Józef Habdas ps. „Kwaśny”

J. Habdas ps. Kwaśny

J. Habdas ps. Kwaśny

To niewątpliwie barwna i intrygująca postać, która szczególnie zapisała się w pamięci mieszkańców naszego regionu jako ta, która związana była z antyhitlerowskim ruchem oporu w okresie okupacji niemieckiej. Józef Habdas to człowiek, którego działania nie są oceniane jednoznacznie pozytywnie. Poznanie jednak jego faktycznej, a nie opartej na szeptanych informacjach działalności nakazuje podjęcie próby spisania losów tego człowieka, który dla jednych był i jest przykładem bezpardonowej walki z Niemcami, walki dostępnymi środkami, a dla innych był rodzajem lekkoducha, awanturnika, obiboka, wreszcie człowieka nieliczącego się z negatywnymi skutkami jego działalności dla innych osób. A były to, czego nie można przemilczeć, często osoby przypadkowe, które nie zawsze w sposób zamierzony znalazły się w kręgu zbliżonym do Józefa Habdasa. Jedno wydaje się, na pierwszy rzut oka dość pewne: grupa sceptycznie odnoszących się do działalności Habdasa wydaje się liczniejsza. Rodzi się zatem pytanie czy opiera ona swoje sądy na faktach, czy powiela opinie wypowiedziane przez jego przeciwników, czy, jak kto woli, krytyków.
Każdego człowieka kształtują okoliczności, warunki w jakich wzrasta, w jakich wkracza w dorosłe życie. Nic bowiem nie dzieje się bez przyczyny. Tak te zależności ujął Józef Piłsudski. Prześledźmy zatem

Dom Józefy Habdas obecnie

Dom Józefy Habdas obecnie

koleje losu Józefa Habdasa i spróbujmy się upewnić, czy nasze wcześniejsze przekonania o jego zaletach i przywarach są sprawiedliwe.Józef Habdas urodził się 2. lutego 1908 r. w Mesznej jako syn Michała i Rozalii z domu Kaczmarczyk. Ojciec pochodził z Lesnej k. Żywca, zaś matka z Międzybrodzia. Lata dziecięce i młodzieńcze Józef Habdas spędzał w Bystrej pod numerem domu 120, tuż przy granicy z Meszną. Dom położony był pod lasem, a wokół niego rozpościerały się pola uprawne i łąki a także las, przynależne do gospodarstwa. Gospodarstwo mogło być zaliczone do średnio obszarowych. Hodowano bydło i trzodę. Nie jest wykluczone, że w gospodarstwie był również koń, choć nie ma co do tego całkowitej pewności. Nie ulega wątpliwości, że siedlisko było położone w miejscu niezwykle malowniczym. Rozpościerał się stąd krajobraz Mesznej, Bystrej i Wilkowic. Z tego miejsca widoczne są szczyty Babiej Góry, Pilska i Magurki. Choć to może stwierdzenie nazbyt romantyczne,

Bracia Józef i Bronisław Habdasowie

Bracia Józef i Bronisław Habdasowie

można chyba powiedzieć, że miejsce rodzinnego gniazda miało znaczenie dla ukształtowania wspominanej niezależności, poczucia swobody, fantazji i góralskiej pogardy dla pokory, a jednocześnie spontaniczności. Nie był Habdas człowiekiem wykształconym. Prof. Rechowicz pisał, że Józef ukończył „… tylko cztery klasy szkoły podstawowej”.
Józef Habdas miał dwóch braci Bronisława i Edwarda. Ojciec był wziętym kamieniarzem, który specjalizował się w kamieniarstwie budowlanym, a głównie w wykonywaniu posadzek  i okładzin kamiennych. Było to zajęcie wymagające siły fizycznej zwłaszcza, jeśli wziąć pod uwagę posadzki wykonywane z kruszywa marmurowego i granitowego, które trzeba było wyrównywać i szlifować ręcznie. Józef z oczywistych względów stał się uczniem swego ojca w zawodzie. W tamtym czasie robót wymagających tej specjalności w zasadzie nie wykonywano w naszym regionie, bo były to prace wymagające znacznych nakładów pieniężnych. W naszych okolicach ludzi na nie nie było stać. Dlatego Habdasowie wędrowali po budowach od Bielska i Białej począwszy, poprzez Lublin Warszawę i Nowy Sącz odpowiadając na zgłaszane zamówienia. Gdy

Edward Habdas

Edward Habdas

zamówień zabrakło pracowali w gospodarstwie. Czy zatem można z czystym sumieniem powiedzieć, że Józef Habdas nie poznał smaku ciężkiej pracy i to od wczesnych młodzieńczych lat? Czy pracy nie podejmował, bo nie miał na nią ochoty, czy też nie pracował w swoim zawodzie, bo zabrakło zamawiających? Gdyby żył w dzisiejszych czasach zalecilibyśmy mu przebranżowienie się, zdobycie drugiego zawodu, choć w czasie kryzysu gospodarczego wielozawodowość nie gwarantowała pracy. Józef Habdas był postacią charakterystyczną. Mierzący 204 cm wzrostu, przystojny, wesoły, otoczony szacunkiem nie tylko ze względu na uprawiany zawód, wspomniane cechy zewnętrzne, ale również ze względu na siłę fizyczną, której używał w miarę potrzeb. A te nadarzały się często jako, że był bywalcem wielu zabaw tanecznych, które w czasach jego młodości

Odznaka OMTUR

Odznaka OMTUR

odbywały się często i bez specjalnych okazji. Potrafił się bawić, bo miał pogodne usposobienie. Miał powodzenie u panien, które nie odmawiały mu tańca nie tylko dlatego, że był ujmujący w obejściu, ale też w trosce o trwanie zabawy. Odmowa przyjęcia zaproszenia do tańca nie była przez Józefa mile widziana. Często stawała się okazją do „rozgonienia” zabawy. Tak nazywano u nas zamieszanie, po którym pozostawało tylko ogłosić zakończenie zabawy i ogarnąć poszkodowanych. W czasie swych młodzieńczych przygód był stanowczy i lubiący trudne wyzwania, gdzie nie było miejsca na kiepskie kompromisy. Te cechy stały się cenne w trudnym czasie potyczek na tle politycznym w późnych latach trzydziestych XX wieku, gdy przyszło mu osłaniać słuchaczy zgromadzonych na inauguracyjnym spotkaniu Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego i ich gościa –Józefa Cyrankiewicza przed bojówką endecką. Również w latach okupacji Józef nie jeden raz stawał przed trudnym wyborem wyjścia ze skomplikowanych sytuacji.
We wczesnych latach trzydziestych ub. wieku związał się nieformalnie, z Anną Kania, urodzoną 8. maja 1911 r. córką Andrzeja i Marianny z d. Mędrzak, pracownicą zakładów lniarskich braci Deutschów, które w roku 1935 przekształciły się w Zakłady Przemysłu Lniarskiego „Lenko”, co było związane ze zmianami kapitałowymi i fuzją firm Schneindra i braci Deutschów. Z tego związku w roku 1934 przyszła na świat córka Józefa, która była jedną z dwóch córek Józefa Habdasa. Początkiem roku 1936 Józef Habdas i Anna Kania zawarli związek małżeński. Fakt ten została zapisany w Liber copulatorum parafii buczkowickiej pod poz. 14.

Anna Habdas

Anna Habdas

Świadkami na ślubie zawartym w kościele parafialnym w Buczkowicach byli Stanisław Maślankaz Mesznej i Antoni Kwaśny- powinowaty po stronie matki Józefa Habdasa. Trzeba w tym miejscu dodać, że Stanisław Maślanka, powojenny sołtys Mesznej był przyjacielem Józefa, a jak czas pokazał, również jego rodziny. Zawarcie małżeństwa w obrządku rzymskim w polskich warunkach poprzedzane jest głoszeniem tzw. zapowiedzi przez trzy kolejne niedziele. Ogłoszenia – zapowiedzi, spełniają role informacji na rzecz parafian o zamiarze zawarcia małżeństwa. Ma to służyć ujawnieniu ewentualnych przeszkód wykluczających zawarcie związku. W sytuacji Józefa Habdasa publicznie została wygłoszona tylko jedna zapowiedź. By tak się stało Kuria biskupia krakowska udzieliła w dniu 18.lutego 1936 r. tzw. dyspensy na mocy której możliwe było odstąpienie od głoszenia kolejnej zapowiedzi. W Buczkowicach zapowiedzi nie były ogłaszane ze względu na decyzję starostwa z 21. lutego 1936 r., na mocy której ksiądz z Buczkowic został z tego obowiązku zwolniony decyzją administracyjną. Przytoczenie tych faktów dość nietypowych jak warunki kościelne i zbieżność stanowiska kurii biskupiej oraz starostwa w sprawach zwolnień od głoszenia zapowiedzi może dowodzić, że nie można wykluczyć nieformalnych nacisków na przyszłych nowożeńców, by związek małżeński zawarli. Przemawiałoby za tym posiadania dziecka z nieformalnego związku i dość fundamentalistyczne stanowisko w takich sprawach ówczesnego proboszcza parafii buczkowickiej ks. Kazimierza Majgiera. Jest to jednak tylko spostrzeżenie, hipoteza, której nie można stanowczo potwierdzić. Wydaje się ona jednak wysoce prawdopodobna, jeśli uwzględni się postawę ks. Majgiera w podobnych sprawach.
W takich okolicznościach Habdasowie zamieszkali w Buczkowicach. Trzeba dodać, że Anna Habdas nie miała szczęśliwego dzieciństwa. Wcześnie odumarli ją rodzice, tak że od wczesnej młodości mieszkała przysłowiowym „kątem” u swych krewnych. Nie było to rozwiązanie mile wspominane. Po zamęściu mogła liczyć na wsparcie męża, jeśli w domu przebywał. A różnie z tym bywało. Bo przytrafiały mu się różne

Józefa Habdas, zamężna Bomska

Józefa Habdas, zamężna Bomska

przypadki na przykład z policją, w wyniku których został skazany na dziewięciomiesięczne więzienie. Były też dłuższe okresy w czasie robót w odległych miejscowościach. Dlatego Habdasowie wzięli się za

Dom Józefa Habdasa w kwietniu 2015r.

