Kamienie przez Boga(?) rzucane na szaniec.

Minęła kolejna, siedemdziesiąta pierwsza, rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Coraz więcej wiemy o okolicznościach, w jakich była podejmowane decyzja o jego wybuchu, o kalkulacjach towarzyszących, a właściwie życzeniach, którymi kierownictwo Armii Krajowej uzasadniało swoją fatalną decyzję. Kto chciał się dowiedzieć, jak to właściwie przebiegało miał i ma nadal ku temu wszelkie możliwości. Nie zawsze jednak starcza nam chęci, by dotrzeć do bogatej literatury na ten temat. Można byłoby zatem zaapelować o odrzucenie lenistwa i poznanie prawdy i na tym poprzestać. Ale okazuje się, że nawet ci, którzy profesjonalnie zajmują się badaniem historii, uczestniczą w życiu politycznym współczesnej Polski, sączą w nasze umysły wieści , których celem jest zaśmiecanie ich szkodzącymi prawdzie mitami.
Jestem pod wrażeniem telewizyjnej audycji poświęconej Powstaniu Warszawskiemu nadanej 2. sierpnia 2015 r. w TVP Info, w której wzięli udział m.in. prof. A. Dudek, dr Leszczyński, P. Lisiecki i autor książki „Obłęd 44” Piotr Zychowicz. Po raz kolejny widzowie mieli możliwość bycia świadkami zderzenia argumentów przemawiających przeciwko decyzji o wznieceniu Powstania, wskazujących na brak jakichkolwiek realnych szans na osiągnięcie założonych jego celów, wytykających brak wojskowej i politycznej wyobraźni dowódców Armii Krajowej oraz na katastrofalne skutki nieodpowiedzialnej decyzji o wywołaniu Powstania. Tę stronę reprezentowali Piotr Zychowicz i dr Leszczyński. Prof. Antoni Dudek zajmował pozycję po drugiej stronie, a więc tej, która wskazywała na rzekomą atmosferę nieuniknionego wybuchu powstania, na rzekomą niemożność wstrzymania lub odwołania rozkazu o godzinie „W”. Redaktor Lisiecki reprezentował dość wyważone opinie, które można uznać za w miarę obiektywne. Ze zdecydowaną większością argumentów Piotra Zychowicza i dra Leszczyńskiego trzeba się zgodzić. Nie istnieje bowiem żaden merytoryczny argument, który mógłby w pełni uzasadnić podjęcie decyzji o wybuchu Powstania. Półgębkiem lub wcale mówi się o tym, że Warszawa nigdy nie miała być areną walk w ramach Akcji Burza. Powstanie nie miało nigdy wybuchnąć w Warszawie. Tak zakładał plan „Burzy”. Chodziło w tym zamierzeniu o ochronę stolicy wraz ze wszystkimi dobrami w niej zgromadzonymi i zasobami ludzkimi tak bardzo potrzebnymi Polsce. Tylko zasygnalizowano w programie fakt pozbawienia Warszawy części broni przekazanej na Wileńszczyznę by doposażyć oddziały Armii Krajowej tam walczące o bezpowrotnie już straconą część ziem Rzeczypospolitej. Dążenie do prawdy powinno skłonić do wyjaśnienia powodów podjęcia decyzji o Powstaniu w Warszawie tak diametralnie różniącej się od założeń „Burzy”. Rozkaz o Powstaniu musiał więc zakładać powstanie nieodwracalnych strat w tym co najcenniejsze było w stolicy. Z miasta, otwartego, jakim Warszawa miała być, stała się miastem frontowym. A to dlatego, by w świat poszła wieść o niezłomności narodu i jego stolicy. Świat uznał powstańczy zryw za nieistotny epizod wojenny.
