W 99 rocznicę odzyskania Niepodległości. Refleksje .

Zbliża się wielkimi krokami setna rocznica odzyskania przez Polskę Niepodległości. Rok bieżący to jakby wigilia tego wiekowego wydarzenia. Należałoby więc w co najmniej 99 procentach być pewny, że wszyscy jesteśmy przygotowani do świadomego obchodzenia tego wielkiego wydarzenia.
Wczoraj, 11. listopada  w Buczkowicach miały miejsce obchody rocznicowe  te „wigilijne”, czyli upamiętniające 99 rocznicę Polski odzyskania Niepodległości. Rok rocznie uczestniczę w podobnych uroczystościach, więc mam ukształtowane zdanie na ich temat. I to jest powód, dla którego poczyniłem te zapiski, którymi się pragnę podzielić. Przewodnikiem po tegorocznych obchodach jest tekst zaproszenia, którym mnie zaszczycono.
Stało się już zwyczajem, że uroczystości otwiera się uczestnictwem we Mszy, jak to się określa „za Ojczyznę” lub „W intencji Ojczyzny”. Poza czysto liturgicznym znaczeniem tego najważniejszego dla katolików nabożeństwa uczestniczący w nim mieszkańcy słuchają kazania (obecnie nazywanego homilią). To ważny dla katolików fragment nabożeństwa, który może pozytywnie motywować, lub wprawiać w zakłopotanie. A jak to było i jest u nas? W ostatnich czterech latach tylko jeden raz wysłuchałem homilii, która odnosiła się do pamiętnych wydarzeń z roku 1918 i okresu poprzedzającego zakończenie działań wojennych w I wojnie światowej, które zwiastowały nadzieję na odzyskanie Niepodległości. Nie mówił ksiądz w tym kazaniu o przebiegu walk, bo nie przyszli na relacje z pól bitewnych. Młody ksiądz, góral z Istebnej, mówił z przejęciem o drogach ku Niepodległej Polsce, o poświęceniu i bohaterstwie prostych żołnierzy, o troskach matek, żon i dzieci z rodzin żołnierskich, o nadziejach na lepsze życie w odzyskanej wolnej ojczyźnie.
W pozostałych dwóch latach słyszałem  o tragedii Polski po zakończeniu II wojny światowej i okropnościach władzy komunistycznej; Nie usłyszałem ani jednego zdania o dacie 11. listopada, jako tej, która stała się dla ówcześnie żyjących Polaków datą rozpoczynania nowej drogi w odzyskanej Polsce. W kolejnym roku wysłuchałem marnych (pod każdym względem) rozważań na temat utworu Jana Pietrzaka, „Żeby Polska była Polską”. Bez komentarza. Bo to ani nie ta okoliczność ani nie ten autor.
Wreszcie nadszedł rok bieżący. Gościnnie celebrował Mszę proboszcz  parafii Rybarzowice, jako, że obchody rocznicowe miały charakter, jak można się było domyśleć, gminne. Uczestniczyli w  niej mieszkańcy wsi, wchodzących w skład Gminy Buczkowice. I znów mogiła. Znaczącą część homilii zajęło odczytywanie kazania arcybiskupa Józefa Bilczewskiego metropolity lwowskiego, który tę funkcje sprawował właśnie w okresie odzyskiwania Niepodległości oraz wojny polsko-bolszewickiej. Postać autora godna, bo to niemal nasz sąsiad, wywodzący się z ziemi bielskiej, z  Wilamowic, opiekun ludzi potrzebujących, ale też osoba mająca na swym koncie co najmniej dyskusyjne kontakty w austriackim zaborcą. Dzielny kaznodzieja z Rybarzowic też nie mówił o odzyskaniu Niepodległości, ale o okrucieństwach bolszewickiej rewolucji, które objawiły się w drastycznej postaci w czasie wspominanej wojny, a opisywanych w wyznaniach świętego biskupa. Słuchacze określili tę homilię, jako klęskę, spotęgowaną aktorską interpretacja tekstu. Podzielam tę opinię.
Kolejny już rok zastanawiam się nad powodami obchodzenia szerokim łukiem w trakcie religijnej części obchodów rocznicowych tych wątków, które miały znaczenie dla odzyskania państwa. Dochodzę do wniosku, że łatwiej jest mówić nie na temat, bo jest okazja dołożyć „rewolucyjnej bolszewickiej gawiedzi” tamtego czasu, aniżeli przypomnieć o służalczej postawie najwyżej postawionych w hierarchii kościelnych dostojników wobec cesarzy i cara. Trudno byłoby przyznać, że kolejni papieże Benedykt XV, Leon XIII i Pius X nawoływali Polaków do posłuszeństwa wobec zaborczych władz świeckich, którym przydawali boskich atrybutów. Zasiadający na stolicy Piotrowej czynili to z jednoznaczną  intencją, dając do zrozumienia, że wszelka władza od Boga pochodzi. Trudno byłoby kaznodziejom przyznać, że sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej kard. Pietro Gaspari oznajmił, Romanowi Dmowskiemu iż Polska niepodległa, to mrzonka i cel nieziszczalny. Trudno byłoby kaznodziejom przyznać, że Watykan, a za nim polscy hierarchowie najwyższego szczebla, (np. bp. Kakowski), nie byli zainteresowani odrodzeniem niepodległej Polski. Świadczy o tym dobitnie szereg faktów, których przytoczenie wykracza poza tę notkę.
