Przeczucia – esej p. Teresy Cader

PRZECZUCIA

Teresa Cader

Pewnej nocy, prawie dwa lata temu, siedziałam sama w kuchni i wyłączając komputer poczułam nagle, że zanim pójdę spać, muszę koniecznie jeszcze raz poszukać w internecie informacji o polskiej przeszłości mego ojca i moich polskich przodkach. Przez większą część swego dotychczasowego życia niewiele o tym wiedziałam, ale teraz, gdy już odeszli moi rodzice i większość krewnych, zaczęłam odczuwać pilną potrzebę, by zdobyć wszelkie możliwe informacje. Znałam tylko garść podstawowych faktów. Mój ojciec urodził się w roku 1913, we wsi Buczkowice, położonej na południe od Krakowa. Dwa dni przed jego narodzinami mój dziadek, Józef Cader, uciekł do Stanów Zjednoczonych, ponieważ wcielono go do austriackiej armii, a on nie chciał walczyć za Austrię. Polska nie istniała wtedy jako niezależne państwo. W roku 1795-tym Austria, Prusy i Rosja dokonały trzeciego i ostatecznego rozbioru jej ziem. Buczkowice stały się wtedy częścią Austrii; ten sam los spotkał Kraków, wspaniałe centrum polskiej kultury, pełne średniowiecznych zabytków.
Wiedziałam, że mój ojciec, Tadeusz Cader, przyjechał do Stanów w roku 1923-cim ze swoją matką, Teresą Cader, z domu Gluza, i że osiedlili się w Filadelfii, gdzie mój dziadek pracował jako tkacz. Tam urodziło się moim dziadkom jeszcze dwoje dzieci, moja ciotka Zofia i mój stryj Kazimierz, których zamerykanizowane imiona brzmiały Sophia i Casimir, a później Sophie i Cas. Wiedziałam również, że siostra mego dziadka, Teresa Cader, poślubiła mężczyznę nazwiskiem Gluza i zostałą Teresą Gluza, a także, że moja babcia Teresa, z domu Gluza, poślubiwszy mego dziadka, została Teresą Cader (sader). Były to więc małżeństwa dwóch par rodzeństwa uczczone poczwórnym weselem. Na emigracji moi dziadkowie związali się z Polskim Kościołem Narodowym w Ameryce, tracąc wszelki kontakt z Kościołem rzymskokatolickim. W dzieciństwie nic z tego wszystkiego nie rozumiałam, tym bardziej, że rozmowy na ten temat odbywały się po polsku, a ja, mając matkę Irlandkę, nigdy nie nauczyłam się polskiego. W późniejszych latach moja najbliższa rodzina przeszła na prezbiterianizm, a mój brat, który poślubił Żydówkę – na judaizm. Ale to nie była pełna historia naszej rodziny. Nie mówiono mi wszystkiego, ponieważ zbyt dużo było w naszej przeszłości wojny i cierpienia. Ja miałam wyrosnąć na Amerykankę, nie na Polkę (choć wychowywałam się bez telewizji i amerykańskiej pop-kultury).
Tymczasem siedziałam oto późną nocą w kuchni z męczącym uczuciem, że jeżeli teraz wyłączę komputer, to umknie mi coś bardzo ważnego. Wpisałam więc imię i nazwisko dziadka: Józef Cader. Tym razem w połowie strony pojawiło się coś nowego: Alan Kania, dziennikarz z Denver zajmujący się literaturą faktu, napisał coś o swoim stryjecznym dziadku, który również nazywał się Józef Cader i którego więziono w obozie w Oświęcimiu, a potem w Mauthausen, za antyniemiecką działalność. Na dodatek, jakby sam ten fakt nie był dość zdumiewający, ten Józef Cader również pochodził z Buczkowic.Kto położyłby się spać po takim odkryciu? Spędziłam następne dwie godziny wyszukując