Dom Józefa Habdasa w kwietniu 2015r.

budowę niewielkiego domu w Mesznej, na parceli zakupionej w sąsiedztwie dzisiejszej ulicy Bór, a z dala od gospodarstwa rodziców Józefa. W chwili wybuchu wojny w domu wykończona była tylko jedna izba, choć, jak na ówczesne warunki, dość obszerna. Pozostała część budynku była w stanie surowym. Jedną z pierwszych rzeczy wykonanych przy budynku był pokaźny gołębnik, gdzie gospodarz hodował liczną gromadę tych ptaków. Gołębie były okazją do wielu towarzyskich spotkań, które z czasem przeradzały się w spotkania ludzi o zblizonych poglądach politycznych i były pretekstem do wędrówek między przyjaciółmi.
Latem 1939 r. Józef Habdas otrzymał wezwanie mobilizacyjne w czasie, gdy pracował w Warszawie. Został wcielony do artylerii lekkiej. Ponieważ rzecz działa się w Cieszynie można z pewnością stwierdzić, że był to oddział artylerii pułkowej 4. Pułku Strzelców Podhalańskich, dowodzonego przez ppłk dypl. Bronisława Warzyboka. Pułk ten wespół z innymi oddziałami współtworzył 21. Dywizję Piechoty Górskiej, dowodzoneą przez gen. Józefa Rudolfa Kustronia. Idąc dalej, Józef Habdas wchodził w skład Grupy Operacyjnej „Bielsko” dowodzonej przez gen. Mieczysława Borutę- Spiechowicza i Armii Kraków, której dowódcą był gen. Antoni Szyling. Losy wojenne Habdasa w kampanii wrześniowej wiązały się z kampanią wymienionych formacji z tym jednak, że dostał się on do niewoli. Nie znamy okoliczności w których to się stało. Uciekł z więzienia(?) w Krakowie lub obozu jenieckiego(?), w którym został osadzony i w październiku 1939 r. powrócił do Mesznej. Zaczęła się okupacyjna rzeczywistość. Habdas nie podjął pracy, bo w swoim zawodzie nigdy nie pracował wedle wyznaczanego mu porządku. Sam był organizatorem swojego czasu w pracy.
Z kolei Niemcy wprowadzili obowiązek pracy. Każdy uchylający się od jego wypełniania podlegał sankcjom karnym. W tych warunkach było aż nadto oczywiste, że zacznie się polowanie na uchylającego się od pracy, które polegało na częstych wizytach policji przede wszystkim w miejscu zamieszkania. Nasilenie tego rodzaju „wizyt” nastąpiło od lipca 1940 r. Prof. Henryk Rechowicz pisał, że zapamiętanych zostało 11 takich nękających odwiedzin. By uniknąć ryzykownych ucieczek z domu podczas policyjnych lustracji, Habdas wykonał ziemiankę pod podłogą jedynej izby w swoim domu . Wejście do niej maskowane było czymś w rodzaju chodnika –„derki”, na której były ustawiane naczynia, kosze i inne sprzęty domowe. Tak urządzony gospodarski kącik doskonale maskował wejście do schowka. Poza tym można było w bardzo krótkim czasie otworzyć wejście do kryjówki i równie szybko go zamaskować. Niezależnie od tego, okna domu wychodzące w stronę drogi (na południe) były szczelnie zasłonięte grubymi kocami, by uniemożliwić wgląd do izby szpiclom, których nie brakowało. Niemal w bezpośrednim sąsiedztwie domu Habdasów mieszkała jedna z rodzin volksdeutscherskich, której dociekliwość była aż nadto widoczna. W domu tej rodziny wypowiedziane były słowa: „Was [Polaków] będą bić na krzyże, a nam będą dawać krzyże”. Wgląd do izby umożliwiłby też identyfikację osób, z którymi Habdas był w kontakcie, i które stanowiły potem trzon jego oddziału partyzanckiego. Obecnie w miejscu wejścia do ziemianki stoi obszerna szafa.
Niemożliwe było jednak przyjęcie założenia, że kryjówka nigdy nie zostanie odkryta. Dlatego Habdas las uczynił swoim domem. Nie było to dla niego trudne. Często tam przebywał w dzieciństwie i wczesnej młodości. W naturalny sposób zaczęli się przy nim skupiać mężczyźni, którzy podobnie jak on nie chcieli pracować dla okupanta. Przydatni stali się również przyjaciele, którzy udzielali mu schronienia, gdy był w potrzebie. Intensywne poszukiwania pasożyta odmawiającego świadczenia pracy nie przynosiły Niemcom rezultatu. Stawiało to policję pod wzmożoną presją władz okupacyjnych. W początkowym okresie istnienia grupy mężczyzn uchylających się od pracy na rzecz okupanta nie miała ona na swoim koncie działań zbrojnych. Wynikało to z faktu, że ludzie ci nie mieli wyraźnego politycznego szyldu. Byli grupą zbuntowanych, którzy wśród części mieszkańców byli nazywani nierobusiami, czyli ludźmi niechętnie pracującymi. W ślad za nimi szła też opinia drobnych kombinatorów. Niektórym przypinano łatkę złodziejaszków uzasadnianą tym, że jeśli nie pracowali, to nie mogli mieć tzw. kartek na żywność, a przecież żyli. Na pewno musieli „organizować” żywność. Nie można wykluczyć, że w początkowym okresie istnienia tej grupy takie przypadki mogły mieć miejsce. Mówią o tym nawet członkowie rodzin niektórych buntowników. Ale też jest niezbitym faktem, że owi buntownicy nigdy nie zrywali kontaktów ze swymi rodzinami, które niosły im skuteczną pomoc. Trzeba bowiem uwzględnić, że więzy przyjaźni zawiązane jeszcze przed wojną zwłaszcza jeśli chodzi o Habdasa, zaczęły przynosić owoce w postaci ograniczania nieprzyzwoitych sposobów aprowizacji. Oddział zaczął tworzyć sieć współpracowników, którzy w sposób półlegalny zapewniali mu zaopatrzenie. Jednym z takich ogniw był np. Józef Sternal z Buczkowic, który zapewniał dostawy mięsa z pokątnego uboju, a także pierwsze egzemplarze broni. Handel mięsem jakim trudnił się przed wojną Sternal, a także dobra znajomość z Habdasem dawały pewność rzetelnej współpracy. Położenie budynku Sternala poza strefą zabudowań, bliskość lasu i potoku stwarzały warunki dla bezpiecznego kontaktu. Do tego dochodziła pomysłowość samego gospodarza domu, który urządził niewielki magazyn broni w ślepej studni, która, zlokalizowana przy narożu budynku była tak doskonale zamaskowana, że nie została odkryta w czasie gruntownej rewizji. To tylko jeden z przykładów zorganizowanego zaplecza zaopatrzeniowego oddziału. Takich punktów musiało być więcej, bo nikt nie miał wątpliwości, że ich istnienie jest tylko czasowe. By tak było starała się policja i konfidenci, których nie brakowało, zwłaszcza wśród miejscowych volksdeutscherów. Ci starali się przysłużyć okupantowi. Zdarzały się też sytuacje przymusowe, takie, jak na przykład szycie Habdasowi butów w ekspresowym tempie przez szewca Zielińskiego (przy dzisiejszej ulicy Kasztanowej 198) w obecności „zamawiającego”. To były przypadki wyjątkowe spowodowane sytuacjami przymusowymi. Bo jak wędrować w rozpadających się butach? Habdas i jego przyjaciele skutecznie unikali łapanek i obław, których finałem na początku wojny mogło być w najlepszym przypadku zesłanie na roboty przymusowe, lub uwięzienie w którymś z istniejących wtedy na terenie Niemiec obozów koncentracyjnych. Wymykanie się Habdasa z zastawianych pułapek pogłębiało frustrację policji. W tej sytuacji, mimo zaawansowanej ciąży, Anna Habdas oskarżona o celowe utrudnianie działań policji poprzez zatajanie miejsca pobytu męża, została aresztowana. Stało się to w sierpniu 1940 r. Miesięczny pobyt w więzieniu w jej stanie sprawił, że urodzona 17. listopada 1940 r. córka Bronisława wiele chorowała.Aresztowanie żony nie spowodowało zmiany postawy Józefa Habdasa. Nadal się ukrywał, a grono skupionych wokół niego przeciwników pracy pod przymusem rosło. Świadome swej porażki policja i władze niemieckie postanowiły więc zwrócić swój a uwagę w stronę rodziców Józefa. Władze wiedziały bowiem, że z grupą syna współpracuje ojciec rodziny Habdasów- Michał, a także brat Józefa Bronisław.

