Księga buczkowickiego meblarstwa nieodwracalnie zamknięta.

Początkiem końca ostatniej w Gminie fabryki mebli giętych był rok 2008, kiedy ówczesny jej właściciel PAGED-Meble doprowadził do jej zamknięcia. Ten akt był poprzedzony procesem ograniczania liczby zatrudnionych pracowników, pracujących w systemie trzyzmianowym. Liczba ta stopniowo malała z 200, by w chwili zaniechania produkcji osiągnąć poziom 100 pracowników pracujących tylko na jedna zmianę. Uporczywie krążyły w środowisku informacje o zamiarze zamknięcia zakładu, będącego wcześniej częścią Jasienickich Fabryk Mebli. Przyczyną takiej decyzji miały być mizerne ekonomiczne wyniki zakładu. To jedna strona –oficjalna, medalu. Z kolei doświadczeni pracownicy zakładu obserwujący gęstnienie klimatu wokół buczkowickiego zakładu twierdzili, że apokaliptyczny obraz jego  ekonomicznych wyników był następstwem stosowania kreatywnej, stronniczej  rachunkowości, która lokowała na jego koncie koszty niegenerowane w procesie działalności.
Dziś trudno ocenić trafność jednego i drugiego poglądu tym więcej, że tej agonii towarzyszyła  obojętność środowiska, które niewiele wiedziało o toczących się procesach unicestwiania popularnego „Wecha”. Ot, święte prawa rynku zadziałały, więc nie sposób im się przeciwstawić.
Nie powiodły się próby ratowania zakładu, podejmowane przez członków jego załogi. Nikt z zewnątrz ich nie wsparł. Gesty władz gminnych idące w kierunku ulg w podatku od nieruchomości okazały się dalece niewystarczające, by kondycję zakładu poprawić. Z  niewiadomych przyczyn nie mógł się ukazać w numerze marcowym 2008 r. Gazety Gminnej artykuł na temat zamiaru likwidacji fabryki. Zapadło wokół sprawy  głuche milczenie.  Tak padł zakład buczkowicki, którego, jak twierdzili pracownicy, 80% produkcji przeznaczone było na eksport. Ten zaś, podobno uległ głębokiemu zahamowaniu. Po zamknięciu zakładu rozpoczął się etap ewakuacji wszystkiego, co mogło być przydatne dla przedsiębiorstwa w Jasienicy. na pierwszy ogień poszły maszyny i urządzenia, demontaż suszarni bukowych łat. Potem przyszła kolej na opróżnienie wypełnionych po brzegi placów składowych surowca, dostarczanego do fabryki niemal do ostatniej chwili. Po tej operacji pozostały jedynie puste obiekty, których wygląd po latach eksploatacji stawał się namacalnym obrazem efektów wielkiej transformacji- punktem wyjścia do nawrotu ery nowego kapitalizmu, tym razem w polskim wydaniu.
Ale to stosunkowo „młode” czasy, których przywołanie mimo woli zmusza do sięgnięcia do bardzo odległej przeszłości miejsca, w którym fabryka mebli giętych funkcjonowała, miejsca, które można porównać tylko ze „starą fabryką” i obiektami po byłych Polskich Fabrykach Mebli Giętych Thonet-Mundus przy obecnej ulicy Lipowskiej. Do tej retrospekcji skłania ogromne gruzowisko, z którego żałośnie sterczy uzbrojony w anteny przekaźników fabryczny komin, ostatni z trzech istniejących niegdyś w Buczkowicach i ostatek zabudowań, które chwilowo (?) oparły się maszynom burzącym. Te już nie budzą żadnego respektu. Przypominają swym zewnętrznym wyglądem budynki po ciężkim ostrzale.
Przez niemal środek tego gruzowiska zakryta betonowymi płytami płynie młynówka- przykopa, której woda przez ponad dwa wieki służyła i służy nie tylko zaspokajaniu bieżących potrzeb mieszkańców, ale stwarzała okazję dla podejmowania w tym miejscu różnorakiej działalności gospodarczej- produkcyjnej, usługowej.
To dzięki niej w tym miejscu przed dziesiątkami lat działał młyn, wybielanie szmat, czyli bielenie tkanin, poddanych obróbce w położonym niedaleko foluszu- walkowni. Tu później działała wytwórnia wody sodowej. Po niej nastał czas uruchomienia nad brzegami przykopy fabryki mebli giętych. Postaciami, która nierozerwalnie wiążą się z tym miejscem jest małżeństwo ewangelików Emilii i Rudolfa Wagnerów[1]. To z nazwiskiem Rudolfa Wagnera związane jest funkcjonowanie młyna a także folusza i wytwórni wody sodowej. Te rodzaje działalności z czasem zostały poniechane. Rudolf Wagner wraz ze swymi wspólnikami Wentzlem & Comp. zajął się m.in. w Buczkowicach wyłącznie produkcją mebli giętych.