Nie usłyszałem w tej dyskusji krytycznej opinii o niewykonaniu rozkazu Naczelnego Wodza przez jego emisariusza gen. Okulickiego, którego misją miało być zapobieżenie wybuchowi Powstania. Wysłannik gen. Sosnkowskiego sprzeniewierzył się tej misji, nie wykonał rozkazu dając jednocześnie popis niesubordynacji wobec dowódcy Armii Krajowej. By wszystkie te okoliczności skomentować trzeba byłoby otwarcie przyznać, że cała Akcja „Burza” była akcją nieudaną, a na dodatek spowodowała ujawnienie lokalnych kierownictw Armii Krajowej ułatwiając NKWD-owskie represje wobec podziemia. Nie wspomniano o tym, bo trzeba byłoby przyznać, że kierownictwo Armii Krajowej zakładało istnienie na zapleczu frontu radzieckiego uzbrojonych oddziałów AK, które wojskom radzieckim nie sprzyjały i zakładało, że radzieckie dowództwo taki nienaturalny i irracjonalny z punktu widzenia wojskowego stan zaaprobuje. Rząd londyński, a także kierownictwo Armii Krajowej myślało życzeniowo zwłaszcza w odniesieniu do nienaruszalności wschodnich granic II Rzeczypospolitej. Było to myślenie nierealistyczne, bo nieuwzględniające wyników konferencji w Teheranie. Z wynikami konferencji można się było w Polsce nie zgadzać, ale żadna ze stron obrad nie chciała ich zmienić mając na uwadze swoje ważne interesy.
Trzeba zwrócić uwagę, że decyzja o wybuchu Powstania była podjęta w oderwaniu od jakichkolwiek kontaktów z aliantami, w tym zwłaszcza ze Związkiem Radzieckim, na którego wsparcie dowództwo AK liczyło. Na dodatek, Powstanie wprowadzało komplikacje w stosunkach pomiędzy aliantami koalicji antyhitlerowskiej.Dowództwo AK zdecydowało o wznieceniu powstania nie biorąc pod uwagę asymetrii sił powstańczych ze wzmocnionymi siłami niemieckiego garnizonu warszawskiego i obecnością w rejonie Warszawy doborowych jednostek niemieckich przemieszczonych w ten rejon w związku ze zbliżaniem się wojsk radzieckich. Generał Bór Komorowski podejmując decyzje o wybuchu Powstania niestety nie był dowódcą na miarę czasów. Zabrakło mu nie tylko doświadczenia w dowodzeniu, ale i odporności na natarczywe i niewybredne naciski i ataki zapaleńców prących ku Powstaniu za wszelka cenę mimo, że wiadome już było, że Niemcy będą bronić Warszawy. Zwiastunem ten woli był powrót do naszej stolicy wcześniej ewakuowanych instytucji, urzędów, a także budowa umocnień. Choć uczestnicy dyskusji zgodzili się co do tego, że dowództwo Armii Krajowej popełniło wiele błędów (co jest zwiastunem ozdrowieńczych prądów w ocenie Powstania), to nadal apologeci tego zrywu twierdzą, że innego wyjścia nie było, jeśli zważyć stan napięcia i rzekomego wrzenia w szeregach Armii Krajowej. Wrzenie to, ich zdaniem i tak doprowadziłoby do podjęcia walk. To rzeczywiście obłędna ocena stanu dyscypliny w szeregach armii podziemnej, za jaką uważa się, i słusznie, Armię Krajową. Cóż by to była za armia, która nie wykonałaby rozkazu swego naczelnego dowódcy? Ale wódz naczelny uznał, że wydanego rozkazu nie można odwołać, mimo, że płk „Monter” przećwiczył już taką sytuację odwołując wcześniej ogłoszony samowolnie stan gotowości. Jego rozkaz został wykonany. Czy jest normalne podejmowanie decyzji o Powstaniu w warunkach znanego dowództwu braku uzbrojenia? Czy jest moralnie dopuszczalne, by na obwarowane i obsadzone wojskiem niemieckim obiekty wysyłać młodych ludzi z pistoletami i łomami oraz uważać, że broń zostanie przez powstańców zdobyta na