informacje o Alanie Kani i pisząc do niego. Nawiązanie kontaktu wymagało jeszcze paru prób, ponawianych przez następnych kilka dni. W końcu Alan Kania napisał mi o swoim przeczuciu, że jesteśmy spokrewnieni. Ilu Józefów Caderów mogo mieszkać w tej samej wsi, zwłaszcza, że Cader to rzadko spotykane nazwisko? A Buczkowice nie były przecież żadną metropolią.Co więcej, pan Kania zainteresował mnie niezależnie od naszego ewentualnego pokrewieństwa. Okazało się, że bada drzewo genealogiczne swojej rodziny już od dziesiątków lat, a pojawiały się w nim głównie nazwiska Cader, Gluza, Kubica, Migdał i Kania. Przysłał mi tablicę genealogiczną – olbrzymią listę ponad dwóch tysięcy nazwisk. Odkryłam dzięki temu jeszcze więcej związków między nami: moi polscy krewni z Buczkowic również nosili nazwisko Gluza (o którym już wspomniałam), a także Kubica. W USA osiedlili się w Pittsfield, w stanie Massachusetts, tak samo jak krewni Alana Kani. Gdy dorastałam, odwiedzałam moich krewnych Gluzów i Kubiców każdego lata. Czyżbym odwiedzała wtedy ludzi, którzy byli również krewnymi Alana Kani? Jak miałam się wkrótce przekonać, Alan Kania nie był niedbałym ani sentymentalnym badaczem genealogii. Każde pokrewieństwo musiało zostać dowiedzione przy pomocy świadectw urodzenia i aktów zgonu, a więc dokumentów dostępnych przeważnie tylko w języku polskim, przechowywanych w miejskich ratuszach i w archiwach parafialnych. Alan był przekonany, że jesteśmy kuzynami, ale nie mógł znaleźć dowodów pokrewieństwa. W miejscu, gdzie mogłoby się znajdować nazwisko mojego dziadka, jest na jego arkuszu genealogicznym pusta linia pozioma. Bez dowodów, nasze pokrewieństwo pozostawało tylko przeczuciem. Zaczęłam sobie zadawać pytanie, czego tak naprawdę szukam i dlaczego jest to istotne. Sprawą, która bardzo mi ciążyła i którą chciałam jak najszybciej rozwiązać, był brak wiedzy o rodzinie mego ojca i o ich życiu w Polsce. Było to tak, jakbym lata dorastania spędziła wpatrując się w wyrwę, w miejscu której stał kiedyś wielki dom. Kto w nim mieszkał? Jak ci ludzie spędzali dni? Co się z nimi stało? I, co bardziej istotne, co stało się ze mną, której w latach dorastania ta wyrwa musiała zastąpić wspomnienia i opowieści? Czy może być tak, że właśnie tam ukryte jest to wszystko, co we mnie nigdy nie czuje się w pełni obecne w teraźniejszości ani w pełni zakorzenione w dotykalnej, dostępnej historii?
Zawsze chciałam napisać coś – wiersze lub eseje – o dzieciństwie podszytym tajemnicą, w której wszechobecni byli szczególnie naziści, do pewnego stopnia Rosjanie, a przede wszystkim austriaccy zaborcy. Myślałam o domu moich dziadków w Filadelfii i o uliczce, w której bawiliśmy się z kuzynami, podczas gdy w mieszkaniu dorośli zapadali się coraz głębiej w przeszłość i często ogarniał ich nastrój ponurej grozy. Zeszłej wiosny nie miałam jeszcze pojęcia, co napiszę, ale słowa „uliczka naszego dzieciństwa” narzucały mi się same, więc zaczęłam od nich, czyniąc je tytułem wiersza. Poczułam się przeniesiona z powrotem w tamtą uliczkę i zdecydowałam, że pójdę tam, dokąd mnie zaprowadzi. A oto wiersz, który wtedy powstał:

Uliczka naszego dzieciństwa

Uliczka przerobiona na ogród stała się naszą ucieczką
kiedy dorośli rozmawiali o polityce, wymachiwali gazetami,
a słowa Naziści i Rosjanie były jak sól i pieprz na kanapkach
z pieczenią, które braliśmy ze sobą zawinięte w pergamin, odrywając
skórkę dla wróbli przeszukujących asfalt i sfruwających
na biała piwonię, która chyliła się ku upadkowi
jak ten utracony świat, o którym oni tam rozprawiali,
ten mały ogród, nasze wytchnienie, starannie obsadzony,
gdzie nie znaliśmy nazw kwiatów i nikt nie umial
nam powiedzieć po angielsku, ale znaliśmy to
o czym wie ciało, że słońce uszczęśliwia skórę
i że aksamitna żółta róża z pomarańczowa pręgą,
roztarta pod nosem uniesie nasze głowy aż ulecą
do królestwa, które zbudowaliśmy z kamieni i robaków,
z ziemi i węża ogrodowego, długiego by jak rzeka
otaczał i jak fosa chronił nasz dostojny dom,
którego nic nie zniweczy, nawet wojna.

Wiersz ten został już od tamtego czasu opublikowany w piśmie „Agni” i przetłumaczony na polski przez moją przyjaciółkę, błyskotliwą eseistkę i tłumaczkę, Ewę Hryniewicz-Yarbrough, ale to, jak spotkałam Ewę i jak zaczęłyśmy współpracować, jest już późniejszą częścią tej historii. Kiedy skończyłam tamten wiersz, zrozumiałam, że muszę poradzić sobie z wyrwą, istniejącą we mnie nie tylko w sensie emocjonalnym, ale też wyobrażeniowym czy twórczym. Chciałam tworzyć sztukę z formatywnej części mojego doświadczenia, ale nie wiedziałam, jak uchronić swoje wypowiedzi przed sentymentalizmem i fałszywymi wyobrażeniami bez znajomości większej ilości faktów i bez silniejszego zakorzeniena w historii, w tamtym świecie istniejącym obiektywnie i niezależnie od zapamiętanego z dzieciństwa przeczucia ogromnych przemilczeń. Mój pierwszy tomik poezji, zatytułowany „Goście”, oscyluje swą tematyką między Polską a Ameryką imigrantów i chociaż zdobył kilka nagród, zawsze czułam, że nie poszłam w nim dość daleko. Napisałam ten wiersz po pobycie w komunistycznej Polsce, która otaczała milczeniem historię ludzi mieszkających tam niegdyś od stuleci. Ale tamtej ważnej nocy, odkrycie Alana Kani w internecie okazało się dla mnie bezcenne, gdyż pomogło mi w przejściu z głębin niewiedzy ku początkom wiedzy. Alan pracuje od lat z polską specjalistką od genealogii, mieszkającą w Polsce Iwoną Dakiniewicz, która pracowicie przekopuje się przez archiwa urzędowe i parafialne. Zabiera też swoich klientów na wyjazdy do wielu różnych krajów w poszukiwaniu dokumentów i opowieści dotyczących ich przodków. Była już w Buczkowicach z Alanem. Zgodziła się zabrać tam również mnie z mężem już w lipcu, od którego dzieliło mnie tylko parę miesięcy. Zanim wyjechałam do Polski w lipcu, intuicja podpowiadała mi, że Iwona może mi pomóc odnaleźć w Krakowie plastyczkę Halinę Cader, o której czytałam w internecie, z którą jednak nie udało mi się skontaktować. Czułam, że Halina i ja możemy być spokrewnione, a nawet gdybyśmy nie były, to i tak możemy mieć wiele wspólnego jako artystki. Miałam przeczucie, że jesteśmy jak siostry i że nasze sposoby odczuwania są podobne, chociaż wyrosłyśmy w innych krajach i wychowywałyśmy się w zupełnie różnych warunkach.