Fragment domu Maślanków

Fragment domu Maślanków

Policyjny nalot na siedlisko rodziny w Bystrej wczesnym latem 1941 r. zakończył się podpaleniem zabudowań. Pożar pochłonął zwierzęta gospodarskie, których nie można było wyprowadzić, bowiem Niemcy strzegli pożaru, zadbali, by nic nie mogło zostać uratowane. Matka Józefa przed podpaleniem budynku była w domu sama. Z przerażeniem wybiegła z sieni boso, ubrana tylko w to, co ubierała na co dzień. Musiała patrzeć na tragiczne skutki pożaru, który pochłonął dorobek życia całej rodziny. Ogromu nieszczęścia nie zdołała unieść. Dostała obłędu. Świadkami tej „wzorcowej” akcji terrorystycznej był Michał Habdas z synami. Widzieli pożar z pobliskiego lasu, w którym byli ukryci. Nie mieli żadnej możliwości ratowania dobytku. Budynek płonął wysoką pochodnią. Zgorzał do fundamentu; przestał istnieć. Świadkiem tej tragedii był dziesięcioletni wówczas Franciszek Maślanka, którego dom znajduje się do dziś w odległości około 150 metrów od zabudowań Habdasów. Trzeba dodać, że Franciszek był kuzynem Stanisława Maślanki- tego samego, który był świadkiem na ślubie Józefa i Anny Habdasów.Taki bieg wypadków utwierdzał w Habdasach wolę nie tylko wodzenia hitlerowców na przysłowiowy nos ale wolę zbrojnego rozprawiania się z nimi przy każdej nadarzającej się sytuacji. Chodziło te o to, by utrzymywać Niemców w nieustającym stanie gotowości do szybkiej reakcji na partyzanckie akcje. Ten zamiar był spełniany każdego dnia powodując u Niemców ciągłe napięcie i oczekiwanie, z której strony i o jakiej porze staną się obiektem ataku partyzanckiego. Ten ciągły stan podwyższonej gotowości był dla Niemców wyczerpujący, zwłaszcza że ruchliwość oddziału doskonale znającego tereny leśne była imponująca, choć również dla niego wyczerpująca. Oddział musiał pokonywać najczęściej nocą wiele kilometrów, by w coraz to nowym miejscu się pojawiać i nowymi akcjami siać zamęt w niemieckich szeregach.
W początkowym okresie działalności grupy partyzanckiej nie miała ona żadnego politycznego szyldu. Byli w niej ludzie sprzeciwiający się niemieckim porządkom, a zwłaszcza przymusowi pracy. Byli to ludzie, którzy mieli świadomości, że odmawiając świadczenia pracy mieli tylko jedno wyjście. A było nim pozostawanie w ukryciu. Alternatywą były wspominane wcześniej roboty na zesłaniu lub obóz. To nie oznacza, że Habdas, a także większość skupionych wokół niego ludzi nie miała swoich sympatii politycznych. Z całą pewnością nie były to sympatie prawicowe. Fakt istnienia ruchliwej grupy partyzanckiej nie uszedł uwadze lewicowych działaczy powstałej w styczniu 1942 r. Polskiej Partii Robotniczej. Powstanie tej partii dziś określanej mianem agentury radzieckiej było wydarzeniem zbieżnym z sytuacją wojenną na wschodnim froncie. Bieg spraw wojennych wskazywał na zbliżającą się klęskę hitlerowskich Niemiec i decydującą rolę Związku Radzieckiego w przybliżaniu tej klęski. PPR była politycznym odmieńcem, bo nie podzielała stanowiska rządu londyńskiego, które nie uwzględniało realiów wojny i traktowania sprawy polskiej przez zachodnie kraje koalicji antyhitlerowskiej jako sprawy mało istotnej, a nawet kłopotliwej w stosunkach wewnątrz tej koalicji. Obecnie eksponowany jest fakt powstawania w oparciu o PPR tzw. kół przyjaciół Związku Radzieckiego, co ma utwierdzać tezę o agenturalności członków tej partii. Nie znajdujemy natomiast próby racjonalnego, pozapolitycznego wytłumaczenia tych faktów. Jest jasne, że idee polityczne stały u podstaw powstawania tych kół. Ale były też i inne przesłanki, by je tworzyć. Nie można bowiem pomijać faktu, że nadzieje na nadejście wojsk zachodnich aliantów z odsieczą Polsce były całkowicie nierealne. Alianci zachodni oszczędzając własne siły wspierali Związek Radziecki w jego wojennych wysiłkach. Sami nie kwapili się nawet wyzwalać swoich terytoriów okupowanych przez Niemcy uznając, że nie mają szans na ich wyrwanie spod okupacji. Czy zatem irracjonalne było tworzenie w Polsce struktur, które miały sprzyjać wkraczającym w przyszłości na ziemie polskie wojskom radzieckim, które miały wszelkie możliwości Niemców zniszczyć? Czy też bardziej sensowne było utrzymywanie w umęczonym narodzie przekonania, że nadchodzące ze wschodu hordy należy uważać za potencjalnego drugiego wroga, jak to widziały emigracyjne koła w Londynie i podgrzewać nieobce w Polsce i w dużym stopniu historycznie uzasadnione nastroje antybolszewickie? Wojna kieruje się swoimi okrutnymi prawami. Kto w czasie jej trwania, choć z oporami nie toleruje zwycięzcy, ten jest jego wrogiem, którego należy unicestwić. To, jak się wydaje, jest jedno z takich praw. Kto go nie docenia i nie dostrzega, przegrywa podwójnie. Eksponowanie antyradzieckich nastrojów w umęczonym narodzie w chwilach zwycięskiego marszu Armii Czerwonej ku Zachodowi musiało oznaczać ni mniej ni więcej, jak stawianie narodu w otwartej opozycji do działań Związku Radzieckiego- jednego z państw koalicji antyhitlerowskiej i to tego, który skutecznie wymiatał niemieckiego okupanta z polskiej ziemi. Tworzenie w Polsce opozycji antyradzieckiej w czasie trwającej wojny musiało być przez Związek Radziecki traktowane na równi z obecnością wrogich sobie sił. Że tak było świadczy rozprawa ze zbrojnymi oddziałami Armii Krajowej, które realizowały akcję „Burza” w pełnym jej  militarnym i politycznym wymiarze. Nadto, nad całością wydarzeń w tamtym czasie ciążyły ustalenia przywódców państw koalicji w sprawie podziału stref wpływów w Europie. Ustalenia te praktycznie wykluczały możliwość jakiejkolwiek interwencji państw zachodnich w rozwój spraw na ziemiach etnicznie polskich. Uwzględnienie tych okoliczności, połączone z motywacją ideologiczną, jak sądzę leżało u podstaw tworzenia struktur organizacyjnych, które powinny zapobiegać powstawaniu dalszych strat po polskiej stronie.Tolerowanie zwycięzcy nie oznacza zgody na jego obecność, ale chroni, przed krokami nierozważnymi, nieuwzględniającymi realiów. Chroni najważniejsza substancję narodu-człowieka. Działaczom PPR, niezależnie od działalności politycznej przyświecała również myśl zbrojnej walki z Niemcami. Dlatego powołana została do życia Gwardia Ludowa, przekształcona z czasem w Armię Ludową, którą określano mianem zbrojnego ramienia tej partii. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na fakt, że ta nowo powstała formacja nazywana jest pejoratywnie wojskiem partyjnym. Jest to niewątpliwie określenie prawdziwe i mogłoby być rozumiane jako negatywne, gdyby podobnymi oddziałami zbrojnymi nie dysponowały inne partie polityczne jak Narodowa Demokracja (endecja) czy ludowcy. Bo czymże były np. Bataliony Chłopskie czy oddziały skupione wokół odłamów endecji? W naszym regionie nazwiska związane z PPR to Leon Lasek Stanisław Bularz, Józef Maga, Alojzy Sikora, Kazimierz Sumper, i inni, dziś zepchnięci w cień rozważań nad naszymi dziejami.

Józef Habdas ze swym niewielkim oddziałem został dowódcą Oddziału Górskiego Gwardii, a później Armii Ludowej. Działał w południowej części powiatu bielskiego, bialskiego, na części powiatu cieszyńskiego i żywieckiego. Został włączony w plany zamierzeń o zasięgu ponadlokalnym. Te wydarzenia zbiegły się z restrykcjami, jakie Niemcy zastosowali wobec żony i dzieci Habdasa.
W połowie roku 1942 w czasie akcji wywózek rodzin do tzw. Polenlagrów, czyli obozów dla Polaków. Anna Habdas i jej dwie córki Józefa i Bronisława zostały wywiezione do miejscowości Katscher (Kietrz) koło Raciborza. Był to Polenlager Nr 92, w którym umieszczonych było na okres przejściowym.in. 51 rodzin z Buczkowic. Nad bramą obozu, którego bazą były budynki po fabryce pluszu i dywanów umieszczony był napis „Zbuntowani Polacy przeciwko Niemcom”. Rodzina Habdasa i szereg innych, związanych bezpośrednio z Buczkowicami, znalazły się w tym specjalnym miejscu odosobnienia nie tylko w celu stworzenia warunków dla zakwaterowania przywiezionych do Buczkowic i pozostałych miejscowości w południowej części powiatów bielskiego i bialskiego niemieckich osadników, ale także dlatego, by wywołać przekonanie o nieuchronności represji wobec wyselekcjonowanej, ludności polskiej. Rodzina Habdasa jest czytelnym przykładem represyjnego charakteru wysiedlenia, bo w jej domu w Mesznej żaden bauer nie został osiedlony. Podobnym represjom poddane zostały inne rodziny m.in. z Buczkowic, które uwięziono w Polenlagrach, a ich zabudowania pozostały niezasiedlone. Przypadki te świadczą, że nie jest uzasadnione twierdzenie, jakoby wysiedlenia całych rodzin polskich w naszym rejonie podyktowane było wyłącznie potrzebą znalezienia siedlisk dla rodzin niemieckich kolonistów.

Bronisława Sromek z d. Habdas

Bronisława Sromek z d. Habdas

Rodzina przebywała w Polenlagrze przez blisko 10 miesięcy We wspomnieniach, które się  pozostały po zmarłej Annie Habdas, pobyt w Polenlagrze nie był określany jako tragicznie trudny. Przyczyn tego stanu należy się doszukiwać w tym, że Anna była skierowana do pracy w gospodarstwie rolnym sąsiadującym z obozem. W nowym miejscu, mając pod opieka dwójkę dziewcząt, nie pracowała w polu, a najczęściej zajmowała się robotami na drutach. Dziergała skarpety, rękawice i inne elementy odzieży. Właścicielem gospodarstwa była kobieta, która nie głodziła matki i jej dzieci. Tak zarysowany obraz pobytu w Polenlagrze odbiega dość zasadniczo od tego, który wynikał z relacji innych więźniów. Bronisława Sromek-córka Józefa Habdasa wspomina, że w obozie przebywały w tym samym czasie rodziny Pezdów i Przybyłów ze Szczyrku. Z pierwszej z nich wywodzi się Jarzy Pezda-znany kamieniarz, zaś w drugiej ma swe korzenie Józef Przybyła, znakomity skoczek narciarski.
Po wspomnianych 10 miesiącach Anna Habdas została wywieziona najprawdopodobniej na Pomorze. Dziś nikt nie wie, gdzie rodzina przebywała, a późniejsze poszukiwania śladów pobytu, prowadzone na Pomorzu Zachodnim, zakończyły się niepowodzeniem. Nie można wykluczyć, że Anna Habdas ze swymi dziećmi została wywieziona do Północnych Niemiec, lub do Prus Wschodnich. Takie były rejony, w których pracowali buczkowiane wywożeni z obozu. Początkiem roku 1943, gdy Habdasowa kierowana była w docelowe miejsce pobytu po obozie, córka Józefa liczyła sobie 9 lat, a młodsza Bronisława miała niespełna 3.lata. Matka (33 lata) i dwoje dzieci to był cenny nabytek dla pomnażania sił III Rzeszy. Obraz rodziny Józefa Habdasa jaki wyłania się z zestawienia tych faktów wskazuje, że począwszy od połowy roku 1942 bezpośredni jego kontakt ze swymi najbliższymi był po prostu niemożliwy ze względu na odosobnienie żony i dzieci w obozie w Kietrzu, a potem w miejscu, którego nie można dziś wskazać. Nie zachowały się żadne wspomnienia o tym, by w czasie pobytu w Polenlagrze doszło do odwiedzin Józefa u swych najbliższych, choć takie były teoretycznie możliwe. Skłaniać się raczej należy ku temu, że widzenia nie miały miejsca. Habdas jako poszukiwany, byłby niewątpliwie ujęty w czasie takiej wizyty. To, że Habdas utrzymywał kontakty z rodziną zostało potwierdzone. Był to jednak kontakt listowny i to nie bezpośredni. Małżonkowie korzystali z pośrednictwa krewnych Anny, Julii i Antoniego Kaniów z Buczkowic. Tą drogą mógł również wspierać swych najbliższych czy to odzieżą czy np. żywnością, chociaż na brak tej ostatniej uwięzione jak już wspomniano, nadmiernie nie narzekały. Dostarczanie zaś do obozu kartek żywnościowych, o czym pisał w swoim czasie prof. Henryk Rechowicz było mało prawdopodobne choć możliwe jeśli zważyć, że konfiskata transportu takich kart w drodze do Urzędu Gminy w Szczyrku była dziełem Habdasa i jego ludzi.
Wszystko, co zostało powiedziane o rodzinie Józefa Habdasa obrazuje bardzo skomplikowane życie rodzinne. Można nawet mieć zasadniczą wątpliwość, czy krótkotrwałe pobyty w domu w Mesznej, gdy żona z dziećmi tam przebywała, można nazwać namiastką życia rodzinnego. Od osadzenia żony w obozie w Kietrzu obcowanie z rodziną stało się niemożliwe. Józef Habdas został sam ze swymi „leśnymi” przyjaciółmi, zaciekle tropiony przez miejscową policję i jej głównego bohatera o nazwisku Lasik vel Lacik.
W połowie roku 1942 Habdas liczył sobie 34 lata.