Ogłoszenie reklamowe z lutego 1874 r. "Czas" nr 38 z 1874 r.

Ogłoszenie reklamowe z lutego 1874 r. „Czas” nr 38 z 1874 r.

Produkcja tych mebli ruszyła tu w roku 1872-1873. Informowała o tym krakowska gazeta „Czas”z roku 1873 w reklamie wskazując na adres magazynu głównego mebli tej firmy. Skład mieścił się w kamienicy Artura Bocka przy ul. Szewskiej 207 w Krakowie. Ogłoszenie okraszone jest rysunkiem fotela na biegunach- bujaka, który zapewne był już wtedy sztandarowym produktem firmy.
Gazeta Lwowska w numerze 99 z 11. 4 1878 poinformowała o wejściu do spółki Wagnera kolejnego spólnika, Franciszka Schustera. Powstała wtedy firma Rudolf Wagner & Comp. której zamiarem, poza produkcją mebli giętych było wytwarzanie wyrobów bitumicznych, zwłaszcza papy Czas pokazał, że ta zmiana nie była dla firmy szczęśliwa. Początkowe sukcesy tej firmy w dziedzinie mebli giętych zostały ukoronowane w 1882 r. zdobyciem medalu w konkursie ogłoszonym przez

Rudolf Wagner &Comp. i Franciszek Schuster

Rudolf Wagner &Comp. i Franciszek Schuster

Technologiczne Muzeum Przemysłu w Wiedniu za nowatorskie rozwiązania w dziedzinie „mebli do siedzenia”. Dobra passa firmy zakończyła się w roku 1884 gdy wspólnik zdefraudował blisko 100.000 guldenów, a zarządzanie firmą przejęli wyrozumiali wierzyciele, którzy postrzegali w Wagnerze ofiarę nieuczciwości Schustera. O takim rozwoju sytuacji firmy Wagnera informowała Prager Tagbblatt z 30. lipca 1883 r. w korespondencji z Brna. W tej korespondencji znajdujemy również informacje, o tym, że firma była właścicielem fabryki mebli w Piwnicznej oraz w Bielsku-Białej. Zadaniem zarządu wierzycielskiego było odzyskanie utraconych środków w każdy dostępny sposób. Nie można zatem wykluczyć, iż firma Wagnera utraciła część swego majątku, który mógł zostać wystawiony na sprzedaż. Te wieści nie były jednak we wsi znane. Wagner pozostawał w cieniu swych wierzycieli, choć w środowisku nadal postrzegany był jako właściciel fabryki mebli. Tak go określono w kronice szkolnej gdy uczestniczył w uroczystości otwarcia pierwszej we wsi szkoły. Był to październik 1889 r. Dalsze losy firmy Wagnera nie do końca są prześledzone.. Przyczyny tego faktu tkwią, jak się wydaje w tym, że została ona przyćmiona dość agresywnym wejściem do Buczkowic firmy Rudolfa Weilla i jego późniejszego spólnika Leopolda Pilzera. To na niej skupiała się uwaga mieszkańców. To, co było pierwsze i mniej wyzywające, pozostało w cieniu mimo, że firma Wagnera i to co po niej pozostało, mimo wielu perturbacji, nadal działała i umacniała swoja pozycję nie tylko na rynku krajowym, ale głównie międzynarodowym.   zapytać, czemu służy przypomnienie Rudolfa Wagnera i jego firmy specjalizującej się w produkcji mebli giętych. Odpowiedź na tę kwestię w świetle najnowszych ustaleń poczynionych przez Piotra Keniga Badacza przemysłowej historii Bielska-Białej i regionu jest jedna: Przypominamy Wagnera, bowiem to on był pierwszym, który w Buczkowicach w roku 1872 lub 1873 podjął u nas produkcję mebli giętych na skalę przemysłową. Przypomnienie tych faktów nabiera szczególnego znaczenia gdy spogląda się na zwały gruzów, które pozostały w miejscu, gdzie istniała fabryka Wagnera.