Iwonie udało się odnaleźć Halinę Cader przez e-mail. Okazało się, że Halina uczy rysunku, fotografiki i malarstwa w Instytucie Pedagogicznym w Krakowie i że jest znakomitą artystką. Jej teść był sławnym artystą awangardowym, mąż jest znanym malarzem, a córka studiuje filmoznawstwo i animację filmową na Akademii Sztuk Pięknych. Dzięki mejlom od Iwony, Halina Cader bardzo szybko pojawiła się w moim życiu. Pewnego dnia dostałam od niej mejla następującej treści: „Droga Kuzynko, czekam z niecierpliwością na Twój przyjazd. Pokażę Ci mój Kraków, moją sztukę i moją rodzinę. Twoja Halina.” Przyjechaliśmy z mężem do Krakowa w piątek, a następnego dnia rano Halina przyszła do naszego hotelu. Wiem, że takie wyznanie brzmi mało oryginalnie, ale naprawdę gdy tylko ją uściskałam, poczułam się, jakbym zawsze ją znała. Ona czuła się tak samo. Stałyśmy tak, zdumione sobą nawzajem, w holu hotelowym, a potem poszłyśmy na kawę, co skończyło się porannym kuflem piwa w kafejce na wolnym powietrzu. Był to początek naszych peregrynacji przez pracownie plastyczne Haliny i członków jej rodziny, ich mieszkania, ulubione restauracje i inne miejsca, które  odsłonily przede mną Kraków, jakiego nie odkryłabym w żaden inny sposób. Próbowałyśmy z Haliną dociec, czy jesteśmy spokrewnione, ale nie znalazłyśmy jeszcze odpowiedzi na to pytanie. Jej dziadek to jeszcze jeden Józef Cader, pochodzący z tych samych stron, co mój. Halina opowiedziała mi, że jej wujek, jeszcze jako nastolatek, został sprzedany niemieckiemu rolnikowi jako robotnik przymusowy. Po wyzwoleniu czuł się zbyt przytłoczony wojennymi przeżyciami, by zamieszkać w Polsce i wyemigrował do Kanady, gdzie mieszka do dziś. Ta opowieść nie dawała mi spokoju. Kiedy wróciłam do Lexington, zrozumiałam, że muszę jakoś zapisać jego historię, czy raczej wrażenie, jakie na mnie zrobiła. Nie znałam zbyt wielu szczegółów, ale wydawało mi się, że wyczuwam pewne elementy doświadczenia tego chłopca. Zaczęłam pisać wiersz, z którego w końcu powstała „Sprzedaż siły roboczej”.

Sprzedaż siły roboczej

Dla Haliny Cader

Wepchnięty na plac, na chwiejnych nogach, beczał jak beczą dzieci,
Ustawiony na ławie, taksowany ze wszystkich stron: czy jest silny,
Ile będzie jadł, czy nauczy się niemieckiego, a jego matka,
Czy lanie wybije mu ją z głowy, czy ma wszy, czy nie przywlecze
Nam jakiejś choroby, czy będzie chciał mieć łóżko, ubranie, kąpać się w domu,
Czy będzie uciekał, próbował dać znać do Polski, ostrzec kolegów z harcerstwa.
I do czego się nada – do pługa, traktora, motyki, kosiarki, wozu –
Czy da się go nauczyć siać, przycinać, wiązać siano, hodować jarzyny, strugać drewno,
A co zrobimy z nim później, po ilu latach wyrobniczej pracy
W tej szopie przy stodole chłopiec wyrośnie na mężczyznę, zaciekawią go kobiety,
Za te rzeczy tacy jak on są zabijani, bo to nie jest ich i nigdy nie będzie,
Ze ich krwią podludzi i prymitywnym mózgiem, będzie na tyle dorosły,
By zakłócać spokój gościom, którzy patrząc w okno chcą zobaczyć własne odbicie,
Nie rozczochranego dzieciaka zabranego kiedyś z rynku w Krakowie.
Został tylko osad, życie wyciśnięto z niego jak wódkę ze skórzanej piersiówki.