Partyzanckie życie, ciągłe ukrywanie się przed węszącą wszędzie żandarmerią niemiecką i gestapo nakazywało posługiwanie się pseudonimem. Podobnie było z członkami jego oddziału. Habdas nie przyjął pseudonimu wyszukanego. Habdas to nie Grom, nie Grzmot, nie Mściciel. On zaczął się posługiwać pseudonimem Kwaśny”. To dość popularne nazwisko, które występowało i występuje tak w Buczkowicach, jak w Mesznej, Bystrej i Wilkowicach. Nie do końca wiadomo, co zdecydowało o przyjęciu takiego pseudonimu. W roku 2008 opisując działalność zorganizowanych grup ruchu oporu antyhitlerowskiego w Buczkowicach i okolicach wypowiedziałem się za tym, że wybór pseudonimu mógł mieć związek z nazwiskiem jednego ze świadków na ślubie Habdasa, niejakim Antonim Kwaśnym. Był to powinowaty rodziny Habdasów po stronie matki Józefa. Nie natknąłem się na inną próbę wyjaśnienia okoliczności przemawiających za pseudonimem „Kwaśny”. Genezy tego pseudonimu nie wyjaśniła ostatnia żyjąca do dziś członkini Oddziału Górskiego, z która miałem okazję przeprowadzić niezwykle interesująca rozmowę 27.maja 2015 r. Nie jest również znany czas, w którym posługiwanie się pseudonimem stało się bezwzględnie obowiązujące. Wydaje się jednak, że pseudonimem posługiwano się co najmniej od chwili nadania grupie Habdasa nazwy Oddziału Górskiego G.L. Wcześniej nie było to konieczne ze względu na obszar działania grupy, a także fakt, że postać Habdasa była w naszym rejonie powszechnie znana. Używanie pseudonimu było całkowicie zbędne.
W czasie, gdy Józef Habdas został mianowany dowódcą Oddziału Górskiego Gwardii Ludowej, grupa przy nim skupionych partyzantów była nieliczna, bo liczyła zaledwie 6 osób. Z czasem jednak grono to się poszerzało, a jego działalność przybierała szersze rozmiary, stawała się dla Niemców niezwykle kłopotliwa. Reakcja Niemców stawała się coraz bardziej nerwowa. Oddział zaś miał problemy wynikające z braku broni, bez której prowadzenie jakichkolwiek działań zbrojnych nie był możliwy. Dlatego zdobycie broni stało się jednym z podstawowych zadań oddziału. Jedną z takich akcji opisali Tadeusz Sroka i Jerzy Wołczyński w roku 1969 w artykule „Ostatnia walka grupy Kwaśnego”. Józef Habdas w mundurze strażnika ochrony kolei (Bahnschutza) w towarzystwie swego człowieka zaaranżował scenę ujęcia rzekomego przestępcy, którego doprowadził do siedziby placówki straży, by podjąć czynności urzędowe, zmierzające od ukarania sprawcy wykroczenia. Po wejściu do placówki terroryzuje pełniącego służbę Bahnschutza i przy pomocy schwytanego „przestępcy” zabiera możliwą do udźwignięcia ilość karabinów i amunicji. Przestraszony śmiertelnie strażnik otrzymuje polecenie niewszczynania alarmu przez pół godziny, kiedy napastnicy zdołali już się oddalić w bezpieczne miejsce.
Z rozpoznania kontaktów Józefa Habdasa w Kalnej, Buczkowicach, Wilkowicach, w Mesznej, a także Szczyrku wyłania się obraz Oddziału Górskiego. Niewątpliwie byli w nim ludzie zaangażowani bezpośrednio w prowadzeniu akcji przeciwko obiektom, agentom gestapo i policji, czy dla prowadzenia akcji o charakterze terrorystycznym szczególnie w obiektach urzędowych. Tę grupę tworzyli ludzie młodzi. Drugą część oddziału stanowiły osoby, które w takich akcjach nie brały bezpośrednio udziału, ale zapewniały bezpieczne schronienie z miejscami do odpoczynku, schowkami na broń, lub współpracujące w zaopatrzeniu w żywność dzięki posiadanym kartkom żywnościowym. W tej grupie mieściły się też osoby spełniające rolę łączników przekazujących informacje i rozkazy ze szczebla wyższego, dostarczające żywność i amunicję do miejsc bazowania grupy operacyjnej oddziału w kryjówkach leśnych, jeśli oddział musiał przeczekać działania policyjne. Zwrócenie uwagi na te oczywiste, jak się wydaje, okoliczności ma znaczenie dla oceny liczebności oddziału. Jeśli mówi się w różnych publikacjach o sześciu osobach wchodzących w skład oddziału, to ma się na względzie przede wszystkim grupę, która stanowiła trzon oddziału, wokół którego rozrastało się jego otoczenie nie tylko zwolenników, ale w dosłownym słowa tego znaczeniu, członków oddziału, którzy mieli do wykonania poza bojowe zadania. Trzeba też zauważyć, ze w skład oddziału wchodzili członkowie pracujący zawodowo. Oni najczęściej spełniali pozaoperacyjne zadania, ale w czasie, gdy taka potrzeba wyniknęła, czynnie włączali się do akcji zbrojnych. Że tak się sprawy miały świadczy przykład rodziny Koniorów z Kalnej, z której dwaj członkowie oddziału służyli w grupie bojowej, a głowa rodziny Józef Konior ps. „Krępy” pracował w Żywcu na kolei, zaś zamężna córka Józefa ps. „Józa” spełniała role łączniczki. Strych ich domu położonego na uboczu był miejscem odpoczynku powracających z akcji partyzantów, oraz miejscem, przechowywania broni. Tu Habdas spędzał w dzień wiele czasu, podczas, gdy partyzanci po nocnej akcji szli do pracy w zakładach. O tych pobytach dowódcy mówiła Matylda Konior, dziś już dojrzała kobieta, że chwile rozmów i zabaw z Habdasem, człowiekiem wesołym, radosnym i bezpretensjonalnym były chwilami przez nią zapamiętanymi. Synowie Alojzego Sikory Józef i Jan pracując w bielskich przedsiębiorstwach nie mogli uczestniczyć w każdej akcji oddziału, ale wtedy, gdy taka potrzeba zaistniała, nocami byli angażowani. To samo można powiedzieć o Józefie Wronie i Wojciechu Moczku w Buczkowic, którzy podejmowali partyzantów w swoich domach, utrzymywali z nimi kontakt w lesie. Taką też rolę z początku swego członkostwa w oddziale spełniała Jadwiga Huczek, która dostarczała amunicję do zgromadzonych w olszynowej gęstwinie w Rybarzowicach (tzw. „cornym”) partyzantów. Towarzysząca jej w tym dla pozoru wówczas jako dziecko siostra Joanna twierdzi, że w olszynie widziała dużo „chłopstwa”. To przeczy stwierdzeniu, jakoby oddział był mało liczny. Wspomniany gęsty zagajnik olszowy „ w cornym” musiał być miejscem dobrze rozpoznanym przez partyzantów i przez nich wykorzystywanym. Świadczy o tym relacja o kompromitującej policję obławie, którą urządziła na Habdasa przebywającego w domu Józefa Wrony w Buczkowicach przy dzisiejszej ul. Miodowej. Habdas wymknął się obławie znając wyśmienicie teren. Przedostał się do koryta pobliskiego potoku i uciekł w stronę owego zagajnika korzystając z ochrony, uprawnych pól. Policja nie rzuciła się w pościg.
Znane jest wydarzenie z 1. lipca 1943r., którego uczestnikami jest Habbdas i jego partyzanci. Rozegrało się na moście „mnichowym” w Szczyrku. Na jadący furmanką konwój policjantów szczyrkowskich wiozący do urzędu gminy Szczyrk kartki żywnościowe napadł Habdas i jego trzech partyzantów. Ich celem były owe kartki żywnościowe. Cały transport został przez partyzantów przejęty. Woźnica puszczony wolno otrzymał polecenie jazdy w kierunku Buczkowic, a także zachowania milczenia o akcji przez co najmniej godzinę. W tym czasie trzej partyzanci z łupem wtopili się w las, a Józef Habdas, trzymając na muszce rozbrojonych policjantów w lesie, oddalony od miejsca zdarzenia, zatrzymał ich przez godzinę. To był czas, w którym ewentualny pościg Niemców za objuczonymi zdobyczą partyzantami nie miał szans powodzenia. Poza Habdasem w akcji tej brał udział m.in. niejaki Damek. Stwierdził to mieszkaniec Szczyrku, mieszkający w niewielkiej odległości od miejsca tej akcji.Konfiskata kart zaopatrzeniowych wzbudza, szczególnie obecnie, krytyczne uwagi. Podstawą tej krytyki jest np. to, że to była główna (jedyna?) akcja partyzantów Habdasa, a jednocześnie szkodliwa dla mieszkańców, którzy nie otrzymali nowych kartek. Nie jest prawdą, że akcja partyzantów wyrządziła szkodę mieszkańcom gminy. Niemcy bezzwłocznie dostarczyli bowiem następną partię kart, którą rozdysponowali. Lekceważenie znaczenia tej akcji, a z taką wersją opisu wydarzenia mieliśmy do czynienia na przykład w albumie „Tylko odzyskać Ojczyznę pragniemy…”wydanym przez Stowarzyszenie Pamięci Armii Krajowej w Bielsku-Białej bodaj w 2013 r. Autor opisu grobu Józefa Habdasa napisał m.in. „Jego udokumentowane działania sprowadzały się do rabunku kartek na żywność i częściowej ich dystrybucji wśród mieszkańców Buczkowic, zabójstwa niemieckiego leśniczego”. Autor tej noty wcześniej pisze, że „ W pamięci niektórych mieszkańców zachował się jak lokalny watażka, dokonujący rabunków, nie zważając na to, czy są to obcy, czy swoi”. Należy nadmienić, że twierdzenia o rabunkach dokonywanych przez oddział Habdasa są oczywistym nadużyciem. Jest natomiast prawdą, że skonfiskowane karty żywnościowe zostały w znacznej części rozdane pośród mieszkańców sprzyjających działalności oddziału po to, by partyzanci nie musieli dokonywać kradzieży żywności. Otrzymywali ją za pośrednictwem wtajemniczonych rodzin, które żywność zakupiły na kartki. Nie jest czymś nadmiernie gorszącym, że te rodziny odnosiły z takiej transakcji pożytek w postaci większej dostępności do reglamentowanej żywności. Kartkowa historia odróżnia ten oddział od tych grup partyzanckich, które nie mogąc zdobyć żywności w taki, jak Habdas sposób, dokonywały jej rekwizycji w domach lub w ramach prowadzonych akcji zaopatrzeniowych ukierunkowanych bezpośrednio na sklepy. Używający w stosunku do Habdasa określenia „watażka” z góry zakładał, że reprezentujący lewicowe poglądy partyzant operujący w ramach Armii Ludowej musi być dowódcą bandy rozbójniczej, która bez rabunku i grabieży byłaby skazana na niechybną klęskę. Nie można jednak zaprzeczyć, że wokół kart zaopatrzeniowych (kartek żywnościowych) narosło w środowisku szereg opinii niezbyt przychylnych poczynaniom Habdasa. Jak zwykle przy podobnych okazjach ich podłożem było przekonanie, że rodziny współpracujące z partyzantami opływają w dostatki podczas, gdy „normalne” rodziny cierpiały niedostatek. Zwraca przy tym uwagę fakt, że przedmiotem krytyki nie było zagarnięcie kart, ale subiektywne przekonanie o niesprawiedliwym ich rozdzielaniu pomiędzy mieszkańców.