Osobny rozdział w historii przemysłu meblarskiego w Buczkowicach zapisała firma Rudolf Weill & Comp. –protoplasta późniejszego Mundusa. Rzecz jednak w tym, że firmie tej nie można przypisać miana pioniera produkcji mebli giętych w naszej wsi, bo tym był Rudolf Wagner. Obecność Rudolfa Weilla i jego firmy w Buczkowicach należy lokować na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XIX wieku. Potwierdzają to dane z Sądu Obwodowego w Wadowicach z 15. kwietnia 1892 r. i następne, z 2. października 1898 r.
Zestawienie dat 1872/73 dotyczące firmy Wagnera i roku 1892 w którym, pojawia się u nas firma Weilla to jednak kawał czasu, w którym działo się tak wiele w dziedzinie rozwoju przemysłu.
Historia fabryki Rudolfa Wagnera splata się z losami Adolfa Wecha[2]. To stwierdzenie odnosi się nie tylko do układów zawodowych, ale również stosunków między rodzinami. Choć nadal  nie są do końca zbadane losy całości przemysłowej części majątku Wagnera po zapaści spowodowanej aferą Szustera, to jest pewne, że część tego majątku w postaci zakładu przy obecnej ulicy Wyzwolenia zakupił Adolf Wech.

Adolf Wech senior w początku lat trzydziestych XX w.

Adolf Wech senior w początku lat trzydziestych XX w.

Wiele dokumentów potwierdza, że Adolf Wech związany był z Buczkowicami od roku 1885. Tu bowiem w domu nr 210 w tym roku urodził się jego najstarszy syn Adolf. Adolf senior wskazywany był w akcie chrztu tego syna jako „negotiator”, -kupiec zajmujący się zapewne sprawami handlowymi firmy (Wagnera). Do zmiany statusu zawodowego Adolfa Wecha doszło w okresie między 1888 a 1890. W roku 1890, od urodzin kolejnego syna –Oskara Adolf[3] Wech jest już zapisany jako „director fabricae”. Kariera Adolfa Wecha seniora rozpoczynała się od funkcji pracownika działu handlowego, poprzez stanowisko buchaltera (księgowego), a kończyła się na stanowisku dyrektora fabryki. Kariera ta niewątpliwie rozwijała się w fabryce Wagnera.
Adolf Wech senior zakupił, jak wspomniano, zakład Wagnera (przy ul. Wyzwolenia. Od roku 1905 A. Wech widnieje w rejestrach sądowych w Wadowicach pod pozycją 130/5/1 jako właściciel jednoosobowej firmy. zajmującej się produkcją mebli giętych. Kapitał firmy wynosił wtedy 350.000,- zł. Jej wielkim atutem była sieć przedstawicielstw handlowych w Wiedniu, Berlinie, Hamburgu i Bremie. Firma zajmowała grunty o powierzchni 2.5 hektara. Zatrudniała 350 pracowników produkcyjnych, 7 osób personelu technicznego i 6 pracowników administracyjnych.
Wyposażenie techniczne zapisane w akcje rejestracyjnym obejmowało: maszynę parową o mocy 75 HP (koni parowych), turbinę wodną 27 HP, silnik spalinowy o mocy 35 HP. Profil produkcji wskazany w akcie rejestracyjnych obejmował meble gięte, krzesła i fotele. Właściciel dysponował kontem nie tylko w polskim banku PKO, ale również w Anglo International Bank w Londynie.
Fakty wynikające z akt sądowych sprawiają, że powinniśmy podjąć próbę zweryfikowania wcześniej upowszechnianych informacji, że Adolf Wech rozpoczął działalność przemysłową na własny rachunek w początku lat dziewięćdziesiątych XX