wrogu? Prof. Antoni Dudek uważał, że autor „Obłędu 44” przekroczył granicę smaku używając takiego określenia decyzji o wybuchu powstania. Przewrotnie zapytam- A może należałoby się zastanowić czy autor przypadkiem nie miał na względzie uwolnienia autorów rozkazu o Powstaniu od odpowiedzialności? Wszak będąc w stanie obłędu jest się jednocześnie niepoczytalnym, a więc uwolnionym od kary? Tak w największym uproszczeniu sprawa wyglądałaby w procesie karnym. A do takiego biegu zdarzeń zmierzał generał Władysław Anders uznając decyzję o Powstaniu za równą morderstwu. Piotr Zychowicz, z którym tylko w niewielkiej części jego uwag i spostrzeżeń się nie zgadzam, tytułując swą książkę tak jak to uczynił, użył potocznego i bardzo oszczędnego języka. To bowiem nie tylko obłęd, ale po prostu kwalifikowana zbrodnia, której skutki dla żołnierzy Powstania, majątku i dobra narodowego, jak ludności cywilnej były w nią wkalkulowane. Dowodzi tego wypowiedź gen. Okulickiego, który dopuszczał możliwość wyrżnięcia przez Niemców wszystkich w przypadku, gdyby Armia Czerwona nie przyszła Powstaniu z pomocą. Czym jeśli nie zbrodnią jest zakaz ewakuowania się ludności cywilnej z terenów walk, by powstańcy mieli rzekomo kogo bronić, a nie tylko gruzów? Czy nie pojawia się w tym miejscu skojarzenie ze zbrodniczymi żywymi tarczami? Czy odpowiedzialnie działający dowódca może wydawać rozkazy walczącym w zamieszkałym mieście nie uwzględniając skutków tych rozkazów dla ludności cywilnej? A tak przecież w czasie Powstania było, gdy zamierzano wycofać ze strefy walk tylko walczących żołnierzy. Odrębny fragment dyskusji odnosił się do postawy Armii Czerwonej wobec Powstania, do politycznego, antyradzieckiego jego zamiaru. Rzeczywiście ten aspekt rozważań nad Powstaniem rodzi wiele pytań. Nie może jednak być wątpliwości odnośnie do tego, że pod względem wojskowym Powstanie skierowane było przeciwko Niemcom, ale politycznie przeciwko Związkowi Radzieckiemu i jego systemowi politycznemu. Takich celów w Armii Krajowej nie ukrywano. Czy brakuje nam zupełnie możliwości realnej oceny tamtego czasu, by powiedzieć otwarcie, że z punktu widzenia dowództwa radzieckiego Warszawa była jednym z kolejnych większych ośrodków miejskich, które należało zdobyć w drodze na Berlin? Czy musimy tkwić w bezsensownym przekonaniu, że z punktu widzenia głównego celu wojny jakim było zniszczenie hitlerowskich Niemiec Warszawa była najważniejsza? Dla nas Polaków tak. Z całą pewnością jednak tak nie było w przekonaniu aliantów zachodnich, jak Związku Radzieckiego. Jeśli uwzględnić pamiętliwość Stalina o klęsce doznanej w Bitwie Warszawskiej (w której brał udział) i upokorzeniu, które wtedy bolszewików spotkało, a także demonstrowana antysowieckość Armii Krajowej i założenia Akcji „Burza”, to pierwszy powód radzieckiej powściągliwości wobec walczącej Warszawy zdaje się być jaśniejszy. Na tym tle „obłędnie” rysuje się oczekiwanie dowódców Armii Krajowej oczekiwania na rosyjską pomoc wojskową o którą nota bene nikt oficjalnie i skutecznie nie poprosił. Zdajemy się przechodzić do porządku nad faktem nieuzgodnienia terminu wybuchu Powstania z aliantami w ogólności, a ze Związkiem Radzieckim w szczególności. Kierunek wschodni takiego uzgodnienia był w efekcie najważniejszy, bo tylko stąd pomoc ta mogła skutecznie nadejść. Był to wymóg niezbędny, ale przez polską stronę niewypełniony ze względów politycznych.