Nie ulega wątpliwości, że pozyskiwanie kart zaopatrzeniowych tak na żywność, jak odzież czy buty w początkowym okresie działania oddziału było zadaniem ważnym. Tak mówią o tym udokumentowane dane. Kolejnym przykładem zaboru kart żywnościowych i tzw betzugscheinów – kartek na buty i odzież, była akcja skierowana na urząd gminy w Kozach. Miała ona miejsce w połowie września 1943 r. Ośmioosobowa grupa partyzantów Habdasa wdarła się do budynku urzędu i po uciszeniu ochrony zabrała „dużą ilość kartek żywnościowych, „bezugscheiny” (kartki) na buty, ubrania oraz maszynę do pisania. Partyzanci zdemolowali wnętrze urzędu, a następnie spalili wszystkie dokumenty”. Warto wspomnieć, że karty zaopatrzeniowe były dokumentami, które upoważniały do zakupu określonych artykułów. Tylko tyle i aż tyle. Gdyby zatem partyzanci i sam Habdas byli zwykłymi rabusiami, jak to głoszą prawi historycy, mogliby wejść w posiadanie tych artykułów napadając np. na sklepy lub magazyny, i tym sposobem artykuły te pozyskać. Ta oczywista okoliczność jest przemilczana. Nie należy jednak czynić z partyzantów nieskalanych dziewic w sprawach pozyskiwania niektórych dóbr w sposób charakterystyczny dla „leśnych”. Takie przypadki mogły się zdarzyć i zdarzały się na przykład w Kalnej, gdzie miejscowy volksdeutscher miał „wspólników” jeśli chodzi o mięso i przetwory mięsne. Działania te nie były jednak regułą podobną do tej obowiązującej w niektórych ugrupowaniach o innym programie politycznym. Wspomniane wyżej zniszczenie dokumentów w urzędzie gminy w Kozach może być postrzegane jako małoznaczące. Jeśli jednak weźmie się pod uwagę fakt, że dokumenty te stanowiły podstawę działania władz okupacyjnych w sferze poza policyjnej, to zmienimy zdanie na temat znaczenia tego fragmentu akcji partyzanckiej.
W tym miejscu wspomnieć trzeba wspomnienie, którym m.in. na temat Habdasa podzielił się w lutym roku 2006 osiemdziesięcioletni Stanisław Kania, jego bliski sąsiad z Bystrej. Stwierdził on, że nie zdarzyło się aby Habdas któremukolwiek Polakowi wyrządził krzywdę. Nie ma wątpliwości, że oddział był postrachem Niemców i niemieckich kolaborantów, a jego pseudonim i nazwisko, jako szefa „bandy Habdasa” pojawiało się systematycznie w policyjnych meldunkach.
Był wobec tego środowiska bezwzględny. Jemu przypisywana jest likwidacja konfidenta gestapo z Wilkowic, któremu wykazano zdradę Alojzego Sikory z Mesznej i jego synów. Wykonanie wyroku śmierci podyktowane zostało przez władze okręgowe PPR w Bielsku, a dotyczyło jednego z członków wilkowickiej komórki tej partii. Nazwisko tego agenta gestapo zostało wymienione w życiorysie Alojzego Sikory napisanego w roku 1961 przez jego współtowarzyszy i potwierdzone przez żyjącą członkinię oddziału. Z tego potwikerdzenia wynika również dokładne miejsce zamieszkania konfidenta. Podobny wyrok Habdas wykonał na Magurce na kolejnym konfidencie. Nazwisko tego agenta nie zostało ujawnione. Nie można wykluczyć, choć nie zostało to wyraźnie potwierdzone, że mógł to być konfident, który doprowadził do spalenia domu rodziny Kępysów na tzw. Kępysówce na stoku Magury i aresztowania części tej rodziny, które zakończyło się śmiercią w obozie koncentracyjnym. Należy dodać, że w zabudowaniach Kępysów spotykali się partyzanci korzystając z tego, że gospodarstwo znajdowało się z dala od większych skupisk ludzkich za to w bezpośredniej bliskości rozległego kompleksu leśnego.
Niemal pewne jest, że Józef Habdas osobiście zastrzelił konfidenta gestapo, występującego pod pseudonimem „Francuz. Występował on wraz z gestapo w czasie rewizji w domu Sikorów w Mesznej, jako świadek oskarżający tę rodzinę i konkretnych jej członków o to, że udzielali mu wsparcia jako partyzantowi użyczając żywności i odzieży. Był też w czasie tej rewizji świadkiem okrutnego traktowania Anny Sikorowej i jej córki Leokadii oraz przygodnego mieszkańca Mesznej niejakiego Walentego Kępysa Ten sam „Francuz” za pośrednictwem Józefa Wrony z Buczkowic starał się nawiązać bezpośredni kontakt z Habdasem pod pozorem uchylenia się od represji, które rzekomo miały mu grozić ze strony gestapo. Do spotkania przy pomocy wspomnianego Wrony doszło, ale po nim o „Francuzie” nikt już nie słyszał. Nikt też o niego więcej nie pytał.
Za takim biegiem wypadków świadczy zestawienie dat, w których miały miejsce wskazane wydarzenia. Przypomnijmy więc, że aresztowanie Sikorów miało miejsce 6. grudnia 1943 r. Przesłuchania i rewizja w Mesznej przy udziale „Francuza” musiały nastąpić również w grudniu 1943 r. Dokładnej daty spotkania Józefa Wrony Francuzem i Habdasem nie znamy, jednak wiemy, że musiało się ono odbyć po zdarzeniach w Mesznej. Jest znamienne, że Jan Sikora i Józef Wrona zostali powieszeni 2. marca 1944 r. w Gilowicach. Czy zatem śmierć „Francuza” z rąk Habdasa nie została wykorzystana przez Niemców, by udowodnić współdziałanie Wrony z partyzantami i osobiście Habdasem? Wykluczyć tego nie można, bowiem „Francuz” zapewne działał z inspiracji gestapo. Przebieg wydarzeń mógł zatem być odwetem za śmierć agenta i odwetem na Wronie jako współpracowniku Habdasa. To hipoteza, która jak się wydaje, ma merytoryczne podstawy.
Jeśli mowa o egzekucjach wykonywanych przez Habdasa na konfidentach i Niemcach szczególnie gorliwych, to należy wymienić wykonanie wyroku śmierci na leśniczym Andreasie Jenknerze w Bystrej. Imię zastrzelonego Niemca pojawia się w ”Zarysie monografii Bystrej” autorstwa Jadwigi Kolarczyk. Wedle prof. Rechowicza Akcja miała miejsce końcem stycznia 1944 r., zaś Jadwiga Kolarczyk w przywoływanej wcześniej publikacji wskazuje na dokładną datę 28. kwietnia 1944r. Tę ostatnią datę należałoby uznać za prawdziwą zważywszy, że została ona określona dokładnie i znajduje potwierdzenie w źródłach miejscowych, wiejskich.
Andreas Jenkner był niezwykle rygorystycznym służbistą, który każde wykroczenie popełni one przez Polaków surowo karał. Prof. Henryk Rechowicz opisując przyczyny wydania wyroku śmierci na leśniczego wskazał na przyczynienie się przez Jenknera do wydania władzom niemieckim żołnierzy radzieckich, którzy zostali wzięci do niewoli. Mając na uwadze czas, w którym te przypadki się wydarzyły wydaje się, że na przełomie roku 1943/1944 Jenkner nie mógł mieć do czynienia z radzieckimi jeńcami, którzy zbiegli z niewoli. W tym czasie nasze tereny pozostawały jeszcze w takiej strefie wojennej, że radzieccy jeńcy związani z regularnymi oddziałami radzieckimi nie mogli się tu pojawić. Zdecydowanie bardziej prawdopodobne jest to, że w Jenkner mógł się natknąć na radzieckich partyzantów, którzy zostali zrzuceni w Beskidach dla prowadzenia akcji dywersyjnych przeciwko Niemcom. Leśniczy pod pozorem udzielania im pomocy miał gościć żołnierzy, a jednocześnie informować policję o obecności Rosjan. Żołnierze w ten sposób stawali się prawdziwymi jeńcami. Związek oddziałów Armii Ludowej z radzieckimi grupami partyzanckimi był oczywisty. Jeśli więc takie sygnały o postępkach Jenknera dotarły do władz okręgu PPR, stawało się jasne, że konieczna była represyjna akcja lewicowej partyzantki.
Tezę o kontakcie jednego z radzieckich partyzantów-zwiadowców z miejscowym Niemcem, lecz nie Jenknerem potwierdza relacja, którą zamieszcza w cytowanym opracowaniu Jadwiga Kolarczyk. Pisze ona, że żołnierz radziecki mając jako swój jedyny „dokument tożsamości” lotniczą mapę terenu, starał się o nawiązanie kontaktu z polskimi oddziałami partyzanckimi. Ponieważ natknął się na niemieckiego osadnika zasiedziałego w Bystrej od czasów I wojny światowej próbę tę opłacił aresztowaniem, a potem śmiercią z rąk policjanta w czasie ucieczki z aresztu policyjnego. Śmierć żołnierza była właściwie egzekucją, bowiem był bezbronny i do tego ciężko rany w brzuch. W tej relacji nie ma wzmianki o Jenknerze jako o pośrednim sprawcy śmierci żołnierza radzieckiego. Skoro jednak taki zarzut leśniczemu stawiano, musiały mieć miejsce inne, być może podobne zdarzenia, które orzeczenie kary śmierci uzasadniały.
Na niegodziwe postępowanie leśniczego względem miejscowej ludności zwrócił uwagę Stanisław Kania we wspomnieniach z lutego 2006 r. Opowiedział on przypadek o ukaraniu kilku kobiet, które poszły do lasu, by nazbierać suchych –gałęzi na opał. Wracając z lasu natknęły się na leśniczego. Ten nie tylko nakazał porzucić gałęzie nazywane u nas „karkoszkami”, ale polecił im rozebranie się do nagości. Potem zaś wychłostał je i przepędził ku domom nie wydając im odzieży. Stanisław Kania bezzasadnie łączy wykonanie wyroku śmierci na Jenknerze z działalnością grupy Armii Krajowej. Taka opinia jest wynikiem tego, że Kania od 1940 r. pracował jako robotnik przymusowy w miejscowości Ebersdorf (pow. Haberschwert) w Kotlinie Kłodzkiej (obecnie wieś nosi nazwę Jawornica), a więc z dala od rodzinnej miejscowości. Nie ma wątpliwości, że leśniczy został zastrzelony przez Habdasa, przy współudziale członków jego oddziału. Po wyłamaniu zamkniętych drzwi partyzanci wdarli się do pokoju, w którym odpoczywał Jenkner. Habdas przerażonemu leśniczemu przypomniał jego niegodne czyny, które stały się powodem wydania na niego przez Armię Ludową wyroku śmierci. Jenkner nie zdołał skutecznie sięgnąć po broń, mimo że próbował. Padł ugodzony śmiertelnie jednym strzałem oddanym przez Habdasa. Nie niepokojeni przez nikogo partyzanci opuścili leśniczówkę zabierając dwie strzelby myśliwskie.

