraźliwie jasny blondyn  byłem ulubieńcem bauera Köllera, który z powodu moich włosów uznał mnie za świetnie zapowiadającego się kandydata na Niemca, (a czasowo, kandydata na parobka). Miał mnie pod ręką, bo swoje siedlisko urządził nieopodal mojego rodzinnego domu w budynku małżeństwa Kręcinów przy dzisiejszej ulicy Malinowej, a oborę w budynku Nr 3 należącym do rodziny Bielaków przy tej samej ulicy. Piłem jako dziecko białawy płyn, który nazywany był mlekiem, jadłem smrodliwą bryję z kradzionych kwaczków ( brukwi) i talarki z ukradzionych na polu ziemniaków. Chowałem się najszybciej z rodziny w maleńkiej piwnicy w rodzinnym domu, gdy na w powietrzu rozlegało się dudnienie samolotów zdążających w nieznanym nam kierunku. Pamiętam do dziś  sufit tej piwnicy jakby wytapetowany gazetami, które się tam znalazły, gdy na deski szalunku pod strop piwnicy ojciec je wyłożył, by beton nie wylewał się przez szpary. Leżałem chory na dyfteryt w bielskim szpitalu, gdy mój stryj Józef został aresztowany za działalność  konspiracyjną i już do domu nie powrócił. Zginął w marcu 1945 r. w obozie koncentracyjnym Nordhausen-Dora. W tym samym obozie kilkanaście dni później zginął jego brat Alojzy, a mój chrzestny. Pamiętam  jak przez mgłę naszą ucieczkę, (to się nazywało ewakuacją), do rodziny Otrząsków przy dzisiejszej ulicy Bór i majaczące w ciemności sylwetki radzieckich dział ustawionych po południowej stronie starego domu,  walące raz po raz w kierunku centrum Buczkowic. Potem były Wilkowice i krótki pobyt u rodziny Damków w domu, z którego doskonale widać było Buczkowice. Wreszcie było Bielsko i wspólnie z rodziną Barcików zajmowane mieszkanie nad brzegiem Białej w fabrykanckiej willi, w miejscu której dziś znajduje się galeria handlowa Sfera. Pamiętam flaki przyrządzone z wyrzuconych krowich wnętrzności, wyłowionych z koryta rzeki. Uciekaliśmy całą rodziną z domu, który na swoje i nasze nieszczęście znajdował się na linii wymiany ognia pomiędzy stanowiskami radzieckimi ulokowanymi w cegielni w Rybarzowicach, a stanowiskami niemieckimi rozmieszczonymi pod Bieniatką. Uciekaliśmy pozostawiając na pastwę losu cały mizerny dobytek nie pod „opiekę” Niemców, ale do miejscowości zajętych od połowy lutego 1945 r. przez Armię Czerwoną. Nie byliśmy jedynymi rodzinami, które taki kierunek obrały.

Heinrich Braun

Heinrich Braun

I przypominam sobie tak, jak może pamiętać to pięcioletni malec, powrót do Buczkowic. Później od mamy dowiedziałem się, że było to 7.kwietnia 1945 r. Jechałem „cesarką” przez Rybarzowice usadowiony na samociążnym wózku zbudowanym przez ojca „na bazie” kolec pozyskanych przez brata (żeby nie powiedzieć skradzionych) w gospodarstwie w Lipniku. Niedaleko granicy pomiędzy Rybarzowicami i Buczkowicami  , na brzegach Zylicy rozpościerał się goły tzw. kamieniec, na którym nie wyrastał żaden krzak wikliny. Wracałem z rodzicami i starszym bratem do rodzinnego domu, z którego nikt nas nie miał już prawa wypędzić. Nikt mamy nie wzywał do pracy w bauerskim gospodarstwie, a ojciec za połowę bochenka chleba na tydzień uruchamiał tkackie krosna i szklił okna w swojej b. firmie sukienniczej Heinrich Braun, (Bielitz Gartengasse 3), do której dojeżdżał do pracy przez cały okres okupacji na rowerze bez względu na pogodę. Zaczynaliśmy nowe życie w wolnych od Niemców Buczkowicach. Stało się to za sprawą za sprawą żołnierzy IV Frontu Ukraińskiego, a w nim I. Armii Gwardii, dowodzonej przez Gen. Pułkownika Andrieja Greczkę w nocy z 3/4 kwietnia 1945 r. Naprzeciw tych wojsk stały niemieckie oddziały pod dowództwem wybitnych niemieckich generałów Gottharda Heinrici’ego i Ferdinanda Schörnera.