Rejestracja firmy Wecha

Rejestracja firmy Wecha

wieku. Ustalenie bezspornych  danych, (poza wskazanymi wyżej) wymaga sięgnięcia do materiałów archiwalnych odnoszących się do losów firmy Rudolfa Wagnera w Krakowie, obecnie niedostępnych.
To ważna, prawna strona funkcjonowania firmy Wecha. Jest faktem niezbitym, że produkcyjna część przedsiębiorstwa Wecha poddawana była systematycznej modernizacji i unowocześnianiu zwłaszcza jeśli chodzi o unowocześnianie technicznego uzbrojenia całego przedsiębiorstwa. Mniej uwagi poświęcano inwestowaniu w budynki produkcyjne. Właściciel firmy wybudował w bezpośrednim sąsiedztwie zakładu produkcyjnego obszerny budynek mieszkalny dla swej dość licznej rodziny, (ul Fabryczna 115) a także budynek dla administracji przedsiębiorstwa (ul. Wyzwolenia 461).Wśród odbiorców szerokiego asortymentu wyrobów dominowali handlowcy z zachodu Europy i Stanów Zjednoczonych. Nie brakowało również odbiorców z dalekiego wschodu. Adolf Wech rozwijał swe przedsiębiorstwo niejako na obrzeżach potentata, jakim z czasem stawała się firma Rudolfa Weilla i jego spólnika Leopolda Pilzera. Obie firmy stały się składnikami wielkiego, jak na owe czasy i tereny wiejskie centrum przemysłowego w Buczkowicach, sławnego z produkcji najwyższej jakości mebli giętych. Nie ulega jednak wątpliwości, że w porównaniu z Mundusem skala produkcji fabryki Adolfa Wecha była mniejsza.