Stanisław Kania

Stanisław Kania

Stanisław Kania opisał też niemieckie działania, które zostały podjęte w odwecie za egzekucję na Jenknerze. Niemcy aresztowali dziesięciu mieszkańców Bystrej. W tej liczbie był ojciec Stanisława – Józef Kania. Nazwiska wszystkich aresztantów są znane. Wymienia je Jadwiga Kolarczyk w swojej książce z tym, że nie wymienia Józefa Kani, a Walentego i Jana. Tę rozbieżność tłumaczyć należy błędem w ustalenia imion aresztowanych Kaniów. Jest bardziej prawdopodobne, że jednym z aresztowanych Kaniów był jednak Józef, który był przedwojennym działaczem Sokoła i postacią w środowisku wiejskim cenioną. Taki zakładnik robił większe wrażenie na mieszkańcach wsi. Zakładnikom groziła śmierć. Warunkiem ich uwolnienia miało być przyznanie się do winy przez sprawcę zbrodni. Wtedy niespodziewanie przyznał się do zabójstwa Jenknera człowiek o nazwisku Franciszek Jasionek, znany we wsi człowiek stojący za tzw. szemranymi interesami, a jednocześnie podejrzewany o kontakty z poszukiwanymi przez Niemców Gruszkę i Sparę(?). Tak twierdzi Stanisław Kania, który w Jasionku dostrzegał postać prowadzącą grę na dwa fronty: współdziałającego z policją niemiecką, a jednocześnie osobę, która mogła być informatorem o zamiarach niemieckiej policji względem Polaków. Jasionka dla porządku aresztowano jako winnego śmierci Jenknera. Problem jednak wyniknął wtedy, gdy Jasionek z aresztu uciekł w okolicznościach, które dla mieszkańców Bystrej były co najmniej dwuznaczne. Panowało powszechne przekonanie, ze Jasionkowi ułatwiła ucieczkę policja, dla której pewna śmierć Jasionka oznaczałaby utratę cenionego konfidenta. Wobec tak kompromitującego policję obrotu sprawy doszło do kolejnego zabójstwa, którego sprawcami byli policjanci. Zastrzelili oni przypadkowego człowieka- pracownika leśnego, który szedł przez las do pracy. Ogłoszono, że to ten ostatni zastrzelony był sprawcą śmierci Jenknera, a akcja policji spowodowała, że sprawca ów został należycie ukarany. Liczba zabitych się zgadzała, a konfident został ocalony. To było dla policji honorowe wyjście z sytuacji. Należy tez dodać, że pozytywna rolę w uwolnieniu zakładników, do czego faktycznie doszło, odegrał wójt Bystrej Jan Pintscher- Niemiec, zasiedziały w Bystrej od wielu lat. Nie był to jednak koniec akcji odwetowej Niemców za śmierć leśniczego.

Miejsce egzejucji w Bystrej

Miejsce egzejucji w Bystrej

Na 24. kwietnia 1944 r. wyznaczona została publiczna egzekucja. Jej ofiarami stali się więźniowie KL Auschwitz. Byli to Alojzy Rykała, Józef Lorenc, Wiktor Grzegorczyk, Józef Klaczek i Michał Stec. Nie ulega żadnej wątpliwości, że co najmniej dwóch ostatnich skazańców –Józef Klaczek i Michał Stec byli związani współpracą z oddziałem Józefa Habdasa. Józef Klaczek z Bieniatki był szwagrem Antoniego Janicy z Buczkowic, członka oddziału (poległ 5. sierpnia 1944 r. w Wilkowicach) zaś Michał Stec jako pracownik leśny był współpracownikiem partyzantów. Co do powiązań pozostałych skazańców z partyzantami należałoby podjąć prace nad ustaleniem tych okoliczności. Można zatem, powiedzieć, że egzekucja była (przynajmniej we wskazanej części) ukierunkowana na zwolenników działalności Józefa Habdasa. Skazańców powieszono na przydrożnych dwóch drzewach rosnących przy posesji Michała Imielskiego w Bystrej, przy dzisiejszej ulicy Klimczoka. W pobliżu tego miejsca społeczność Bystrej wniosła obelisk, na którym imiona i nazwiska zamordowanych poprzedzono napisem:
„Dnia 24.kwietnia 1944 r. hitlerowcy dokonali w tym miejscu ohydnej zbrodni wieszając pięciu Polaków wiernych synów tej ziemi. Cześć ich pamięci !”
            Akcja przeciw leśniczemu Jenknerowi poprzedzona była wyprawą razem z grupą Leona Laska do Kęt –Podlesia. Celem akcji była leśniczówka niejakiego Dekiffa. Habdas wraz z mieszkańcem Bystrej Hankusem mieli czatować przy szosie, by Leon Lasek nie został zaskoczony w leśniczówce najściem nieproszonych gości. Okazało się jednak, że na szosie pojawili się dwaj policjanci, którzy mogli się okazać takimi gośćmi. Habdas wziął na siebie obezwładnienie pierwszego policjanta, a Hankus miał unieszkodliwić drugiego. O ile Habdasowi zamiar się powiódł, o tyle „podopieczny” Hankusa zorientowawszy się w sytuacji rzucił się do ucieczki. Mimo zakazu strzelania Hankus oddał w kierunku uciekającego kilka strzałów. To zmusiło partyzantów do przerwania całej operacji. Uczynili to w samą porę, bo od strony miasta zbliżały się samochody z zaalarmowanymi Niemcami. Strat w ludziach partyzanci nie ponieśli, natomiast wzbogacili się o dwa karabiny, pistolety Valter i Parabellum. Jeden z policjantów został przez Habdasa zabity, a drugi odniósł rany. Potyczki z niemiecką żandarmerią i policją zdarzały się ludziom Habdasa często. Prof. Henryk Rechowicz wspomina o potyczce 16. marca 1944 r. w Buczkowicach, w której dwaj żandarmi zostali ranni. Innym razem dwukrotnie w ciągu dnia oddział Habdasa zaatakował Niemców w Wapienicy. Wtedy los rozdzielił straty po połowie. W rannej strzelaninie rany został żandarm, zaś w starciu popołudniowym poważnie raniony był partyzant z Oddziału Górskiego. To też jest fakt, opisany przez prof. Rechowicza. O wzroście znaczenia oddziału Habdasa świadczą niewątpliwie akcje sabotażowe na kolei. Końcem kwietnia 1944 r.( 29.4) w następstwie takiej akcji został wykolejony pociąg relacji Żywiec-Katowice, a szkody powstałe, to zniszczona lokomotywa i kilka wagonów. Znaczenie miała także dziesięciogodzinna przerwa w ruchu pociągów na tej trasie. Pomyślny przebieg tej akcji sprawił, że oddział już kilkanaście dni później (12.maja) doprowadził do kolejnego wykolejenia pociągu. W tej akcji wykolejeniu uległa lokomotywa i kilka wagonów (mowa jest o 4 wagonach). Trzeba dodać, że te akcje były koordynowane przez kierownictwo AL. w regionie i były częścią większej całości sabotażu na sieciach kolejowych. Chodziło w nich o dezorganizację zaopatrzenia armii niemieckiej w pobliżu zbliżającego się frontu. Obraz działalności Józefa Habdasa nie byłby pełny, gdyby pominąć poruszony w przytaczanych wcześniej wspomnieniach Stanisława Kani fragment, odnoszący się do wzajemnego szacunku jakim darzyli się ludzie z Bystrej sympatyzujący z ZWZ-AK i Józef Habdas ze swym oddziałem. Kania tak tę sprawę określił: Odrębną sprawą była ewidentna współpraca ZWZ AK z grupą Habdasa i z nim samym. Współpraca ta miała podstawy podwójnej natury. Po pierwsze, Habdas był niedalekim sąsiadem [członków ZWZ- AK]. Znał niemal wszystkich członków oddziału Stanisława Hankusa [dowódcy grupy-J.S.], bo byli to głównie chłopcy z Bystrej. Obie strony tej znajomości miały o sobie dobre, a nawet bardzo dobre opinie. W opinii członków oddziału ZWZ Habdas był człowiekiem o czystych intencjach, skutecznie dawał się Niemcom we znaki. Po drugie, członkowie oddziału ZWZ potrafili docenić odwagę, a nawet w niektórych przypadkach brawurę Habdasa, który bez pardonu zwalczał Niemców na każdym kroku”. Kania stwierdził też, strach Niemców przed Hadasem był tak dolegliwy, że był taki czas, że [Niemcy] w pojedynkę lub w niewielkich grupach nie mieli odwagi wejść do lasu z obawy przed ludźmi Habdasa i nim samym. Autor wspomnień przytacza również fakt, który o takim zaufaniu do Habdasa dobitnie świadczy. Sięga w swej opowieści do czasu, kiedy Polskie Wojsko zajmujące pozycje we wrześniu 1939 r. w obliczu oczywistej niemieckiej przewagi nie chcąc, by posiadana broń wpadła w ręce Niemców postanowili ją ukryć na stoku Klimczoka. Pomagali w tym chłopcy z Bystrej, którzy wraz z żołnierzami przenosili broń i amunicję do wykopanych dołów, a następnie pomagali je maskować. Spośród tych chłopców wywodzili się członkowie pierwszego oddziału ZWZ w Bystrej, który w obecności ks. Rudolfa Marszałka składał przysięgę pod dębem na Landskronie niedaleko, jak wspomina, zabudowań Kisiały, Wandzla i Sidziny. Na czele tego oddziału stanął Stanisław Hankus.
Najprawdopodobniej pod koniec roku 1943 Stanisław Kania [dokładnej daty nie można w pamięci odtworzyć. JS.] przebywający na robotach przymusowych w Jawornicy