Brakuje odwagi duchownym, by przyjąć do wiadomości, że Niepodległa Polska to wynik m.in. polskiego wysiłku zbrojnego zorganizowanego i przeprowadzonego przez socjalistę Józefa Piłsudskiego trudem Legionów Polskich. Dlatego o Legionach Polskich się w homiliach nie wspomina. Zdaje się dominować opinia o tej formacji (a ściślej o I Brygadzie), którą w swych „Wspomnieniach wojennych 1915-1920”[1] zapisał kapelan jednego z pułków legionowych ks. Kazimierz Nowina-Konopka SJ mówiąc o otrzymanym zawiadomieniu o potrzebie objęcia tej funkcji: „Kapelan Legionów! Nie bardzo mi się to uśmiechało. Wiedziałem, ze są tam same socjały, malarze, artyści teatralni itp., że tam ponoć nie ma żadnego ładu i porządku, a tylko intrygi, kłótnie i bieda, ale co robić. Trzeba słuchać”. Może trzeba byłoby  w kazaniu choćby półgębkiem wspomnieć, (a nie wypada), o zamkniętych z polecenia niektórych biskupów kościołach, w których wierni pragnęli uczestniczyć w mszach dziękczynnych za odzyskanie niepodległości, ale im to uniemożliwiono.[2] Może należałoby przypomnieć, że wiara w odrodzenie Polski była żywa przede wszystkim w sercach prostego ludu, a nie w sercach i głowach hrabiów, książąt i bywalców salonów, którzy często okazywali się być jurgieltnikami, pozostającymi na żołdzie zaborców. Może trzeba byłoby przypomnieć o (interesownych wprawdzie, ale jednak), pozytywnych skutkach  rewolucyjnych nastrojów w armii carskiej, które stworzyły okazję dla utworzenia i  uzbrojenia polskich korpusów w Rosji, które trwale,(choć jeden bardzo skromnie), zapisały się w historii polskiego oręża tamtego czasu. Można socjalisty Piłsudskiego z czasów przed legionowych i legionowych nie lubić, ale nie można nie dostrzegać znaczenia jego dzieła w tworzenie podstaw późniejszej polskiej siły zbrojnej niepodległego państwa. Można nie akceptować prorosyjskich poglądów Romana Dmowskiego, ale nie można przemilczać jego wielkich zasług dla wysiłków dyplomatycznych, mających kolosalne znaczenie dla uczynienia sprawy polskiej jednym z punktów zainteresowania konstruktorów kształtu powojennej Europy po I wojnie światowej.
Trudno wreszcie znaleźć uzasadnienie dla przemilczania udziału buczkowiczan w czynie zbrojnym włożonym w czasie I wojny światowej. A dla nich nie znalazło się ani jedno słowo podzięki za rany, głód, chłód i  ofiarę życia. Ani jedno słowo nie padło na temat ich ofiary mimo, że walczyli w najważniejszych bitwach na frontach wschodnich I. wojny światowej.
Można oczywiście powiedzieć, że nie jest rolą księży wyręczanie władzy świeckiej w zajmowaniu się w gruncie rzeczy sprawami politycznymi lub im bliskimi. To prawda. ale skoro źle wspominane homilie w lwiej części poświęcone były wyłącznie sprawom politycznym z innego niż odzyskanie niepodległości okresu historycznego, a nie ściśle religijnym, to trudno szukać usprawiedliwienia dla omijania spraw dla Kościoła niewygodnych lub drażliwych, a ważnych dla odrodzenia państwa. Śmiem wątpić czy mówienie nie na temat, (by nie powiedzieć- od rzeczy), spełnia oczekiwania uczestników patriotyczno-religijnego zgromadzenia.

                                                                                                          Józef Stec

[1] Nowina Konopka K. :Wspomnienia wojenne 1915-1920, Wyd. WAM , Kraków2011,   ISBN 978-83-7505-662-4 str. 32.

[2] Informację na ten temat napotkałem w prasie jakiś czas temu. Nie zarejestrowałem jednak tytułu , autora artykułu jak i tytułu czasopisma, ale fakty te utkwiły mi głęboko w pamięci.