Pocztówka Wech 1911

Pocztówka Wech 1911

Można tak twierdzić mimo, że fabryka Adolfa Wecha pozostała poza tworzonym przez Leopolda Pilzera koncernem MUNDUS, zachowując pełną niezależność. Na pojęcie centrum przemysłowego składała się nie tylko skala produkcji, ale również idącą w setki ilość zatrudnionych pracowników stałych oraz chałupników oraz ich fachowość. Asortyment produkcji obejmował szeroką gamę różnorodnych mebli giętych. Dowodzą tego zachowane fragmenty katalogu- oferty handlowej.
Adolf Wech wrósł w naszą wiejską społeczność. Był jej aktywnym członkiem. Wspierał szkołę, i ochronkę dla dzieci fundując nie tylko świąteczne upominki dla najuboższych, ale również odzież dla dzieci czy przekazując drewno dla ogrzewania szkolnych sal. Nie stronił od wspierania organizacji społecznych, wśród których poczesne miejsce zajmowała Straż Ogniowa, Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół” i Towarzystwo Szkoły Ludowej. To ostatnie korzystało z udzielanych mu pożyczek gdy chwiały się losy budowy domu ludowego TSL i ochronki (obecny obiekt GOK-u). Zaś jego syn Rudolf stanął na czele Zarządu naszej Straży Ogniowej w trudnym czasie budowy remizy w latach trzydziestych XX wieku, którą wsparł pieniądzem. Społeczna aktywność Adolfa Wecha seniora kontrastowała z obojętnością właścicieli Mundusa, a później Thoneta-Mundusa. Aspołeczny stosunek właścicieli Mundusa do problematyki wsi były nieco łagodzone przez społeczne zaangażowanie pojedynczych postaci rekrutujących się spośród kadry technicznej.
Trudno o tym nie wspomnieć, gdy patrzy się na żałosne rumowisko po fabryce Adolfa Wecha.
Ta fabryka przetrwała wielki kryzys lat trzydziestych XX choć i nią targały strajki, a robotnicy stosujący dotkliwe formy protestu byli pacyfikowani przez policję, masowo zwalniani byli pracownicy, a produkcję ograniczano z powodu braku surowców. O tym rozpisywały się gazety, zapisanych zostało wiele kart książki „Mocarze zejdą z gór”. Mundus nie przetrwał.
Tradycja produkcji mebli giętych w Buczkowicach po 1. maja 1930 r. czyli po lokaucie firmy Thonet-Mundus pozostała wyłącznie przy firmie Adolfa Wecha. A ta systematycznie poddawana była technicznym ulepszeniom. Zwiększało to możliwości produkcyjne, i w jakimś stopniu czyniło pracę robotników nieco lżejszą. Tylko nieco lżejszą, bowiem bardzo duża część pracy wkładanej przy produkcji mebli wykonywana była ręcznie. Najcięższa była praca w giętarni w której naparzone w gorącej wodzie lub parze wodnej drewno bukowe poddawane było procesowi gięcia w specjalnych formach. Nadawanie drewnianym elementom żądanego kształtu odbywało się ręcznie. Tu potrzebna była duża siła rąk i „czucie” drewna, które przybierało kształt konkretnego detalu. W trakcie studzenia drewna w metalowej formie żądany kształt elementu mebla stawał się trwały. Robotnik giętarni miał z reguły żylaste ręce i twarde dłonie. Nie przypominam sobie żadnego robotnika giętarni, który miałby choćby tylko ślady nadwagi.
Ważnym etapem produkcji proces szlifowania detali. Wykorzystywane w nim były głównie szlifierki taśmowe napędzane dzięki centralnej transmisji. W szlifierni następowało wygładzanie powierzchni każdego detalu. Tego nie wymagającego wcześniejszego sklejenia i tego, który zabiegu tego nie wymagał. Uciążliwym efektem szlifowania były tumany drzewnego pyłu, który utrudniał oddychanie i osiadał na całej postaci szlifierza. Wychodzący z fabryki szlifierze przypominali piekarzy. Powłoka pyłowa stawała się jakby częścią ich samych. Dziś stają mi przed oczyma te rozjaśnione postacie.
Poszczególne detale mebla wcześniej klejone, w późniejszym okresie były skręcane specjalnymi śrubami. Praca w tzw. śrubiarni wymagała w początkowym okresie funkcjonowania fabryki dużej siły fizycznej, jako że wkręcanie śrub odbywało się ręcznie. Dopiero wraz z upływem czasu czynności te w części zostały zmechanizowane.
O elegancji mebla i jego cenie w dużym stopniu decydowało jego wykończenie. Tu wielką role miały do spełnienia głównie kobiety, które zajmowały się politurowaniem detali. Prace te wykonywane były przede wszystkim w samej fabryce, ale także w systemie pracy chałupniczej. Umiejętności tych kobiet nazywanych politurkami można było porównać do fachowości artystek. Ich cechami charakterystycznymi był unoszący się wokół nich alkoholowy zapach politury i dłonie pokryte barwnymi plamami- pozostałością szelaku- składnika politury, który barwił drewno. Widzę te dłonie i czuję ten charakterystyczny zapach, którym nasycone były nie tylko robocze ubiory „politurek”, ale również ich odświętne odzienie.