Nie jesteśmy skłonni uwzględniać przy rozpatrywaniu tych relacji wojskowej sytuacji wojsk radzieckich tak, jakby była ona bez znaczenia dla wkroczenia do Warszawy z przysłowiowego marszu. Pomijamy więc konsekwentnie czas trwania ofensywy a także okoliczności największej po kurskiej bitwy pancernej w Europie na przedpolach Warszawy. Bitwa ta doprowadziła do wielkich strat po stronie Armii Czerwonej, a także wymusiła powstrzymanie pochodu tej armii ku Warszawie. Tę bitwę pancerną znawcy wojskowości porównują do bitwy na Łuku Kurskim. A Stalingrad i Łuk Kurski były miejscami, na których załamała się potęga armii niemieckiej. Rozpoczęło się dla niej pasmo klęsk. To są fakty, z którymi nikt dziś nie polemizuje. Zastanawia więc, dlaczego wielka klęska pancernych wojsk radzieckich w okolicach Warszawy nie jest w podobny sposób oceniana jeśli chodzi o gotowość Armii Czerwonej do dalszego pochodu na zachód i do kolejnych zwycięstw, w tym oczekiwanego zajęcia Warszawy. Nie ma co do tego wątpliwości, że klęska wojsk radzieckich w tej bitwie wywołała w części podobne do kurskiej skutki z tym, że po radzieckiej stronie. Odnosi się natomiast wrażenie, że komunistycznej Armii Czerwonej przypisywane są nadprzyrodzone możliwości regeneracji utraconych sił i środków. Takie dzisiejsze „Polacy, nic się nie stało”. A jednak się stało. Zdecydowanemu ograniczeniu uległy pancerne siły radzieckie. Otwarte pozostaje pytanie w jakim stopniu siły te mogły być użyte w walkach ulicznych w Warszawie pod warunkiem, że się tam przedostały.Zdobycie przez Armię Czerwoną prawobrzeżnej Warszawy musiało się wiązać z pokonaniem niebagatelnej przeszkody, jaką była Wisła, pozostająca pod kontrolą oddziałów niemieckich ulokowanych w zbudowanych umocnieniach. Nie bez powodu płk Bokszczanin z takim naciskiem podkreślał, że do wybuchu powstania nie powinno dojść wcześniej, zanim Rosjanie nie rozpoczną intensywnego ostrzału artyleryjskiego nabrzeża Wisły. Należy też dodać, że prawy brzeg Wisły był zupełnie nie rozpoznany przez wojska radzieckie. W rozważaniach nad bezczynnością Armii Czerwonej podkreślane są propagandowe, jak się je określa, działania Armii Czerwonej względem powstańców. Przejawem ich były m.in. zrzuty broni i amunicji a także próby wykorzystania I Armii Wojska Polskiego do osiągnięcia przyczółku na prawym brzegu Wisły. Już się nie wspomina o tym ,że zrzuty z kukuruźników były najskuteczniejsze, najbardziej celne, a także zawierające potrzebne ładunki. Blisko 3.5000 żołnierzy Berlinga też oddało swe życie w geście propagandowym. Niejako w tle tak określanych działań dowództwa oddziałów radzieckich jest, jak się wydaje, pretensja, że nie wykazało się ono widoczną w innych akcjach determinacją w wysyłaniu swoich żołnierzy na pewną śmierć w drodze ku prawobrzeżnej Warszawie. To prawda. W rejonie Warszawy nie działały bataliony zaporowe. A Praga, gdzie działania bojowe od dawna nie były prowadzone, została wyzwolona dopiero 14 września 1944 r., czyli po upływie półtora miesiąca od wybuchu Powstania. Cokolwiek by teraz powiedzieć na temat obiektywnych okoliczności towarzyszących działaniom Armii Czerwonej w okolicach Warszawy w czasie trwania Powstania będzie odczytane jako przejaw rusofilii, a w każdym razie służenia złu. Jednakże bez rzetelnej oceny tych okoliczności, a także tych, które się przemilcza, ocena Powstania nie będzie pełna.
W czasie telewizyjnej dyskusji padło m.in. pytanie czy pomoc powstańczej Warszawie ze strony aliantów była wystarczająca.