Wykolejony pociąg

Wykolejony pociąg

otrzymał od swej siostry Marii list, informujący o chorobie matki i sugerujący jednocześnie, że powinien starać się o urlop, by chorą odwiedzić. Stanisław nie miał nadmiernych trudności, by zgodę na urlop uzyskać. Po przyjeździe do Bystrej okazało się, że prawdziwym powodem wysłania listu nie była choroba matki, ale potrzeba udzielenia Habdasowi pomocy w postaci broni i amunicji ukrytej we wrześniu 1939 r. Zapasy, których miejsce schronienia były znane Marii Kania- siostrze Stanisława, zostały już wyczerpane i przekazane wcześniej „Kwaśnemu”. Inne schowki znał jej brat. Kania stwierdził tylko: „I tak się stało, a potrzebującym był Józef Habdas i jego oddział”. Broń i amunicja dostały się w ręce Oddziału Górskiego.To wydarzenie, które opisane zostało w roku 2006 i autoryzowane w marcu tamtego roku daje podstawy do stwierdzenia, że na szczeblu lokalnym, gdzie wielka polityka nie wywierała tak znaczącego wpływu na działalność poszczególnych grup ruchu oporu współdziałanie pomiędzy grupami o różnym politycznym nachyleniu było na porządku dziennym. Na tym poziomie wróg był jeden, a zwalczanie go każdym dostępnym sposobem było zadaniem podstawowym. Mimo woli przy formułowaniu tego spostrzeżenia przychodzą na myśl poglądy nietuzinkowej postaci lokalnej lewicy, którą był Alojzy Sikora z Mesznej. Jego dewizą było tworzenia wspólnego frontu walki z Niemcami, było hasło, że w jedności tkwi siła. Nie będzie więc nadużyciem stwierdzenie, że przyjaźń, która łączyła Sikorę i Habdasa przyniosła pożytek w tym, że nie ma dowodów na to, by Habdas podniósł rękę na drugiego Polaka, jeśli ten nie splamił się współpracą z Niemcami. Przełom roku 1943 i rok 1944 był bardzo trudnym okresem w działalności ludzi związanychz lewicą w Buczkowicach i miejscowościach sąsiednich. Wobec wielkiej zdrady jaka zdarzyła się w szeregach ZWZ-AK, której wiodącymi postaciami stali się oficerowie Armii Krajowej zwerbowani przez gestapo, a jednocześnie włączeni do struktur organizacyjnych AK-Mólka- Hoynowski i Dębowicz ps.”Radom”i następstw tej zdrady, którymi stały się idące w setki aresztowania, aktywność struktur Armii Krajowej w regionie zdecydowanie osłabła. Sytuacja ta sprawiła, że Niemcy mogli więcej sił skierować na zwalczanie lewicowego ruchu oporu antyhitlerowskiego. Ten odłam podziemia zaczął się umacniać pobudzany zwycięstwami Armii Czerwonej na wschodzie, a także obecnością na ziemiach polskich partyzanckich oddziałów radzieckich, mających na celu dywersję na zapleczu sił niemieckich, a także wspieranie polskiego ruchu partyzanckiego. Dlatego, patrząc na życiorysy ludzi lewicy, którzy stali się celem służb niemieckich i w efekcie ofiarami hitlerowców, trudno nie dostrzec związku pomiędzy ich śmiercią, a aktywnością służb niemieckich. Ma to bezpośredni związek z rozbiciem oddziału Górskiego Józefa Habdasa, śmiercią jego czynnych członków, a także zabójstwem dokonanym na dowódcy. Pięcioosobowa grupa z oddziału Habdasa została rozbita 5. sierpnia 1944 r. w czasie potyczki, która miała miejsce w zabudowaniach rodzin Świergałów, położonego na tzw. Kapli nad cmentarzem wyznaniowym w Wilkowicach. Zdrada i rola agentów gestapo były w okresie okupacji przyczyną wielu tragicznych wydarzeń. Także i w przypadku oddziału Józefa Habdasa przyczyną śmierci partyzantów w Wilkowicach stała się zdrada, jakiej dopuścił się członek tego oddziału, a jednocześnie agent gestapo, Czesław Bukowski, noszący na użytek Niemców pieszczotliwie brzmiący pseudonim „Bubi II”. On był przewodnikiem obławy, która zakończyła się śmiercią pięciu partyzantów 5. sierpnia 1944 i tragedią rodzin Franciszka i Władysława Świergałów, a wcześniej rodziny Koniorów z Kalnej uwięzionej w KL Auschwitz. Historię związaną z tą obławą opisano we wspomnieniu rodziny Koniorów, zatytułowanym „Zapomnianym”. W Monografii Gminy Wilkowice ( Wilkowice 2014) pod red. Przemysława Stanko (str.317-318) wspominana jest sygnalnie działalność m.in. oddziału Habdasa-„Kwaśnego”. Zwrócenie uwagi na tę publikacje jest uzasadnione czytelną intencją autora( ów) tej części opracowania. Intencja tą jest pomniejszenie znaczenia działalności tej grupy. Śmierć leśniczego Jenknera np. komentowana jest w tonie takim, jakby przewiny zastrzelonego leśniczego miały miałkie podstawy. Jak bowiem inaczej odczytać stwierdzenie „Miał on [Jenkner] znęcać się nad Polakami i [miał]wydać zbiegłych jeńców radzieckich”? Pytanie, które musi paść jest takie, czy są powody i dowody, że Jenkner takich czynów nie popełniał? Wątpliwej klasy jest stwierdzenie zamieszczone w przypisie nr 55 na str.318 Monografii mówiące o opiniach niektórych mieszkańców gminy, jakoby grupa [Habdasa] „…nie miała charakteru partyzanckiego, a jedynie stanowiła sui generis zaplecze logistyczne takiegoż oddziału o nieznanej do końca proweniencji”. Jakaż to sui generis-swoistość, cecha indywidualna oddziału czyniła z grupy Habdasa zaplecze logistyczne i jakiego oddziału o nieznanej proweniencji? Jednym słowem – szemrane, bo wspierane przez komunistów towarzystwo, a nie żadni partyzanci. Taki wniosek wyziera spoza sformułowań Monografii. A rozważania na temat wyglądu pomnika partyzantów, łącznie z przytoczeniem niewłaściwej, a zamieszczonej na tablicy pomnika daty ich śmierci- 7. sierpnia 1944 r. dowodzi, że autor (autorzy) nie wiedzą, że w dniu tym odbył się pogrzeb ofiar. Natomiast ich zgon w stosownych księgach odnotowano pod błędną datą 4. sierpnia 1944.To należało dodać, by wskazać na przesłanki rzetelności autora (ów). Kolejnym dowodem na rzetelność informacji są zamieszczone na str. 313 Monografii nazwiska poległych partyzantów i okoliczności ich śmierci. Tak to zapisano: „Innym makabrycznym epizodem było rozstrzelanie przez gestapo na terenie Wilkowic 5. sierpnia 1944 r.5 mężczyzn z pobliskich miejscowości: Józefa Golasika z Kalnej, Tadeusza Koniora z Kalnej, Antoniego Jasicę z Kalnej, Józefa Damka z Buczkowic i Józefa Henryka z Żywca…”. Prawdziwe nazwiska i miejscowości pochodzenia poległych są natomiast następujące: Józef Golasik z Kalnej, Tadeusz Konior z Kalnej, Antoni Janica z Buczkowic, Józef Damek (bez wskazania miejscowości zamieszkania) Józef Herzyk z Zabłocia. Wymienieni nie zostali rozstrzelani ale polegli w walce, a jeden-Tadeusz Konior został dobity strzałem z pistoletu po znieważeniu gestapowca. To, że polegli pochowani zostali na obrzeżach cmentarza, nie było nowością, bo tak Niemcy nakazywali grzebać swoich przeciwników. Musieli nie zdawać sobie sprawy z tego, że polegli byli tylko „…sui generis zapleczem logistycznym …oddziału o nieznanej do końca proweniencji” a nie oddziałem partyzanckim, który dawał się im we znaki. Ta dygresja wykraczająca poza ramy wspomnienia o Józefie Habdasie i jego towarzyszach należna jest poległym i ku rozwadze oceniających ich życie i działalność w dzisiejszych czasach.Obława gestapo na partyzantów w Wilkowicach 5. sierpnia ukierunkowana była na ujęcie całej grupy tam przebywającej, łącznie z Habdasem. Tymczasem „Kwaśny” nie dotarł w tym dniu na miejsce zbiórki, i zatrzymał się dla odpoczynku w Buczkowicach w budynku Pilarzów przy dzisiejszej ulicy Lipowskiej. Tam z kolei urządzono na niego obławę przy udziale 50 policjantów i żołnierzy niemieckich. Policja poznała miejsce noclegu Habdasa po donosie, który złożyła jego znajoma Julia Łuczyńska z Buczkowic, konkubina Maksa Łuczyńskiego i od jego imienia określana w Buczkowicach jako „Maksula”. Powodem donosu oficjalnie była nagroda, jaką w wysokości 10.000 RM wyznaczyli Niemcy za pomoc w ujęciu „Kwaśnego”. Policjanci wkroczyli do akcji rano 6. sierpnia 1944 r. Ich wtargnięcie do izby było tak gwałtowne, że Habdas nie zdążył wystrzelić w ich kierunku, mimo, że broń miał pod ręką. Padło wiele celnych strzałów z broni maszynowej. Tak okoliczności śmierci Józefa Habdasa opisali autorzy artykułu wspominani wcześniej. Strzelcem prawdopodobnie był wspominany wcześniej Lacik vel Lasik- szczyrkowski policjant, którego reputacja wiele razy była wystawiana przez Habdasa na ciężkie próby. Teraz mógł mieć satysfakcję. Pokonał przeciwnika, którego przez wiele miesięcy usilnie poszukiwał i ścigał. Nie wiadomo do końca, czy nagroda wyznaczona została wypłacona. Można mieć co do przyjęcia nagrody. Autorzy artykułu z roku 1959 o ostatniej bitwie oddziału Kwaśnego napisali, że zapytana o imię i nazwisko odpowiedziała, że nazywa się Julia Maks, to nagrody z pewnością nie pobrała. Nie nosiła bowiem nazwiska Maks. Jej prawdziwe nazwisko brzmiało Wrona. Jej konkubent natomiast miał na imię Maks.Z oświadczenia donosicielki wynika, że stworzyła ona zbitkę dwóch imion: swojego i konkubenta, które miało brzmieć jak rzeczywiste imię i nazwisko. Swoją drogą, mieli gest ci Niemcy, by za podrzędnego, jak głoszą historycy płynący na fali politycznej poprawności silić się na wyznaczanie nagrody i to w takiej wysokości.  A później nastąpiło widowisko podobne, jak w Wilkowicach. Wieziony przez wieś na wozie Habdas wydawał się roślejszy aniżeli był w rzeczywistości. Świadkowie tego transportu zapamiętali zwisające z wozu nogi. Ciało przewiezione zostało pod siedzibę policji na granicy Buczkowic i Szczyrku, u tzw. Reicha. Zdarto z niego ubranie pozostawiając jedynie czerwone spodenki. Na gołej piersi przeszytej kulami Niemcy położyli czapkę, do której spędzeni tam mieszkańcy Buczkowic mieli wrzucać pieniądze, na pokrycie kosztów pochówku. Tłum spędzonych pod przymusem widzów musiał oglądać ten poniżający człowieka spektakl. Miał on trwać, by odstraszać przed podejmowaniem akcji skierowanych przeciwko Niemcom. Okazało się jednak, że upał, który wtedy panował, skrócił haniebne widowisko.  Nadszedł czas pogrzebu, Mogiłę wykopano w tej części cmentarza, która od początku jego istnienia przeznaczona była na grzebanie samobójców, topielców i niechrzczonych dzieci. To byli wedle ówcześnie obowiązujących przepisów kościelnych zmarli, których nie należało chować poświęconej ziemi. Niemcy, reżyserzy widowisk, zamierzali zmarłemu urządzić ostatnią przysługę w sposób niegodny człowieka. Zamierzali go wrzucić do grobu bez trumny i jakiegokolwiek okrycia. To Buczkowianie wyprosili u nadzorujących ceremonię, by grób wyłożyć gałęziami świerka i jedliny i by zwłoki zawinąć w prześcieradło, spełniające rolę całunu. Niemcy przystali na takie rozwiązanie. Wspomnienie tego pogrzebu zawdzięczamy pani Tomaszkowej z Buczkowic, która brała udział w przygotowaniu grobu i ciała do pochówku. Tak powstała mogiła dowódcy Oddziału Górskiego Armii Ludowej Józefa Habdasa na buczkowickim cmentarzu. W cmentarnej dokumentacji zapisana jest jako kwatera nr 2, rząd 5, grób nr 178. Grób uznany jest za grób wojenny podlegający ochronie państwa. Śmierć Józefa Habdasa odnotował proboszcz parafii Buczkowice ks. Józef Kolber. Zapis o śmierci partyzanta i jego pogrzebie wraz z przytoczoną w skrócie uwagą o okolicznościach śmierci ks. Kolber zamieścił w księdze zgonów. Ten fakt wart jest odnotowania, bowiem śmierć partyzantów w Wilkowicach takiego zapisu się nie doczekała do dziś.Warto przytoczyć w tym wspomnieniu jeszcze jeden zupełnie nieznany fakt, który wynika ze wspomnień niejakiej W. żyjącej sędziwej, znanej z imienia i nazwiska mieszkanki Szczyrku, która pracowała na posterunku policji w Szczyrku w charakterze kucharki przygotowującej posiłki dla policjantów, a także aresztantów przebywających w areszcie urządzonym w piwnicach budynku Reicha.