Ten zapach zniknął, gdy wiele lat po II wojnie do wykończenia mebli zaczęto stosować lakiery syntetyczne zapewniające trwałość powłoki i odporność na temperaturę i alkohol. Wraz z tą technologią zaczęły się za to pojawiać choroby lakierników. Tym dolegliwościom miały zapobiec kabiny natryskowe oddzielane od lakierników kurtynami wodnymi. Tu znów zbawienna okazała się młynówka, z której czerpano wodę na wspomniane kurtyny. Nikt i nic jednak nie chroniło okolicznych mieszkańców przed negatywnymi skutkami oparów lakierowych, które unosiły się w powietrzu znacząc odległość od fabryki. Z czasem-(nie tak znów odległym)-usiłowano tej dolegliwości zaradzić. Charakterystycznym obrazem fabryki Wecha były duże konne platformy załadowane do wysokości około 4 metrów -(te pamiętam)- krzesłami, bujakami, opasane solidnymi linami, zdążające do Łodygowic Dolnych, skąd wagonami wyjeżdżały w świat. Pamiętam sumiastego woźnicę (chyba z Rybarzowic), i te dostojne góry przewożonych mebli. To właśnie te platformy przewracali do rowów strajkujący robotnicy w latach trzydziestych, by zmusić Adolfa Wecha do podniesienia im wynagrodzenia. Platforma nazywana była sztrajwokym lub śtrajwokym (z niem. Strejtwagen-rydwan). Dziwny to był rydwan, ale jako pojazd- oryginalny. Jakby zachować nieco ostrożności, można było na nim w cztery pary odtańczyć spokojniejsze fragmenty krakowiaka.
Fabryka, niezależnie od tego, w czyim ręku pozostawała, dawała zatrudnienie setkom ludzi, jeśli uwzględnić również chałupników. Do tych ostatnich zaliczane były zarówno „politurki” jak wyplatające tzw. zyce- (z niem. Zitz) czyli m.in. siedziska krzeseł lub po naszemu tzw siaukle, czyli elementy bujaków (z niem. Schaukelstuhl, także Schaukel-huśtawka). Do wyplatania części mebli do siedzenia i wypoczynku służył tzw. palak. To dzielone na wąskie pasy pędy palmy rattanowej importowane z dalekiego wschodu (Indonezji i innych krajów tego regionu). Wyplatanie wymagało wielkiej sprawności manualnej – było swego rodzaju sztuką, którą opanowały głównie kobiety, ale także starsze dzieci. W okresie międzywojennym umiejętności te były w Buczkowicach bardzo rozpowszechnione.
I jeszcze jeden szczegół związany z działaniem fabryki mebli giętych Adolfa Wecha i jej powojennego okresu funkcjonowania. Zapewne wielu starszy mieszkańcom Buczkowic, ale też i wsi sąsiednich brzmi w uszach donośny dźwięk fabrycznej syreny, który rozlegał się o 9.oo rano i w południe. Oznajmiał też koniec pierwszej zmiany. To był rodzaj przemysłowego zegara odmierzającego czas dla pracowników i miejscowości. Syrena zamilkła, gdy tradycyjna kotłownia opalana węglem została zmodernizowana dzięki wprowadzeniu do fabryki kotłów tzw. fluidalnych. Spalały one odpady powstałe w trakcie produkcji (trociny, pyły i reszki drewna-obrzynki).  Stało się to w latach w połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Pojawienie się kotłowni fluidalnej w buczkowickiej fabryce było w centrum zainteresowania lokalnej prasy. To była w tym czasie interesująca nowinka techniczna, zwiastun wkraczania nowoczesności w stare mury naszej fabryki. Komin fabryczny przestał wyrzucać ku niebu kłęby czarnego dymu. Jego miejsce zajęły niewielkie strugi spalin przypominających gęstą mgłę. Częste stawiane wcześniej pytanie o porę dnia zawarte w słowach: „ Cy juz piskali ?”przestało padać. Straciło sens. Prasa nie odnotowała opinii pracowników w sprawie kotłów fluidalnych. Te nie były zbyt entuzjastyczne. Trociny i obrzynki drewna były bowiem wcześniej sprzedawane po niskiej cenie pracownikom jako specyficzny deputat. Te odpady były wykorzystywane do ogrzewania mieszkań robotników.
Powracając do odleglejszej historii fabryki trzeba wspomnieć o tym, że istotne znaczenie dla losów firmy działającej przez wiele lat pod nazwą Adolf Wech Fabryka Mebli Giętych w Buczkowicach, miała choroba, a potem śmierć jej właściciela. Stało się to 3. sierpnia 1936 r. Jednak już w marcu 1936 r. Adolf Wech jun. został ustanowiony pełnomocnikiem firmy. |