Jeśli apele o udzielenie Powstaniu pomocy pojawiły się już w pierwszych dniach podjęcia walk, to nie ulega wątpliwości, że do jego wybuchu dowództwo Armii Krajowej doprowadziło w sytuacji, gdy powstańcy byli bezbronni. Stawali naprzeciw przytłaczającej przewagi Niemców, przewagi w każdym elemencie. Jedynym czym bogaci byli powstańcy była głęboka wiara w konieczność walki z okupantem, wyzwolenia się spod wszechobecnego terroru, dążenie do przywrócenia niepodległej Polski. Tymi niewątpliwymi walorami nie wygrywa się wojny. Kierownictwo Armii Krajowej uważało inaczej przedkładając polityczne i propagandowe cele ponad życie tysięcy żołnierzy i ludności cywilnej losy stolicy niepokornego kraju.
Chcąc udzielić odpowiedzi na postawione przez red. Czyża pytanie trzeba określić, co oznacza pomoc „wystarczająca” i jakie były możliwości jej zapewnienia. Warto też prowokacyjnie zapytać czemu ta pomoc miała służyć.
Na pierwszy z tych problemów odpowiedź musi być negatywna. Pomoc nie była wystarczająca. By taka była, musiała by oznaczać uzbrojenie oddziałów powstańczych. Brak broni był bowiem główną bolączką powstańców. Chodziło tu o każdy rodzaj broni przydatnej do walk w mieście, a także inne środki techniczne (śr. łączności, lekarstwa i t.p.). Zważywszy stan liczbowy i jakościowy uzbrojenia powstańców w chwili wybuchu Powstania należałoby stwierdzić, że pomoc aliantów musiałaby oznaczać dostarczenie drogą lotniczą kompletnego uzbrojenia dla ponad 20.000 powstańców. Teoretycznie możliwe, ale praktycznie niespełnialne. Oczekiwanie zwiększenia liczby samolotów służących przerzutowi broni z Włoch do Polski było poza możliwościami armii brytyjskiej. Wystarczy przyjrzeć się skali strat, jakie notowano w powietrznych konwojach, a także niskiej skuteczności zrzutów docierających do Warszawy z tego kierunku. Równie nierealne było oczekiwanie na zrzut Brygady Spadochronowej gen. Sosabowskiego. Może, gdyby dowódcy armii brytyjskiej znaleźli się na miejscu dowódców Armii Krajowej taką decyzję by podjęli. Brygadę wystawiono na rozstrzelanie w powietrzu w operacji Market Garden pod Arnhem. Losy Brygady byłyby w Warszawie identyczne. Może tylko waleczny i niepokorny generał Stanisław Sosabowski nie byłby tak przez swoich poniżony, jak to uczynili angielscy sojusznicy.
Pomoc z kierunku wschodniego była możliwa, ale nad jej rozmiarami ciążyły polityczne wzajemne uprzedzenia. Wydaje się przy tym, że dowództwo radzieckie nie przywiązywało znaczenia do ewentualnych militarnych sukcesów Powstania. Można się z takim poglądem zgadzać lub nie, ale naprzeciw Armii Czerwonej nie przestały stać doborowe jednostki armii niemieckiej, które musiały być pokonane przed wejściem Rosjan do Warszawy niezależnie od wyników walk powstańczych. Wszak nie jest tajemnicą, że do walki z powstańcami Niemcy skierowali głównie siły policyjne i degeneraci różnej maści. Operacja warszawska wymagała przygotowania. Wiadomo czym skończyła się nieprzygotowana próba uchwycenia przyczółków na zachodnim brzegu Wisły przez 3.p.p. im. Romualda Traugutta z I Armii Wojska Polskiego. Skończyła się śmiercią ok. 3.500 żołnierzy, którzy nie mieli doświadczenia w walkach w mieście, a także nie mogli liczyć na skuteczne wsparcie artyleryjskie i logistyczne odpowiednie do panujących wówczas warunków. W odniesieniu do tej akcji mieliśmy do czynienia z działaniem wbrew rozkazom armijnym radzieckim, które nakazywały przygotowanie do zajęcia przyczółków, a nie jej wykonanie. Tak ten problem przedstawił płk. dypl. Stanisław Szulczyński uczestnik tych wydarzeń.(Art. „Z pomocą obrońcom Przyczółka Czerniakowskiego” WPH Nr 3-4 z 1995 r.).