Tak było i nie będzie inaczej.
Okupacja Buczkowic trwała tylko niespełna miesiąc krócej od trwania całej wojny, a liczona w dniach, trwała bez mała 2050 dni. Dni strasznych dla mieszkańców Buczkowic, całej Polski i Europy (by ograniczyć się tylko do naszego kontynentu). Nasz kraj stracił ponad 6 milionów obywateli, z czego w walkach 644 tysiące. Pozostałe blisko 5.5 miliona, to cywile pozbawieni życia w następstwie bezprzykładnych prześladowań i zaplanowanego ludobójstwa, którego areną były głównie hitlerowskie obozy śmierci, zlokalizowane na ziemiach polskich. Dokumenty dowodzą, że ze stu więźniów obozów koncentracyjnych (obozów pracy i obozów śmierci) szansę na przeżycie miało 10 osób to zaledwie 10% uwięzionych. Wywodzący się z Buczkowic więźniowie tych obozów nie mieli takiego szczęścia. Spośród 24 więźniów przeżyło czworo, ale tylko jedna osoba spośród ocalałych przebywała w obozie dłużej aniżeli trzy miesiące. Pozostałe trzy osoby przeżyły tylko dlatego, że zostały więźniami obozów w połowie roku 1944 i później, gdy machina śmierci nastawiona była w większości na organizację marszów śmierci i zacieraniem świadectw zbrodni. Gdyby zatem uwzględnić wskazane okoliczności możemy powiedzieć, że śmiertelność wśród „naszych” więźniów sięgnęła 96 %. Buczkowiczanie byli więzieni w 10 największych i najcięższych obozach koncentracyjnych. Dowodzą tego zachowane dokumenty: listy, dowody przekazów pieniężnych, świadectwa zgonów wydane przez niemieckie urzędy. To tylko więźniowi KL I KZ A wśród  buczkowiczan- ofiar terroru znaleźli się również aresztowani i więzieni w katowniach gestapo w Bielsku i Mysłowicach, którzy w tych więzieniach zostali zamordowani lub straceni w publicznych egzekucjach.
W okresie okupacji buczkowiczanie w liczbie ok. 330 osób świadczyli pracę przymusową zarówno w głębi historycznej Rzeszy, jak na polskich terenach okupowanych. To blisko 10 % liczby wszystkich buczkowiczan. Ci, którzy nie zostali wywiezieni na roboty, pracowali w gospodarstwach przywłaszczonych przez niemieckich rolników- osadników i prowadzących zakłady rzemieślnicze i sklepy. Okupacja sprawiła, że do Buczkowic przybyło nie mniej niż 235 osób narodowości niemieckiej, wśród których znaleźli się członkowie 45 rodzin bauerów z Bukowiny (Gura Humora, Watra Mołdavica), pow. Kimpolung, rozlokowanych na obszarze całych Buczkowic. Nazwiska zdecydowanej większości bauerów są znane podobnie, jak rozmieszczenie ich siedlisk we wsi.