Od 14. sierpnia 1940 r. firma została przekształcona w spółkę komandytową pod nazwą „Adolf Wech Towarzystwo Komandytowe, Fabryka Mebli Giętych w Buczkowicach”. Spółkę tworzyli spadkobiercy zmarłego- trzech synów: Adolf (j.), Oskar i Rudolf oraz córka Stefania, zamężna Dönich. Samodzielnym przedstawicielem firmy został inż. Adolf Wech. Kapitał spółki komandytowej wedle stanu na dzień 31. grudnia 1940 r. wynosił 610.677,53 RM (Reichs Mark). Kapitał ten uległ zdecydowanemu zwiększeniu w następstwie zdobyczy niemieckich na wschodzie. Wynika to z wniosku firmy przedłożonego sądowi rejestrowemu 27 lipca 1941r.
Inż. Adolf Wech włączył się w Buczkowicach w nurt niemieckiej machiny okupacyjnej. Przewodniczył m.in. gminnej komisji typującej osoby przeznaczone na roboty przymusowe do Niemiec. Jeden z głównych pracowników kadry kierowniczej w fabryce, Antoni Ryszka zam. w budynku administracyjnym fabryki (obecnie ul. Wyzwolenia 461) został z czasem mianowany Bürgemeistrem (wójtem) Buczkowic.
Fabryka działała przez cały okres wojny, jednak pod jej koniec na jej czele nie stał już niezbyt sławnej pamięci inż. Adolf Wech, który zmarł 27. marca 1944 r. ani jego brat Oskar, zmarły w 1942 r. Z jaśniejszych stron fabryki z czasów okupacji należy wspomnieć,  o działaniu na jej terenie  utajniona biblioteka ze skromnym zbiorem obejmującym książki po b. Towarzystwie Szkoły Ludowej w Buczkowicach. Tą mini biblioteką opiekował się Józef Namysłowski- jeden z majstrów, zatrudnionych tam od wielu lat. Ta okoliczność, a także fakt, że do ujawnienia zbioru doszło pod koniec wojny zapewne uchronił tak bibliotekę, jak bibliotekarza od surowych konsekwencji. Ocalałe z tej biblioteki książki stały się zaczynem dla Biblioteki Gromadzkiej, utworzonej w Buczkowicach po wyzwoleniu.
W okresie zbliżającego się wyzwolenia spod okupacji niemieckiej w fabryce, a także częściowo w ogrodach domu mieszkalnego przy ul. Fabrycznej Niemcy urządzili stanowisko kierowania oporem przeciwko wojskom radzieckim. Okoliczności towarzyszące ucieczce części rodziny Wechów z Buczkowic, które stały się nieuniknione, opisała w swych pamiętnikach córka Oskara, Hertha Wech.
Fabryka umiarkowanie ucierpiała w trakcie działań wojennych. Ucieczka wojsk niemieckich w nocy z 4/5 kwietnia sprawiła, że o fabryczne obiekty nie były toczone walki. To zaś stwarzało możliwości w miarę szybkiego uruchomienia produkcji w fabryce, która została objęta Zarządem Państwowym jako porzucone mienie poniemieckie. Do fabryki powrócili jej dawni pracownicy, którzy pod kierownictwem Leona Jonkisza zinwentaryzowali zastany majątek i podjęli prace nad ponownym jej uruchomieniem. Fabryka działała wtedy pod szyldem: „ Pod Zarządem Państwowym F-ma Adolf Wech Fabryka Mebli Giętych w Buczkowicach” jako samodzielne, samobilansujące przedsiębiorstwo. Na jej czele stawali kolejno rdzenni mieszkańcy Buczkowic : Józef Waluś i Władysław Gluza. Pierwszym sygnałem ograniczenia samodzielności firmy było jej połączenie z fabryką w Jasienicy. Stało się to z dniem
1. stycznia 1951 r. Był to pierwszy krok do tworzenia większych lub mniejszych molochów gospodarczych. W roku 1954 do tej dwójki zakładów dołączyły fabryki w Jaworzu oraz w Rajczy. Tak powstała firma „Jasienickie Fabryki Mebli Giętych” z siedzibą w Jasienicy. Wchodzące w ich skład przedsiębiorstwa stały się jego zakładami. Buczkowickiemu nadany został numer „3”. Początkowy okres działania firmy jasienickiej przyniósł korzystne zmiany dla Buczkowic. Podjęte były inwestycje nakierowane na poprawę substancji budynków, umożliwiające powiększenie skali produkcji. Kierownikami zakładu byli m.in. Kazimierz Aniołkowski, Rudolf Gazurek, inż. Bronisław Nowak, Mościcki. Tak trwało aż do poddania całej firmy procesowi prywatyzacji który w ostatecznym rachunku doprowadził do całkowitej likwidacji buczkowickiej fabryki, której znamieniem ostatecznym jest rumowisko cegieł, betonu i plątanina prętów stali zbrojeniowej. Został ostatecznie zamknięty bardzo ciekawy rozdział przemysłowej historii Buczkowic i wsi sąsiednich, które związały swe losy z produkcją mebli giętych. To prawie 150 lat historii licząc od 1872 r. do roku 2020.