Wysłałam ten wiersz Halinie i wtedy zaproponowała mi współpracę przy projekcie, którego motywem przewodnim byłby temat ucieczki. W Krakowie odbyła się ostatnio wystawa obrazów Haliny właśnie na ten temat, w których artystka eksponuje wyostrzoną wrażliwość zmysłów doświadczaną nieraz przez ludzi próbujących ucieczki: wrażliwość na zapachy, kolory i rozmaite szczegóły, na temperaturę, smaki itp. Przypomniałam sobie, że mój wiersz „Uliczka naszego dzieciństwa” zaczyna się od słów „Uliczka przerobiona na ogród stała się naszą ucieczką”, po czym przechodzi w plastyczny, szczegółowy opis miejsca ucieczki dziecięcej wyobraźni, utworzonego przez kwiaty, gumowe węże i kamienie. Jak już wspomniałam, ten wiersz został przetłumaczony na polski przez moją przyjaciółkę Ewę. Halina i ja rozważamy wspólny projekt, na który składałyby się obrazy i wiersze, ujęte, jak mamy nadzieję, w formę dwujęzycznej książki. Dwa tygodnie temu odkryłam przez internet awangardowe wydawnictwo z Krakowa, które specjalizuje się w tego typu książkach poetyckich i artystycznych. Postanowiłam też sprawdzić, co oferuje w swoim dziale książkowym Instytut Kultury Polskiej w Nowym Jorku. Po raz kolejny internetowe poszukiwania sprawiły, że późno poszłam spać.
Ale odbiegłam tu od mojej wycieczki do Polski i prób znalezienia informacji o rodzinie ojca. Spotkałam ludzi spokrewnionych ze mną w sensie emocjonalnym i artystycznym, ale nie mam żadnych dowodów, że jesteśmy rodziną biologiczną. Mogłabym napisać sporo o naszych z mężem eskapadach w towarzystwie Iwony, specjalistki od genealogii, kiedy to często wpraszaliśmy się do urzędów w ratuszach i biur parafialnych w poszukiwaniu dokumentów zapisanych odręcznie w ogromnych księgach oprawionych w skórę. Nawiasem mówiąc, Iwona jest osobą, której dziecko pobłogosławił Dalaj Lama i za którą ciągnie się zawsze silny zapach , kiedy robi sobie przerwę na kawę czy papierosa. Najpierw udaliśmy się z Iwoną do domu syna Józefa Cadera, tego, którego osadzono w Oświęcimiu, a potem w Mauthausen, za antyhitlerowską działalność. I tu muszę wyznać coś związanego z pytaniem, które zadawałam sobie wcześniej: co właściwie oznacza brak wiadomości o najbliższej rodzinie, biała plama w miejscu rodzinnej historii. Moja przyjaciółka i koleżanka po fachu, pisarka Suzanne Berne, tak opisała poszukiwanie śladów swojej babki w książce zatytułowanej „Missing Lucille” [od tłumaczki: „Tęsknota za Lucille” lub „Nieobecna Lucille” – angielskojęzyczny tytuł zawiera w sobie obydwa znaczenia]:
Lucille jest brakującą częścią naszej rodzinnej historii, która jest dla mnie łącznikiem z historią w ogóle; wiem to teraz, chociaż dojście do tego wniosku zabrało mi całe lata. Historia staje się bardziej zrozumiała i bardziej wiarygodna, gdy postrzegamy ją poprzez przeżycia naszych krewnych, którzy jej doświadczali. Bez babci brakuje mi ogromnego kawałka przeszłości, a już taka jestem, że jeżeli nie wierzę w przeszłość, trudno mi do końca uwierzyć w teraźniejszość.