Mówić o czasach okupacji, a nie mówić o Polenlagrach w Kietrzu i Orzeszu oraz przymusowych wysiedleniach nie mniej niż 17 buczkowickich rodzin, złożonych z ok. 75 osób, musiałoby oznaczać przemilczanie prawdy. To musiałoby oznaczać milczenie na temat losów tych rodzin, które rozsiane po gospodarstwach rolnych w Prusach Wschodnich, Pomorzu Zachodnim i północnych Niemczech pracowały od świtu do nocy na prawach wyrobników, stygmatyzowanych znakiem „P”. Rodziny te są znane z imienia i nazwiska. Część z nich pozostawiła po sobie nieocenione dokumenty i zapisane przeze mnie wspomnienia.
Mówić o okupacji i pominąć sprawę szkoły, to przemilczać los ponad pół tysiąca buczkowickich dzieci, pozbawionych prawa do nauki w ojczystym języku, przymuszanych biciem do posługiwania się niezrozumiałym językiem niemieckim. Prym w tym wodził kierownik szkoły Otto Röhnert z podberlińskiego Charlottenburga, syn nauczyciela religii, mierny uczeń kupiectwa i niespełniony opiekun osób niepełnosprawnych w którymś z ośrodków opiekuńczych, prowadzonych przez niemiecki kościół ewangelicko-augsburski. „Pedagogiczne” uprawnienia a uzyskał po parodniowym kursie odbytym w kościelnym ośrodku w Leignitz (Legnicy). Można o nim powiedzieć: Jaki system, taki pedagog. Pozostał  za to wiernym i zaangażowanym funkcjonariuszem hitlerowskiej partii, który nie mogąc znieść prawdy o zbliżającej się klęsce Hitlera wystrzelał swoją rodzinę, (za wyjątkiem najstarszego syna), i sam w trakcie ucieczki z Buczkowic na początku lutego 1945 r. popełnił samobójstwo.
Mówić o okupacji i nie mówić o spustoszeniu w świadomości części mieszkańców to przemilczanie prawdy. Kiedy, jak nie w czasie okupacji na taką skalę dała o sobie znać plaga donosicielstwa, uprawiana dla własnej ochrony i uzyskania przychylności okupanta. Kiedy, jak nie w czasie niemieckiej okupacji w Buczkowicach z różnych przyczyn dobrowolnie wyrzekło się polskiej narodowości niespełna 100 osób? Podkreślam dobrowolnie, bo nie pozostawaliśmy jako miejscowość częścią Górnego Śląska. To zatruta spuścizna.
Mówić o końcu okupacji, a nie mówić o zgliszczach 43 domów mieszkalnych i gospodarskich w liczącej, (w tym czasie około 450 domów wsi), spalonych przez Niemców, to znaczy udawać, że nic się nie stało. A może w tonie perswazji lepiej powiedzieć: Sorry, jak wojna, to wojna, więc i pożary się zdarzyć mogą. A przecież to bez mała 10 % wszystkich  istniejących w Buczkowicach budynków mieszkalnych. Dane te nie obejmują zniszczeń częściowych. Do tego dołożyć trzeba spalenie przez Niemców w marcu 1945 r. wielkiego kompleksu b. Fabryki Mebli Giętych Thonet Mundus i jedynego mostu nad Żylicą w centrum wsi. Oczywiście, można powiedzieć, że Niemcy być może tych szkód nie wyrządziliby, gdyby nie bliskość wojsk radzieckich i groźba ich natarcia na umocnienia niemieckie. Podobnie można skomentować kolejny nieszczęsny spadek po Niemcach, spreparowany na przedwiośniu 1945 r., jakim były pola minowe, które były przyczyną śmierci cywilnych mieszkańców wsi. Miny miały chronić Niemców przed radzieckim natarciem.