Grób-Józefa-Habdasa-

Grób-Józefa-Habdasa-

W kwietniu b.r. p. W. stwierdziła, że w przeddzień obławy na Habdasa jeden z przebywających w areszcie więźniów wręczył jej gryps (maleńką karteczkę) z ostrzeżeniem o mającej nastąpić w dniu następnym obławie. Ów więzień prosił o przekazanie tej wiadomości do Buczkowic pod Godziszkę. Tam znajduje się budynek Pilarzów, w którym przebywał „Kwaśny”. Pani W. jak stwierdziła, gryps doręczyła. Nie wiadomo jednak, czy dotarł on do rąk Habdasa. Nie ma też absolutnej pewności, czy historia z grypsem nie była prowokacją ze strony policji w celu bezbłędnego ustalenia miejsca, w którym Habdas miał się znajdować. Pewne jest jednak, że obława objęła rejon właściwego budynku, a dowódca oddziału został zastrzelony, co wskazywałoby na to, że wiadomość nie została mu doręczona lub że nie uznał jej za prawdopodobną. Życie żony Józefa

Anna Habdas w czasie okupacji

Anna Habdas w czasie okupacji

Habdasa i jego dzieci w czasie, gdy rozgrywały się opisane wyżej wydarzenia biegło z dala od ojczystych stron. Nie ostały się w pamięci jedynej żyjącej dziś córki Bronisławy żadne wiadomości, które mogły świadczyć, że wiadomości o śmierci męża dotarły do miejsca jej wygnania.

Anna Habdas w wieku senioralnym

Anna Habdas w wieku senioralnym

Anna wróciła z dziećmi do kraju i niewykończonego domu niezwłocznie po zakończeniu wojny pokonując pieszo drogę przez rozległy las, pod trwającym ostrzałem, bo działania wojenne jeszcze trwały. Granice państwa przekraczała w Czechowicach, gdzie mieściła się placówka Urzędu Repatriacyjnego. Tu, jako powracającej z zachodu odebrana została jedyna walizka, w której mieścił się cały dobytek i dokumenty Po dotarciu do Mesznej okazało się jednak, że dom budowany jeszcze przed wojną i niewykończony zasiedlili niedalecy sąsiedzi, którzy sądzili, że śmierć Habdasa i nieobecność reszty jego rodziny jest wystarczającym powodem, by budynek przejąć. Nowi najemcy przystosowali dom do swoich potrzeb. Przede wszystkim wybudowali przegrodę dzielącą jedyny wykończony pokój na dwa mniejsze. Pojawienie się prawowitych właścicielek domu nie poraziło dzikich lokatorów. Wcale nie zamierzali nabytku oddać. Dopiero interwencja Stanisława Maślanki-sołtysa Mesznej sprawiła, że Anna Habdas i jej córki mogły wprowadzić się do swego domu. Do dziś istnieje przegroda w pokoju, pozostałość po sąsiedzkiej samowolce. Anna Habdas podjęła prace w swoim zakładzie, w Lenko, w którym w roku 1936 strajkowała i wiele lat przepracowała. Z tego zakładu przeszła na emeryturę.

Tym wspomnieniem oddajemy szacunek Józefowi Habdasowi nie bacząc na pojawiające się tu i ówdzie różnorakie opinie wygłaszane przez ludzi bądź niedoinformowanych, bądź przesyconych ideologiczną niechęcią. Ostatnio prym wiodą ci niedoinformowani.
Wspomnienie to poświęcam żonie i dzieciom, które przez Niemców zostały poddane tak wielu i tak dotkliwym represjom. To wspomnienie należy się im także z tego powodu, że odrodzona po wojnie Polska nie była dla nich łaskawa.

   Józef Stec

Suplement

W toku prac nad historią Józefa Habdasa wyłaniały się coraz to nowe fakty, które dopełniały obraz tego człowieka i czyniły go bardziej kompletnym. Jeśli ktoś miał wątpliwości co do politycznych zapatrywań Habdasa, to one się rozwieją po lekturze książki Tadeusza Jasińskiego zatytułowanej „Mocarze zejdą z gór”, która zawiera obraz działalności organizacji lewicowych w okresie międzywojennym w Buczkowicach i okolicznych miejscowościach. W świetle tych danych Habdas wyłania się jako czynny uczestnik tych wydarzeń. Na czoło wysuwają się tu zdarzenia obrony świetlicy OM TUR w Buczkowicach, rozwoju strajku solidarnościowego z pracownicami Lenko w Bielsku czy strajku robotników fabryki Mebli Giętych Adolfa Wecha w Buczkowicach. Józef Habdas, jego bracia i ojciec znajdują się w najściślejszym kręgu grup bardzo aktywnie osłaniających manifestantów, strajkujących. Zebrane dane wskazują też na wielki wpływ jaki wywiera na Józefa Habdasa Alojzy Sikora z Mesznej, wielki zwolennik walki o polityczne i ekonomiczne prawa robotnicze.
Zebrane informacje rzucają dodatkowe światło na okoliczności śmierci Józefa Habdasa 6. sierpnia 1944 r. To, co dotychczas opisywane było jako wydarzenie, które rozegrało się pomiędzy policjantami-uczestnikami obławy, a samym Habdasem nie znajduje potwierdzenia w faktach. Dziś wiemy, że oprócz głównych postaci tego dramatu byli jeszcze trzej świadkowie ostatnich chwil Habdasa. Dziś żyje jeszcze tylko jedna osoba spośród tych świadków. Jej relacji zawdzięczać należy sprostowanie niedopowiedzeń czy nawet przemilczeń. Żyjący do dziś świadek stwierdził, że to on zbudził Habdasa po tym, jak usłyszał podejrzane odgłosy z zewnątrz budynku. Rozbudzony Habdas na widok stojących we drzwiach izby policjantów starał się przyciągnąć świadka do siebie tak, jakby zamierzał się za nim schronić. Był to jednak ruch nieskuteczny. Okazało się, że nie jest prawdziwe stwierdzenie, dotyczące posiadania przez Habdasa broni w łóżku, w zasięgu ręki. Było akurat odwrotnie. „Kwaśny” udając się na spoczynek pozostawił broń na stole, z dala od łóżka. Nie mógł więc po nią sięgnąć w momencie pojawienia się policjantów. Był wtedy bezbronny. Śmiertelne strzały padły wtedy, gdy Habdas złapał za lufę broni i usiłował ją wyrwać z rąk policjanta, który podszedł do łóżka, na którym siedział „Kwaśny”. Wtedy z bardzo bliskiej odległości padły strzały. Ich wynikiem było przeszycie ciała „Kwaśnego” od nóg po górę tułowia. Ważną informacją jest również ta, która mówi, że jednym z trzech świadków egzekucji Habdasa była donosicielka -Julia Wrona, która z przerażeniem obserwowała całe zdarzenie spoza pleców policjantów. Świadkiem egzekucji była również Elżbieta, córka Julii.
Świadkowi śmierci Habdasa nie jest nic wiadomo na temat grypsu, który miał być przekazany przez żyjącą do dziś, wspominaną wcześniej panią „W” od uwięzionego w policyjnym areszcie „u Reicha” sympatyka oddziału partyzanckiego. To może prowadzić do wniosku, że wiadomość o przygotowywanej obławie na dowódcę oddziału nie dotarła do niego. Pojawiła się też informacja o zamiarze urządzenia zasadzki na „Kwaśnego” dotychczas nieupowszechniona, którą przekazał Stanisław Dobija, mieszkający dawniej przy dzisiejszej ulicy Miodońskiego /róg Myśliwskiej. Celem przekazania wiadomości było ostrzeżenie ściganego. Nic nie jest wiadomo na temat reakcji Habdasa na tę wiadomość przekazaną  niemal tuż przed akcją policyjną.
W szeregu relacji świadków wystawienia zabitego partyzanta na widok publiczny przed posterunkiem policji w Szczyrku pojawiała się informacja mówiąca o czerwonych spodenkach, które miał na sobie Habdas odarty z reszty odzieży. Świadek śmierci Habdasa stwierdził, że spodenki te były uszyte przez krewną świadka z niemieckiej flagi. Dane osobowe szwaczki nie są mi znane.

                                                                                                                                 J.S.