To stwierdzenie wydaje mi się bardzo prawdziwe, ale myślę również, że często poprzez hitorię rodzinną próbujemy dotrzeć do tych stron własnej osobowości, które inni źle interpretują lub których po prostu nie rozumieją. Ja na przykład czułam się dumna, że ten Józef Cader, bohater, był prawdopodobnie moim krewnym. Myślałam też chyba, że coś mnie łączy z tym rodzinnym heroizmem. Józef Cader walczył z nazistami. Nie był kolaborantem.
Na długo wyczekiwanym obiedzie, kiedy zestawialiśmy ze sobą wszystkie znane nam fakty i podziwialiśmy odznaczenia Józefa Cadra, nasza specjalistka od genealogii powiedziała mi, że z całą pewnością ja i ten Józef Cader nie jesteśmy spokrewnieni. Najwyraźniej w małej wsi Buczkowice mieszkały dwie niespokrewnione ze sobą rodziny o nazwisku Cader. Mój ojciec wspomniał mi o tym kiedyś, ale nie uwierzyłam mu. I chyba dalej mu nie wierzę. Musi w tym wszystkim tkwić jakaś ciągle nieodkryta historia. A może moje przeczucia oparte były głównie na moich własnych potrzebach emocjonalnych lub na braniu życzeń za rzeczywistość?
Teraz interesował mnie sposób, w jaki rozpadły się moje wyobrażenia dotyczące osoby Józef Cadra. W dalszym ciągu podziwiałam go, ale boleśnie zdawałam sobie sprawę, że jego bohaterstwo nie ma nic wspólnego ze mną. Zaczęłam się zastanawiać nad sytuacją będącą hipotetycznym przeciwieństwem mojego nurzania się w odbitym blasku: a co by było, gdyby Józef Cader był tchórzem albo kolaborantem, lub wręcz zbrodniarzem wojennym? Co by to oznaczało dla mnie, zwłaszcza gdybym była jego krewną? Planuję podążać dalej tym tropem, myśleć i czytać na ten temat, w miarę jak będę posuwała się dalej w procesie odkrywania rodzinnych korzeni.
Muszę jeszcze dodać, że w wyniku tej podróży, która zaczęła się od przeczucia, odkryłam jednak parę istotnych faktów z życia mojej rodziny. Po pierwsze, dowiedziałam się, że mój ojciec nie był najstarszym dzieckiem swoich rodziców, o czym ani on ani nikt inny w rodzinie nigdy nie wspominał. Okazało się, że moi dziadkowie mieli przed nim pierworodnego syna, Kazimierza Czesława Cadra, który urodził się w roku 1911 i żył 9 miesięcy i 10 dni. Byłam zaszokowana. odkrywszy ten zapis w parafialnej księdze małżeństw, narodzin i zgonów. Czy mój ojciec wiedział o tym, ale nigdy nic nie powiedział? Czy młodszy brat ojca, Kazimierz, nazwany tak po pierworodnym synu dziadków, wiedział, skąd się wzięło jego imię? Najpewniej nie. Ta informacja była niespodzianką dla mojej ciotki, wdowy po Kazimierzu. Kiedy wspominałam o swoim odkryciu podczas pobytu w Polsce, a potem znowu po powrocie do domu, otrzymywałam zawsze jednakową odpowiedź: „To było na porządku dziennym”. Znaczyło to, że ludzie byli do tego przyzwyczajeni, przechodzili do porządku nad śmiercią dziecka, mieli potem więcej dzieci i nie opłakiwali długo tych zmarłych. Rozumiem, że z historycznego punktu widzenia śmiertelność niemowląt była wtedy bardzo wysoka, ale jako matka nie mogę uwierzyć, że tamte matki nie cierpiały i nie opłakiwały każdego dziecka.
Szok, towarzyszący odkryciu wujka zmarłego w niemowlęctwie i milczenie otaczające tę śmierć, skłoniły mnie do napisania jeszcze jednego wiersza, ostatniego, jaki dzisiaj przeczytam, zatytułowanego „To było na porządku dziennym”:

To było na porządku dziennym
Kazimierz Czesław Cader, 1911-1912, Buczkowice

Światło dnia wdziera się przez strzechę, gdzie mógłby wpaść i ptak,
już dwa dni odkąd ugotowała jajka, upiekła razowiec, oskrobała ziemniaki,
utarty szlak jej myśli zamknięty jest w orbicie jej dłoni i stóp,
za zaciągniętą firanką pola wychłostane wiatrem, na których usycha siano,
z każdym oddechem pytania krążą jak wilki schodzące z gór
by nękać owce w niszczejącej zagrodzie, w oborze przelewa się od wymion
nietkniętych od rana.  Za małe by umiało mówić, dziecko oddycha z trudem,
jego oddech supła się pod kocem, jak wełna w płaszczach, którą tkał jego ojciec
w fabryce za zakrętem rzeki.  A może powinnam powiedzieć tkał mój dziadek –
to dziecko to mój wujek, którego nikt nigdy nie wspomniał, bo To
było na porządku dziennym, jak się dziś mówi. Wszyscy do tego przywykli.
Kto by tam rozpaczał nad pustą kołyską, wkrótce znów będzie pełna.
Mieli nadzieję, że urodzi im się chłopiec, będzie tkał wełnę, łatał dach, odpędzał bestie,
może wilki, albo za dwa lata austriackich żołnierzy,
za dwadzieścia siedem lat żołnierzy niemieckich, potem rosyjskich, chłopiec,
który nie żył dość długo, by powiedzieć nie, a zresztą i tak mógł tego wszystkiego nie przeżyć.

Po wielu poszukiwaniach udało się nam również uzupełnić inne części rodzinnego drzewa genealogicznego. Odkryłam rodzinę mojej prababki, Adamusów, a także przodków z pokolenia moich praprapradziadków. Wstąpiliśmy też do miejscowej biblioteki i postanowiłam zapytać bibliotekarkę, czy istnieje jakaś książka o historii Buczkowic. „Zjawia się pani we właściwym momencie”, powiedziała pani bibliotekarka naszej specjalistce od genealogii, „właśnie ukazała się nowa pozycja na ten temat, uzupełniona dwoma dodatkowymi tomami o lokalnych bohaterach i ofiarach wojny”. W ten sposób pytanie zadane przypadkowo właściwej osobie w odpowiednim czasie sprawiło, że już następnego dnia miałam własny egzemplarz tej książki. W tej chwili jest ona dla mnie tłumaczona na angielski.
W dniu, w którym opuszczaliśmy Buczkowice by wrócić do Krakowa, uparłam się, żeby jeszcze raz przejść się po wsi. Obejrzeliśmy przedtem broszurkę o starych, zabytkowych domach Buczkowic. Kiedy zbliżaliśmy się do najstarszego domu we wsi, wielkiego, zrujnowanego budynku z biało tynkowanymi ścianami i przybudówką na stajnię, ku swemu ogromnemu zaskoczeniu zdałam sobie sprawę, że to jest właśnie dom mojej rodziny. Numer domu zgadzał się z zapisami w miejskich i parafialnych dokumentach. Wydawało się, że nikt tam nie mieszka, ale w środku szczekał pies. W tym domu mieszkało co najmniej pięć pokoleń rodziny mojej babci. Patrzyłam więc na dom pełen historii, które chcę poznać, ale drzwi były zamknięte na klucz. Przez okno udało mi się zobaczyć tylko stare sanki.
Jako pisarka jestem teraz u początku rozmaitych projektów z kilku dziedzin: poezji, literatury faktu, być może beletrystyki, a także – mam nadzieję – dwujęzycznej współpracy nad książką łączącą tekst i obraz. Jak już chyba wspomniałam, Ewa i ja zaangażowałyśmy się w projekt translatorski i pracujemy nad książką. Zależy mi na wszelkich możliwych sugestiach i pomysłach. Wiem, że najciekawsze i najbardziej palące pytania dopiero się pojawią. Tyle rozmaitych planów narodziło się z tych moich przeczuć sprzed dwóch lat. Chcę znowu pojechać do Polski w lipcu. Być może w przyszłym roku, gdy przeczytam swój esej w Saturday Morning Club, będę już znała niektóre odpowiedzi i pojawią się zupełnie nowe pytania.