Tak można byłoby na wielu kolejnych stronach, pisać i pisać, bo jest o czym. By jednak mówić, pisać czy w inny jeszcze sposób dzielić się z bliźnimi historią naszej wsi trzeba ją (historię) chcieć poznać. Cały ten wywód chcę poświęcić uwadze tych, którzy uważają, ze upamiętnianie w jakikolwiek sposób dnia wyzwolenia spod okupacji niemieckiej oznacza pochwałę dla rozpoczęcia kolejnej, tym razem radzieckiej (lub poprawniej obecnie -sowieckiej) okupacji, która trwała podobno do wyjścia ostatniego żołnierza radzieckiego z Polski. Przytaczam, być może niezbyt udolnie, myśli jednego z autorów takich przemyśleń. Najczęściej wypowiadają się w tej sprawie ludzie urodzeni po wojnie, czasami wiele lat po wojnie, którzy sami skazali się na odbiór podawanych im wycinanek informacyjnych.

Nie można się oprzeć wrażeniu, że jeszcze trochę i padnie pytanie: Po co właściwie ci Rosjanie tu przyszli. Kto ich tu prosił, na nasze nieszczęsne kolejne lata tym razem sowieckiej okupacji?
W tym miejscu należałoby zapytać: Kto, jak nie Rosjanie miał przepędzić z ziem polskich armię niemiecką. Czy Rosjanie mieli się zatrzymać np. na Bugu i pozostawić resztę Polski pod dalszym panowaniem Niemców przez kolejne mordercze dni, z których każdy przynosił śmierć 2.900 Polaków? Może generał Patton i Montgomery współzawodniczący o to, kto jest doskonalszym dowódcą i którzy dotarli do Łaby? Może żołnierze Wolnej Francji gen de Gaulle, wśród których może nie trudno byłoby znaleźć tych, którzy za polski Gdańsk nie zamierzali we wrześniu 1939 r. krwi przelewać? Może (o zgrozo!) gen Josif Broz-Tito wspierany przez Anglików w walce z Niemcami o wyzwolenie Jugosławii? Może Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie, które walczyły pod dowództwem Anglików w Afryce, Włoszech, a więc z dala od kraju czy w operacji normandzkiej, gdzie oddziały gen. Stanisława Sosabowskiego wystawione zostały na rzeź w operacji Market Garden?
A może była jakaś siła, która przewrócić mogła ustalenia z Teheranu i podział Europy na strefy wpływów, dopełniony W Jałcie? Jeśli taka siła istniała, to dobrze byłoby ją wskazać.
A może należało czekać, tak jak niektóre siły, na wybuch III wojny światowej, w wyniku której klęskę miał ponieść Związek Radziecki? Skończę tę wyliczankę pytań stwierdzeniem, które wygłosiłem na spotkaniu przy pomnikach ofiar wojny 3. kwietnia w Buczkowicach, a jest to cytat z wypowiedzi jednego z francuskich myślicieli. Myśl ta brzmiała tak: Każdy naród, który nie zna swojej historii może zostać skazany na przeżywanie jej jeszcze raz”. Nie mam się za znawcę historii całej Polski, bo interesuję się nią tylko jako miłośnik, ale historię swojej wsi starałem się poznać gruntownie na tyle na ile pozwalały mi warunki. Szczególną pozycję w tym poznawaniu przeznaczyłem dla czasów  II wojny światowej i jej skutków dla Buczkowic. Zdarza mi się zazdrościć dobrego samopoczucia i umiejętności bujania w chmurach przez tych, którzy historyczne fakty omijają szerokim łukiem, a mają (podobno) odruchy wymiotne, jak mówi się o żołnierzach radzieckich, którzy polegli w walkach o wyzwolenie naszej wsi.
Z całą pewnością nie chciałbym przeżywać pewnych fragmentów naszej historii jeszcze raz. Nie życzyłbym tego również swoim zaciekłym adwersarzom, z których poglądami się nie zgadzam.
Nie miałem i nie mam wątpliwości czy Dzień Wyzwolenia spod hitlerowskiej okupacji należy upamiętniać. Kto je ma, niech się uczy, niech poszukuje i udowadnia że wypędzenie okupanta z własnego domu i oddanie hołdu pamięci ofiar tej wojny nie jest godne uczczenia.

                                                                                                          Józef Stec