Proces wyburzania fabryki:

1. Fragment centralny najstarszej części fabryki jeszcze nietkniety (2)

Fragment centralny najstarszej części fabryki jeszcze nietknięty (2)

Zachodnia część najstarszej części fabryki juz w gruzach

Zachodnia część najstarszej części fabryki juz w gruzach

Jedna maszyna ze szczękami kruszacymi na razie wystarcza

Jedna maszyna ze szczękami kruszacymi na razie wystarcza

Pomału, a ciemny grzbiet Magurki zaraz się wyłoni.

Pomału, a ciemny grzbiet Magurki zaraz się wyłoni.

Tumany wapiennego pyłu zasłaniają słońce.

Tumany wapiennego pyłu zasłaniają słońce.

To węgieł fragmentu części administracyjnej. A napis-koła to wspomnie=nie po sklepie z art, motoryzacyjnymi

To węgieł fragmentu części administracyjnej. A napis-koła to wspomnienie po sklepie z artykułami motoryzacyjnymi

Józef Stec

 

[1] Rudolf Wagner ( 30.4 1829 -18.12 1909) ; Emilia Karolina Wagner z d. Kupper  ( 20.10 1831-1.1.1892). Rudolf Wagner urodził się w Bielsku, zmarł w szpitalu im. Franciszka Józefa  na atak serca. Emilia Wagner zmarła w Buczkowicach w domu Nr 39. Obaj pochowani są na cmentarzu ewangelickim w Bielsku.

[2] Adolf Wech (14.06 1862- 3. sierpnia 1936). Spoczywa w grobie rodzinnym na cmentarzu katolickim w Białej

[3] Oskar Wech ( 25.o9 1890-13. o7 1942 r.) spoczywa na cmentarzu w Białej (v. przypis 2)