Czemu mogła służyć pomoc aliantów? To kolejne pytanie. Miała służyć wydłużaniu walk powstańczych i potwierdzać zdecydowanie w walkach z Niemcami. Musiała też, niezależnie od woli oczekujących pomocy, służyć rozszerzaniu skali zniszczeń w infrastrukturze miasta i powiększaniu strat ludności cywilnej. Dowództwo Armii Krajowej jak miało odwagę podjąć decyzję o wybuchu Powstania, tak nie miało odwagi i mądrości, by w beznadziejnej sytuacji zdecydować o kapitulacji. Nie może w tej sprawie mieć znaczenia decyzja Hitlera o zmieceniu Warszawy z powierzchni ziemi w odwecie za wybuch Powstania.
W dyskusji uczestników telewizyjnego spotkania pojawił się również wątek społecznego programu, który miało przynieść Polakom zwycięstwo Powstania. Wymieniano tu reformę rolną, równość stanów i szereg innych. Mam wątpliwości, na ile te hasła skutecznie dotarły do walczących powstańców, którzy mieli do pokonania wiele przyziemnych przeszkód. Ale jeśli nawet mieli czas się nimi przejąć, to byłoby uczciwie w publicznej dyskusji powiedzieć, skąd w programie rządu londyńskiego i części partii oraz stronnictw politycznych tworzących ten rząd takie hasła się wzięły. Brakło takiego komentarza. Dodać więc wypada, że hasła te pojawiły się pod wpływem haseł Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego, określanego agendą Moskwy. Atrakcyjność tych haseł dla prostych ludzi groziła odwróceniem się społeczeństwa od idei Polski przedwrześniowej i powszechnym wsparciem nadchodzącej lewicy. Stąd tak radykalna zmiana akcentów w programie rządu londyńskiego. Być może część uczestników dyskusji ma wiedzę na temat zmodyfikowanego stanu świadomości powstańców w tej materii i dlatego eksponowała te przesłanki walki powstańców. Można też je uznać za przymiarkę do wytworzenia nowego, dotychczas nie eksponowanego mitu Powstania.
Ocena Powstania Warszawskiego jest i będzie trwała wiele kolejnych lat. Ale nie czyńmy z kierownictwa Armii Krajowej i dowódców Powstania Warszawskiego bohaterów zasługujących na spiż. Nie czyńmy z nich wykonawców woli rządu londyńskiego, bo to nie rząd londyński podjął decyzję o wybuchu Powstania. Dowództwo Armii Krajowej uzyskało pełną swobodę w decydowaniu o sprawach krajowych, a więc i o tym czy powstanie ma wybuchnąć czy też nie. Nie każmy dostrzegać w ścisłym dowództwie AK wybitnych strategów, bo nimi nie byli. W ciągu do wybuchu powstania byli tak zaczadzeni, że zlekceważyli wiedzę wybitnych wojskowych, a także informacje posiadane przez podporządkowane im służby wywiadu.
Z całą mocą podkreślajmy bohaterstwo i wierność przysiędze żołnierzy- powstańców i niewypowiedzianą ofiarę ludności cywilnej, na którą była ona skazana przez ludzi, którzy zgotowali naszej stolicy i jej mieszkańcom los niemający precedensu w świecie.
Mówi się dziś o moralnym zwycięstwie Powstania, by utrwalać niezasłużony mit wielkości ścisłego kierownictwa Powstania Warszawskiego z gen. Borem Komorowskim na czele. Nikt dokładnie nie sprecyzował co należy rozumieć pod tym pojęciem (cokolwiek by to miało oznaczać), w warunkach totalnej klęski Powstania w każdym jego elemencie. Tam, gdzie rozum nie jest w stanie odpowiedzieć, musi się pojawić wiara, wiara w niemożliwe, która jest głucha na rzeczowe argumenty. Wtedy pojawiają się obłędne określenia. „Moralne zwycięstwo” do takich należy. W takie zwycięstwo Powstania mamy wierzyć.

                                                                                                                                             Józef Stec

Polecam lekturę książki „Made in Poland” –opowieść Stanisława Likiernika- żołnierza KEDYWU AK Wyd., Wielka Literatura 2015